piątek, 28 października 2016

Marcin Dymiter - Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej

Marciny Dymiter, Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej, źródło: marcindymiter.bandcamp.com


Gdy mam do czynienia ze ścieżkami dźwiękowymi, które uprzednio stanowiły część większej artystycznej całości wychodzę z przekonania, że wydawca takich nagrań uznał, że nagrania te stanowią unikalne, autoteliczne i autonomiczne dzieło wywołujące doświadczenie niezależnie od poznania źródła tych nagrań. Innymi słowy muzyka filmowa/baletowa/teatralna czy ogólnie otoczenie dźwiękowe będące pierwotnie częścią całości stanowią wartość niezależnie od znajomości swojego zasadzenia w pierwotnym kontekście. Taka jest też moja metodologia słuchania - nie wynika ona bynajmniej z lenistwa i niechęci poznania kontekstów, hipertekstów i odniesień, ale stanowi dobry sposób, który pozwala lepiej jest rozpoznać wartość nagrania, które nie jest wykrzywione przez pryzmat innego dzieła kultury, tym bardziej jeśli jest to dzieło w jakiś sposób do nagrań komplementarne.

Inną zmienną, która może w znaczący sposób wpływać na ocenę dzieła jest wymiar dokumentalny pierwotnego kontekstu nagrania. Tak z pewnością jest w przypadku interdyscyplinarnego projektu Ludomira Franczaka, Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej, z której pochodzi ścieżka dźwiękowa Dymitera o tym samym tytule. Niestety, ale w tym roku zapoznałem się z dziełami muzyczno-dźwiękowymi, które zasłaniały swoją ogólną nędzę przez odniesienie do wybitnych biografii - z wrodzonej łagodności nie wspomnę jednak, o co mi dokładnie chodzi. Więc i w tym wypadku należałoby odrzucić interpretację muzyki poprzez biografię tytułowej Janiny Węgrzynowskiej. Należałoby gdyby nie jeden szczegół - że o samej Węgrzynowskiej ciągle wiadomo niewiele.

Nie mając dostępu do stojącego na pograniczu dokumentalistyki, teatru, performensu i sztuk audiowizualnych projektu Franczaka postanowiłem jednak zrobić research informacji, które odnosiłyby się zarówno do Życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej, jak i do życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej. I oto okazuje się, że osoba, o której traktuje sztuka i nagrania jest wydobywana powoli z nieistnienia w świadomości i pamięci, choć istnieje w podświadomości przede wszystkim jako dizajnerka i twórczyni sztuki użytkowej, ale przecież nie tylko, bo była również przedstawicielką op-artu. Janina Węgrzynowska, choć przez swój talent, ciężką pracę i wszechstronność powinna być skazana na sukces, która powinna mieć regularne autorskie wystawy lub przynajmniej pośmiertne honory w postaci czarno-białego zdjęcia na stronie startowej ogólnopolskiego portalu nie doczekała się nawet notki na Wikipedii.

Szukając informacji o Janinie Węgrzynowskiej nie sposób nie zauważyć, że najwięcej odnośników z wyszukiwarki o zapomnianej artystce, której ponoć jedyną przewiną było kiepska zdolność gromadzenia kapitału towarzyskiego, dotyczy sztuki Życie i śmierć... . Rodzi to oczywiście podejrzenie, czy aby Franczak nie stworzył postaci wybitnej artystki, o której informacje są rozproszone, a której większość dokonań została zaprzepaszczona w niejasnych okolicznościach. Jednak zdaje się, że w tym przypadku tworzenie osoby i jej przywracanie jest rzeczą tożsamą - zresztą projekt Życie i śmierć... nie jest jedynym projektem przy którym pracowali Franczak i Dymiter, który ma za zadanie przywracać pamięć.

Mowa tu o projekcie Odzyskane bazującym na biogramach niemieckich mieszkańców Słupska/Stolpa czasu końca wojny i powojennej zmiany granic. Podobnie jak przypadku Życia i śmierci... osobno ukazała się kaseta Dymitera ze ścieżką dźwiękową pt. Odzyskane. Nie sposób nie znaleźć w obu materiałach Dymitera podobieństw - jednak wynikają one raczej ze stylu artysty niźli z autoplagiatorskich ciągot. Przedmioty pozostawione przez Węgrzynowską - dokumenty, książki, zdjęcia, płyty, kasety są dla Dymitera partyturami. Wydawca lub/i artysta zdecydowali się nie tytułować poszczególnych utworów na kasecie prezentując zblokowane przez strony kasety dwudziestominutowe molochy. Łatwo jest jednak wyodrębnić poszczególne części, co rozróżnia Życie i śmierć... od Odzyskanego, które w swej ambientalności miało wiele ze spektralizmu. Zważywszy na braki w możliwości prześledzenia biografii artystki, obecnej niemożności w regularnej archiwizacji jej życia i dorobku zarówno słuchaczowi jak i artyście z pomocą przychodzi wyobraźnia. Począwszy od klamry kompozycyjnej jakimi są ciepłe i głębokie porykiwania jelenia na rykowisku, przez naznaczające piętnem estetyzowanej lołfajowej kostropatości trzaski płyty winylowej brzmiącej niekiedy jak trzaskanie ognia, niczym w Concrete PH Xenakisa kaseta Życie i śmierć... stanowi niezależnie od pierwotnego swego zastosowania dzieło dające dobre doświadczenia. Na uwagę zwracają nie tylko field recordingi, ale także zastosowanie słowa żywego, jakim jest głos aktorki recytującej wiersz oraz słowa "martwego", użytkowego znalezionego na taśmach/płytach z lekcjami języków obcych. Dymiter posługuje się detalem, lecz nie boi się repetycji tych detali. Nie boi się gwałtownych zmian w kompozycji, choć jednocześnie utrzymuje nastrój melancholii potęgowanych przez echa, rozmyte faktury i niejasne źródła dźwięków. Oprócz dźwięków znalezionych oraz tych generowanych elektronicznie pozwala wybrzmieć obojowi, który swoim ciepłem dorównuje nawoływaniom jelenia. Z jednej strony więc Dymiter w jakiś sposób na podstawie swojej wiedzy o osobie, o której pamięć jest nie tyle przywracana, co tworzona, pragnie przywołać otoczenie dźwiękowe, w której osoba ta mogła żyć. Z drugiej zaś strony wobec pamięci zaklętej w ograniczonych źródłach dokonuje twórczej rekonstrukcji - estetyzuje w ten sposób braki w biografii, a przez to biografię tworzy.

Jak więc widać moje pierwotne podejście uległo uelastycznieniu, tak samo jako uelastycznienia wrażliwości wymagało przedstawienie życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej. A może nie tylko przedstawieniu, co wyobrażeniu, twórczemu przeobrażeniu. Delikatność z jaką została potraktowana materia dźwiękowa jest tu jednoznaczna z empatią, z jaką podchodzi się do materiału badawczego - wszystkich szpargałów, które zostały po zmarłej w samotności osobie. Bo wychodzi na to, że mimo zapewnień poetów o pomnikach twardszych niż ze spiżu czasem ważniejsze i bardziej żywotne od nas samych są codzienne sprawy po nas zostawione - listy, notatki, książki, płyty, wyciągi z rachunku bankowego, ślady załatwionych i odwleczonych zobowiązań. Największym walorem tej kasety jest to, że zmusza ona nie tylko poszukiwań na łonie wytworów humanistyki, co do namysłu nad praktykami życia z innymi i wobec innych. Dymiter dotyka do Żywego, lecz żywego nie narusza, stawia przed nami osobę, nie wywołuje zaś manekina z niepamięci, kreuje, lecz jednocześnie nie narzuca. Daje możliwości poznania, ale także zachęca do eksploracji.

Marcin Dymiter
Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej
Fundacja Kaisera Söze
13 października 2016










środa, 19 października 2016

Mirt - Random Soundtrack

Mirt, Random Soundtrack, mirt.bandcamp.com

Nazwanie czegokolwiek soundtrackiem co uważniejszych napawa niepokojem, że oto mierna jakość będzie usprawiedliwiona tworzeniem rzekomego soundscape'u świata wyobrażonego, a co bardziej pokornych uśpi w przekonaniu, że uważne słuchanie dzieła nie musi być koniecznością.

Bo jeśli już przy soundtrackach jesteśmy, to Random Soundtrack jest cyberpunkowe, baśniowe, skupione na sobie. Na moją uwagę zwracają hi-endowe fieldy, ich współistnienie w kompozycji - nie wplatanie, nie wykorzystywanie, lecz współistnienie z dźwiękami wydobywanymi w sposób bardziej kontrolowany, niż przez niekontrolowalną rzeczywistość. Igranie z pastiszem, o ile ma tu miejsce, zmienia się w długich dźwiękach w skryty hołd dla Crockett's Theme Jana Hammera. Sztuczny jedwab nie tylko lśni, ale także szeleści tu w deszczu, w ambientowych chmurach wznoszonych na sztucznym dymie, dźwiękach wydobywających się rynien, piwnic, ludzkich głosów. Jeśli o ludziach zaś mowa - w dźwiękowym świecie Mirta są oni tłem dla tła, detale, choć istnieją, skupiają się na drobinach niemożliwych do doświadczenia w separacji od swoich empirycznych sąsiadek. Mokre dźwięki deszczu, kroki ludzkie, klaksony i krzyki nie należą ani do tych, którzy je wywołali, nie należą nawet do samych siebie - należą do utworów, długich dźwięków bez melodii, rytmu bez tańca, tańca bez zabawy, zabawy bez końca, tęsknoty za początkiem i końcem, za jasnymi zasadami, wyraźnymi bohaterami, jednoznacznymi wyborami.

Impresje Tomka to wielowymiarowy impresjonizm, próba stworzenia rzeczy, na którą spogląda się z także z dystansu - dlaczego też nie miałby to być dystans tego, kto nie zna pojęć i nie jest przygotowany do słuchania angażującego? Nie twierdzę przez to, że Mirt jest w jakikolwiek sposób easy listeningowy, bo jest twórcą światów wymagających, lecz oto soundtrack jest słowem wytrychem, które pozwala na robienie więcej i wkradanie się tam, gdzie nikt tego nie oczekiwał, ba! tam gdzie nawet nikt by niczego nie chciał szukać. Random Soundtrack to zbiór detali, w których poszczególne detale nie mają znaczenia, to artefakt złożony z małomistycznych klocków, choć klocków Mirtowych, to pewne.  

Mirt wraz z Random Soundtracks nie zawodzi i kontynuuje wędrówkę po wrażliwości znanej ze swoim poprzednich nagrań, że tylko wciąż zachwycające Afrikanische Volker i Vanishing Land wspomnę, podkreślając mocniej rolę nagrań terenowych. Z właściwą sobie wrażliwością Tomek nie umuzycznia fieldów, ani nie stawia syntezatorowych dźwięków poza produkcyjną czystością w ulicy w Hanoi lub na proteście w Bangkoku. Ponownie tworzy świat, który jest usprawiedliwieniem dla samego siebie, a Random Soundtrack to gogle do wirtualnej rzeczywistości, w której cienie zamrożone są w neonowym świetle, a powolność i zachwyt nad fakturami, detalami i chełpienie się w produkcyjnej czystości to choć eskapizm, to jednak eskapizm pożyteczny, a może i nawet i jakaś odwaga w czasach, gdy łatwo jest robić rzeczy brzydkie, oddające w kronikarski sposób  smutną rzeczywistość.




piątek, 14 października 2016

Фанни Каплан/Fanny Kaplan - s/t

Fanny Kaplan, zdjęcie dzięki uprzejmości zespołu.


Oczami radzieckiej zabawki Konstatnego Usenki, która stanowi w skali Polski najbardziej znane kompendium o radzieckiej i rosyjskiej kulturze muzycznego undergroundu towarzyszy następujący leitmotiv - jakikolwiek punkowy, czy post-punkowy etos by nie był, to na Zachodzie nie przybierał aż tak radykalnych form jak za żelazną kurtyną, o Związku Radzieckim nie wspominając, z którego perspektywy nawet PRL wydawał się być wyspą demokratycznych swobód, w tym swobody twórczości artystycznej. Może Simon Reynolds w swoim Porzuć, wyrzuć zacznij jeszcze raz biadolił na ciemne lata rządów Margaret Thatcher, ale za to myśmy mieli nie tylko pałowanie górników, ale także mordy polityczne i czołgi wyprowadzone przez Jaruzelskiego i biedę nieporównywalną z szokiem neoliberalnej poetyki, która dotknęła klasy pracujące. Z radzieckiej perspektywy to i tak nie było źle, wszak wychodziły u nas, nawet w stanie wojennym, wydawane przez państwowe wytwórnie płyty jawnie krytykujące władzę (jak czarna Brygada Kryzys), a w miastach i miasteczkach ZSRR członkowie subkultur obawiali się morderstw ze strony klasy robotniczej pobłogosławionej przez władzę, uzbrojonej w wihajstry, pręty  która w reglamentowanej wobec punkowców przemocy kompensowała sobie realny brak podmiotowości.

Fanny Kaplan, self-titled, źródło: nofannykaplan.bandcamp.com/

Nie mi oceniać krzywdy indywidualne i zbiorowe - każdy ma prawo czuć się w określonych warunkach źle. Jednak powyższy ustęp napisałem dlatego, że podobna dialektyka wyczuwalna jest materiałach prasowych, które przesłała mi powstała w 2012 roku rosyjska grupa Fanny Kaplan, podkreślając swoją inność od rozpieszczonych powinowatych grup z Zachodu. Odwołanie się grupy do lewicowych i feministycznych tradycji (począwszy od samej nazwy przywołującej niedoszłą zabójczynię Lenina, którego oskarżała o działanie na szkodę rewolucji) to w brunatniejącym z każdą piędzią ziemi w krajobrazie czasu to wyraz cywilnej odwagi. Wyrażanie potrzeb, krzywd i poglądów poprzez sztukę undergroundu to nieoczywisty, choć dla niektórych konieczny sposób działania, gdzie oficjalne kanały komunikacji są reglamentowane, bądź ich wykorzystanie wiąże się z określonymi niebezpieczeństwami. Jednoczesne robienie sztuki i polityki i jednoczesne utrzymywanie wysokiego poziomu przynajmniej jednej z tych składowych to rzecz praktycznie nieosiągalna. No chyba, że jesteś trio Fanny Kaplan - zespołem, który znalazł unikalną ścieżkę wyrazu, który nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej kategorii w tym roku.



Choć Fanny Kaplan w protekcjonalny sposób odnoszą się do swoich kuzynów na dalekim Zachodzie, to jednak moskiewska grupa może być porównywana z kapelami zachodnimi właśnie - i to z tymi najlepszymi. Eklektyzm to podobno wartość sama w sobie - Fanny Kaplan żongluje zaś skojarzeniami w sposób umiejętny, łącząc wszystko w piękną całość.  Otwierający płytę povod nakrit'sya łączy stonerowo-punkowy basowy drive (Nick Oliveri z Kyussa łamane przez Woble'a z PIL łamane przez basistów Breakoutu - tak, tego z Nalepą), wręcz funkowy groove perkusji, która w wirtuozerii niemożności utrzymania rytmu 4/4 i precyzji jest twórczym rozwinięciem dyscypliny Marka Puchały z Klausa Mittfocha oraz szaleństwa Briana Chippendale'a z Lightning Bolt i uczyniła znak rozpoznawczy grupy (która swoją drogą FK występowała jako support przed amerykańskimi nojz rockerami). A to wszystko co napisałem powyżej czerpię zaledwie z jednej piosenki. Nie sposób także nie wspomnieć o nawiedzonych klawiszach, które raz są momentami drapieżne i monotonne jak w Suicide, czasem także psychodelicznie nawiedzone jak w Pere Ubu i Devo - a najczęściej zaś są i takie i takie, w jednym momencie.

Piosenkowe, krótkie formy wyłamują się piosenkowej struktury stanowiąc psychodeliczno-progresywne artefakty - robi to nie wchodząc w mielizny Kolaborantów czy Miliona Bułgarów. Na tle moskwianek niby stylistycznie podobne, a chwalone NOTS wypadają rozczarowująco nijako. Paradoks goni groteskę, zmiana struktury goni przebojowość i choć nagranie to, to zaledwie sześć piosenek, a cały album to ledwie minialbum to jego siła wynika z mistrzostwa konsekwencji. Konsekwentne na tym albumie jak nic są teksty - śpiewane po rosyjsku wyrażają ból istnienia, są poetycko niedokładne, rozmyte, niedopowiedziane, mazają się bo uszach rozwodnionymi akwarelami, choć ich kierunek jest jednogłośny i jednowektorowy. Ucieczka, niemoc, strach i paraliż - to główny temat liryków. Cóż za straszna perwersja by skurwysyństwo świata nobilitować poetycką frazą! Zrazu słuchając minorowego nastawienia do świata Fanny Kaplan skierowałem swoje skojarzenia w stronę Ukrytych Zalet Systemu - które jednak wydają się być muzycznie w stosunku do FK konserwatywne i grzeczne, a tekstowo stanowczo bardziej zasadzone w kontekście i konkrecie.

Nie sposób także nie zwrócić uwagę na solowe poczynania członkiń grupy - choć Fanny Kaplan wydaje się być ich najbardziej przystępnym polem wyrażania swojej wrażliwości, to jednak ich inne projekty zagłębiają się w większy radykalizm. Basistka grupy, Karina Kazarian tworzy industrialno-dark ambientowy KP Transmission oraz czarownie lo-fi shoe-punkowy kenneth anger. W keneth anger bierze udział Lusia Kazarian, która w FK gra na microkorgu i śpiewa, a oprócz tego tworzy nojzowe Margenrot. Perkusistka FK. Diana Burkot, jest twarzą i duszą wideo-muzyczno-słownego Rosemary Loves a Blackberry oraz gra w nojzowym P R I P OY.

Bardzo dziękuję grupie Fanny Kaplan za współpracę w związku z powstaniem powyższego tekstu  oraz za porywającą muzykę/Thank you Fanny Kaplan for cooperation due to this article and exhilariting music, of course















Fanny Kaplan 
self-titled
Racoon's Ass Records
RcAR 1
10 sierpnia 2016

sobota, 1 października 2016

Emma Zunz - s/t

źródło:  bdta.bandcamp.com/album/emma-zunz

Debiut Rafała Jęczmyka w postaci projektu Emma Zunz jest wyjątkowy ze względu na zimną elegancję, choć pozbawioną wyniosłości, a bliską post-punkowi, co wyraża się w marszowym werblu w otwierającym płytę Niðurlæging. Choć z jednej strony electro industrialny chłód repetycji jest na tej płycie dominantą to jednak nie sposób nie odpędzić się od wrażenia jakoby Emma Zunz była w nawarstwianiu się rytmów bardzo szczera, egalitarna i w istocie zapraszająca do słuchania, które może nawet przerodzić się w taneczną zabawę.

Jęczmyk miast atakować synkopami stawia na powolne odkrywanie warstw. Gdy myślę o tej płycie to geologiczne metafory nasuwają mi się najczęściej, bo Emma Zunz wraz ze słuchaczem cierpliwie i metodycznie przedziera się przez kolejne  instrumentalne ścieżki, nienachalnie wprowadzając w odkrywanie wnętrza Ziemi, choć już dawno nie jest to ziemia niczyja. Słyszę to wyraźnie w You Will Know Me By The Black Clothes, gdzie mimowolnie liczę liczbę ścieżek i ich transformacje. Emma odkrywa kolejne pokłady bogactw szlachetnych, nieskażonych efektami przestrzennymi, czy nieregularnościami dźwięków, unikając szokowania, pozwalając zejść do coraz to niższych pokładów. Ciężko jest ukryć, że im głębiej tym gęściej, tym temperatura bardziej nieobliczalna, powietrze ma inny skład i wyczuwalny jest niemal fizyczny ciężar równych symetrycznych warstw, niczym z modeli z podręczników geografii późnych klas podstawówki. 

Emma jawi się zarówno jako stateczna matrona w czarnych sukniach, przyciętych z dokładnie zblokowanych sampli, ale czasem te suknie zrzuca stając się damą nawiedzającą swój zamek by przegonić śmiałków budzących ją ze snu. Hauntologiczne powroty słyszalne są w Ressurected Dead On Planet Jupiter gdzie blenduje się ostry najtisowy acid z tribalowym techno ambientem z serii składanek Soundscapes. Basowe, EBM-owe tremolo, któremu podporządkowana jest spora część albumu, składającego się z czterech około dzięsięciominutotowych kompozycji powraca w zamykającym płytę Gaspar the Pigeon wraz z tlącym się na dnie dźwiękiem konkretnym silnika wysokoobrotowego napędzającego nieokreślone urządzenie tnąco-wiercące - skutecznie tnące i wiercące to-to chwytliwością tematów, a cicho powiem, że niemal przebojowością.

Debiut Emmy Zunz to znakomita, wycyzelowana, wysztukowana płyta, dająca gros satysfakcji w fedrowaniu pokładów nawarstwiających się dźwięków, do pewnego momentu rzecz to bezpieczna, przez regularność uderzeń, z czasem bezwzględna przez nieustępliwą konsekwencję sampli.  

Emma Zunz
"Emma Zunz"
BDTA
1 maja 2016

wtorek, 20 września 2016

SPŁONĘŁA ŚWIĄTYNIA ŻARLIWĄ WIARĄ - Purgist - Our Temple is on Fire

Purgist, Our Temple is on Fire, źródło: trianglerecords.bandcamp.com

Choć sam nojz ubiera się raczej na monochromatycznie i podkreśla to, czego ludzie dla zachowania zdrowia psychicznego i pogody duchy unikają, to w moim przypadku nie sposób nie wydobyć z cierpniętniczo-minorych nastrojów wyrażanych zarówno przez brutalne dźwięki, tytuły nagrań, projekty graficzne okładek eksplozji euforii i radości życia. Tak mam z fenomenalnym, a niedawnym Abhorrence and Dismay od MAAAA, które oprócz tytułu nieznoszącego sprzeciwu jest zaraźliwie cudownym panaceum na smutne życie i dającym rozkosz w codzienności pełnej jarmarcznej tandety.


Nie znosi interpretacyjnego sprzeciwu Our Temple is on Fire Purgista - lecz ja i w tym przypadku wnoszę o uniewinnienie, bo dla mnie jest to kolejny wybuch sztuki dźwiękowej wściekłości, który stanowi jasny punkt apologezji życia wbrew temu, że coś tam płonie, coś się rozkłada i gdy sekrety pozostają niezbadane. Pierwszą stronę kasety obejmuje samplowano-dronowany temat, co przypomina nieco klimat Bleak Prospects, o tyle urokliwie wyciszony, o ile brutalnie targany sprzężeniami, fieldami i dźwiękami znalezionymi. Purgist w swoim nojzie jest powściągliwy, nie szokuje kanonadami bólu, lecz w wyrachowaniem wbija szpile w najlepiej unerwione i najbardziej ukrwione miejsca. Nie chodzi tu jednak o zadawanie cierpienia, co wybudzanie z letargu, a sam kielecki artysta jest trenerem odczuwania, wszak po sesji z zajmującym stronę Secrets Unfolding przychodzi czas na kojący ambient, niemal w stylu Williama Basińskiego, oddech po doświadczaniu rzeczy, cisza, która jest dowodem na sprawności snajpera.

Jednak, Wysoki Sądzie, chciałbym jednak trochę zmienić swoje zeznania, wiedząc jednocześnie, że poprzedni akapit nie zostanie uznany za niebyły. Bo chociaż rozkosznie jest tańczyć do Black Out the Windows, miło i dobrze jest podrygiwać do podrygów spiętrzeń surowych szrapneli i rozprężeń pełnych pogłosu o wdzięku i prawdziwości rozstępów na udach, to jednak zupełnie nierozkosznie jest słuchać zakończenia kasety, a dokładniej ostatniego na wydawnictwie Let's All Play Suicide. Po tytule tego utworu myślę sobie, że być może znów chodzi o transgresję, która nie ma już w sobie siły szokowania, myślę sobie o Jonestown, które stało się memem i umarło jako mem, zanim pojęcie to odnosiło się do wirusowo roznoszonych gówien w internecie. Myślę sobie, że oto Our Temple is on Fire, kończy się w dosyć radykalny jak dla ekstremalnego nojzu sposobu, czyli w ambientalnej powolności, sukcesywnym nawarstwianiu się dźwięków. Byłoby  tak, gdyby nie najbardziej nieprzyjemne zakończenie jako mógł zapewnić ktokolwiek, szczególnie gdy posiłkuje się nojzowym idiomem. EPka Purgista kończy się zerwaniem dźwięku, bezpardonowym przecięciem nawarstwiającej się kompozycji, brutalnym i bezwzględnym w działaniu, choć tak prostackim w metodzie i pomyśle. Rzecz niebywale nieprzyjemna, zostawiająca głodnego wrażeń słuchacza nagiego z szumem taśmy, dźwiękami starej instalacji hydraulicznej oplatającej dom i uciskiem w klatce piersiowej - takie samo napięcie było słyszalne w pierwszej części Secrets Unfolding gdy w napięciu czekałem na audialny napierdol. W momencie kliku, przecięcia dźwięku zakończenia Let's All Play Suicide umarło w mojej głowie kilka przekonań - zrodziły się natomiast nowe. W tym momencie zakończyła się wiedza o tym, że cisza może być radykalną wypowiedzią artystyczną. Narodziło się natomiast doświadczenie, że jest to w ogóle możliwe.

Spłonęła świątynia, widzialny pomnik organizacji wątpliwości jakimi jest wiara. Została wiara żarliwa, żarliwa dopóki, dopóty nie zgaśnie z tego pożaru żar i nie ostygnie popiół.

Purgist 
"Our Temple is on Fire EP"
Triangle Records
TR-57
21 sierpnia 2016



środa, 14 września 2016

MAKEMAKE SOME NOISE - Makemake - From Earth to the Moon

Makemake, From Earth to the Moon, 2016, źródło: makemake1.bandcamp.com

Końcowy fragment From Earth to the Moon duetu Rafała Blachy i Łukasza Marciniaka, występujących jako Makemake jawi się jako najbardziej człowieczy moment kasety. Jest to wybuch prymitywnej wściekłości, przesterowanego brudu metalowych strun zawieszonych nad przetwornikiem.

Choć Blacha i Marciniak używają do tworzenia muzyki gitar to jednak nie jest to muzyka powinowata z gitarową. Słuchając From Earth to the Moon zdaje się, że artyści postawili sobie za cel, aby nie zdradzać pierwotnego źródła dźwięku. Liczne i nawarstwiające się przetworzenia dźwięków sprawiają, że organiczność źródła dźwięku zupełnie się zatraca, kolejne przetworzenie jest przemielone przez ciąg elektronicznych układów, a całość brzmi niczym wyciągnięta z biblioteki dźwięków zgromadzonych przez NASA. W statycznych pasmach dźwięków ni to rwanych ni długich, chrobotów ni to nieprzyjemnych ni to sprawiających wrażenie, że są wytworem przyrody pojawiają się akustyczne brudy przeszkadzajek, które choć bardzo naiwne są także ciepłe i ludzkie, a inne od zimnych i odległych światów nasłuchiwanych uchem SETI, których ta kaseta jest pełna.

I jeśli Makemake improwizuje, to improwizuje jak robi to przyroda, a dźwiękowe związki przyczynowo-skutkowe są udziałem zmiennych, które z uwagi na ułomność poznania rozumowego muszą być ogarniane jedynie przez zawodne zmysły. Porzucając jednak metaforykę - duet zdaje się bardzo dobrze rozumieć, nasłuchiwać z uwagą, reagować na najdrobniejsze reakcje, uruchamiać wspólnie tworzone krajobrazy. Jeśli więc Makemake improwizuje to improwizuje inaczej niż robią to inni - w sposób esencjonalny dla wykonawstwa, które równa się się uważnemu słuchaniu, reagowaniu na bodźce niczym najwrażliwszy z kwiatów, bez erupcji wściekłości, bez nawarstwiania kanonady dźwięków. Pierwszym tytułem tej recenzja była "Pokusa noise'u" - a jest to pokusa, której ulega większość eksperymentalnych składów improwizacyjnych. Makemake powściąga tę pokusę - i w tym wybrzmiewa przekonanie, że improwizacja może być harmonijna, naturalna, płynna, choć jednocześnie statyczna, zbliżająca się temperaturą blisko zeru bezwzględnemu - gdzie nie tylko nie ma żadnego życia, ale co gorsza nie ma żadnych dźwięków. Jednak ani to pokusa, ani to zero - ni mniej ni więcej jest to rzecz znakomita, kunsztownie skomponowana, wrażliwie wykonana i bardzo ufna w swą wrażliwość. 

No chyba, że rozważymy, że misternie tkana konstrukcja została zrujnowana przez poryw serca, końcową kanonadę wieńczącą From Earth to the Moon. Moim zdaniem outro to, które zbudowało dramaturgię kasety, zbliżyło przestrzeń ciągnącą się między Ziemią, a Księżycem do tych, którzy rzadko wyjeżdżają poza powiat, w którym się urodzili i w którym umrą, dowód słabości maszyny będący także dowodem siły człowieka - dalej od logiki, lecz bliżej życia.

Makemake
"From Earth to the Moon"
21 kwietnia 2016





środa, 7 września 2016

Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi - Światu jest wszystko jedno

Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi - Światu jest wszystko jedno, 2016, źródło: wedrowcy-tulacze-zbiegi.bandcamp.com


Kiedy deszcz zaczął padać zawsze? był paździerzem, dźwiękowo zbliżonym do tego, co nazywa się muzyką słowiańską, a czego nie lubię - i czemu dałem wyraz w tej notce.  Na tle minialbumu błyszczały momenty w otwierającym Który wszystko widział - lecz to nie ratowało sytuacji grupy-kabaretu przebranego w dziadowsko-karczemną poetykę, patetyczne teksty i lo-fi, które bynajmniej nie pomagało, lecz obnażało ogólną nędzę pierwszego W~T~Z. Ot, projekt ten okazał się być ciekawostką, dla niektórych zaś na tyle intrygującą, że wielu już po pierwszych nagraniach umieściło ten projekt na piedestale klasyki metalowej awangardy i czarnego undergroundu.



Nie tak dawno pisałem o solowej płycie Maksymiliana Gwincińskiego Oddaleni w Nierzeczywistym Mieście. Starając się sprostać słownemu przeniesieniu swojego doświadczeniu słuchania tej znakomitej płyty doszedłem do momentu, w której transpozycja słuchania na słowo zamieniała się powoli w sofizmat, zwłaszcza gdy porównywałem płytę Gwincińskiego nie tyle do soundtracków, co nawet do samych filmów Jana Jakuba Kolskiego. Za przykład podałem kasetę z muzyką do Jańcia Wodnika. Okazuje się, że Światu jest wszystko jedno jest znacznie bliżej do Jańcia Wodnika - i bynajmniej nie chodzi tu o film, co o sam soundtrack właśnie, zawierający przede wszystkim piosenki śpiewane przez postaci filmu - śpiewane głosami samych aktorów. Dlatego też piosenki w Jańciu są piosenkami aktorskimi - z aktorską swadą traktowane są także teksty u W~T~Z, podobnie jak na ostatniej płycie Pogavranjen.

Można, a być może nawet trzeba, rozpatrywać Światu jest wszystko jedno w odniesieniu do poprzedniego wydawnictwa W~T~Z. Implementacja brzmień etnicznych i ludowych, mająca miejsce na Kiedy deszcz zaczął padać zawsze?, a właściwa idei world music ma przez swą rzekomą pierwotność docierać do jak najszerszej, światowej publiczności. W~T~Z jednak wyszła z okresu dziecięctwa zrozumiawszy, że powszechnikiem rozumianym przez wszystkich jest nie brzmienie tarabanu i akordeonu, lecz zimny smutek i chłodny niepokój. 

Bo jeśli już odwołujemy się do jakiejś słowiańszczyzny, to może wartałoby prędzej sięgnąć nie do wyobrażeń, a do dostępnej empirycznie wiedzy np. do Konstantego Usenki i jego Oczami radzieckiej zabawki lub do znanej tradycji nagrań, gdzie grupy wykorzystujące przygnębiające i synthy gnące ku ziemi marzenia były w pewnym okresie popularne wszędzie? Właśnie ten chłód długich syntezatorowych dźwięków, ostry reverb na werblu kojarzący się z cold wavem, zawodząca trąbka, która tak mocno powinowata jest z tradycją polskiego post-punka, który nie mógł obyć się bez saksofonu (albo odwołujący się do Die Grenze Maanamu, gdzie udzielał się Stańko) jest udziałem brzmienia omawianej tu płyty. W~T~Z porzuca Karpaty Magiczne na rzecz kanonu polskiej zimnej fali - słyszę tu mnóstwo ze składanek Cisza jest... nic się dzieje, industrialowej Fali 3 oraz zespołów  Made in Poland, Variete, Madame, Aurora, 1984, One Million Bulgarians. No wave'owy brutalizm, właściwy muzycznej agresji Swans, znajdziemy w Brzuchu ziemi, zaś napięcie między graniem akustycznym, a agresywną amplifikacją, niczym na Nada! Death in June można wysłuchać w Pochłonięciu. Do zatrzęsienia eklektyzmu, być może inspirowanego także Starą Rzeką warto dodać środkowy momenty płyty, gdzie drony i gardłowe śpiewy łączą się w Kanonady ducha grzmot (I).

Światu jest wszystko jedno jest z jednej strony zbuntowane wobec świata i ludzi, gdy chór mężów śpiewa, że "wyrwiemy serce światu, co jest mu wszystko jedno", zbuntowane także przeciw Bogu śpiewając o diable jako o przyjacielu w Przebijaczu gór. Być może w tym należałoby szukać black metalu w Wędrowcach~Tułaczach~Zbiegach - ja jednak ciężaru bm nie doświadczam tu zbyt wiele. Aktorskie opracowanie śpiewu męskiego, odwaga w stosowaniu męskich wokaliz z jednej strony przeczy zimnofalowej warstwie muzycznej, z drugiej zrywa przyzwyczajeniami, że tekst zimnej fali musi być dukany i minimalistyczny jak na Nowej Aleksandrii Siekiery - i jest to niewątpliwy atut tej płyty. Dramaturgia Światu jest wszystko jedno nie odpuszcza ani na krok znajdując erupcję w brawurowym Niebo nie czernieje, które w ekspresji wokalnej dorównuje zarówno Wandzie Warskiej, bez żenady może być porównywane z Ewą Demarczyk, zaś wiele wspólnego ma z Piosenką Stygmy  śpiewanej przez Bogusława Lindę w Jańciu Wodniku.

Jeśli więc Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi zasłużyli na estymę, to na pewno nie z uwagi na pierwsze wydawnictwo. Światu jest wszystko jedno jest o wiele klas większym dowodem na to, że W~T~S powinni być zapamiętani jako znakomitość.




Wędrowcy~Tułacze~Zbiegi
"Światu jest wszystko jedno"
Devoted Art Propaganda
NMS 16
1 września 2016



CZYTAJ TAKŻE RECENZJE:

ODRAZA, ESPERALEM TKANE
DUSZĘ WYPUŚCIŁ, PRZEKRÓLEWSZCZENIE/PRZEKRÓLEWSZCZENIE ZERO
MAKSYMILIAN GWINCIŃSKI, ODDALENI W NIERZECZYWISTYM MIEŚCIE
OD "GDYNI" DO "FALI" - O SKŁADANKACH Z NAZWĄ "FALA" W NAZWIE
NOTKA - MUZYKA BARDZIEJ NIŻ POLITYCZNA - MUZYKA SŁOWIAŃSKA 
POGAVRANJEN, JEDVA CEKAM DA NIKAD NE UMREM