środa, 29 listopada 2017

Melatony st / Yasuhito Fujinami, "Lotus"

Od lewej: Melatony, st, źródło: pawlaczperski.bandcamp.com, Yasuhito Fujinami, "Lotus", źródło: yasuhitofujinami.bandcamp.com


1.Niechże wstępem mojej recenzji będzie przypomnienie jednego z najciekawszych tekstów z zakresu krytyki kultury, jaki powstał w tym roku. [Być może zaś tekst ten uważam za warty uwagi, bo dotyczy dziedziny, w której nie wykazuję zbędnego znawstwa]. Mowa tu o krytyce zawartej w  Triumf. Wieś. Dionizje Bartosza Zaskórskiego (Mchy i Porosty), która podkreśla afirmatywny wymiar sztuki Marka Rachwalika, jednocześnie zaś tekst ów jest również wielce afirmatywny. Nie uważam jednak maniery Bartosza za pozerstwo, bo udowadniał on już niejednokrotnie, że nieoczywiste poczucie humoru (choć nie eskapizm) jest mu bardzo bliskie oraz to, że daleko mu do poruszania cierpiętniczych motywów w swojej własnej twórczości. Tak czy inaczej próba ujęcia najnowszych albumów Huberta Zemlera oraz Yasuhito Fujinami powstawała pod wpływem przemożnego wpływu eseju Zaskórskiego.

[To jest ten moment, w którym zrobię to czego nie chciałem robić, więc robię to w twardym nawiasie kwadratowym, który przypomina betonowy bunkier, poza który ta wieść się nie rozejdzie, że robię jakieś podsumowanie roku - brutażowa płyta Mchów i Porostów należy do jednych z ulubieńszych w mijającym roku]



Zaskórski w swoim tekście przeciwstawia afirmację Rachwalika negacji, która dominuje w twórczości wielości innych artystów. Gdzie jednak na osi między afirmacja-negacja, znajduje się melancholia? Można by stwierdzić, że znajduje się dokładnie na samym środku, nieznacznie balansując w obie strony na raz; ciągle zbyt niewinna by popaść w gorycz i cynizm negacji, zbyt jednak niepewna i rozchwiana by iść w stronę światła. Bywa śmieszna w swym niezdecydowaniu i zbyt mało popularna, bo nieszczególnie radykalna. Melancholia jest zawłaszczona głównie przez nastoletni kicz, najczęściej wyrażana przez młodociane osobniki wchodzący w dorosłość; mylona jest zresztą często z egzaltacją, metaforycznie widziana w pieszczotach trądzikowych twarzy, obgryzionych szkolnymi troskami paznokci; gargantuicznych przeżyć szalonych miłości, które tylko w owym czasie trwają wiecznie. Gorzej melancholii w starszej twarzy - czym twarz bardziej gorzknieje i wietrzeje, tym mniej należy się jej sympatii, o współczuciu nie wspomniawszy. Melancholia w tym czasie dziwaczeje, wyradza się w gorsze, czasem nieodwracalne stany chorobowe. Z czasem melancholia fermentuje w ersatz tajonego szaleństwa, a czasem prowadzi w samo sedno najgorszego.

2. Mainstreamowe minimal music robione ongiś przez czworokąt Reich, Riley, La Monte Young, Glass stało się w naszym kraju za sprawą ostatnich lat bardzo popularne. I nic bardziej zadziwiającego, wszak jest to najbardziej przystępna niedzielnemu słuchaczowi historyczna awangarda, niezwykle zapraszająca, to niemal ekumeniczny pomost między hardcorową publicznością, która jest zepsuta erudycją w osłuchaniu wszystkiego i  wszystkich, a normikami od "zapraszamy do Trójki" wysłuchiwanej przede wszystkim, by dowiedzieć się o utrudnieniach na A4. Hubert Zemler miał ważny udział w revivalu tychże metod i brzmień, biorąc udział w lepszych projektach i nagraniach z tego nurtu, by wspomnieć tylko o  świetnych nagrania zespołu Zebry a Mit czy też ubiegłorocznej solowej płycie Pupation of Dissonance, której należy się miejsce w topie 2016 roku.

W ramach projektu Melatony Zemler wchodzi w inny nurt minimalizmu, który wyziera ze obszernych muzotek i archiwów library music, które w ostatnich latach za sprawą takich wytwórni jak Finders Keepers czy krajowego GAD Records dostępują szczytów zainteresowań w ich przewartościowaniu. Zemler nie zatrzymuje się jednak na tym, lecz drąży dalej, tam, gdzie pojawiają się apologeci stylu muzyki wycofanej, pozbawionej ego, towarzyszącej, muzyki-mebla, tworzonej według wskazań Erika Satie, wśród zachwycających w ostatnim czasie nagrań Ter czy Józefa i Zofii. Muzyka to wymagająca wysiłku przede wszystkim od kompozytora, wykonawcy i producenta (w przypadku Melatony jest to jedna i ta sama osoba), jest to muzyka-artefakt, elegancja zaklęta w pudełko z taśmą, która zachwyci gości w swej nieobecności, która doprawi sterylność pięknego wnętrza wyszukanymi dźwiękami-efemerydami.

Lecz nie tylko to, co powyżej, bo tylko to, co powyżej byłoby krzywdzącym niedopowiedzeniem. Być może album ten mógłby zakończyć się po pierwszym uderzeniu w utworze Pomorze. Poza perkusyjnym atakiem i pogłosem idącym za nim mogłoby się zupełnie nic nie wydarzyć, wybrzmiewanie końcowe mogłoby nie mieć nigdy końca, pełnia tego prostego dźwięku i tego reverbu, który jakkolwiek prymitywnie nadużywany przez innych artystów, tak na tej kasecie osiąga mistrzostwo wyszukania. I nie stałoby się zapewne nic, gdyby nagle album się urwał i na tym się właśnie skończył, bo oto nastąpiło doświadczenie zarówno pełni, jak i głębi. Lecz nie dzieje się tak, pojawia się szczątkowa, dziecięcą jakby dłonią wystukiwana synkopa wibrafonu (?), wyjawia się także szorstki, choć nienachalny dron, po nim długie oniryczne dźwięki. Akuzmatyczny wymiar tej płyty jest bardzo ważny; choć można by próbować dociekać, jakie instrumenty grają, czy są to instrumenty akustyczne, czy elektroniczne, czy emulowane komputerowo to nie ma znaczenia dla istoty tego albumu.

Istotą, jak się zdaje, jest autentyczna troska Zemlera o postawienie się pośrodku; między repetycją, a łamaniem repetycji przez mikroskopijne zmiany; o stworzenie albumu całościowego i zamkniętego oraz o skomponowanie takich utworów, które pojedynczo są zamknięty światami, i  tak aby poszczególne ścieżki, pasma, echa i uderzenia wydestylowane z utworu ciągle były samodzielnymi obiektami westchnień. Oczywiście nie tylko nastrój sielanki wyziera spośród utworów Huberta. Samań jest energetyczną wariacją na temat wysokoprzetworzonego world music, akustycznego krautrocka Popol Vuh, a nawet natchnionego funk-reggae Cymande. Dowcień kontrastuje nieco z resztą albumu, przez syntezator w smaku lo-fi, niejednoznaczną atmosferą quasi-bliskowschodniej muzyki, grozy, a także bezpiecznie dawkowanego absurdu. Albumowego dzieła dopełnia pulsująca melancholia Świerszczania ze zgrzytem wcale nienojzowej blachy, syntezatorowym ambientem Palcolora, idący w stronę idylli wyszytej roztrzęsieniem, jak u Tima Heckera.

Melatony
"Melatony"
Pawlacz Perski ppt42
21 listopada 2017





3. Zaskoczyć może zestawienie solowego projektu Melatony z programowym radykalizmem, który przez większą część swojej dyskografii przejawiał Yasuhito Fujinami. Przed swoją ostatnią dotychczasową płyta - omawianym tu Lotusem - nagrał splita z K2, który zupełnie nie zapowiadał stylu, który Fujinami podejmie na swojej najnowszej płycie. To co znalazło się na materiale zrobionym z K2 jest bardzo dla harsh noise'u typowe, w swojej typowości zaś wulgarne i pornograficzne - po prostu znakomite. Lotus jest bardzo bliski postępującej estetyzacji harsh noise'u wyrażanej przez twórczość takich artystów Kevin Drumm, Ben Frost czy Purgist (zresztą prowadzone przez Sergeja Hannolainena Triangle Records odnajduje wcale nie tak zgniły i bardzo ożywczy kompromis między hi-fi, dbałością o kompozycję, a całym inwentarzem metod gatunkowego noise'u).

Hubert Zemler dba o to, aby koniec jednego utworu był taki sam, jak początek następnego, zaś koniec albumu Melatony współgra z początkiem Lotusa, który zaskakuje miękkimi ambientowymi pasażami. Szumy w otwierającym płytę Fragment of Memory nigdy nie przebijają się ponad synth- i dark-wave syntezatorów i tak w zasadzie jest do końca albumu, który jest gdzieniegdzie podskórnie tkany industrialnym hałasem, field recordingami i przesterami czając się na czekającego w napięciu słuchacza. Oczekiwanie to dotyczy wybuchów wściekłości immanentnych dla noise'u, jednak tutaj są one zagłuszone przez pogłosy i wokale. W wokalach tych, a raczej w nagranej mowie, ukryta jest tajemnica i wielostopniowe rozumienie i przeżywanie wynikające z nierozumienia słów, lecz wyobrażania sobie ich znaczenia, na podstawie ich tembru, siły, szybkości etc. Francuskie monologi, wzmagają poczucie atmosfery sennego i deszczowego french touchu, a dialog w języku japońskim między kobietą, a mężczyzną w centralnym dla płyty, a jednocześnie najlepszym utworze Dream Ritual, jest być może najbardziej wzruszającym, melancholijnym, groźnym i niepokojącym momentem tegorocznej muzyki w ogóle. Szczególnie w momencie gdy szlochanie kobiety mija, a zanim pojawia się syntezatorowe, minorowe arpeggio i nawały dźwięków, jakby tłuczonego w oddali szkła. Lotus jest dark ambientem życia codziennego, pustych ulic, dramatycznych wymian zdań, szeptania sobie do własnego ucha najskrytszych tajemnic, bólu wyrażającego się nie w gorejących na zewnątrz ranach, bolących, nagich ropieniach, ale zadr na psychice i niepokoju dusz, wzruszeniu odbierającego mowę i samotności odbierającej życia.

Pod względem użytych środków jest to być może jedna z bardziej świadomych nojzowych płyt ostatnich lat, gatunkowo co prawda nieortodoksyjna, lecz szukająca szokujących metod, tam gdzie powinno ich być najmniej, czyli nie w nieustannym atakowaniu dźwiękiem, lecz w pożądaniu nieoczywistych kontrastów.

Yasuhito Fujinami
"Lotus"

SSSM - sssm-120
20 października 2017




Brak komentarzy:

Publikowanie komentarza