Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoharum. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zoharum. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 12 grudnia 2016

BYĆ JAK STARA RZEKA - Vysoké Čelo, Przed Państwem Rara, Odmieniec


Odmieniec, Imago, Vysoké Čelo, Liście na Księżycu, Przed Państwem Rara, W//\TR

Jakub Czyż, nagrywający i grający jako Odmieniec, tytułując swoją najnowszą płytę Imago, zwraca uwagę na to, że osiągnięcie przez owada doskonałości, jaką jest przeobrażenie się w dojrzałą formę zdolną do prokreacji jest naznaczone tragedią, ponieważ dorosły owad wkrótce po osiągnięciu dorosłości umiera. W stosunku do człowieka zaś, jak dowodzi w opisie swojej płyty Odmieniec, doskonała forma imago ma się nijak, ponieważ ludzie doskonaląc się całe życie i tak umierają niedoskonałymi. Zarówno w owadzim, jak i w człowieczym losie widoczny jest wymiar tragiczny, choć, jak pokazuje rzeczywistość, tragizm nie jest rzeczą nieuniknioną. 

Na przykład, Kuba Ziołek definitywnie kończąc z wydawaniem płyt pod szyldem Stara Rzeka postąpił najmądrzej i najlepiej jak tylko mógł (pisałem o tym także w recenzji "Zamknęły się oczy ziemi"). W szczycie popularności swojego najbardziej znanego projektu, który nie wiadomo czy zawdzięczał estymę środowiskowej podniecie, entuzjastycznym recenzjom z całego świata, czy też kreacji unikalnej jakości artystycznej niezależnej od marudzenia malkontentów lub hołdów apologetów postanowił pożegnać się w momencie dojścia do ściany, która wynikała z samej natury Starej Rzeki przeładowanej po swoje brzegi znaczeniami i tropami, które sprawiały, że konstrukcja projektu trzeszczała i mogła zapaść się w każdym, losowym momencie. Sukces Starej Rzeki, który zbiegł się dodatkowo z głośną reaktywacją OBUHowej legendy w postaci Księżyca nie pozostał bez echa wobec tych estetyk. Paru epigonów postanowiło zaprezentować swoje okołostarorzekowe wytwory.  Doprawdy odbyło się to z różnym powodzeniem.


Odmieniec, Imago, źródło: odmieniec.bandcamp.com/album

Odmieniec jeszcze musi przejść kilka linień zanim projekt ten stanie się czymś więcej niż prostym post-rockowym graniem imitującym ambient. Pierwsza płyta Odmieńca pt. Taniec Ducha (BDTA, 2014) była przyjęta przeze mnie bardzo ciepło, a artysta stał się wierzycielem wielkiego kredytu zaufania i przekonania, że następnym razem będzie już tylko lepiej. Chciałbym wierzyć w postęp, lecz  Imago na tle zróżnicowanego i z pewnością mogącego być z powodzeniem porównywanym do pierwszych wydawnictw Starej Rzeki Tańca Ducha wypada co najmniej wstecznie. Poza ciekawymi momentami w agresywnej i rzężącej Czerni i zmysłowym Motylu nie odnajduję w Imagu żadnej zapamiętliwej atrakcyjności, której nie pomaga także lołfajowa produkcja. Imago jest prefabrykatem imitującym pełnoprawną płytę - lecz nawet z tych wymęczonych i męczących półproduktów ciężko byłoby nawet przy większej dbałości o aranżację wydobyć cokolwiek więcej.
 


Odmieniec 
"Imago"
wydawnictwo własne
1 grudnia 2016 


Przed Państwem Rara, W//\TR, źródło: zoharum.bandcamp.com

Przed Państwem Rara to zespół, który jest mocno powinowaty ze Starą Rzeką, także personalnie. Członkami grupy są Mikołaj Zieliński, mający swój niewielki udział w utworze Korona Starej Rzeki, a także grający z Ziołkiem w Alamedzie 3 i 5, Rafał Skonieczny (Hotel Kosmos) oraz Michał Pszczółkowski. Album W//\TR został zaszczycony także drobnym udziałem samego Kuby Ziołka w utworze Szepty w głowie Elly Brandt. Ponadto W//\TR jest dowodem na bardzo wiele rzeczy. Niestety sporo momentów tej płyty to negatywne punkty odniesienia.

Niemożność utrzymania spójnej dramaturgii była już udziałem starorzekowego albumu Zamknęły się oczy ziemi - co jednak równoważone było przez poszczególne utwory, które stanowiły spójne mikromokosmosy. W//\TR podnosi tę niemożność na wyżyny niemożliwości. Opener tego albumu, Echo planety to najprawdopodobniej najlepsze 10 minut całej płyty. Dostojnie sunące pasma bezlitośnie spłaszczających przestrzeń dronów, intensywnie emanujących brutalną audialną przemocą zwiastują jedną z lepszych płyt roku. Rodzący się zachwyt jest jednak szybko rozwiewany, gdy pojawiają się Pasażerowie Wiatru, absurdalna hybryda hard bassu, electro, nieudolnego drive'u Tangerine Dream. To coś na kształt wyniesionego na wyżyny powagi, choć źródłowo prześmiewczego NATO Laibachu, brzmiący niczym wixiarskie minimal music. W tym utworze zawarty jest dowód numer jeden - w eklektyzm trza umić, bo inaczej wychodzą potworki śmieszne jak filmie The Thing. Nie ukrywam, że moment tego zmutowanego i przerażająco niestrawnego grania zaintrygował mnie, wszak lubię i hard bass i electro, lubię także Tangerin Dream i szanuję Laibach, a Wixapol S.A. to moje spirit animal, jednak po tym utworze schodzi pompa, bezszelestnie, bez dropu i pojawia się to, do czego przyzwyczaiła nas Stara Rzeka - mamrotanie przez pogłos, mariaż akustycznych instrumentów z elektroniką, nihil novi i choć to powtórka z miłej rozrywki to siląca się na wydobycie ekstraktu z intensywności. Udaje się to drobinami chwil poprzez basową pracę Zielińskiego, udaje się także w przebłyskach poprawności w Genie Planety, gdzie Ola Bilińska, tak bardzo niepodobna do siebie, a tak bardzo do Patti Smith mamrocze do jedynego piosenkowego motywu na płycie - a na pewno wychodzi jej to lepiej, niż w niezbyt przekonującym reverbie, który skutecznie dusi wokalny impakt Oli na Przynieś to z nocy. Finalnie zaś drugim najlepszym utworem na płycie jest pokornie wypełniony field recordingiem i nagą gitarą oraz głosem Ziołka utwór Szepty w głowie Elly Brandt - jest to dowód numer 2 mówiący, że czasem mniej znaczy więcej.

Przed Państwem Rara z tym krążkiem właśnie stał się mutantem czerpiącym z starorzekowej estetyki, nie mając jednak za nic umiaru, dowodem na to czym Stara Rzeka już na pewno się nigdy nie stanie. W//\TR mógłby być co najmniej dobrą płytą, gdyby nie miała pretensji do bycia płytą nadzwyczajną.




Przed Państwem Rara
W//\TR
Zoharum
ZOHAR 125-2
17 lipca 2016


Vysoké Čelo, Liście na Księżycu

Takich pretensji jak Przed Państwem Rara nie ma projekt Vysoké Čelo. Pierwsze wrażenie z Liści na Księżycu to nienachalna prostota, która  zupełnie nie kłóci się z przekonaniem o kompozytorskim i aranżacyjnym kunszcie, wysmakowaniu, które czerpie z akustycznego transu Popol Vuh, wirtuozerii Klausa Schulze, tęsknoty Za Siódmej Góry, ale także z naśladownictwa soundscape'u dziecięcych sennych marzeń, kołysanek i bajek dla dzieci. Być może słuchając Vysokiego Čela wiem na czym polegał sukces Starej Rzeki - na Ziołkowym zaśpiewie, pięknym męskim wokalu, którego próżno wiele szukać w polskiej muzyce. Tajemniczy duet posługuje się tym najbardziej z pierwotnych instrumentów jakim jest głos, jednak w sposób nieco odmienny. Moje skojarzenia kierują się w stronę voice actingu i parlando Davida Tybeta, ledwo przebijającego się przez mgławicowe ambienty elektroniki unoszącej się nad gęstymi namorzynami, jak w Zniknął cały las. Vysoké Čelo obiecuje atmosferę niesamowitości i tej obietnicy dotrzymuje. Jest to niesamowitość dziecięcego zachwytu, płyta, której z powodzeniem mogę słuchać ze swoją córką, nie usłyszawszy od niej, jak to zwykle bywa, że "to jest brzydka muzyka, taka dla chłopców". Vysoké Čelo to jakby zobaczyć w negatywie gatunek atmospheric black metal - tam gdzie jest u innych jest czerń, tak u VC jest jasność, tam gdzie w black metalu jest melancholia pełna grozy, tak tu jest melancholia pełna nadziei. Zresztą jak już o black metalu mowa - nie mogę się oprzeć wrażeniu jak bardzo do ostatnich dwóch utworów z Filozofem Burzum podobny jest zamykający ten album I chmury odsłoniły księżyc z kostropatym tłem z fieldu burzy i deszczu, płynący niespiesznie w czasie.

Vysoké Čelo
"Liście na Księżycu"
 wydawnictwo własne
17 października 2017






poniedziałek, 27 czerwca 2016

WIDT - WIDT


WIDT, "WIDT" źródło: www.alchembria.pl


Debiutanckim album, choć nie pierwsze wydawnictwo w ogóle, sióstr Antoniny Nowackiej oraz Bogumiły Piotrowskiej tworzących jako WIDT składa się z dwóch płyt. Jedna z nich to nagranie muzyczne, czyli de facto jest to samodzielne dzieło Nowackiej, która w duecie odpowiada za audio. Na drugiej płycie DVD znajduje się ta sama muzyka wraz z wizualizacjami Piotrowskiej. 

Z przyczyn praktycznych wydanie tak osobliwego albumu jest jak najbardziej zasadne. Z punktu widzenia odbioru zaś w pewien sposób nobilituje dźwięk, który pojawia się na obu krążkach, wszak nie mamy do tego wydawnictwa dołączonej osobnej płyty z wizualizacjami bez dźwięku. Muzyka zatem może towarzyszyć innym obrazom jako  ich tło lub jako uzasadnienie. W przypadku DVD z muzyką i obrazem musielibyśmy wyłączyć dźwięk, czyli naruszyć substancję nagrania, jeśli byśmy chcieli włączyć do obrazu inną ścieżkę dźwiękową. 

Obrazy i dźwięki WIDT są na tyle abstrakcyjne i eksperymentalne, że każdy bardziej sprawny estetycznie umysł wynajdzie między nimi swoją komplementarność. Ja zrazu miałem do czynienia z muzyką, ponieważ nie wiedziałem gdzie schowałem swój stary odtwarzacz DVD. I muzyka wywołała we mnie dewocyjną ekstazę. Antonina Nowacka to zjawisko, jedna z najbardziej charakterystycznych wokalistek polskiej sceny niezależnej, która wychodząc od klasycznie wyszkolonego potrafi wywołać między uszami słuchacza rewolucję rewelacji. Przekształcenia wokalne, duże ilości echa, oszczędnie dozowane syntezatory wokalne to jedno, z drugiej zaś strony czai się potęga gładkich basowych dronów, vintage'owych syntezatorów - tych samych vintage'owych, które na przełomie lat 80/90 zapowiadały przyszłość czyli teraźniejszość budują atmosferę to zdehumanizowanej grozy, to grozy jeszcze gorszej, bo pełnej człowieczej obecności. Antonina zrównuje, a może i degraduje, wokal do instrumentu, nie traktuje go z nabożną czcią, stosując polifonie odwraca się od renesansowej teorii afektów, wprowadzając zamęt i niepokój. W tej muzyce nie ma opozycji opozycji na organiczne i zsyntetyzowane, na niskie i wysokie, a monochromatyczne podziały zaszczute są przez szarzejącą i czerniącą się antynomiczną pulpę, sięgającą po atawizm stanów przedspołecznych, przed tym jak Prometeusz przyniósł tu odrobinę światła.

Wizualizacje Bogumiły, z tego co mi wiadomo, tworzone w czasie rzeczywistym, co jest dla mnie absolutnym kosmosem i są mocno powinowate z taśmą magnetowidową i wizjami narkotycznych stanów wywoływanych przez bożków generowanych na ekranach starych kolorowych kineskopów i uwalnianych za pomocą jazgrzy Williamsa. Jako, że jestem abnegatem w dziedzinie sztuk wizualnych tak i z dużą dozą dziecięcej naiwności podchodzę do obrazu z tego wydawnictwa. Obrazy generowane przez Piotrowską mają coś w sobie z zaklętych i nawiedzonych taśm, mają w sobie sporo New Age'wego sznytu, kanciastego konkretu Malewicza czy powinowactwa z Markiem Rothko. Jednak co odkryłem dosyć późno, nie sposób ich oglądać na niewielkim ekranie laptopa, a nawet na nieco większym ekranie telewizora. Wizualizacje te, nie mające nic wspólnego z klipami, najlepiej oglądałoby się na wielkim ekranie, w zupełnej ciemności, z nieodłączną muzyką Nowackiej.

Sama muzyka broni się w zupełności, i choć oszczędna w środkach to zaskakująca w umiejętności manipulowania pasmami dźwięków. Obraz zaś niezupełnie daje się dobrze odbierać w domowych warunkach, bo jest on zbyt monumentalny na niewielką przekątną domowych sprzętów RTV.

Widt
"Widt"
Zoharum
ZOHAR 124-2
20 maja 2016 



CZYTAJ TAKŻE RECENZJĘ:
 RAFAŁ KOŁACKI, "Hijra. Noise from the Jungle"

poniedziałek, 9 maja 2016

Rafał Kołacki - Hijra. Noise from the Jungle

Rafał Kołacki. Hijra. Noise from the Jungle. źródło: zoharum.com

Egzegeza solowej płyty Olgierda Dokalskiego pt. "Mirza Tarak" wyłożona w recenzji Bartosza Nowickiego zwraca uwagę na wymiar dzieła, którego ja intencjonalnie bałem się poruszać (tu moja recenzja tej płyty), czyli wymiaru historycznego, dotyczącego dawnych dziejów I Rzeczypospolitej, która znana jest jako państwo wyróżniające się na tle ówczesnej Europy tolerancją wobec innowierców. W związku z tekstem Bartosza uświadomiłem sobie, jak bardzo cynicznie wykorzystywana jest pamięć o tym fakcie w projektowaniu współczesnej polityki historycznej. Nie wypiera się ze zbiorowej pamięci historycznej zaprzeszłego, choć szczytnego współżycia w jednej Rzeczypospolitej wielu wiar i narodów, jak pamięci o pańszczyźnie, lecz ofensywnie upomina się nią Europę, która w kwestii uchodźców - innowierców żąda od nas bardziej ludzkich reakcji. Upominanie to jest prostacką próbą przypomnienia, że Polska w zakresie tolerancji odrobiła już swoją, nomen omen, pańszczyznę, wszak nie dość, że w przeszłości nie prowadziliśmy wojen religijnych, to także przyjmowaliśmy prześladowanych. Lecz koniec o Polsce, bo Polska nie jest centrum Europy. Koniec także o Europie, bo Europa to nie jest centrum świata. Centrum świata, a być może jego koniec świata jaki znamy, znajduje się na wybrzeżach Morza Śródziemnego oraz Normandii, gdzie odbywa się dramat dźwiękowego dokumentu Rafała Kołackiego.

Nastał taki czas, że drobne gesty i normatywnie obojętne fakty urastają do rangi symbolów, a symbole zaś stają się treścią polityki. Szokiem zatem jest bezpośredni, niesymboliczny, a zdecydowanie polityczny akt Rafała Kołackiego, który udał się do jednego z największych slumsów Francji, nazywany Dżunglą, w którym mieszkają tysiące osób z Bliskiego Wschodu i Afryki marzące o przedostaniu się przez kanał La Manche do Wielkiej Brytanii. "Hijra. Noise from the Jungle" to już dzisiaj dokument historyczny - osada ta została zniszczona, jej mieszkańcy spacyfikowani, szczelność granic państwowych została potwierdzona, status quo tożsamości europejskiej opartej na hipokryzji jest zachowana. Płyta którą mam przed sobą to rzecz, z którą nie chcę się zapoznawać, materia dźwiękowa na niej zawarta to wyrzut w stronę każdego, kto ze zbyt małą stanowczością żąda człowieczej sprawiedliwości. Wszystko to, co napisałem powyżej powstało w mojej głowie zanim w ogóle udało mi się przemóc i włączyć tę płytę. Sam temat, sama sytuacja i odwaga wejścia w ten świat i rejestracja jego fonosfery jest deklaracją silniejszą niż cały "Hymn miłości" Guernici Y Luno.

Z tych wszystkich względów co powyżej trudno jest oceniać "Hijrę..." w kategoriach estetyczno-artystycznych. Oczywisty brud, tytułowy "noise" odnajdujemy w każdej przestrzeni wypełnionej ludźmi. Kołacki nie skupia jednak swej uwagi li tylko na dźwiękowej beznadziei i smutki - wbrew oczywistej tragedii artysta szuka w Dżungli momentów radości, które im radośniejsze tym bardziej stanowią kontrast na tle opowieści, która nie kończy się happy endem. Artysta w sporej części tego fielda skupia się na muzyce - nagrywa czy to muzykę mechaniczną płynącą z radia, czy to karaoke, ale także żywe instrumenty i śpiewy, a nawet rapowy freestyle.

Jest jednak jeden rodzaj dźwięku na "Hijry..", który sam będąc normatywnie obojętny wybija się ponad całość nagrania i urasta do rangi symbolu. To jednostajne terkotanie agregata prądotwórczego, który pojawia się zarówno solo, jak i element tła. Agregat kojarzy się z awarią, bo używany jest wtedy gdy są przerwy w dostawach prądu. Agregat kojarzy się z kataklizmem, bo wykorzystywany jest gdy zniszczone są linie przesyłowe. Agregat kojarzy się z sytuacją tymczasową, wszak korzysta się z niego między momentami, kiedy energię elektryczną pozyskuje się w normalny sposób. Agregat wykorzystywany jest zazwyczaj w sytuacjach kryzysowych, jego użytkowanie jest niekomfortowe, jest przykrą koniecznością. Może kojarzyć się z izolacją, bo przecież nie wyobrażamy sobie żeby gdzieś prądu mogło nie być. Jednak jakby nie nadstawiać ucha i jakby nie kierować mikrofonu terkotanie wielu agregatów będzie jątrzyło. 

Dżungli już nie ma, agregaty w Calais milczą, nikt nie freestyluje o swojej niedoli. Wszystko wróciło do normy - normy silniejszych. Cisza lśniących linii przesyłowych skutecznie zagłusza wyrzuty sumienia, do momentu aż okolicach naszych domów nie rozterkocą agregaty po raz kolejny, by przypomnieć o koniecznościach, które radzi byśmy wypierali poza nasze czyste domostwa.

Rafał Kołacki
"Hijra. Noise from the Jungle"
Zoharum
ZOHAR 120-2
29 marca 2016 
Płytę można zakupić na stronie Alchembria.pl