Ha! Właśnie zakończyłem wesoły żywot proletariusza, soli tej ziemi, właśnie przestałem być robotnikiem, po to aby wrócić na swoją wieś zaciszną. Ale nic, ale to nic nie może sprawić abym wydostał się w końcu z kleszczy mojego ukochanego ludu pracującego. Niestety nie mieszkam w Związku Radzieckim, w którym według wyobrażeń Waltera Benjamina każdy mógł zostać pisarzem. Nawet nie pomagają mi w tym ostatnio zdobyte starocie w tym fenomenalny Kalendarz Robotniczy z 1970 roku.
Być może jestem jakiś dziwny, być może ktoś może mnie od utraty wiary i czci znieważyć, ale wydawnictwa propagandowe PRL od powieści policyjnych począwszy na powieściach produkcyjnych skończywszy są dla mnie naprawdę wyjątkowe i warte uwagi.
Wspomniany Kalendarz Robotniczy1970 zakupiłem na wspomnianej już tutaj kiedyś Hali Targowej w Krakowie. Oczywiście nie wykosztowałem się zbyt i wiele i choć ojczyzna nasza to nie żaden welfare state, który wspomaga przyrost naturalny i czytelniczy, to jednak poza prawem i poza podatkami zakupiłem sobie egzemplarz ów za zaledwie dwa złote.
Biorąc pod uwagę jakość materiału, z którego wykonany został kalendarz, to muszę przyznać, że znalezisko zachowało się w znakomitym stanie. Ale czego wymagać od robotniczego kalendarza, skoro po pierwsze jest robotniczy oraz, że jest on kalendarzem. Wydany został przez wydawnictwo Książka i Wiedza, które to wydawnictwo chwali się, że wydany w prawie stutysięcznym nakładzie kalendarz jest siedem tysięcy siedemset siedemdziesiątą siódma publikacją KiW.
Co możemy znaleźć w takim proletariackim kalendarzu? To niezbyt trafne pytanie, raczej powinniśmy zapytać czego w tym kalendarzu nie ma. Oczywiście kalendarz jest maksymalnie naładowany ideologicznie, począwszy od pierwszych, powiedziałbym - oficjalnych - stron kalendarza, gdzie zostały zamieszczone zdjęcia wraz z charakterystyki wszystkich ważnych z biura politycznego od towarzysza Wiesława, po omówienie zasad ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Całość, mimo narzucającego się w mało wybredny sposób ideolo, imponuje rozmachem. Każdy artykuł jest opatrzony ilustracjami, zdjęciami, wykresami czy rysunkami satyrycznymi. Artykuły są różnorodne - znajdziemy tutaj zarówno artykuły o marksizmie-leninizmie, bitwie pod Lenino, stosunkach polsko-niemieckich jak i noty naukowe i kulturalne. Myśli polskiego ludu, według autorów Kalendarza, powinny zaprzątać nie tylko sprawy ideologicznie ściśle związane z socjalizmem i innymi bzdurami, ale również związane z kulturą i nauką.
Dział kultura i nauka niezwykle mnie zaciekawił, ponieważ artykuły tam zawarte napisane są w dobrym stylu. Co rozumiem przez słowo dobry? Otóż ich poziom jest wyważony, ale z pewnością w tym dziale nie mamy do czynienia z biblia pauperum. Mamy tutaj np. ciekawe opisy, które wcale nie ustępują tym, które może my znaleźć we współczesnych czasopismach popularnonaukowych dotyczące m. in. entuzjastyczną notę o postępującej komputeryzacji (choć urzędnicy peerelu w skuteczny sposób zniszczyli dorobek genialnego Jacka Karpińskiego, nazywanego niedoszłym polskim Billem Gatesem), czy też opis badań nad DNA i rozwoju genetyki w ogóle (nazywając rok 1970 rokiem biologii). A co w kulturze (oprócz Konkursu Chopinowskiego) się wydarzyło? Otóż najwięcej miejsca poświęcono Krzysztofowi Pendereckiemu, który w owym czasie odnosi znaczne sukcesy na światowych scenach. Autor tekstu o polskiej muzyce konstatuje jakoby muzyka polska i jej powojenna kariera stała się chlubnym przykładem rozwoju naszej kultury w Polsce Ludowej.
Na zakończenie chciałbym się podzielić pewnym spostrzeżeniem. Otóż wspomniałem wcześniej o tym, że Kalendarz zawiera rysunki satyryczne. Niektóre z nich to rzekomo przedruki z gazet światowych, niektóre zaś zostały napisane specjalnie do opisywanego przeze mnie wydawnictwa. Niewiele się znam na sztukach plastycznych, lecz czy ktoś mi powie, dlaczego styl rysunków wskazuje na jednego ich autora?
Tegoroczne Fryderyki zostały
zdominowane przez Anię Rusowicz oraz zespół Zakopower. Wybór laureatów jest
nieprzypadkowy, a to z uwagi na coraz częstsze sięganie przez młodych twórców
do soc-popu, jak w przypadku Rusowicz, która czerpie pełnymi garściami z gwiazd
pokroju Miry Kubasińskiej lub jak w przypadku formacji Zakopower, która
akcentuje silne związki z muzyką ludową. Powrót wielkim szturmem vintagowych
klimatów jest oczywistością, podczas gdy często zapomina się o folku, który
zdobywa sobie coraz szersze uznanie.
Folk na światowych scenach
Andrzej Dziubek, zespół De Press.
Muzyka
ludowa południowej Polski, która uparcie, wbrew logice współczesności, nie chce
się stać faktem li etnograficznym, a staje się wielką inspiracją dla
popularnych zespołów. Począwszy od grup o proweniencji disco-folkowej, jak
Gronicki, poprzez artystycznie niewiele lepszy pop-folk (Baciary)do reggae
(Trebunie Tutki i Twinkle Brothers) czy muzyki elektronicznej ( np. Future Folk
). Warto odnotować tutaj, że – zupełnie inaczej niż w przeszłości – muzyka góralska jest przekształcana
przez ludzi głęboko zakorzenionych w tej kulturze muzycznej, nie przez
artystów "z zewnątrz".
Kiedy
właściwie muzyka ludowa weszła do mainstreamu? Twórcą, który po raz pierwszy
odkrył polską ludowość dla świata, był bez wątpienia Fryderyk Chopin. Może
powinniśmy również sięgnąć do twórczości wybitnych polskich kompozytorów – Moniuszki i Szymanowskiego, których opery
„Halka” i „Harnasie” uchodzą za arcydzieła polskiej muzyki. A może, w odniesieniu do powojennej historii
polskiej muzyki, powinniśmy się cofnąć do czasów świetności zespołów
"Śląsk" i "Mazowsze". Uchodzą one powszechnie za zespoły
ludowe, lecz czyżby? Można mieć co do tego spore wątpliwości. Folklor,
prezentowany przez te niewątpliwie wybitne i ważne dla kultury polskiej zespoły,
jest ludowością w wydaniu artystycznie opracowanym, recypowanym do warunków
estradowych. Członkowie zespołów – instrumentaliści, wokaliści, tancerze – są
etatowymi instrumentalistami, wokalistami, tancerzami; często , choć nie
zawsze, niemającymi wiele wspólnego z
autentycznym folklorem. Są to świetnie wykształceni w swoim fachu artyści, którzy
zawodowo służą kulturze narodowej.
Oczywiście
nie należy odmawiać szacunku, na jaki zasługują te zespoły, ponieważ
przyczyniły się one do propagowania i odkrywania polskiej ludowości dla
masowego odbiorcy, także tego zagranicznego. Jednak prawdziwy folklor muzyczny
kształtuje się, i jest nadal kultywowany, wśród lokalnych, wiejskich
społeczności, które nie pozwalają na to, aby folklor stał się martwy.
Folk a…
Pierwszym polskim zespołem
popowym, który bardzo dosłownie czerpał z muzyki ludowej, byli Skaldowie
sformowani w 1965 roku. Była to bardzo
zgrabna zagrywka stylistyczna tej grupy, a to z dwóch przyczyn. Po pierwsze,
ówczesna władza chętniej skłaniała się do folku niż do hałaśliwego i
wywrotowego bigbitu, po drugie, zespół stał się niezwykle charakterystyczny i
uznany i to nie tylko w Polsce Ludowej, ale również zagranicą. Pod pojęciem
„zagranica” mam na myśli przede wszystkim Związek Radziecki, gdzie formacja
stała się niezwykle popularna.
Zbigniew
Namysłowski, jeden z najwybitniejszych polskich jazzmanów, również docenił
góralszczyznę opartą na unikatowej skali i poetyce. Charakterystyczny styl
zapewnił sobie Namysłowski tym, że do jazzu adaptował muzykę ludową począwszy
od polskich kujawiaków, przez muzykę Bałkan, na indyjskich klimatach
skończywszy. Na albumie z 1975 roku o znamiennym tytule Kujaviak Goes Funky zawarł oparty o góralską melodię utwór Zabłąkana Owieczka. Biorąc udział w Jazz
Jambore w 1994, wystąpił z kapelą góralską na czele z Janem Karpielem-Bułecką,
a następnie nagrał album pod tytułem Zbigniew
Namysłowski & Zakopane Highlanders.
Trudno
też przejść obojętnie koło twórczości zespołów rockowych, choć ich udział w
folkowym trendzie jest niestety nieznaczny. Warto odnotować tutaj np. żart
muzyczny w wykonaniu legendarnej grupy TSA, która zamieściła na swoim longplayu
z 1984 roku pt. Heavy Metal World utwór
pod tytułem TSA pod Tatrami. Znacznie
później zaś, bo już po komunizmie, Paweł Kukiz wraz z Piersiami nagrał
brawurową melodię góralską z oryginalnymi słowami i takimż tytułem Wiecno.
Folk folkowi nierówny
Długi
weekend majowy, Krupówki. Z wnętrz wielu quasi-regionalnych knajp dobiegają
dźwięki zespołów oraz piękne śpiewy. Dla wielu laików zasłyszane melodie to
zaiste muzyka góralska, jednak nic bardziej mylnego. Prawdziwej muzyki
góralskiej na próżno szukać w tego typu lokalach, raczej dominuje muzyka
węgierska, słowacka czy romska. "Prawdziwa" muzyka góralska jest, w
porównaniu z wyżej wymienionymi, zbyt surowa dla mniej wymagającego klienta
restauracji. „Prawdziwej” muzyki góralskiej można posłuchać w zupełnie innych
miejscach.
Próba
zespołu góralskiego "Zbójnicek" z Zębu. To tutaj tańczą, śpiewają i
grają jedni z najlepszych na Podhalu. Dwa lata temu zespół wygrał pierwsze
miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Ziem Górskich w kategorii folklor
autentyczny. Skład muzyki jest naprawdę wyśmienity, a jego członkowie – szeroko
uznani. Zresztą, o ironio, założycielem zespołu był wybitny skrzypek, Jan Stoch
Gronkowion, który był niegdyś członkiem zespołu Śląsk.
Współcześnie
mamy do czynienia z wysypem młodych zespołów podhalańskich o charakterze
rozrywkowym tudzież dyskotekowym. Ich „ludowość” przeznaczona jest dla mało
wymagających słuchaczy, najczęściej zakorzenionych w tradycji, do której ta
muzyka się ponoć odnosi. Największymi podmiotami, które promują disco-folk, są
mała wytwórnia Tercet oraz zakopiańskie radio Alex. W tym drugim, oprócz
nielicznych, tradycyjnych archiwalnych nagrań „prawdziwej” muzyki ludowej,
znajdziemy również całe mnóstwo utworów o wątpliwej wartości artystycznej. Co
najciekawsze, muzykanci tudzież muzycy grający w karczmach węgierskie czardasze
współtworzą również składy grające tradycyjną muzykę, a następnie w weekendy
dorabiają, grając przystosowane lub stylizowane „na ludowo” piosenki na
weselach. I nie ma się co te osoby obrażać – Sebastian Karpiel-Bułecka z
Zakopoweru również zaczynał swą karierę, grając w różnych lokalach
gastronomicznych.
W
III Rzeczpospolitej grupą, która upowszechniła polską muzykę ludową w ramach
muzyki popularnej, byli wspomniani wyżej Trebunie-Tutki. Ta muzykująca od
pokoleń grupa z Białego Dunajca paradoksalnie zawdzięczała swój komercyjny i
artystyczny sukces ścisłemu podporządkowaniu się tradycji. Zespół dokonał
przełomu w polskiej muzyce rozrywkowej, pokazując, że możliwy jest mądry synkretyzm pozornie odmiennych form. Od
techno, przez jazz po reggae – i to w sposób naprawdę intrygujący, a przede
wszystkim twórczy. Zespół Trebunie-Tutki doczekał się licznych wyróżnień
europejskich dla zespołów grających world
music. Stanowi jakość samą w sobie i jest ewenementem na polskiej oraz na światowej
scenie muzycznej. Mimo wielu nominacji do Fryderyków, zespół nie zdobył jeszcze
statuetki; swoją drogą nagroda ta w wielu środowiskach muzycznych uważana za
niepotrzebną i niedorzeczną.
Góral
z Orawy, Andrzej Dziubek, znany też jako Andrej Nebb, niezwykle silnie wpłynął
na scenę punkową i nowofalową w Norwegii. Debiut założonego przez niego zespołu
De Press pt. Block to Block z 1981
roku, jest uznawany za jeden z krążków najważniejszych w historii norweskiej
muzyki rockowej. To właśnie na tej płycie znalazł się największy hit De Press –
stylizowany na ludowo Bo jo cie kochom. Dziubek
już od pacholęcia tańczył i śpiewał w zespole Małe Podhale, co – jak
widzimy – miało doniosły wpływ na jego
dalszą muzyczną karierę.
Ostatnio
głośno stało się o zespole Jarzębina, a to za sprawą swojego utworu Koko koko euro spoko. Utwór skądinąd
kiczowaty stał się obiektem nienawistnej krytyki mediów i internautów. Owszem,
jest to pastisz muzyki ludowej, jednak branie tak na serio tej sprawy, staje
się powoli niedorzeczne, choćby z uwagi na to, że jest to muzyczny żart.
Artystki z zespołu Jarzębina nie poruszają się wcale w ramach disco-folku,
wręcz przeciwnie – w ich repertuarze znajdziemy piękne starodawne ludowe
pieśni, śpiewane śpiewem białym.
Wobec
przekształceń muzyki ludowej znajdziemy wielu muzycznych purystów, którzy nigdy
nie zgodzą się na mieszanie form tradycyjnych z popularnymi, tradycji lokalnej
z kulturą masową. Z drugiej zaś strony, kultura chłopska, której częścią jest
muzyka ludowa, stanowi korzenie większości autochtonicznych Polaków. Zamiast
psioczyć na rosnącą popularność zespołów, które otwarcie przyznają się do swych
ludowych inspiracji, powinniśmy pilnie śledzić te trendy. Na światowych scenach
pojawiły się uznane zespoły, które inspirowały się rodzimym folklorem np.
bardzo znany zespół rockowy System of A Down, którego twórcy przyznają się do
silnych związków z armeńską ludowością. Już chyba nie muszę wspominać, że w
zasadzie cała współczesna muzyka rozrywkowa, od grindcoru po dubstep, jest
pochodną amerykańskiego folku.
Nieodparcie
odnoszę wrażenie, że Polacy wstydzą się swojej muzyki folkowej, a w ogólności –
kultury ludowej. Jesteśmy skłonni doceniać tradycyjne muzykowanie z różnych
stron świata, podczas gdy u nas, na naszym rodzimym podwórku, dzieją się w tej
materii bardzo ciekawe rzeczy. Bardzo bogata kultura ludowa, ta w formie bardzo
ortodoksyjnie wykonywanej i ta w formach stylizowanych, jest bardzo trudna do
oddania w tak, wbrew pozorom, lapidarnym artykule. Niewątpliwie jednak
kierunek, który obrały sobie grupy o przeróżnej stylistyce, tworzy na polskiej
scenie muzycznej nową jakość.
Odwiedzając ostatnio giełdę staroci, a konkretniej – Halę
Targowa przy ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie znalazłem stare numery Tygodnika Powszechnego. Moją szanowną uwagę zajął jeden szczególny
wstępniak. Jest to tekst Jerzego Turowicza, redaktora TP, pt. Kultura i plan. Wydał mi się na pierwszy
rzut oka na tyle ciekawy, że postawiłem go bezzwłocznie zakupić. Jestem żywo
zainteresowany kwestią szerokorozumianej polityki kulturalnej, postanowiłem
więc doczytać jak dyskusja o kulturze wyglądała w tym przedziwnym kontekście
historycznym ponad 60 lat temu.
Jerzy Turowicz opisuje spór między Żółkiewskim a
Kisielewskim. Adwersarze są zaciętymi
obrońcami zupełnie nieprzystających do siebie poglądów. O ile ten pierwszy
uważa, że państwo jako immanentnie zespolone ze społeczeństwa (narodem) za
zadanie przejęcie w całości odpowiedzialności za kulturę narodową o tyle
Kisielewski, jako znany i uznany liberał, twierdzi, że rozwój i upowszechnianie kultury
przez państwo jest szkodliwe i niesłuszne. We wstępniaku red. Turowicza mamy do
czynienia z przedstawieniem sporu o kulturę w aspekcie politycznym. Dziś raczej
spór ów odnosi się bardziej do ekonomii, kiedy to uczestnicy sporu odbijają się
niczym kuleczka w pinballu między orgią kapitalistycznego egoizmu a
demoralizującą rolą przywilejów. Ale o tym za chwilę.
W tekście Kultura i
plan wobec przedstawionego powyżej sporu Jerzy Turowicz proponuje pewną
syntezę etatyzacji kultury oraz jej skrajnej liberalizacji. Powołuje się przy
tym na personalistyczne podejście od istoty człowieczeństwa i jego pracy oraz
państwa, które możemy streścić w trzech punktach. Po pierwsze, artystyczna
działalność jest wyrazem osobowości
artysty, wyrasta w sposób konieczny z jego wizji artystycznej. Po drugie
zaś artysta nie żyje sam, żyje w
społeczeństwie, jest z tym społeczeństwem silnie związany. Z tych dwóch
prawd wynika, że, i tu uwaga, sztuka
pełni funkcję społeczną, społeczeństwo żąda od artysty, żeby tworzył, bo sztuka
jest mu potrzebna.
Turowicz widzi pewne rozwiązanie tego niebywale trudnego
sporu, w którym biorą udział artyści, urzędnicy i potencjalna lub rzeczywista
widownia, w ustawodawstwie (wspomina o potrzebie uchwalenia ustawy
bibliotekarskiej upowszechniającej czytelnictwo) oraz w upowszechnieniu,
tudzież, jeśli brać pod uwagę ówczesną retorykę, uludowieniu kultury. Turowicz
w tym kontekście jest absolutnie prodemokratyczny i antyelitarny, ponieważ
wierzy, że lud, zarówno jako jako wytwórca jak i odbiorca kultury, będzie brał
za wzorzec najwyższe dokonania sztuki na przestrzeni dziejów, co niestety lub
stety nie sprawdziło się.
Co jak co, ale dla mnie działalność artystyczna nigdy nie
może być inspirowana poprzez odpowiednie dotacje państwowe lub granty z Unii
Europejskiej. Ministerstwo Kultury, jako takie powinno zostać połączone z
Ministerstwem Oświaty i pozostać jego
agendą. Agendą, która będzie instytucją konserwującą, która będzie spełniała
rolę reaktywną, będzie pomagała w podtrzymaniu minionego lub mijającego
dziedzictwa kulturowego w ramach muzeów, wystaw, ochrony zabytków i
upowszechniania własności intelektualnej. Redystrybucja dochodu w ramach
różnych tworów jak Państwowy Instytut Sztuk Filmowych skierowane na produkcję
zupełnie bzdurnych często produkcji, wzmaga mój opór przeciwko jakiemukolwiek
artystycznemu ( a jednocześnie autorytarnemu) planowaniu. Wprowadzanie VAT – u na książki jest po stokroć
głupie, a uleganie wydawcom, którzy boją się e-podręczników – tchórzostwem.
Jerzy Turowicz we własnej osobie. (źródło
tygodnik.onet.pl )
Artyści, którzy chcą realizować swoją osobowość poprzez sztukę powinni się wyzbyć niekiedy bardzo
roszczeniowej retoryki „bonamsięnależybojesteśmyartystami”. Biorąc pod uwagę
perspektywę personalistyczną nietrudno skrytykować taką postawę. Artysta, jak i
każdy inny człowiek wykonujący inną pracę, jest komplementarny wobec
społeczeństwa i wykonuje pewne zamówienie publiczne. Tym bardziej jeśli
wykonuje swoją działalność za publiczne pieniądze. I w tym momencie warto też
poruszyć drażliwą kwestię przejście praw autorskich do domeny publicznej. Moim
zdaniem okres ochronny 70 lat po śmierci artysty jest absolutnie zbyt długi.
Powinien on wynosić nie więcej niż 10 lat.
Oczywiście zgadzam
się, z tym, ze artyści powinni dostawać pieniądze za swoją ciężką pracę. Prawo
powinno chronić artystów w nie mniejszym stopniu niż sami artyści powinni
chronić siebie. Warto tutaj znowu powrócić do redaktora Turowicza i wskazać na
możliwość organizacji samorządu artystów, którzy będą chronić swoich interesów,
którzy nie będę tęsknie spoglądać ku niebu do rządu, a nuż ktoś rzuci
pieniążek, poklepie po pleckach. Czasy, kiedy rządzący byli mecenasami sztuk
już dawno minęły a niektórzy twórcy woleliby aby na powrót zapanowało coś na
kształt autorytaryzmu wspierającego prawdziwą
sztukę.
Uważam, że utworzenie takiego samorządu jest jak
najbardziej możliwe i że jego organizacja może wspierać kulturę. Mimo tego, że
Turowicz ma pewne wątpliwości (porównując organizowanie artystów do pasienia zajęcy ) to jednak mamy do
czynienia z innego rodzajami samorządów, choćby gospodarczych, których
członkowie mimo iż rywalizują między sobą na polu gospodarczym, to są w stanie
w ramach stowarzyszeń i organizacji realizować swoje wspólne interesy. Da się?
Da się.
Trzecim ogniwem w obiegu kultury pozostają odbiorcy, którzy
również nie pozostają bez winy. Nie łudźmy się – większość z nas to
półprodukty, będące wynikiem działalności przymusowej edukacji. I nie łudźmy
się, że programy nauczania w zakresie nauk humanistycznych, których znajomość
jest niezbędna do znajomości kultury, jest wystarczająca, by stymulować rozwój
młodego człowieka, aby zachęcać go do tego, aby się w tym kierunku rozwijał. Tak się nie dzieje. Nie ma woli większości z uczniów, a i nauczyciele, którym się ostatnio tak ochoczo w mediach dowala nie potrafią ukulturalniac młody narybek Polaków.
Muszę niestety zgodzić się z tezą lansowaną przez Pana
Baumana, który stwierdza, że w dzisiejszych czasach kultura, zawężana do
kategorii sztuk pięknych (przy czym przymiotnik „pięknych” jest ze wszechmiar
nietrafny, zdaję sobie z tego sprawę i biję się w związku z tym w pierś),
przestała być koniecznością, lecz fakultatywnym
wyborem. Kultura stała się ozdobnikiem, dodatkiem i raczej nie czerpie ze
szczytowych osiągnięć kultury jako całości, lecz jest mocno uśredniana. Za
czasów Turowicza, jeszcze przed eksplozją kultury masowej, wierzono, że
poezja, opera i inne pełnią jakąś społeczną rolę. Dziś okazuje się, że społeczeństwo
radzi sobie bez tych dziedzin sztuki. A jak sobie radzi? Ta kwestia pozostaje
otwarta.
Sam redaktor Tygodnika Powszechnego jest optymistą, który
uważa, że kulturę przyszłą stworzy
wspólny wysiłek wszystkich ludzi ideowych i twórczych. Wszystkich ludzi którzy
wierząc w pewien świat wartości, będą ten świat wartości w swoim życiu
realizować, tworząc nowy obyczaj, własny i środowiska, w którym żyją.(…) Czymże
bowiem innym jest kultura, jeśli nie obyczajem człowieka, który szukając sensu
swego istnienia na ziemi i swego prawdziwego powołania znajduje ten sens i
życiem swoim daje mu świadectwo?
***
Jerzy Turowicz urodził się 10 grudnia 1912 roku a zmarł 27 stycznia 1999 roku. W tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin tego wielkiego człowieka.
Zgodnie z sugestią zamieszczoną na okładce podbijam na
wzmacniaczu basy a pokrętło z napisem volume przekręcam na max. Georga
Thorogooda nie da się słuchać inaczej
niż głośno a to z paru powodów.
Album Maverick został wydany w 1985 roku, w tym samym rocku
co legendarny ZZ Top nagrał równie legendarny albumEliminator, udowadniając tym samym, że blues nie znajduje się wcale
w stanie agonalnym, lecz świetnie można go recypować do elektronicznych, ergo
dyskotekowych klimatów. George Thorogood dokonał wyboru pośredniego między
z tradycyjnym, blues-rockowego brzmieniem, bez eksperymentów z elektronicznymi
zabawkami, ale jednak z zachowaniem ludycznego charakteru nagrania.
Nie jest może najważniejsze i najlepsze dokonanie zespołu,
ale słucha się go bardzo przyjemnie. Co rozumiem przez przyjemność. Ano
instrumentarium i świetne, elektryczno-gitarowo-saksofonowe riffy, czyli to co
prawdziwi mężczyźni lubią najbardziej. Thorogood jako gitarzysta nie ma polotu
Joe Bonamassy, ale ze swoimi
umiejętnościami gry na gitarze, które raczej porównałbym do tych posiadanych
przez Joe Lee Hookera naprawdę wymiata. Gra techniką slide, którą popisuje się
w otwierającym album utworze Gear Jammer i tym samym sprawił mi niezłą frajdę. A do tego
jeszcze ten nośny riff, w którym popisuje się wespół z grającym na saxie
Hankiem Carterem.
Bodajże najbardziej znanym utworem z albumu i jedną ze
sztandarowych kompozycji Thorogooda jest utwór I drink alone. Ta apologia kontemplowania wszystkich bardziej
znanych marek whisky kończy się tym, że jednak podmiot liryczny tekstu nie
wypija nic. Ciężki jest żywot bluesmana.
Dalej na albumie mamy przyjemne boogie pod tytułem Willie and the Hand Jive. Nic
porywającego, kompozycja bliźniaczo podobna do znanego utworu Bo DidleyaWho Do you Love (zresztą Thorogood z
Niszczycielami nagrał cover tego ostatniego). Fajnie kołysze.
Dalej mamy całkiem przeciętną balladę What a Price, która nie zostaje pozostawia po sobie żadnego, ani
złego, ani też dobrego wrażenia. Na mocnego, szybkiego rock ‘n rolla musimy
czekać aż do utworu zamykającego stronę A, czyli Long Gone. Solidne nabijanie Jeffa Simona, nośny riff, dobra sekcja
rytmiczna basu i ponownie rewelacyjne saksofonowe solówki.
Stronę B rozpoczyna dobry rock w postaci utworu Dixie Fried. Po nim mamy jeden z
ciekawszych momentów na tej płycie, a mianowicie cover wspomnianego już
wcześniej Joe Lee Hookera, czyli Crawling
King Snake. Mamy tutaj mocno przesterowane gitarowe brzmienie i miarowe
nabijanie perkusji i bardzo charakterystyczny, charczący głos Thorogooda. Jedna
z moich bardziej lubianych kompozycji z repertuaru artysty.
Dalej znowu mamy cover innego klasyka czarnego rock ‘n rolla czyli Memphis Tennesee, a po nim następną
przeraźliwie nudną balladę Woman with the
Blues. Dalej zaś mamy szybkostrzelne granie Go go go. A na zakończenie Ballad of Maverick, lekkie, za lekkie
nic nie wnoszące, nikłe i nijakie granie.
Ale w zasadzie nie
żałuję tego zakupu, który wykosztował mnie aż 20 zł. Ale w sumie wolałbym,
żeby George Thorogood zajął się solidnym rockowym, męskim graniem, a ckliwe
ballady pogrywał w rodzinnym gronie.
Dawno temu, udzielałem wskazówek jak należy zachowywać się na bazarze. Tym razem postanowiłem dokonać małej specyfikacji konkretnej giełdy
staroci – Hali Targowej w Krakowie. Jest to jedno z niewielu miejsc w Krakowie,
jeśli nie w Polsce, które zachowało, charakter tradycyjnego i zróżnicowanego
targowiska. Oprócz tandety, można tu znaleźć prawdziwe skarby; co więcej skarby
te można dostać za naprawdę niską cenę.
Zrobię tu trochę reklamy sprzedawcom, którzy na to zasłużyli oraz odrobinę pohejtuję tym, którzy robili wszystko, aby ich nie polubić, a przede wszystkim, żeby nic u nich nie kupić. Pokażę miejsca, które warto zwiedzić z uwagi na dobra kultury, czyli książki i płyty. Oczywiście zastrzegam, że jeśli chcemy zdobyć fajne trofea, należy dokumentnie spenetrować cały obszar giełdy staroci. Mam jednak nadzieję, że mój przewodnik okaże się być pomocnym.
W celu ułatwienia naszych poszukiwań wykonałem w Paincie mapę. Wygląda niedorzecznie, ale może się jakoś przydać. No to zacznijmy numerycznie i kolorystycznie (patrzymy od lewej strony mapki tzn od zachodu).
1. Zatoka Żółtych Tygrysów
To miejsce nazywam Zatoką Żółtych Tygrysów. Co prawda tylko sąsiaduje z Halą, ale można tu znaleźć rewelacyjne książki a wśród nich mnóstwo książeczek z serii Żółty Tygrys. Na samym końcu ulicznki znajdziemy wnękę tudzież szopę, nieważne co, bo ważne jest to, że książki tu są rewelacyjne, o bardzo zróżnicowanej tematyce i przede wszystkim tanie jak barszcz. Tygrysy po zeta inne wydawnictwa zsztuka. W Zatoce możemy dostać również motykę albo filmy na VHS.
Badziew wzdłuż chodnika
Od Zatoki po Halę Targową idąc wzdłuż ulicy Grzegórzeckiej również natrafiamy na kupców. Nie wolno przechodzić koło nich obojętnie! Naprawdę można kupić u nich bardzo ciekawe rzeczy. Mi się np. udało ostatnio znaleźć Tygodnik Powszechny z lat '40, po 50 groszy sztuka...
Badziew, badziew, badziew...
... czyli w zasadzie wszystko co jest do życia potrzebne od broni gładkolufowej, przez żywego karpia, gustowną zastawę, po książki i płyty. Można by tu spędzić lata, choć mamy czas tylko w niedzielne przedpołudnie. Właśnie w tym obszarze zaznaczonym na niebiesko złowiłem zachowany w doskonałym stanie debiut długogrający Niemena za 5 zł.
Książeczki...
Na czerwono oznaczyłem miejsca gdzie można zakupić książki. Na środku mapki mamy dwa czerwone paski. Tam pod zadaszeniem znajdziemy małe co-nieco.
Z tej okazji mam dwie wiadomości – dobra jest taka, że książki są naprawdę świetnie zachowane, dobrze wyselekcjonowane, przedstawiają zarówno wartość merytoryczną, ale również cenową. I w tym momencie przechodzimy do złej wiadomości – ceny są bardzo wysokie, a sprzedawcy niezwykle niechętni nie tylko do targowania się, ale do rozmowy w z potencjalnym klientem. Gdybym miał kogoś z tego miejsca zareklamować, to jednego zasuszonego staruszka w okularach, któremu wydaje się, że zna się na wszystkich książkach a przy tym jest zabawny i sympatyczny. To u niego kupiłem opisywany tu kiedyś album Pod wierchami Tatr.
A czy Ty masz już swój kalendarz robotniczy?
Pod numerem3. umieszczam szczególne stoisko. Tu z tyłu czai się jeden długowłosy pan, który na metalowych regałach rozkłada stare książki. Część z nich to naprawdę fajne rzeczy, w przyzwoitych cenach. Przez przyzwoitość ceny, mam na myśli zachowane proporcje między zadowoleniem klienta i zyskiem dla sprzedawcy. Facet jest przyjazny, gdyby miał fan page na fejsbuku, to zalajkowałbym bym ochoczo.
Pod numer 4. znajduje się kram, który specjalizuje się głównie w albumach o sztuce, fotografii itp. Bardzo dobre tytuły, wielki wybór i niestety wysokie ceny. Na szczęście da się tutaj trochę potargować.
Stare gazety, sudoku i krzyżówki...
Różowego koloru użyłem nie bez powodu. W tym miejscu, pod zadaszeniem mamy stare gazety, sudoku, krzyżówki,
gazety i filmy pornograficzne. Stoiska te są oblegane dosyć regularnie. Nie pytajcie dlaczego.
Płyty winylowe
4. Bardzo fajne, ceny, ale możliwość targowania się tylko przy większej ilości zakupionych płyt. Ceny są uczciwe, wybór jest przyzwoity, choć raczej ogranicza się do polskich wydawnictw. Zostawiłem u właściciela tego stoiska stanowczo zbyt dużo pieniędzy. Raczej polecam.
5. W tych okolicach rozkłada się tęgi koleś z bródką, którego odradzam stanowczo. Zagada cię na śmierć, po czym pociśnie ci płytę za naprawdę wysoką cenę. Choć jego płyty są naprawdę dobre...
6. Ten koleś ma piękne stoisko z płytami jak marzenie – najlepsi wykonawcy, najlepsze wytwórnie, najlepiej zachowane winyle, olbrzymi wybór, ale też niestety najwyższe ceny. W dodatku jest dosyć bezczelny, z który traktuje klienta z góry. Jest siwy i nosi okulary. No comments.
7. Do Tomka chodzę regularnie, ma świetne płyty, ale niestety wysokie ceny. To twardy zawodnik, ale nigdy nie pociska kitu. Można się targować, ale można po tym wyjść dosyć obciążonym psychicznie. Za każdym razem, kiedy u niego kupuję, zarzekam się, że już nic u niego nie kupię a i tak wracam. Cechy szczególne to czarne włosy, skórzana kurtka i dobra gadka. Mnóstwo dobrego rocka, którego nie można znaleźć poza jego stoiskiem, więc mimo wszystko - polecam gorąco!
Dzisiejsza demonstracja nie przyciągnęła może zbyt wielu
uczestników (ok 30-40 osób), jednak należała do jednej z najgłośniejszych w owych dniach. Mowa
tu o demonstracji w sprawie likwidacji najstarszego w Polsce antykwariatu SA Krzyżanowski. Rozpoczęła się koło godziny 17:30 na ulicy Świętego Tomasza przed antykwariatem, a następnie przeszła do Rynku Głównego, który okrążyła po to by następnie dojść pod magistrat.W wyniku polityki organów samorządowych miasta Krakowa, które rozpaczliwie poszukuje źródeł dochodu, może zostać zlikwidowane nie tylko to historyczne przedsiębiorstwo, ale przede wszystkim
zostaną pokrzywdzeni ludzie, którzy przez podwyżkę cen najmu lokali komunalnych będą musieli szukać mieszkań gdzie indziej. Pani Druć, która wraz z mężem od 40 lat prowadzi ten antykwariat była bardzo wzruszona za udzieloną jej pomoc i poparcie. Demonstracja cieszyła się dużym zainteresowaniem, również wśród zagranicznych turystów, którzy zasiadali kawiarniane ogródki na płycie Rynku Głównego. Jedna z turystek, żywo zainteresowana wydarzeniem, w którym brałem udział, zapytała mnie przeciwko komu demonstrujemy lub też za czym. Gdy dowiedziała się o planowanej eksmisji antykwariatu jak również o polityce krakowskiego samorządu w odniesieniu do lokali komunalnych leżących w centrum miasta, była zaszokowana. Stwierdziła, że jako turystka nie może narzekać na jakiekolwiek braki ze strony miasta, natomiast nie sądziła, że stali mieszkańcy są poddani systematycznej gettoizacji. Również mieszkańcy Krakowa byli zainteresowani akcją, choć tylko nieliczni dołączyli do pochodu. Poniżej fotograficzna minirelacja z tego wydarzenia.
Ważą się losy najstarszego antykwariatu w Polsce, a to wszystko przez nieudolność, niechęć, ignorancję i jeszcze stek innych mniej cenzuralnych przymiotów polityków krakowskich.
W telegraficznym skrócie: antykwariat S. A Krzyżanowski działa nieprzerwanie od jakichś 140 lat. Jednak wobec braku woli ze strony polityków jak i Zarządu Budynków Komunalnych obecnym właścicielom zostanie podniesiony czynsz - o jakieś 100 %. W antykwariacie znajduje się ponad 40 tysięcy woluminów.
Zaprotestujmy razem przeciwko eksmisji antykwariatu! Spotykamy się w środę 20.06. o godz. 17.00 przy ul. Św. Tomasza 26! Nie oddamy miasta w ręce polityków!
Mam nadzieję, że będzie nas dzisiaj na Tomasza jak najwięcej. Naprawdę, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego politycy, będący reprezentantami naszych interesów, którzy piastują swoje urzędy tylko dzięki naszemu demokratycznemu nadaniu, są tak bezczelnie głupi. Bezczelnie głupito z pewnością daleko posunięta grzeczność, jednak na moim blogu staram się nie używać wulgaryzmów cięższego kalibru. Mam nadzieję, że wyjdzie nas wiele, mam nadzieję, że tłumnie damy wyraz wściekłości wobec braku elementarnego poczucia sprawiedliwości. Głupio jest przypominać rządzącym, że istotą zadań samorządowych jest funkcja cywilizacyjna, a nie policyjno-prawna, bardziej rozwojowa niźli ekonomiczna, raczej stosująca mechanikę działania negocjacyjnego niż władczego. Tego przynajmniej uczą na Instytucie Nauk Politycznych, gdzie wykładowcą jest prezydent, profesor Majchrowski.