poniedziałek, 24 września 2012

Pokój na Ziemi




Der Krieg ist nichts anderes als die Fortsetzung der Politik mit anderen Mitteln.
Carl von Clausewitz

Si vis pacem parabellum.

Gdy dostałem w swoje ręce książkę (za złotówkę na giełdzie na Bronowicach Małych) Stanisława Lema i to nie byle jaką po wydany w 1987 roku Pokój na ziemi to nie śpieszyłem się z jej przeczytaniem, bo Lem to uznany klasyk i to pono nieśmiertelny. Pomyliłem się zaś okrutnie w moim odwlekaniem, ale w poniewczasie pomyłkę mą spostrzegłem, bo po przeczytaniu dopiero. A okazało się, że Lem to nie tylko fantasta tradycyjny to znaczy taki, który gwarzy tylko o przyszłości technologii, ale również taki, który ciekawe tezy na temat przyszłości polityki światowej stawia.

W książce odnajduję bardziej traktat o nowej geopolityce i przewartościowaniu pojęcia wojny, a los Iljona Tichy jest sprytnym pretekstem dla ukazania wszelkich new orderów. Iljon Tichy to starannie wyłowiony i wyszkolony przez Lunar Agency śmiałek, który ma za zadanie udać się na księżyc po to, aby za pomocą zdalników, czyli specjalnych, zdalnie sterowanych urządzeń monitorować sytuację na Księżycu, który na mocy postanowień konwencji genewskiej został zamieniony na wielką zbrojownię. Niby jest miło, bo na ziemi ustał tradycyjny wyścig zbrojeń, jednak niepokój ludzkości może powodować fakt iż wszystkie instalacje i sprzęty pozostawione na Księżycu zostały zaprogramowane tak, aby unowocześniać swoją technologię wojenną i to w sposób, który trudno przewidzieć. Ponadto Księżyc został tak mocno buforem technologicznym i instytucjonalnym (sprawa Księżyca zajmuje się tylko i wyłącznie ponadnarodowa Lunar Agency, jako jedno z ciał ONZ), że nikt, włącznie z samą Agencją, nie wie co się dzieje na księżycu.

Powieść jest anty-antyutopią,  która już na samym początku dementuje Brave New World, jako mżonkę, ponieważ zimnowojenny dualny układ stosunków międzynarodowych został zastąpiony przez doktrynę totalnej ignorancji, która jest niezwykle krucha, bo jakoś rządy światowe, przywykłe od wiek wieków do wyrządzania szkody swoim adwersarzom w wojenny czy bardzie wyrafinowany sposób odnajdują sposoby na dawanie w kość innym państwo, choćby poprzez mikroskopijne armie zautomatyzowanych drobnoustrojów lub owadów, zatrutą żywność czy regulowanie zjawisk pogodowych, choć oczywiście o tym nikt nie wie, cicho sza.

Sam Stanisław Lem dementował jakoby jego książka powstałą pod wpływem wydarzeń politycznych na świecie i konfliktu radziecko-amerykańskiego, jednak w istocie trudno interpretować to dzieło abstrahować od ówczesnego układu sił na arenie międzynarodowej. Na szczęście Lem jest tym fantastą, to fantazjuje nie dla samej zabawy, nie dla epickich bitew, laserów, statków kosmicznych, bo Lem filozofuje za bardzo, za bardzo futurologuje, za bardzo się przemądrza ze swoją znajomością psychologii, technologii i innych -logii. I być może u innych byłby to zarzut, ale nie u Lema, bo wszystko jakoś w jego powieści składa się w kupę i nawet jak pisze on o zdolnościach umysłowych mózgu, to ciężko się znudzić, bo to nie autor do nudzenia się i kręcenia nosem, tylko chłonięcia wiedzy. Nie ukrywam, aby zrozumieć prozę Lema, co rusz wklepuję w wyszukiwarkę przedziwne terminy, co nie ukrywam, ponownie, sprawia mi nie rada frajdę.

Wracając do polityczności wywodu Lema, nie sposób nie zauważyć, że oprócz głównego bohatera i narratora i wszystkich mniej lub bardziej z nim spowinowaconych ludzi oraz instytucji nie mamy żadnego bohatera zbiorowego, jakiejś ludzkości, jakiegoś narodu. Nie wiem czy wynika to mizantropii Lema, czy przyjętego przez niego aksjomatu głupiej zbiorowości (ona rzeczywiście u Lema jest głupia, rozwój technologiczny zredukował człowieka jeno do konsumenta), jednak aktorem na scenie międzynarodowej u Lema są jedynie rządy i powołane przez nie instytucje. Dużą rolę pełnią media, które zazwyczaj histeryzują, a przede wszystkim - zarabiają, a nawet naukowcy poszli w zapomnienie, jest jedynie na świecie paru specjalistów, genialnych zapewne, ale jakby pochodzących z innej epoki. Lem nie wierzy w to, że człowiek ergo ludzkość potrafi wyzbyć się jakichkolwiek form przemocy i choćby człowiek przeniósł  całe zło na samoprogramujące i samodoskonalące się maszyny do zabijania i wysłał je gdzieś w kosmos, to i tak to zło wróci, człowiek z natury jest głupi i występny, a cały ten pacyfizm niech szlag trafi, bo farty funta kłaków nie jest.

U Lema zatarła się granica między wojną a pokojem. U cytowanego przeze mnie Clausewitza, wojna to w zasadzie naturalny sposób regulowania spraw, ponadto jest on permanentny. U Lema wojny takiej jak kiedyś już nie ma, bo została ona zdehumanizowana przez automaty, zresztą nigdy nie wiadomo kiedy wojny nie ma a kiedy jest; podług konwencji genewskiej mamy na ziemi pokój.

Lem wskazuje na marną kondycję ludzką oraz przestrzega przed zawierzaniem ludzkości komputerom. Zdaje sobie również sprawę z nędznego działania ponadnarodwych, a w zasadzie wszystkich bez wyjątku instytucji władzy, które rozrywane są przez nielogiczne partykularyzmy. Autor zdaje się pytać co wolimy - być zdominowani przez bezduszne maszyny, czy przez uduchowioną głupotę?

wtorek, 18 września 2012

Skorpio - Ünnepnap

Pierwszą moją płytą, którą kupiłem na starociach były Dorosłe Dzieci zespołu Turbo, jednak pierwszą płytą, którą dostałem od mojej żony był węgierski rock zespołu Skorpió. Czy to sentyment każe mi rozpisywać się o tym zespole, czy też zachwyt nad innymi atrybutami zespołu - tego wiedzieć nie mogę. Na pewno nie były to teksty, bo o tłumaczenia po polsku trudno, a mój węgierski raczej marnym jest.

Wracając do grupy, to niewiele ma ona wspólnego z zachodnimi niemieckimi herosami ciężkiego grania jakimi są Scorpionsi, nie oznacza to jednak, że zespół nie ma rockowego pazura. Jest to jedna z pierwszych węgierskich rockowych super-grup powstałych z muzyków biorących wcześniej udział w projektach dobrze znanych fanom madziarskiego gitarowego rzężenia jak Lokomitiv GT czy Taurus, która oprócz wyjątkowych instrumentalistów pod przewodem lidera Frenreisza Károlego, basisty, wokalisty, i saksiarza mieli rewelacyjny image i wypasione instrumenty, niespotykane po naszej stronie żelaznej kurtyny. Popatrzcie tylko na okładkę (zresztą bardzo ładną, laminowaną) - piece Marshalla, gitara Gibsona, basik Fendera, perkusja Ludwiga, w brzmieniu zaś doskonale słyszymy melotron, oraz organy Hammonda. Dla nas może taki sprzęt może wydawać się pospolity, jednak w czasach, gdy o nawet o marne bębny z Pol-muza było trudno, taki sprzęt naprawdę intrygował.

Frenreisz Károly -- ének, vokál, basszusgitár, szaxofon, fuvola
Szűcs Antal Gábor -- gitár, ének, vokál
Papp Gyula -- zongora, elektromos zongora, orgona, szintetizátor
Fekete Gábor -- dob, ütőhangszerek, ének, vokál
Zespół nawiązywał do dokonań zachodniego progresywnego rocka, a i dokonania Deep Purple nie mogły być Skorpió nieznane. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół wypracował charakterystyczny styl, a flow kapeli jest nieporównywalny z niczym innym. Byli zachodni, byli perfekcyjni, ale jednak ta Środkoweuropejskość w zestawieniu z niezwykle konserwatywnym w ujmowaniu muzyki rozrywkowej reżimem odciskał piętno na całości.

Moje pierwsze wrażenia z płyty Ünnepnap z 1976 były niezwykle entuzjastyczne. Od momentu pierwszego przesłuchania tej płyty stałem się epigonem węgierskiego rocka, którego dokonania są niezwykle imponujące. Wszyscy muzycy w Skorpió są niezwykle utalentowani, sekcja rytmiczna jest niezwykle mocnym punktem całości płyty, co nie oznacza, że brakuje miejsca dla solowych popisów jak choćby wyśmienitej saksofonowej improwizacji w instrumentalnym Mediterany czy rewelacyjna, choć pod względem technicznym banalna solówka w tytułowej kompozycji  Ünnepnap. Momentami drażni perkusista, który próbuje być bardziej wirtuozem niż może,  ale to nie zmienia faktu, że potrafi równo wymiatać.

Często na starociach znajduję płyty Skorpió. Na szczególną uwagę zwracają bardzo staranne okładki oraz wkładki do płyt, jak i tłoczenie samych krążków. W bloku komunistycznym najlepsze vinyle tłoczyli Węgrzy oraz Czesi; co do jakości polskich tłoczeń najlepiej po prostu zamilknąć. Ale gdybyście gdzieś u siebie w domu lub na starociach znaleźli Skorpió, to nie krępujcie się z zakupem i niezwłocznym odłuchem; w tym czasie w Polsce tak nie grał nikt.










środa, 12 września 2012

Sartre, post-punk i gówno.



1.

Tymon Tymański i Robert Brylewski są urodzonymi zawodowymi rewolucjonistami. Są na wskroś antysystemowi, zwalczają mainstreamowy Babilon wszystkimi swoimi siłami. Są jednymi z ostatnich ideowców wśród muzyków. Są bezwzględnie przekonani do swoich racji, do tego jak powinna wyglądać polska muzyka. Dali temu wyraz w artykule pt. „Zemsta”, autorstwa Anny Gromnickiej, który pojawił się 18 czerwca we WPROST.

Po drugiej stronie barykady mamy hipsterskie Screenagers. Środowisko niebywale wykształconych w swoich fachu krytyków, którzy w technokratyczny, autorytarny sposób przewartościowali pojęcie „dobrej polskiej piosenki”. Zaszokowali, zniesmaczyli, rozśmieszyli, zezłościli. Jednak ich lista dwustu najlepszych polskich piosenek to nie perwersja dla samej perwersji. Do licha, oni w tę listę wierzą.

Z ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 ze stolicy corocznie w okresie około długo majowym Trójka nadaje Polski Top Wszechczasów, który zresztą jak i Top „Ogólny” funkcjonował jako niezmienny paradygmat w postrzeganiu polskiej muzyki rozrywkowej drugiej połowy XX wieku. Wyboru tego, co jest topowe, a co nie dokonują słuchacze spośród puli wybranych przez redaktorów Trójki utworów. Wybory niczym neoliberalnej demokracji.

2.

Lenin powiadał: Każdy artysta ma prawo tworzyć swobodnie, ale my Komuniści, powinniśmy prowadzić go zgodnie z wytycznymi. Przyklaskiwał temu Sartre, który nie wyobrażał sobie sztuki, która jest wyabstrahowana z kontekstu społeczno-politycznego,  która jest sztuką samą dla siebie, która jest wyrazem egoizmu twórcy lub folgowaniu niskich pobudek publiczności.

Polski socjolog i krytyk muzyczny Paweł Beylin, wśród pozaestetycznych funkcji muzyki wyróżnił funkcje propagandową oraz ludyczną . Mimo tego, że sam był wielkim purystą, który z nieukrywaną pogardą spoglądał na rozwój polskiej sceny big bitowej i w ogóle na rozwój anglo-amerykańskiego rock ‘n rolla potwierdzał jednocześnie, że oto w drugiej połowie XX wieku, muzykowanie stało się prawdziwie demokratyczne, bo oparte na skądinąd prymitywnych przesłankach zarówno natury technicznej twórców, którzy rekrutowali się w zasadzie tylko spośród amatorów, jak i na teksty.

Władimir Nabokow każdą próbę „uspołecznienia” tudzież upolitycznienia sztuki uznawał za przejaw marksizmu. Ze wstrętem odnosił się do społecznikowskiego naturalizmu literatury. Jego poglądy na temat literatury można w zgrabny sposób dostosować do dyskusji na temat współczesnej muzyki rozrywkowej. Tym bardziej, że literatura w rozumieniu Nabokowa jest bardzo zbliżona do muzyki, która to muzyka jest dziedziną twórczości, która jak najbardziej abstrahuje od świata naturalnego i jest całkowicie (w odniesieniu do organizacji dźwięków) nienaturalna. Oczywiście niektóre dzieła sztuk plastycznych czy literatury bywają abstrakcyjne, surrealistyczne etc., ale w zasadzie dopiero od niedawna. Literatura z nielicznymi wyjątkami aż do XVIII wieku służyła opisowi rzeczywistości, zaś malarstwo do XIX wieku było sztuką figuratywną, odzwierciedlającą rzeczy takimi jakie są.

3.

Obym się mylił, ale wydaje mi się, że Tymon Tymański i Robert Brylewski przesadzają w ocenie muzyki popularnej. Dokonują niebywałych wręcz prób ukazania bidy z nędzą z jakimi musiała się borykać polska publiczność oraz artyści. Psioczą na to, że ludzie w szarej rzeczywistości PRL-u zamiast nagrywać czy słuchać nowych nowofalowych czarnych krążków, woleli słuchać Kolorowych Jarmarków i Franka Kimono. Dzisiaj w brutalny werbalnie sposób rozprawiają się z polskim szoł-bizem. Dla Brylewskiego i Tymańskiego muzyka musi funkcjonować w jakimś kontekście, a najlepiej, żeby muzyka ta ów kontekst kontestowała. Temu służy ich wspólny film fabularny Polskie gówno, o tym jak straszny był przemysł muzyczny za komuny, jaki straszny jest dzisiaj. W rozumienia Nabokowa i nieco odwróconym znaczeniu słów Lenina, które przytoczyłem powyżej, są oni komunistami pełną gębą. Powiem więcej – dążą do totalitarnej dyktatury, która opiera się na dobrym smaku, zrównoważonych harmoniach, poetyckich tekstach, dobrych instrumentalistach i przesłaniu. A i Sartre, gdyby żył, by się ucieszył na to i to bardzo.

Screenagersi mieli zapewne dość trójkowego monopolu na muzyczną prawdę. Nie sądzę jednak aby ich lista była tylko i wyłącznie Anty-Topem Wszechczasów, bo nie opiera się na złośliwych antynomiach, jak np. spektakularna rehabilitacja zespołu Papa Dance. Już samo rozszerzenie listy o sto dodatkowych tytułów wskazuje na to, że jej autorzy chcą wypracować nową jakość w postrzeganiu muzyki i rozszerzeniu perspektywy, nie tylko ilościowo, ale przede wszystkim jakościowo. W tym rozumieniu dobra piosenka nie tylko zadaje pytania, napawa nas wątpliwościami natury politycznej, ma określony społeczny cel, ale taka która bawi, relaksuje, taka, która spełnia swoją zabawową rolę przy jednoczesnym zachowaniu przyzwoitego poziomu aranżacyjnego, kompozytorskiego i dobrego wykonania.

Zaś jeśli chodzi o Trójkową listę, to niestety, ale perspektywa „Topowa” zawężona jest do utworów rockowych, pomijając np. dokonania polskiej muzyki w ostatnim dwudziestoleciu prawie zupełnie. Larum mogą podnosić na moje słowa ci, którzy mówią, że to nie „Trójka Piotrów” decyduje o finalnym kształcie listy, lecz słuchacze. Odpowiem – oczywiście, lecz czy wszyscy dziennikarze muzyczni Trójki ustalają tę listę? Czy bez echa pozostają słowa Wojciecha Manna, który związany z Trójką od Bóg wie jakiego czasu, uważa coroczne głosowanie na Top za przyjemne kółko wzajemnej adoracji radiosłuchaczy?

4.

Nie chcę się stawiać w charakterze jakiegoś medium, które będzie rozstrzygało, które racje, którego stronnictwa są słuszne. Doceniam zarówno radykalizm twórcy zespołu Kury i lidera Brygady Kryzys, jak i zaangażowanie Screenagersów w odkrywanie polskiej piosenki na nowo. Nie sposób przejść obojętnie wokół dosyć konserwatywnego Polskiego Topu Wszechczasów Trójki, który mimo wszystko jest listą utworów wybitnych. Konsekwencją polaryzowania się w polskiej rzeczywistości środowisk, które chcą dyskutować o polskiej muzyce muszą być wymierne korzyści. Ja się cieszę, że ktoś prowadzi zażarte boje, bo w zasadzie wszystkie wymienione stronnictwa wydają się być bardziej kompetentne w zakresie muzyki, niż politycy w zakresie polityki.

A jaka jest różnica tych wyżej wspomnianych specjalistów od muzyki od polityków? Chyba na to pytanie próbował odpowiedzieć już Jerzy Turowicz w swoim tekście z 1947 roku pt. Kultura i plan. Stwierdza w nim, iż każdy świadomy artysta, niezależnie od tego czy funkcjonuje w systemie zetatyzowanej lub zliberalizowanej kultury, jest odpowiedzialny w ramach swojej działalności wobec swojej publiczności, wobec, jak to określa swoich „klientów”. Nie wiem czy politycy, choć posiadają mandat do bycia sumieniem społeczeństwa podobno dosyć znaczący, są świadomymi artystami swojej profesji.

niedziela, 9 września 2012

Reżimowy Żołnierz Polski

Żołnierz Polski, oficer radziecki.
Peerelowania ciąg dalszy! I choćbym peerelował na temat wyrobu kultury, który może uchodzić jeno za obrzydliwą komunistyczną gadzinówkę, to proszę mi wybaczyć, taka to już moja fascynacja. Ale obiecuję, przez najbliższy czas o socjalizmach będę milczał tylko. Dziś popełniam post takowy, bo znalazłem w kolekcji mojego szanownego pana teścia ładnie u introligatora oprawione numery Magazynu Ilustrowanego Żołnierza Polskiego, pochodzące głównie z 1961 roku.

Na pierwszym miejscu należy zwrócić szczególną uwagę na niezwykle starannie wykonaną i atrakcyjną szatę graficzną oraz ogólną jakość tego tygodnika. Papier jest przyzwoitej jakości, bardzo liczne w Żołnierzu są zdjęcia oraz ilustracje, niektóre z nich kolorowe. Jak nietrudno odgadnąć jest to pismo, w którym dominuje szeroko rozumiana tematyka wojskowa. Nie zmienia to faktu, że mamy tutaj wiele innych informacji począwszy od  polityki (zarówno krajowej jak i zagranicznej), dużo wiadomości kulturalnych, parę wskazówek technicznych - jak choćby stała rubryka pt. Motoryzacja w miniaturze. Na końcu każdego numeru znajduje się mały kącik rozrywkowy, pełen krzyżówek, a nawet zagrywek szachowych czy brydżowych przeznaczonych zarówno dla zapaleńców-amatorów jak i pro-gamerów!

Rok 1961 to przede wszystkim rok tryumfu radzieckiej kosmonautyki, która wyniosła w przestrzeń kosmiczną pierwszego człowieka. Wielki sukces Sowietów był sukcesem całego bloku państw komunistycznych. Sukcesem roku '61 było również zatrzymanie przez rewolucyjną armię inwazji na Zatokę Świń. Wreszcie rok, który był się odbył 51 lat temu to nieustanne wspominanie pochodu zwycięskiej Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego przeciwko hitlerowskiemu okupantowi oraz równie nieustępliwe a napastliwe teksty dotyczące NATO jako nowej wojennej organizacji, która ma nie dość, że imperialistyczne to jeszcze krypto-nazistowskie inspiracje oraz aspiracje. 

Czy wojskowy humor radziecki...
Całość oczywiście jest uwarunkowana bieżącą polityka Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, która była główną instytucją propagandową dla WP. Retoryka tekstów nie odbiega znacząco od sztampowych tekstów propagandowych epoki; a więc pojawiają się tu etosy i toposy, którymi nowomowa władzy była przesiąknięta wzdłuż i wszerz oraz kalkami językowymi, które we wspaniały sposób gwałciły indywidualny styl każdego z dziennikarzy tu piszących.

Bardzo wiele artykułów dotyczy przeszłości, choćby opisów batalii, czy poszczególnych bitew a nawet potyczek, podobna ilość dotyczy wydarzeń bieżących. Mało natomiast jest tekstów dotyczących przyszłości, a jeśli już takowe się pojawią, są to raczej luźne futurologiczne fantazje niźli rzeczowe analizy. Z okazji wysłania Gagarina w kosmos mamy tekst dotyczący lotów załogowych na (sic!) Wenus. Bardzo interesujący wydaje się być rysunek wyobrażający rolnictwo w 2000 roku. Co jak co, część wizji zmechanizowanego, przemysłowego rolnictwa zrealizowała się  

... jest lepszy od zachodniego humoru?




                                                 go-kart, po polsku toczkowóz
I znowuż zwrócę uwagę na niewątpliwy rozmach, który towarzysz wydaniu każdego numeru. Ilość form dziennikarskich od rysunków satyrycznych począwszy na reportażach z frontów walki o wolność

PS. przepraszam za coraz rzadsze posty. Moja pierworodna córka w drodze, więc sami rozumiecie - nowe obowiązki i nowe życie :). Starociom jestem jednak wierny nadal.







Czyżby ojciec kapitana Bomby?
Małżeństwo jest niewolą



czwartek, 30 sierpnia 2012

Kalendarz Robotniczy 1970

Ha!  Właśnie zakończyłem wesoły żywot proletariusza, soli tej ziemi, właśnie przestałem być robotnikiem, po to aby wrócić na swoją wieś zaciszną. Ale nic, ale to nic nie może sprawić abym wydostał się w końcu z kleszczy mojego ukochanego ludu pracującego. Niestety nie mieszkam w Związku Radzieckim, w którym według wyobrażeń Waltera Benjamina każdy mógł zostać pisarzem.  Nawet nie pomagają mi w tym ostatnio zdobyte starocie w tym fenomenalny Kalendarz Robotniczy z 1970 roku.

Być może jestem jakiś dziwny, być może ktoś może mnie od utraty wiary i czci znieważyć, ale wydawnictwa propagandowe PRL od powieści policyjnych począwszy na powieściach produkcyjnych skończywszy są dla mnie naprawdę wyjątkowe i warte uwagi.

Wspomniany Kalendarz Robotniczy 1970 zakupiłem na wspomnianej już tutaj kiedyś Hali Targowej w Krakowie. Oczywiście nie wykosztowałem się zbyt i wiele i choć ojczyzna nasza to nie żaden welfare state, który wspomaga przyrost naturalny i czytelniczy, to jednak poza prawem i poza podatkami zakupiłem sobie egzemplarz ów za zaledwie dwa złote.

Biorąc pod uwagę jakość materiału, z którego wykonany został kalendarz, to muszę przyznać, że znalezisko zachowało się w znakomitym stanie. Ale czego wymagać od robotniczego kalendarza, skoro po pierwsze jest robotniczy oraz, że jest on kalendarzem. Wydany został przez wydawnictwo Książka i Wiedza, które to wydawnictwo chwali się, że wydany w prawie stutysięcznym nakładzie kalendarz jest siedem tysięcy siedemset siedemdziesiątą siódma publikacją KiW. 

Co możemy znaleźć w takim proletariackim kalendarzu? To niezbyt trafne pytanie, raczej powinniśmy zapytać czego w tym kalendarzu nie ma. Oczywiście kalendarz jest maksymalnie naładowany ideologicznie, począwszy od pierwszych, powiedziałbym - oficjalnych - stron kalendarza, gdzie zostały zamieszczone zdjęcia wraz z charakterystyki wszystkich ważnych z biura politycznego od towarzysza Wiesława, po omówienie zasad ustrojowych Polskiej  Rzeczypospolitej Ludowej.


Całość, mimo narzucającego się w mało wybredny sposób ideolo, imponuje rozmachem. Każdy artykuł jest opatrzony ilustracjami, zdjęciami, wykresami czy rysunkami satyrycznymi. Artykuły są różnorodne - znajdziemy tutaj zarówno artykuły o marksizmie-leninizmie, bitwie pod Lenino, stosunkach polsko-niemieckich jak i noty naukowe i kulturalne. Myśli polskiego ludu, według autorów Kalendarza, powinny zaprzątać nie tylko sprawy ideologicznie ściśle związane z socjalizmem i innymi bzdurami, ale również związane z kulturą i nauką.



Dział kultura i nauka niezwykle mnie zaciekawił, ponieważ artykuły tam zawarte napisane są w dobrym stylu. Co rozumiem przez słowo dobry? Otóż ich poziom jest wyważony, ale z pewnością w tym dziale nie mamy do czynienia z biblia pauperum. Mamy tutaj np. ciekawe opisy, które wcale nie ustępują tym, które może my znaleźć we współczesnych czasopismach popularnonaukowych dotyczące m. in. entuzjastyczną notę o postępującej komputeryzacji (choć urzędnicy peerelu w skuteczny sposób zniszczyli dorobek genialnego Jacka Karpińskiego, nazywanego niedoszłym polskim Billem Gatesem), czy też opis badań nad DNA i rozwoju genetyki w ogóle (nazywając rok 1970 rokiem biologii). A co w kulturze (oprócz Konkursu Chopinowskiego) się wydarzyło? Otóż najwięcej miejsca poświęcono Krzysztofowi Pendereckiemu, który w owym czasie odnosi znaczne sukcesy na światowych scenach. Autor tekstu o polskiej muzyce konstatuje jakoby muzyka polska i jej powojenna kariera stała się chlubnym przykładem rozwoju naszej kultury w Polsce Ludowej.

Na zakończenie chciałbym się podzielić pewnym spostrzeżeniem. Otóż wspomniałem wcześniej o tym, że Kalendarz zawiera rysunki satyryczne. Niektóre z nich to rzekomo przedruki z gazet światowych, niektóre zaś zostały napisane specjalnie do opisywanego przeze mnie wydawnictwa. Niewiele się znam na sztukach plastycznych, lecz czy ktoś mi powie, dlaczego styl rysunków wskazuje na jednego ich autora?




piątek, 13 lipca 2012

Folk to nie obciach


Tegoroczne Fryderyki zostały zdominowane przez Anię Rusowicz oraz zespół Zakopower. Wybór laureatów jest nieprzypadkowy, a to z uwagi na coraz częstsze sięganie przez młodych twórców do soc-popu, jak w przypadku Rusowicz, która czerpie pełnymi garściami z gwiazd pokroju Miry Kubasińskiej lub jak w przypadku formacji Zakopower, która akcentuje silne związki z muzyką ludową. Powrót wielkim szturmem vintagowych klimatów jest oczywistością, podczas gdy często zapomina się o folku, który zdobywa sobie coraz szersze uznanie.

Folk na światowych scenach

Andrzej Dziubek, zespół De Press.
Muzyka ludowa południowej Polski, która uparcie, wbrew logice współczesności, nie chce się stać faktem li etnograficznym, a staje się wielką inspiracją dla popularnych zespołów. Począwszy od grup o proweniencji disco-folkowej, jak Gronicki, poprzez artystycznie niewiele lepszy pop-folk (Baciary)do reggae (Trebunie Tutki i Twinkle Brothers) czy muzyki elektronicznej ( np. Future Folk ). Warto odnotować tutaj, że – zupełnie inaczej niż w przeszłości –  muzyka góralska jest przekształcana  przez ludzi głęboko zakorzenionych w tej kulturze muzycznej, nie przez artystów "z zewnątrz".

Kiedy właściwie muzyka ludowa weszła do mainstreamu? Twórcą, który po raz pierwszy odkrył polską ludowość dla świata, był bez wątpienia Fryderyk Chopin. Może powinniśmy również sięgnąć do twórczości wybitnych polskich kompozytorów –  Moniuszki i Szymanowskiego, których opery „Halka” i „Harnasie” uchodzą za arcydzieła polskiej muzyki.  A może, w odniesieniu do powojennej historii polskiej muzyki, powinniśmy się cofnąć do czasów świetności zespołów "Śląsk" i "Mazowsze". Uchodzą one powszechnie za zespoły ludowe, lecz czyżby? Można mieć co do tego spore wątpliwości. Folklor, prezentowany przez te niewątpliwie wybitne i ważne dla kultury polskiej zespoły, jest ludowością w wydaniu artystycznie opracowanym, recypowanym do warunków estradowych. Członkowie zespołów – instrumentaliści, wokaliści, tancerze – są etatowymi instrumentalistami, wokalistami, tancerzami; często , choć nie zawsze,  niemającymi wiele wspólnego z autentycznym folklorem. Są to świetnie wykształceni w swoim fachu artyści, którzy zawodowo służą kulturze narodowej.

Oczywiście nie należy odmawiać szacunku, na jaki zasługują te zespoły, ponieważ przyczyniły się one do propagowania i odkrywania polskiej ludowości dla masowego odbiorcy, także tego zagranicznego. Jednak prawdziwy folklor muzyczny kształtuje się, i jest nadal kultywowany, wśród lokalnych, wiejskich społeczności, które nie pozwalają na to, aby folklor stał się martwy.

Folk a…

Pierwszym polskim zespołem popowym, który bardzo dosłownie czerpał z muzyki ludowej, byli Skaldowie sformowani  w 1965 roku. Była to bardzo zgrabna zagrywka stylistyczna tej grupy, a to z dwóch przyczyn. Po pierwsze, ówczesna władza chętniej skłaniała się do folku niż do hałaśliwego i wywrotowego bigbitu, po drugie, zespół stał się niezwykle charakterystyczny i uznany i to nie tylko w Polsce Ludowej, ale również zagranicą. Pod pojęciem „zagranica” mam na myśli przede wszystkim Związek Radziecki, gdzie formacja stała się niezwykle popularna.

Zbigniew Namysłowski, jeden z najwybitniejszych polskich jazzmanów, również docenił góralszczyznę opartą na unikatowej skali i poetyce. Charakterystyczny styl zapewnił sobie Namysłowski tym, że do jazzu adaptował muzykę ludową począwszy od polskich kujawiaków, przez muzykę Bałkan, na indyjskich klimatach skończywszy. Na albumie z 1975 roku o znamiennym tytule Kujaviak Goes Funky zawarł oparty o góralską melodię utwór Zabłąkana Owieczka. Biorąc udział w Jazz Jambore w 1994, wystąpił z kapelą góralską na czele z Janem Karpielem-Bułecką, a następnie nagrał album pod tytułem Zbigniew Namysłowski & Zakopane Highlanders.


Trudno też przejść obojętnie koło twórczości zespołów rockowych, choć ich udział w folkowym trendzie jest niestety nieznaczny. Warto odnotować tutaj np. żart muzyczny w wykonaniu legendarnej grupy TSA, która zamieściła na swoim longplayu z 1984 roku pt. Heavy Metal World utwór pod tytułem TSA pod Tatrami. Znacznie później zaś, bo już po komunizmie, Paweł Kukiz wraz z Piersiami nagrał brawurową melodię góralską z oryginalnymi słowami i takimż tytułem Wiecno.

Folk folkowi nierówny

Długi weekend majowy, Krupówki. Z wnętrz wielu quasi-regionalnych knajp dobiegają dźwięki zespołów oraz piękne śpiewy. Dla wielu laików zasłyszane melodie to zaiste muzyka góralska, jednak nic bardziej mylnego. Prawdziwej muzyki góralskiej na próżno szukać w tego typu lokalach, raczej dominuje muzyka węgierska, słowacka czy romska. "Prawdziwa" muzyka góralska jest, w porównaniu z wyżej wymienionymi, zbyt surowa dla mniej wymagającego klienta restauracji. „Prawdziwej” muzyki góralskiej można posłuchać w zupełnie innych miejscach.

Próba zespołu góralskiego "Zbójnicek" z Zębu. To tutaj tańczą, śpiewają i grają jedni z najlepszych na Podhalu. Dwa lata temu zespół wygrał pierwsze miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Ziem Górskich w kategorii folklor autentyczny. Skład muzyki jest naprawdę wyśmienity, a jego członkowie – szeroko uznani. Zresztą, o ironio, założycielem zespołu był wybitny skrzypek, Jan Stoch Gronkowion, który był niegdyś członkiem zespołu Śląsk.

Współcześnie mamy do czynienia z wysypem młodych zespołów podhalańskich o charakterze rozrywkowym tudzież dyskotekowym. Ich „ludowość” przeznaczona jest dla mało wymagających słuchaczy, najczęściej zakorzenionych w tradycji, do której ta muzyka się ponoć odnosi. Największymi podmiotami, które promują disco-folk, są mała wytwórnia Tercet oraz zakopiańskie radio Alex. W tym drugim, oprócz nielicznych, tradycyjnych archiwalnych nagrań „prawdziwej” muzyki ludowej, znajdziemy również całe mnóstwo utworów o wątpliwej wartości artystycznej. Co najciekawsze, muzykanci tudzież muzycy grający w karczmach węgierskie czardasze współtworzą również składy grające tradycyjną muzykę, a następnie w weekendy dorabiają, grając przystosowane lub stylizowane „na ludowo” piosenki na weselach. I nie ma się co te osoby obrażać – Sebastian Karpiel-Bułecka z Zakopoweru również zaczynał swą karierę, grając w różnych lokalach gastronomicznych.

W III Rzeczpospolitej grupą, która upowszechniła polską muzykę ludową w ramach muzyki popularnej, byli wspomniani wyżej Trebunie-Tutki. Ta muzykująca od pokoleń grupa z Białego Dunajca paradoksalnie zawdzięczała swój komercyjny i artystyczny sukces ścisłemu podporządkowaniu się tradycji. Zespół dokonał przełomu w polskiej muzyce rozrywkowej, pokazując, że możliwy jest  mądry synkretyzm pozornie odmiennych form. Od techno, przez jazz po reggae – i to w sposób naprawdę intrygujący, a przede wszystkim twórczy. Zespół Trebunie-Tutki doczekał się licznych wyróżnień europejskich dla zespołów grających world music. Stanowi jakość samą w sobie i jest ewenementem na polskiej oraz na światowej scenie muzycznej. Mimo wielu nominacji do Fryderyków, zespół nie zdobył jeszcze statuetki; swoją drogą nagroda ta w wielu środowiskach muzycznych uważana za niepotrzebną i niedorzeczną.  


Góral z Orawy, Andrzej Dziubek, znany też jako Andrej Nebb, niezwykle silnie wpłynął na scenę punkową i nowofalową w Norwegii. Debiut założonego przez niego zespołu De Press pt. Block to Block z 1981 roku, jest uznawany za jeden z krążków najważniejszych w historii norweskiej muzyki rockowej. To właśnie na tej płycie znalazł się największy hit De Press – stylizowany na ludowo Bo jo cie kochom. Dziubek już od pacholęcia tańczył i śpiewał w zespole Małe Podhale, co –  jak widzimy –  miało doniosły wpływ na jego dalszą muzyczną karierę.

Ostatnio głośno stało się o zespole Jarzębina, a to za sprawą swojego utworu Koko koko euro spoko. Utwór skądinąd kiczowaty stał się obiektem nienawistnej krytyki mediów i internautów. Owszem, jest to pastisz muzyki ludowej, jednak branie tak na serio tej sprawy, staje się powoli niedorzeczne, choćby z uwagi na to, że jest to muzyczny żart. Artystki z zespołu Jarzębina nie poruszają się wcale w ramach disco-folku, wręcz przeciwnie – w ich repertuarze znajdziemy piękne starodawne ludowe pieśni, śpiewane śpiewem białym.

Wobec przekształceń muzyki ludowej znajdziemy wielu muzycznych purystów, którzy nigdy nie zgodzą się na mieszanie form tradycyjnych z popularnymi, tradycji lokalnej z kulturą masową. Z drugiej zaś strony, kultura chłopska, której częścią jest muzyka ludowa, stanowi korzenie większości autochtonicznych Polaków. Zamiast psioczyć na rosnącą popularność zespołów, które otwarcie przyznają się do swych ludowych inspiracji, powinniśmy pilnie śledzić te trendy. Na światowych scenach pojawiły się uznane zespoły, które inspirowały się rodzimym folklorem np. bardzo znany zespół rockowy System of A Down, którego twórcy przyznają się do silnych związków z armeńską ludowością. Już chyba nie muszę wspominać, że w zasadzie cała współczesna muzyka rozrywkowa, od grindcoru po dubstep, jest pochodną amerykańskiego folku.

Nieodparcie odnoszę wrażenie, że Polacy wstydzą się swojej muzyki folkowej, a w ogólności – kultury ludowej. Jesteśmy skłonni doceniać tradycyjne muzykowanie z różnych stron świata, podczas gdy u nas, na naszym rodzimym podwórku, dzieją się w tej materii bardzo ciekawe rzeczy. Bardzo bogata kultura ludowa, ta w formie bardzo ortodoksyjnie wykonywanej i ta w formach stylizowanych, jest bardzo trudna do oddania w tak, wbrew pozorom, lapidarnym artykule. Niewątpliwie jednak kierunek, który obrały sobie grupy o przeróżnej stylistyce, tworzy na polskiej scenie muzycznej nową jakość.
O sprawach okołoludowych piszę również tutaj:

  1. http://kulturastaroci.blogspot.com/2012/10/podhale-number-one.html
  2. http://kulturastaroci.blogspot.com/2012/04/pod-wierchami-tatr.html

środa, 11 lipca 2012

Kultura i plan


Odwiedzając ostatnio giełdę staroci, a konkretniej – Halę Targowa przy ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie znalazłem stare numery Tygodnika Powszechnego.  Moją szanowną uwagę zajął jeden szczególny wstępniak. Jest to tekst Jerzego Turowicza, redaktora TP, pt. Kultura i plan. Wydał mi się na pierwszy rzut oka na tyle ciekawy, że postawiłem go bezzwłocznie zakupić. Jestem żywo zainteresowany kwestią szerokorozumianej polityki kulturalnej, postanowiłem więc doczytać jak dyskusja o kulturze wyglądała w tym przedziwnym kontekście historycznym ponad 60 lat temu.

Jerzy Turowicz opisuje spór między Żółkiewskim a Kisielewskim. Adwersarze są zaciętymi obrońcami zupełnie nieprzystających do siebie poglądów. O ile ten pierwszy uważa, że państwo jako immanentnie zespolone ze społeczeństwa (narodem) za zadanie przejęcie w całości odpowiedzialności za kulturę narodową o tyle Kisielewski, jako znany i uznany liberał, twierdzi, że rozwój i upowszechnianie kultury przez państwo jest szkodliwe i niesłuszne. We wstępniaku red. Turowicza mamy do czynienia z przedstawieniem sporu o kulturę w aspekcie politycznym. Dziś raczej spór ów odnosi się bardziej do ekonomii, kiedy to uczestnicy sporu odbijają się niczym kuleczka w pinballu między orgią kapitalistycznego egoizmu a demoralizującą rolą przywilejów. Ale o tym za chwilę.

W tekście Kultura i plan wobec przedstawionego powyżej sporu Jerzy Turowicz proponuje pewną syntezę etatyzacji kultury oraz jej skrajnej liberalizacji. Powołuje się przy tym na personalistyczne podejście od istoty człowieczeństwa i jego pracy oraz państwa, które możemy streścić w trzech punktach. Po pierwsze, artystyczna działalność jest wyrazem osobowości artysty, wyrasta w sposób konieczny z jego wizji artystycznej. Po drugie zaś artysta nie żyje sam, żyje w społeczeństwie, jest z tym społeczeństwem silnie związany. Z tych dwóch prawd wynika, że, i tu uwaga, sztuka pełni funkcję społeczną, społeczeństwo żąda od artysty, żeby tworzył, bo sztuka jest mu potrzebna.

Turowicz widzi pewne rozwiązanie tego niebywale trudnego sporu, w którym biorą udział artyści, urzędnicy i potencjalna lub rzeczywista widownia, w ustawodawstwie (wspomina o potrzebie uchwalenia ustawy bibliotekarskiej upowszechniającej czytelnictwo) oraz w upowszechnieniu, tudzież, jeśli brać pod uwagę ówczesną retorykę, uludowieniu kultury. Turowicz w tym kontekście jest absolutnie prodemokratyczny i antyelitarny, ponieważ wierzy, że lud, zarówno jako jako wytwórca jak i odbiorca kultury, będzie brał za wzorzec najwyższe dokonania sztuki na przestrzeni dziejów, co niestety lub stety nie sprawdziło się.

Co jak co, ale dla mnie działalność artystyczna nigdy nie może być inspirowana poprzez odpowiednie dotacje państwowe lub granty z Unii Europejskiej. Ministerstwo Kultury, jako takie powinno zostać połączone z Ministerstwem Oświaty  i pozostać jego agendą. Agendą, która będzie instytucją konserwującą, która będzie spełniała rolę reaktywną, będzie pomagała w podtrzymaniu minionego lub mijającego dziedzictwa kulturowego w ramach muzeów, wystaw, ochrony zabytków i upowszechniania własności intelektualnej. Redystrybucja dochodu w ramach różnych tworów jak Państwowy Instytut Sztuk Filmowych skierowane na produkcję zupełnie bzdurnych często produkcji, wzmaga mój opór przeciwko jakiemukolwiek artystycznemu ( a jednocześnie autorytarnemu) planowaniu. Wprowadzanie VAT – u na książki jest po stokroć głupie, a uleganie wydawcom, którzy boją się e-podręczników – tchórzostwem.

Jerzy Turowicz we własnej osobie. (źródło
tygodnik.onet.pl )
Artyści, którzy chcą realizować swoją osobowość poprzez sztukę powinni się wyzbyć niekiedy bardzo roszczeniowej retoryki „bonamsięnależybojesteśmyartystami”. Biorąc pod uwagę perspektywę personalistyczną nietrudno skrytykować taką postawę. Artysta, jak i każdy inny człowiek wykonujący inną pracę, jest komplementarny wobec społeczeństwa i wykonuje pewne zamówienie publiczne. Tym bardziej jeśli wykonuje swoją działalność za publiczne pieniądze. I w tym momencie warto też poruszyć drażliwą kwestię przejście praw autorskich do domeny publicznej. Moim zdaniem okres ochronny 70 lat po śmierci artysty jest absolutnie zbyt długi. Powinien on wynosić nie więcej niż 10 lat.

Oczywiście zgadzam się, z tym, ze artyści powinni dostawać pieniądze za swoją ciężką pracę. Prawo powinno chronić artystów w nie mniejszym stopniu niż sami artyści powinni chronić siebie. Warto tutaj znowu powrócić do redaktora Turowicza i wskazać na możliwość organizacji samorządu artystów, którzy będą chronić swoich interesów, którzy nie będę tęsknie spoglądać ku niebu do rządu, a nuż ktoś rzuci pieniążek, poklepie po pleckach. Czasy, kiedy rządzący byli mecenasami sztuk już dawno minęły a niektórzy twórcy woleliby aby na powrót zapanowało coś na kształt autorytaryzmu wspierającego prawdziwą sztukę.


Uważam, że utworzenie takiego samorządu jest jak najbardziej możliwe i że jego organizacja może wspierać kulturę. Mimo tego, że Turowicz ma pewne wątpliwości (porównując organizowanie artystów do pasienia zajęcy ) to jednak mamy do czynienia z innego rodzajami samorządów, choćby gospodarczych, których członkowie mimo iż rywalizują między sobą na polu gospodarczym, to są w stanie w ramach stowarzyszeń i organizacji realizować swoje wspólne interesy. Da się? Da się.

Trzecim ogniwem w obiegu kultury pozostają odbiorcy, którzy również nie pozostają bez winy. Nie łudźmy się – większość z nas to półprodukty, będące wynikiem działalności przymusowej edukacji. I nie łudźmy się, że programy nauczania w zakresie nauk humanistycznych, których znajomość jest niezbędna do znajomości kultury, jest wystarczająca, by stymulować rozwój młodego człowieka, aby zachęcać go do tego, aby się w tym kierunku rozwijał. Tak się nie dzieje. Nie ma woli większości z uczniów, a i nauczyciele, którym się ostatnio tak ochoczo w mediach dowala nie potrafią ukulturalniac młody narybek Polaków.

Muszę niestety zgodzić się z tezą lansowaną przez Pana Baumana, który stwierdza, że w dzisiejszych czasach kultura, zawężana do kategorii sztuk pięknych (przy czym przymiotnik „pięknych” jest ze wszechmiar nietrafny, zdaję sobie z tego sprawę i biję się w związku z tym w pierś), przestała być koniecznością, lecz  fakultatywnym wyborem. Kultura stała się ozdobnikiem, dodatkiem i raczej nie czerpie ze szczytowych osiągnięć kultury jako całości, lecz jest mocno uśredniana. Za czasów Turowicza, jeszcze przed eksplozją kultury masowej, wierzono, że poezja, opera i inne pełnią jakąś społeczną rolę. Dziś okazuje się, że społeczeństwo radzi sobie bez tych dziedzin sztuki. A jak sobie radzi? Ta kwestia pozostaje otwarta.

Sam redaktor Tygodnika Powszechnego jest optymistą, który uważa, że kulturę przyszłą stworzy wspólny wysiłek wszystkich ludzi ideowych i twórczych. Wszystkich ludzi którzy wierząc w pewien świat wartości, będą ten świat wartości w swoim życiu realizować, tworząc nowy obyczaj, własny i środowiska, w którym żyją.(…) Czymże bowiem innym jest kultura, jeśli nie obyczajem człowieka, który szukając sensu swego istnienia na ziemi i swego prawdziwego powołania znajduje ten sens i życiem swoim daje mu świadectwo?


***

Jerzy Turowicz urodził się 10 grudnia 1912 roku a zmarł 27 stycznia 1999 roku. W tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin tego wielkiego człowieka.