czwartek, 18 października 2012

Podhale Number One


To prawdopodobnie jedna z najlepszych płyt z autentycznym polskim folkiem wydana na winylu. Płyta ta jest realizacją mojego prywatnego typu czystego płyty muzyki ludowej - jest to płyta, która jest konsekwentnie nagrywana przez tych samych artystów podług pewnego scenariusza, w którym mamy do czynienia nie tylko z trójcą wstępu rozwinięcia i zakończenia, ale również wielowątkowością, zwrotami akcji i dygresjami, przymiotami wydawało by się przynależnymi bardziej literaturze niż muzyce. Nic bardziej mylnego - muzyka ludowa to nie tylko ludyczne "oj dana" i przaśne obertasy, ale przede wszystkim ważny element towarzyszący całemu życiu wiejskiej społeczności.

Płyta Podhale 1. to została wydana w 1987 roku przez wydawnictwo Veriton. Została ona opracowana przez Zespół Związku Podhalan z Zakopanego. W serii Podhale ukazały się trzy płyty winylowe, które współcześnie doczekały się reedycji. Co muszę przyznać z nieukrywaną satysfakcją inżynier dźwięku odpowiedzialny za remastering płyty nie pokusił się o daleko idącą ingerencję, powiedziałbym nawet, że kompakt nie odbiega wiele od swojego winylowego odpowiednika. Nie ma to jednak jak winyl, choćby i trzeszczący. 

Bardzo trudno jest odnaleźć na bazarach płyty z serii Podhale. A to z paru przyczyn - po pierwsze niski nakład wydawnictwa, po drugie zaś z powodu jej wartości. W Polsce nie ma przekonania o tym, że polski folk jest czymś wyjątkowym, więc wielu ludzi nie wystawia ich na sprzedaż, mając te płyty za bezwartościowe. Z innej zaś strony mamy spore grono znawców, które nie odsprzeda tej płyty, z uwagi na jej niesamowity urok. Sam kupiłem płytę za 5 złotych; choćby kosztowała złotych trzydzieści, to na pewno bym ją nabył.

Podhale 1. prezentuje folklor góralski w jej autentycznej formie tzn. nie jest to misz-masz śpiewek i nut, ale konsekwentnie poprowadzona fabuła, której główna osią jest wesele góralskie, co możemy odkryć już po okładce, na którym znajduje się kultowe zdjęcie autorstwa Zbigniewa Kamykowskiego. Przedstawia ono błogosławieństwo pary młodej przez rodziców. Wstęp do płyty jest wręcz idealny - słyszymy na niej charakterystyczne alikwotyczne dźwięki tradycyjnego instrumentu jakim jest koza, na której gra Bolesław Trzmiel. Skład kapeli góralskiej jaki znamy obecnie czyli kwartet złożony z trzech skrzypiec i basu, a który był, a w zasadzie ciągle jest popularny na góralskich weselach był hisotrycznie poprzedzony przez dudziarza właśnie, który to instrumentalista jeszcze w XIX wieku był głównym muzykiem obsługującym weselach. Dźwięk kozy w intro płyty jest hołdem dla pradawnej tradycji muzykowania. 

Wesele rozpoczyna się od przygotowań pani młodej, nad którą śpiewają starościny:
Nie płac Hanuś nie płac ani nie narzykoj
Ino pomalućku od mamy odwykoj. 
Po panią młodą przyjeżdża pan młody z pytacami, którzy pełnią bardzo ważną funkcję obrzędową na góralskim weselu, są niejako animatorami całej ceremonii, czuwający nad przebiegiem całego wesela. Przed wyjazdem do kościoła mamy do czynienia z przedmową znamienitego mówcy Jana Jędrola Zagroblina adresowanego do państwa młodych, w którym zawarte są cenne uwagi życiowe. Po przedmowie rodzice błogosławią młodych, po którym to ojcowskim błogosławieństwie młodzi mogą jechać do do kościoła po boskie namaszczenie ich związku.

Nie wszyscy goście jadą do kościoła, część z nich zostaje w domu, gdzie po ślubie odbędzie się wesele. Tradycyjnie do kościoła nie jadą również rodzice, którzy muszą przygotować wszystko na przyjazd gości weselnych. W tym czasie pary tańczą tańce zwane solówkami - młody mężczyzna podbiega do kapeli, wrzuca do basów pieniądz i tańczy z wybraną dziewczyną. Tańczy również ojciec młodej śpiewając wpierw taką oto śpiewkę:
Zogrojciy mi pod noge
Bo jo stary, ni mogem.
Na zdjęciu Stanisław Nędza Chotarski
Po tańcu ojca następuje powrót młodych i gości do domu; w trakcie przyjęcia kolejne pary tańczą solówki; niektóre grupy weselników wbrew melodii (melodie to po góralsku nuty) granej przez muzykę same śpiewają swoje śpiewki góralskie.

Wreszcie na wezwanie pytacy rozpoczyna się kulminacyjny moment wesela czyli cepiec, w trakcie którego następuje faktyczne przejście młodej panny spod opieki rodziców pod skrzydła swojego małżonka. Bardzo charakterystycznym zwyczajem jest przekomarzanie się pytacy i starościn - pytace nie chcą wydać panny młodej starościnom, które mają ocepić młodej, śpiewając jednocześnie w stronę starościn żartobliwe tudzież obraźliwe śpiewki pod nutę polki. Starościny nie pozostają pytacom dłużne, ponieważ mają zawsze przygotowaną w zanadrzu odpowiedź. W końcu przekupieni pytace oddają pannę młodą starościnom, z których rąk musi wykupić młodą pan młody. Wychodzi on do młodej i śpiewa:
Chłopiec jo se chłopiec,
Mom piniośkow skopiec
Jak mnie nie obłapis 
Nie dom ci na cepiyc
Po tej śpiewce młody wykupuje młodą i tańczy z nią solówkę.

Po cepcu  kapela gra polkę i wszystkie chętne pary wychodzą na parkiet.

Oczywiście wesele to nie tylko śpiew taniec, ale również rozmowy biesiadników. Dlatego jednym z ostatnich utworów jest gawęda wykonana przez znakomitego gawędziarza i autora Adama Pacha żartobliwej godki pt. Co nigdy prowdom nie było ani nie bedziy. Płytę kończy kolejny sentymentalny popis skrzypiec solisty Stanisława Nędzy Chotarskiego, który gra starodawne, czyli dziadkowskie nuty.

Słuchając tej płyty można odnieść wrażenie jakoby zostało ono rzeczywiście nagrane na weselu, ponieważ muzykantom zdarzy się tu i ówdzie nie trafić w ton, śpiewakom zdarzają się fałsze, a mówcom - zwyczajne pomyłki. Chaos, który byłby zupełnie niewybaczalny w nagraniach folklorystycznych artystycznie opracowanych jest na Podhalu 1. wielkim atutem, który wzmacnia siłę przekazu.



 Powyżej zastosowanie kozy w muzyce jazzowej

środa, 10 października 2012

Bajki dla dzieci i niektórych dorosłych

 Cóż, ktoś złośliwy mógłby o mnie powiedzieć, że uprawiam kulturalną nekrofilię przekopując zarówno strychy, piwnice jak i targi staroci. Co więcej ten ktoś miałby sporo racji, bo zamiłowanie w starych nośnikach kultury oprócz tego, że trąci myszką, to jeszcze jest bezpieczne, jeśli ktoś, jak ja, mówi o wytworach kultury, które zapewne już kiedyś były przez kogoś tam odkopane i ocenione.

Postanowiłem, że moją perwersję przesunąć jeszcze mocniej, a to wszystko dzięki mojej nowo narodzonej córeczce. Oczywiście, moja córka nie pojawiła się na świecie aby folgować moim dziecinnym upodobaniom, lecz niestety w tym jak i w wielu innych przypadkach, postanowiłem wykorzystać to wspaniałe i doniosłe wydarzenie aby napisać nowego posta.

Dziś zajmę się bajkami dla dzieci, których może w swoich zbiorach nie mam za wiele, ale za to, które pieczołowicie przechowuję, dla siebie i dla potomności. Żona moja, serce moje twierdzi, że głównie dla siebie, ale w tym przypadku jak i w wielu innych wolę w kobiece intuicja nie zawierzać. Spośród posiadanych przeze mnie bajek wybrałem kilka, które z jakichś powodów mi się podobają oraz takie, które są absolutnie nieznośne i badziewne.

Przygody Koziołka-Matołka



1. Przygody Koziołka Matołkaczęści I-IV, 10 zł. Wydane nakładem Muzy wytłoczone w winylu przygody Koziołka o kapuścianym łbie, który powstał we łbie genialnego Kornela Makuszyńskiego to ciekawa propozycja dla wszystkich generacji wielbicieli bajek, bardzo ładnie zrealizowana, nagrana. I przede wszystkim wspaniała historia o tym, że nawet wbrew przeciwnościom losu należy podążać za marzeniami.







Szewczyk Dratewka...



2. Szewczyk Dratewka i inne bajki, 5 złZ uwagi na treść klasyczne już wydawnictwo Pronitu. Na płycie oprócz tytułowego Dratewki znajdziemy takie bajki jak Stoliczku nakryj się, Baśń o ziemnych ludkach, czy ładną rymowankę pt. Dobra to chatka gdzie mieszka matka. Trochę nostalgii dla starszych odbiorców, może frajdy dla młodszych. Być może czarownica z Dratewki, która urwie głowę i gotowe nie jest specjalnie wychowawcza, ale wolę takie bajki, gdzie dobro zwycięża od modnych bajkach o kupie, siuśkach i cipkach.







Jasia dziwne pomysły





3. Jasia dziwne pomysły, znalezione na strychu, 1966 rok. Takie rytmiczne rymowanki muszą niezwykle rozwijać dzieci, a poza tym są przezabawne, przynajmniej dla mnie, zdziecinniałego taty.








Szewc-czarodziej






4. Szewc-czarodziej, znalezione na strychu, 1961 rok. Kolejna rymowanka, w której znajdziemy takie słowa jak masztalerz czy dratwa. Piękne ilustracje, może mało pouczające, ale za to ciekawe.









Na koniec Opowieść o Warsie i Sawie, 1987 rok. Tekst jest w miarę przeciętny, ale za to te ilustracje. Nie wiem co to za narkotyki brał rysownik, ale nigdy bym nie chciał tego spróbować. Ni to kubizm, ni dadaizm, ni to surrealizm, takie niewiadomoco, stylizowane na dziecięce rysunku, choć nie do końca, straszne, okropne, ja się w dzieciństwie tej książki zwyczajnie bałem. 



Opowieść o Warsie i Sawie


Kończę już, pampers się sam nie zmieni. A zresztą i tak noworodki niewiele z Przygód Koziołka Matołka w niemowlęcym wieku rozumieją. Więc puszczę, niech mam pociechę przynajmniej sam.

środa, 3 października 2012

"Kamienie" czyli rock po polsku


Podobno mały Tadzio rozwalił skrzypce na głowie kolegi, który śmiał się z jego tuszy, bo mały Tadzio był grubaskiem. Podobno większy Tadek po usłyszeniu Niebiesko-Czarnych stwierdził, że taką kapelę to i on by założył. Podobno najlepszym albumem jakikolwiek nagrał był Blues z 1971 roku. Co do tego ostatniego podobno mam problem. Z jednej strony mam aksjomat wyznaczony przez Bóg Wie Jak Mądrych Krytyków, którzy Bluesa uznają za najlepszą w dorobku Nalepy a z drugiej moje osobiste widzimisię, które nie zgadza się, tupie nóżką, i krzyczy - Kamienie rządzą i basta!

Kamienie kupiłem za stanowczo za wysoką cenę, bo za 20 zł. Wiem, można było kupić taniej. Mogę usprawiedliwić się jedynie tym, że to było już dawno temu, a wtedy byłem jeszcze niedoświadczonym szperaczem i bowiem szczerze, że ta płyta przypadła mi do gustu bardziej niż posiadany już wówczas Blues.

Już sama okładka zachwyca, jest to bodajże najbardziej udany projekt graficzny i zdjęcie Marka Karewicza. Na lata '70 dosyć odważna okładka, w iście Zachodnim stylu, z Nalepą z gołą klatą. Jeśli chodzi o zawartość krążka, to tradycyjnie za teksty odpowiada Bogdan Loebl a za muzykę sam Nalepa. Skład kapeli zmienił się dosyć mocno w porównaniu z poprzednim albumem sygnowanym przez markę Breakout, czyli Karate ( o Bluesie już nie wspominając).  Za perkusją zasiadł Wojciech Morawski (później u Johna Portera czy w Perfekcie) bas obsługiwał Zdzisław Zawadzki (też grał w Perfekcie) a na gitarze grał zaś Winicjusz Chróst.

Już pierwsza kompozycja z płyty czyli Czy zgadniesz atakuje nas wolnym boogie z ładnym basowym intro i harmonijką Nalepy. Utwór został znakomicie zmasterowany podług kanonów klasycznego stereo, a dźwięk przepełzający się z jednej do drugiej kolumny znakomicie współgra z nieco rozlazłym charakterem utworu. Drugi blues pt. Czułość niosę Tobie rozpoczyna się dosyć nieoczywistym gitarowym pobrzędkiwaniem gitary Nalepy i jego charakterystycznym wokalem (swoją drogą - mistrz Taduesz osiągnął na tej płycie szczyt swoim wokalnych umiejętności), który sugerowałby jakobyśmy mieli do czynienia z balladą miłosną. Owszem tekstowo balladą ten utwór jest jak najbardziej natomiast muzycznie jest to solidny blues z pulsującym basem, prostym jak u Johna Lee Hookera rytmem i agresywna gitarą Chrósta. Następny kawałek to znakomita Spiekota ze świetnym riffem, która dementuje pogłoski jakoby najlepsze riffy dla Breakoutu wykonywał Darek Kozakiewicz (, który w tym samym roku, w którym zostały nagrane Kamienie z grupą Test zainaugurował hard rocka po polsku). Ostatni utwór ze strony A to jeden z największych przebojów Nalepy - Modlitwa. Utwór bardzo mało reprezentatywny dla dorobku Nalepy, ale z pewnością jest to jeden z kamieni milowych polskiego rocka. Utwór jest dla mnie tym czym powinna być każda modlitwa - nieśpiesznym dialogiem pełnym prawdy. Modlitwa jest dowodem na to, że niedoszły support Led Zeppelin był do diabła warty grania przed Pagem i spółką.



Ale, żeby wydobyć nas ze zgoła transcendentalnych wycieczek polskich bluesmanów, strona B rozpoczyna się energicznym Bądź słońcem. Słuchając tego utworu z całą pewnością mogę stwierdzić, że jednym z najbardziej charakterystycznych zwrotów w piosenkach pisanych przez Loebla jest Hej, hej. Następnym kawałkiem jest bezbłędny Pójdę prosto, który z niespotykaną energią, nie zgorzej od jedynego albumu Testu zapowiada nadejście w Polsce wysypu hard-rockowych grup. Po Pójdę prosto mamy inszą balladę o wdzięcznym tytule Koło mego okna, o tym jak te kobiety są złe. Baby, ach te baby. Przedostatnim utworem drugiej strony krążka jest utwór Kamienie i mówcie co chcecie, ale kawałek ma chyba najcięższe intro w historii polskiego rocka w ogóle. Wolny rasowy blues, z niespieszną gitarą, pulsującym basem i niebywałym tekstem o miłości rzecz jasna, i miłości nieszczęśliwej oczywiście. Zawodzący Nalepy i zawodząca wraz z nim unisono gitara dopełnia całości, co tu dużo mówić - zniszczenia o rockowych rozmiarach.

Ostatni utwór to temat na osobny, choć krótki akapit. W zamierzeniu Tobie ta pieśń miała być jeno zapełniaczem, ale jak to z takimi utworami pisanymi na kolanie, i ten niestandardowy, z połamanym, niebluesowym metrum kawałek okazał się być genialnym. Jest to przykład jak z prostych słów paru akordów granych na gitarze bez prądu i z kolegą, który jednak prąd w gitarze ma, można skomponować arcydzieło.



  

poniedziałek, 24 września 2012

Pokój na Ziemi




Der Krieg ist nichts anderes als die Fortsetzung der Politik mit anderen Mitteln.
Carl von Clausewitz

Si vis pacem parabellum.

Gdy dostałem w swoje ręce książkę (za złotówkę na giełdzie na Bronowicach Małych) Stanisława Lema i to nie byle jaką po wydany w 1987 roku Pokój na ziemi to nie śpieszyłem się z jej przeczytaniem, bo Lem to uznany klasyk i to pono nieśmiertelny. Pomyliłem się zaś okrutnie w moim odwlekaniem, ale w poniewczasie pomyłkę mą spostrzegłem, bo po przeczytaniu dopiero. A okazało się, że Lem to nie tylko fantasta tradycyjny to znaczy taki, który gwarzy tylko o przyszłości technologii, ale również taki, który ciekawe tezy na temat przyszłości polityki światowej stawia.

W książce odnajduję bardziej traktat o nowej geopolityce i przewartościowaniu pojęcia wojny, a los Iljona Tichy jest sprytnym pretekstem dla ukazania wszelkich new orderów. Iljon Tichy to starannie wyłowiony i wyszkolony przez Lunar Agency śmiałek, który ma za zadanie udać się na księżyc po to, aby za pomocą zdalników, czyli specjalnych, zdalnie sterowanych urządzeń monitorować sytuację na Księżycu, który na mocy postanowień konwencji genewskiej został zamieniony na wielką zbrojownię. Niby jest miło, bo na ziemi ustał tradycyjny wyścig zbrojeń, jednak niepokój ludzkości może powodować fakt iż wszystkie instalacje i sprzęty pozostawione na Księżycu zostały zaprogramowane tak, aby unowocześniać swoją technologię wojenną i to w sposób, który trudno przewidzieć. Ponadto Księżyc został tak mocno buforem technologicznym i instytucjonalnym (sprawa Księżyca zajmuje się tylko i wyłącznie ponadnarodowa Lunar Agency, jako jedno z ciał ONZ), że nikt, włącznie z samą Agencją, nie wie co się dzieje na księżycu.

Powieść jest anty-antyutopią,  która już na samym początku dementuje Brave New World, jako mżonkę, ponieważ zimnowojenny dualny układ stosunków międzynarodowych został zastąpiony przez doktrynę totalnej ignorancji, która jest niezwykle krucha, bo jakoś rządy światowe, przywykłe od wiek wieków do wyrządzania szkody swoim adwersarzom w wojenny czy bardzie wyrafinowany sposób odnajdują sposoby na dawanie w kość innym państwo, choćby poprzez mikroskopijne armie zautomatyzowanych drobnoustrojów lub owadów, zatrutą żywność czy regulowanie zjawisk pogodowych, choć oczywiście o tym nikt nie wie, cicho sza.

Sam Stanisław Lem dementował jakoby jego książka powstałą pod wpływem wydarzeń politycznych na świecie i konfliktu radziecko-amerykańskiego, jednak w istocie trudno interpretować to dzieło abstrahować od ówczesnego układu sił na arenie międzynarodowej. Na szczęście Lem jest tym fantastą, to fantazjuje nie dla samej zabawy, nie dla epickich bitew, laserów, statków kosmicznych, bo Lem filozofuje za bardzo, za bardzo futurologuje, za bardzo się przemądrza ze swoją znajomością psychologii, technologii i innych -logii. I być może u innych byłby to zarzut, ale nie u Lema, bo wszystko jakoś w jego powieści składa się w kupę i nawet jak pisze on o zdolnościach umysłowych mózgu, to ciężko się znudzić, bo to nie autor do nudzenia się i kręcenia nosem, tylko chłonięcia wiedzy. Nie ukrywam, aby zrozumieć prozę Lema, co rusz wklepuję w wyszukiwarkę przedziwne terminy, co nie ukrywam, ponownie, sprawia mi nie rada frajdę.

Wracając do polityczności wywodu Lema, nie sposób nie zauważyć, że oprócz głównego bohatera i narratora i wszystkich mniej lub bardziej z nim spowinowaconych ludzi oraz instytucji nie mamy żadnego bohatera zbiorowego, jakiejś ludzkości, jakiegoś narodu. Nie wiem czy wynika to mizantropii Lema, czy przyjętego przez niego aksjomatu głupiej zbiorowości (ona rzeczywiście u Lema jest głupia, rozwój technologiczny zredukował człowieka jeno do konsumenta), jednak aktorem na scenie międzynarodowej u Lema są jedynie rządy i powołane przez nie instytucje. Dużą rolę pełnią media, które zazwyczaj histeryzują, a przede wszystkim - zarabiają, a nawet naukowcy poszli w zapomnienie, jest jedynie na świecie paru specjalistów, genialnych zapewne, ale jakby pochodzących z innej epoki. Lem nie wierzy w to, że człowiek ergo ludzkość potrafi wyzbyć się jakichkolwiek form przemocy i choćby człowiek przeniósł  całe zło na samoprogramujące i samodoskonalące się maszyny do zabijania i wysłał je gdzieś w kosmos, to i tak to zło wróci, człowiek z natury jest głupi i występny, a cały ten pacyfizm niech szlag trafi, bo farty funta kłaków nie jest.

U Lema zatarła się granica między wojną a pokojem. U cytowanego przeze mnie Clausewitza, wojna to w zasadzie naturalny sposób regulowania spraw, ponadto jest on permanentny. U Lema wojny takiej jak kiedyś już nie ma, bo została ona zdehumanizowana przez automaty, zresztą nigdy nie wiadomo kiedy wojny nie ma a kiedy jest; podług konwencji genewskiej mamy na ziemi pokój.

Lem wskazuje na marną kondycję ludzką oraz przestrzega przed zawierzaniem ludzkości komputerom. Zdaje sobie również sprawę z nędznego działania ponadnarodwych, a w zasadzie wszystkich bez wyjątku instytucji władzy, które rozrywane są przez nielogiczne partykularyzmy. Autor zdaje się pytać co wolimy - być zdominowani przez bezduszne maszyny, czy przez uduchowioną głupotę?

wtorek, 18 września 2012

Skorpio - Ünnepnap

Pierwszą moją płytą, którą kupiłem na starociach były Dorosłe Dzieci zespołu Turbo, jednak pierwszą płytą, którą dostałem od mojej żony był węgierski rock zespołu Skorpió. Czy to sentyment każe mi rozpisywać się o tym zespole, czy też zachwyt nad innymi atrybutami zespołu - tego wiedzieć nie mogę. Na pewno nie były to teksty, bo o tłumaczenia po polsku trudno, a mój węgierski raczej marnym jest.

Wracając do grupy, to niewiele ma ona wspólnego z zachodnimi niemieckimi herosami ciężkiego grania jakimi są Scorpionsi, nie oznacza to jednak, że zespół nie ma rockowego pazura. Jest to jedna z pierwszych węgierskich rockowych super-grup powstałych z muzyków biorących wcześniej udział w projektach dobrze znanych fanom madziarskiego gitarowego rzężenia jak Lokomitiv GT czy Taurus, która oprócz wyjątkowych instrumentalistów pod przewodem lidera Frenreisza Károlego, basisty, wokalisty, i saksiarza mieli rewelacyjny image i wypasione instrumenty, niespotykane po naszej stronie żelaznej kurtyny. Popatrzcie tylko na okładkę (zresztą bardzo ładną, laminowaną) - piece Marshalla, gitara Gibsona, basik Fendera, perkusja Ludwiga, w brzmieniu zaś doskonale słyszymy melotron, oraz organy Hammonda. Dla nas może taki sprzęt może wydawać się pospolity, jednak w czasach, gdy o nawet o marne bębny z Pol-muza było trudno, taki sprzęt naprawdę intrygował.

Frenreisz Károly -- ének, vokál, basszusgitár, szaxofon, fuvola
Szűcs Antal Gábor -- gitár, ének, vokál
Papp Gyula -- zongora, elektromos zongora, orgona, szintetizátor
Fekete Gábor -- dob, ütőhangszerek, ének, vokál
Zespół nawiązywał do dokonań zachodniego progresywnego rocka, a i dokonania Deep Purple nie mogły być Skorpió nieznane. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół wypracował charakterystyczny styl, a flow kapeli jest nieporównywalny z niczym innym. Byli zachodni, byli perfekcyjni, ale jednak ta Środkoweuropejskość w zestawieniu z niezwykle konserwatywnym w ujmowaniu muzyki rozrywkowej reżimem odciskał piętno na całości.

Moje pierwsze wrażenia z płyty Ünnepnap z 1976 były niezwykle entuzjastyczne. Od momentu pierwszego przesłuchania tej płyty stałem się epigonem węgierskiego rocka, którego dokonania są niezwykle imponujące. Wszyscy muzycy w Skorpió są niezwykle utalentowani, sekcja rytmiczna jest niezwykle mocnym punktem całości płyty, co nie oznacza, że brakuje miejsca dla solowych popisów jak choćby wyśmienitej saksofonowej improwizacji w instrumentalnym Mediterany czy rewelacyjna, choć pod względem technicznym banalna solówka w tytułowej kompozycji  Ünnepnap. Momentami drażni perkusista, który próbuje być bardziej wirtuozem niż może,  ale to nie zmienia faktu, że potrafi równo wymiatać.

Często na starociach znajduję płyty Skorpió. Na szczególną uwagę zwracają bardzo staranne okładki oraz wkładki do płyt, jak i tłoczenie samych krążków. W bloku komunistycznym najlepsze vinyle tłoczyli Węgrzy oraz Czesi; co do jakości polskich tłoczeń najlepiej po prostu zamilknąć. Ale gdybyście gdzieś u siebie w domu lub na starociach znaleźli Skorpió, to nie krępujcie się z zakupem i niezwłocznym odłuchem; w tym czasie w Polsce tak nie grał nikt.










środa, 12 września 2012

Sartre, post-punk i gówno.



1.

Tymon Tymański i Robert Brylewski są urodzonymi zawodowymi rewolucjonistami. Są na wskroś antysystemowi, zwalczają mainstreamowy Babilon wszystkimi swoimi siłami. Są jednymi z ostatnich ideowców wśród muzyków. Są bezwzględnie przekonani do swoich racji, do tego jak powinna wyglądać polska muzyka. Dali temu wyraz w artykule pt. „Zemsta”, autorstwa Anny Gromnickiej, który pojawił się 18 czerwca we WPROST.

Po drugiej stronie barykady mamy hipsterskie Screenagers. Środowisko niebywale wykształconych w swoich fachu krytyków, którzy w technokratyczny, autorytarny sposób przewartościowali pojęcie „dobrej polskiej piosenki”. Zaszokowali, zniesmaczyli, rozśmieszyli, zezłościli. Jednak ich lista dwustu najlepszych polskich piosenek to nie perwersja dla samej perwersji. Do licha, oni w tę listę wierzą.

Z ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 ze stolicy corocznie w okresie około długo majowym Trójka nadaje Polski Top Wszechczasów, który zresztą jak i Top „Ogólny” funkcjonował jako niezmienny paradygmat w postrzeganiu polskiej muzyki rozrywkowej drugiej połowy XX wieku. Wyboru tego, co jest topowe, a co nie dokonują słuchacze spośród puli wybranych przez redaktorów Trójki utworów. Wybory niczym neoliberalnej demokracji.

2.

Lenin powiadał: Każdy artysta ma prawo tworzyć swobodnie, ale my Komuniści, powinniśmy prowadzić go zgodnie z wytycznymi. Przyklaskiwał temu Sartre, który nie wyobrażał sobie sztuki, która jest wyabstrahowana z kontekstu społeczno-politycznego,  która jest sztuką samą dla siebie, która jest wyrazem egoizmu twórcy lub folgowaniu niskich pobudek publiczności.

Polski socjolog i krytyk muzyczny Paweł Beylin, wśród pozaestetycznych funkcji muzyki wyróżnił funkcje propagandową oraz ludyczną . Mimo tego, że sam był wielkim purystą, który z nieukrywaną pogardą spoglądał na rozwój polskiej sceny big bitowej i w ogóle na rozwój anglo-amerykańskiego rock ‘n rolla potwierdzał jednocześnie, że oto w drugiej połowie XX wieku, muzykowanie stało się prawdziwie demokratyczne, bo oparte na skądinąd prymitywnych przesłankach zarówno natury technicznej twórców, którzy rekrutowali się w zasadzie tylko spośród amatorów, jak i na teksty.

Władimir Nabokow każdą próbę „uspołecznienia” tudzież upolitycznienia sztuki uznawał za przejaw marksizmu. Ze wstrętem odnosił się do społecznikowskiego naturalizmu literatury. Jego poglądy na temat literatury można w zgrabny sposób dostosować do dyskusji na temat współczesnej muzyki rozrywkowej. Tym bardziej, że literatura w rozumieniu Nabokowa jest bardzo zbliżona do muzyki, która to muzyka jest dziedziną twórczości, która jak najbardziej abstrahuje od świata naturalnego i jest całkowicie (w odniesieniu do organizacji dźwięków) nienaturalna. Oczywiście niektóre dzieła sztuk plastycznych czy literatury bywają abstrakcyjne, surrealistyczne etc., ale w zasadzie dopiero od niedawna. Literatura z nielicznymi wyjątkami aż do XVIII wieku służyła opisowi rzeczywistości, zaś malarstwo do XIX wieku było sztuką figuratywną, odzwierciedlającą rzeczy takimi jakie są.

3.

Obym się mylił, ale wydaje mi się, że Tymon Tymański i Robert Brylewski przesadzają w ocenie muzyki popularnej. Dokonują niebywałych wręcz prób ukazania bidy z nędzą z jakimi musiała się borykać polska publiczność oraz artyści. Psioczą na to, że ludzie w szarej rzeczywistości PRL-u zamiast nagrywać czy słuchać nowych nowofalowych czarnych krążków, woleli słuchać Kolorowych Jarmarków i Franka Kimono. Dzisiaj w brutalny werbalnie sposób rozprawiają się z polskim szoł-bizem. Dla Brylewskiego i Tymańskiego muzyka musi funkcjonować w jakimś kontekście, a najlepiej, żeby muzyka ta ów kontekst kontestowała. Temu służy ich wspólny film fabularny Polskie gówno, o tym jak straszny był przemysł muzyczny za komuny, jaki straszny jest dzisiaj. W rozumienia Nabokowa i nieco odwróconym znaczeniu słów Lenina, które przytoczyłem powyżej, są oni komunistami pełną gębą. Powiem więcej – dążą do totalitarnej dyktatury, która opiera się na dobrym smaku, zrównoważonych harmoniach, poetyckich tekstach, dobrych instrumentalistach i przesłaniu. A i Sartre, gdyby żył, by się ucieszył na to i to bardzo.

Screenagersi mieli zapewne dość trójkowego monopolu na muzyczną prawdę. Nie sądzę jednak aby ich lista była tylko i wyłącznie Anty-Topem Wszechczasów, bo nie opiera się na złośliwych antynomiach, jak np. spektakularna rehabilitacja zespołu Papa Dance. Już samo rozszerzenie listy o sto dodatkowych tytułów wskazuje na to, że jej autorzy chcą wypracować nową jakość w postrzeganiu muzyki i rozszerzeniu perspektywy, nie tylko ilościowo, ale przede wszystkim jakościowo. W tym rozumieniu dobra piosenka nie tylko zadaje pytania, napawa nas wątpliwościami natury politycznej, ma określony społeczny cel, ale taka która bawi, relaksuje, taka, która spełnia swoją zabawową rolę przy jednoczesnym zachowaniu przyzwoitego poziomu aranżacyjnego, kompozytorskiego i dobrego wykonania.

Zaś jeśli chodzi o Trójkową listę, to niestety, ale perspektywa „Topowa” zawężona jest do utworów rockowych, pomijając np. dokonania polskiej muzyki w ostatnim dwudziestoleciu prawie zupełnie. Larum mogą podnosić na moje słowa ci, którzy mówią, że to nie „Trójka Piotrów” decyduje o finalnym kształcie listy, lecz słuchacze. Odpowiem – oczywiście, lecz czy wszyscy dziennikarze muzyczni Trójki ustalają tę listę? Czy bez echa pozostają słowa Wojciecha Manna, który związany z Trójką od Bóg wie jakiego czasu, uważa coroczne głosowanie na Top za przyjemne kółko wzajemnej adoracji radiosłuchaczy?

4.

Nie chcę się stawiać w charakterze jakiegoś medium, które będzie rozstrzygało, które racje, którego stronnictwa są słuszne. Doceniam zarówno radykalizm twórcy zespołu Kury i lidera Brygady Kryzys, jak i zaangażowanie Screenagersów w odkrywanie polskiej piosenki na nowo. Nie sposób przejść obojętnie wokół dosyć konserwatywnego Polskiego Topu Wszechczasów Trójki, który mimo wszystko jest listą utworów wybitnych. Konsekwencją polaryzowania się w polskiej rzeczywistości środowisk, które chcą dyskutować o polskiej muzyce muszą być wymierne korzyści. Ja się cieszę, że ktoś prowadzi zażarte boje, bo w zasadzie wszystkie wymienione stronnictwa wydają się być bardziej kompetentne w zakresie muzyki, niż politycy w zakresie polityki.

A jaka jest różnica tych wyżej wspomnianych specjalistów od muzyki od polityków? Chyba na to pytanie próbował odpowiedzieć już Jerzy Turowicz w swoim tekście z 1947 roku pt. Kultura i plan. Stwierdza w nim, iż każdy świadomy artysta, niezależnie od tego czy funkcjonuje w systemie zetatyzowanej lub zliberalizowanej kultury, jest odpowiedzialny w ramach swojej działalności wobec swojej publiczności, wobec, jak to określa swoich „klientów”. Nie wiem czy politycy, choć posiadają mandat do bycia sumieniem społeczeństwa podobno dosyć znaczący, są świadomymi artystami swojej profesji.

niedziela, 9 września 2012

Reżimowy Żołnierz Polski

Żołnierz Polski, oficer radziecki.
Peerelowania ciąg dalszy! I choćbym peerelował na temat wyrobu kultury, który może uchodzić jeno za obrzydliwą komunistyczną gadzinówkę, to proszę mi wybaczyć, taka to już moja fascynacja. Ale obiecuję, przez najbliższy czas o socjalizmach będę milczał tylko. Dziś popełniam post takowy, bo znalazłem w kolekcji mojego szanownego pana teścia ładnie u introligatora oprawione numery Magazynu Ilustrowanego Żołnierza Polskiego, pochodzące głównie z 1961 roku.

Na pierwszym miejscu należy zwrócić szczególną uwagę na niezwykle starannie wykonaną i atrakcyjną szatę graficzną oraz ogólną jakość tego tygodnika. Papier jest przyzwoitej jakości, bardzo liczne w Żołnierzu są zdjęcia oraz ilustracje, niektóre z nich kolorowe. Jak nietrudno odgadnąć jest to pismo, w którym dominuje szeroko rozumiana tematyka wojskowa. Nie zmienia to faktu, że mamy tutaj wiele innych informacji począwszy od  polityki (zarówno krajowej jak i zagranicznej), dużo wiadomości kulturalnych, parę wskazówek technicznych - jak choćby stała rubryka pt. Motoryzacja w miniaturze. Na końcu każdego numeru znajduje się mały kącik rozrywkowy, pełen krzyżówek, a nawet zagrywek szachowych czy brydżowych przeznaczonych zarówno dla zapaleńców-amatorów jak i pro-gamerów!

Rok 1961 to przede wszystkim rok tryumfu radzieckiej kosmonautyki, która wyniosła w przestrzeń kosmiczną pierwszego człowieka. Wielki sukces Sowietów był sukcesem całego bloku państw komunistycznych. Sukcesem roku '61 było również zatrzymanie przez rewolucyjną armię inwazji na Zatokę Świń. Wreszcie rok, który był się odbył 51 lat temu to nieustanne wspominanie pochodu zwycięskiej Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego przeciwko hitlerowskiemu okupantowi oraz równie nieustępliwe a napastliwe teksty dotyczące NATO jako nowej wojennej organizacji, która ma nie dość, że imperialistyczne to jeszcze krypto-nazistowskie inspiracje oraz aspiracje. 

Czy wojskowy humor radziecki...
Całość oczywiście jest uwarunkowana bieżącą polityka Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, która była główną instytucją propagandową dla WP. Retoryka tekstów nie odbiega znacząco od sztampowych tekstów propagandowych epoki; a więc pojawiają się tu etosy i toposy, którymi nowomowa władzy była przesiąknięta wzdłuż i wszerz oraz kalkami językowymi, które we wspaniały sposób gwałciły indywidualny styl każdego z dziennikarzy tu piszących.

Bardzo wiele artykułów dotyczy przeszłości, choćby opisów batalii, czy poszczególnych bitew a nawet potyczek, podobna ilość dotyczy wydarzeń bieżących. Mało natomiast jest tekstów dotyczących przyszłości, a jeśli już takowe się pojawią, są to raczej luźne futurologiczne fantazje niźli rzeczowe analizy. Z okazji wysłania Gagarina w kosmos mamy tekst dotyczący lotów załogowych na (sic!) Wenus. Bardzo interesujący wydaje się być rysunek wyobrażający rolnictwo w 2000 roku. Co jak co, część wizji zmechanizowanego, przemysłowego rolnictwa zrealizowała się  

... jest lepszy od zachodniego humoru?




                                                 go-kart, po polsku toczkowóz
I znowuż zwrócę uwagę na niewątpliwy rozmach, który towarzysz wydaniu każdego numeru. Ilość form dziennikarskich od rysunków satyrycznych począwszy na reportażach z frontów walki o wolność

PS. przepraszam za coraz rzadsze posty. Moja pierworodna córka w drodze, więc sami rozumiecie - nowe obowiązki i nowe życie :). Starociom jestem jednak wierny nadal.







Czyżby ojciec kapitana Bomby?
Małżeństwo jest niewolą