piątek, 1 kwietnia 2022

Słuchałem, czytałem, oglądałem etc. - MARZEC 2022



Ten wpis stanowi kronikę rzeczy, których słuchałem i które czytałem w marcu . Zamieszczam tutaj wyłącznie doświadczenia, które odbyłem przy zachowaniu maksymalnej uważności. Kolejność jest chronologiczna tj. od pierwszych dni miesiaca do ostatnich.

1. Książki:
- Marian Pilot, "Bitnik Gorgolewski, Czytelnik, 1989
- Marian Pilot, "Matecznik", Ludowa Spółdzielnia Wydawnicza, 1988
- Marian Pilot, "Pióropusz", Wydawnictwo Literackie, 2010
- Marian Pilot, "Na odchodnym", Czytelnik, 2002

2. Muzyka:
- Tidal, "The Future of an Illusion", Sangoplasmo, 2011
- Khanate, s/t, Southern Lord Records, 2001
- Master's Hammer, "Ritual", Monitor, 1991
- Sinéad O'Connor, "Universal Mother", Ensign Records, 1994
- Piotr Kurek, "Edena", Sangoplasmo, 2012
- Ihor Cymbrows'kyj - Przyjdź aniele", Koka Records, 1996
- Tomasz Krakowiak, "Moulins", Bocian, 2012
- Godflesh, s/t EP, Swordfish, 1988
- Azarath, "Blasphemers' Maledictions", Witching Hour Productions, 2011
- In Twilight's Embrace, "Lawa", 2018
- Odraza, "Esperalem tkane", Arachnophobia, 2014
- The Ukrainians, "Kultura", Cooking Vinyl Records, 1994
- Svitlana Nianio, "Kytytsi", Koka Records, 1999

3. Wystawy:
- Bałtycka Galeria Sztuki Współczesnej, "Na peryferiach vol. II". Artyści: 
Jacenty Dędek, Karol Palczak, Igor Przybylski, Michał Smandek, Piotr Wachowski, Natalia Wirmańska, Małgorzata Zelek, Kuratorzy: Edyta Wolska, Roman Lewandowski

środa, 2 marca 2022

Słuchałem, czytałem, oglądałem etc. - LUTY 2022



Ten wpis stanowi kronikę rzeczy, których słuchałem i czytałem w lutym. Mam zamiar zamieszczać na blogu takie miesięczne podsumowania. Zamieszczam tutaj wyłącznie doświadczenia, które odbyłem przy zachowaniu maksymalnej uważności. Kolejność jest chronologiczna tj. od pierwszych dni miesiaca do ostatnich.

1. Książki:
- Przewodnik Krytyki Politycznej. Ekonomia Kultury, 2010
- Filip Springer, "Miedzianka. Historia Znikania", Czarne, 2015
- Marian Pilot, "Dzikie mieso", Haart, 2021
- Carlo Ginzburg, "Ser i robaki", PIW, 1989
- Le Roy Ladurie Emmanuel, "Montaillou wioska heretyków 1294-1324", PIW, 1988

2. Muzyka:
- Kurws, "Powieź/Fascia", singiel, 2022
- Split Suffering Mind/Wojtyla, "Crucified by Reality", 2009
- KAT, "666", Klub Płytowy Razem, 1986
- Kirk, "Msza Święta w Brąswałdzie, Inner Gun, 2011
- Jaakko Valhala, "Sword of Death", 2019
- KAT, "Metal and Hell", Pronit, 1986
Syrius , "Az Ördög Álarcosbálja = Devil's Masquerade", Pepita, 1972
- Łukasz Rychlicki/Hubert Kostkiewicz, "Zapis", 2020
- Hanzo Hasashi, "[Miniatures]", Clinquant Pendulum, 2022
- Woda, "Ziemia", Thisisnotarecord, 2022
- Mirt, "Decaying Land", 2018
- Ewa Braun, "Love, Peace Noise", NNNW, 1994
- Lech Nienartowicz, "Wrażenia i Mechanizmy", Pawlacz Perski, 2019
- Bernard Szajner, "Some Deaths Take Forever", ICR, 1980
- Angelo Vincente Jr/Calineczka - "Life is Nothing but Sexually Transmitted Disease", Steep Gloss, 2020
- Slowdive, "Unreleased Songs - Collection of Demos", 2014
- MAAAA/Out of Focus, "Blood and Shit", Triangle, 2008
- Kazumoto Endo/Boar, s/t, Peyote Tapes, 2021
- Arszyn, "b", Sangoplasmo,2012
- Mech, "Bezruch", Patalax, 2020
- Wojtek Kurek "Buoyancy", Pawlacz Perski, 2021
- ANNNA/Rez Epo, "Gozlor/Gozlor", Chaosynod, 2010
- Gruzja, "I iść dalej", Godz ov War", 2019
- Bartek Kujawski, "Bait", Sangoplasmo, 2012
- Poly Chain, "Currency", Mondoj, 2019
- Kazumoto Endo, "While You Were Out", Philosophy Shop, 1999
- Goat, "The Book of Revelations", Beauty and Pain, 2004
- Government Alpha, "Prospective Massacre", 2005
- Mirt, "Windy Outside", Saamleng, 2022
- Jakub Lemiszewski, "30 minut", Jasień, 2014
- Henry Flynt, "Hillbilly Tape Music", 2003

3. Film:
- Zbigniew Libera, "Obrzędy intymne", 1984


niedziela, 30 stycznia 2022

Słuchałem, czytałem, oglądałem etc. - STYCZEŃ 2022



Ten wpis stanowi kronikę rzeczy, których słuchałem i czytałem w styczniu. Mam zamiar zamieszczać na blogu takie miesięczne podsumowania. Odkąd stałem się trochę mniej arogancki i cyniczny w swoich sądach jakoś ciężko mi wrócić do mojego typowego blogowania. Zamieszczam tutaj wyłącznie doświadczenia, które odbyłem przy zachowaniu maksymalnej uważności. Kolejność jest chronologiczna. 

1. Książki:
- Anna Kamińska, "Simona", Wydawnictwo Literackie, 2015
- Michał Turowski, "Dziadka nie ma", Instant Classic, 2021
- Stanisław Łubieński, "Dwanaście srok za ogon", Czarne, 2016

2. Muzyka:
- Michał J. Biel, Grosse Luge", 2022
- Darksmith of California, "Island of Stability/Primitive Version", No Rent Records, 2022
- Speedball Trio, s/t, Gusstaff Records, 2020
- V/A, Computer Music, Hungaroton, 1986
Àbáse, Laroyê, Oshu Records, 2021
- Emiter, Nowy, nieopublikowany jeszcze album, "Master1", premiera: połowa 2022
- Jonáš Gruska, "Spevy", LOM, 2017
- Mixtape - Łukasz Suchy dla Radio Kapitał "Pola Fildów Extra - Nagrania Terenowe 2021

środa, 14 kwietnia 2021

FURIA "W ŚNIALNI"




 
 

Wszystko jest słuchowiskiem - tak, czy inaczej. A może inaczej - słuchowiskiem jest wszystko czego się słucha. Mniej lub bardziej. Od dźwiękowego doświadczania chaotycznej codzienności, po spektakle, takie jak msza święta, spotkanie biznesowe, przejście przez market od drzwi przez alejki, do kasy - aż do wyjścia itp. itd. aż do słuchowisk w rozumieniu form artystycznych.

Zanim, w nieukrywanej już od tego momentu rozterce, rozważę sobie o "W śnialni" postaram przypomnieć sobie, jakim słuchowiskiem były inne albumy Furii albo jakim Furia jest słuchowiskiem na przestrzeni wielu albumów od najwcześniejszych fonograficznych źródeł do teraz.   

Zacznijmy od miejsca gdzie zaczynają zarówno głupcy, jak i idioci, jak i mędrcy - czyli od miejsca, od którego pomylić się nie sposób. Początek. Od pożytecznego stereotypu po unikalne wewnętrzne uniesienia tutaj piszącego. Rozważam, może zbyt śmiało, chyba zbyt głośno - jak się zaczyna. Na pewno nie od typowej słuchowiskowej narracji, choć narracja u Furii była być może zaledwie jedna tak wyraźna - a to utwór "Nieżyt" ze składanki "Silesian Black Attack - Krew Ziemi Czarnej". Tekst utworu ma charakter dialogu między tytułowym Nieżytem a Żydem-Jezusem. Nieżyt-Diabeł przychodzi na świat, by torturować ludzką rasę. Gospodyn proponuje Nieżytowi ugodę, by odszedł w pustkę i nie niepokoił człowieka. Nieżyt nie zgadza się na propozycję. Nie wypowiada posłuszeństwa, bo tego nigdy nie było. Nie zgadza się na warunki, bo nie Żyd je jest w stanie stawiać - nie wspominając już o ludziach, którzy są zaledwie przedmiotem w nierównej rozgrywce. 

Ale to tylko jedno słuchowisko Furii - z protagonistą, antagonistą, przedmiotem sporu, zarysowaną przestrzenią, akcją, reakcją i otwartym zakończeniem. Furia tworząca słuchowisko i Furia jako słuchowisko porusza się zazwyczaj na dużej wysokości ponad bohaterami, ludami i dziejami. Czas Furii to czas geologiczny, zmiany to prędzej przyrodnicze cykle. Ile minut w godzinie, a godzin w wieczności - i tak grudzień za grudniem. 

[Być może takich momentów jak "Nieżyt" było więcej, ale to zapamiętałem najmocniej, a sięgać głębiej nie czuję potrzeby]

Słuchowisko pod tytułem Furia rozpoczyna się od dem "I spokój" oraz "I krzyk". Wyłaniają się z ciemności, konstytuując swoją prawilność na, tfu, rynku, krajowego bm staroszkolnym syfem. Choć jednocześnie wyznawcom wyimaginowanej gatunkowej ortodoksji, którym dedykuję chuja w dupę, mogły zaszkodzić ponadgatunkowe wyskoki. Numer "Uważaj" z "I spokój" jest tego przykładem - syntezatorowy dark ambient, basowy puls i power electronicsowe okrzyki - jest to jeden z dowodów na prawdziwość zdania, że bm jest jakoś tam powinowaty z noisem.

Makrohistoria i trwanie Furii zasadniczo wydaje się być black metalowa ze wszystkimi rekwizytami i certyfikatami; znacznie ciekawsza jest jednak, moim zdaniem, jej mikrohistoria. Gdyby próbować zliczyć obrzeża Furii  może okazać się, że stanowią one znaczącą część całego obrazu. Predylekcja do ładnych melodii i skocznych weselnych rytmów- jest.  Patrz: wielość polek na "Nocelu". Pojawi się gdzieniegdzie nawet walczyk czy disco - utwór "Jeszcze i jeszcze" z referencją do tematu z "Helloween" J. Carpentera.

Może i w rozproszeniu działa w słuchowisku Furii duch egzystencjalnego loftcraftiańskiego folk horroru - co chyba słychać w tekstach, o ile się gardłowanie rozumie lub czyta wkładkę do albumu. A nawet jeśli nie - wystarczy wsłuchać się w ekspresję wokalną Nihila. Teatralne to? Może i owszem, a jeśli takowe to i słuchowiskowe. Być może nie potrzebujemy innego teatru niż teatr Furii - wszak jeśli, jak się publicznie teraz mówi, teatr krajowy to siedlisko systemowej i strukturalnie replikowanej krzywdy, to zaorać go w piździec. Krzywdy i bólu nam dosyć poza teatrem. Nihil harczy, rzyga, jęczy, sapie, gardłuje swoim gardłem - w idiomie i gdzieś obok niego, wychodzi jakoś bokiem ta druga dusza niespokojna. Gardło wpada w głębię, gardło staje się studnią i nie o pornografię chodzi, lecz o jakieś upiorne techniki wyrazu, gdy słup surowego powietrza wpada w autofeedback i gruchoce przyzwyczajenia. Wyszukań tego szukaj w utworze "Na ciele swym historię piszę" lub "Zabieraj łapska". 

Gdy mówimy o słuchowisku, teatrze radiowym i innych audialnych formach myślimy najczęściej o  rzeczach, które mieszczą się industry standard. Wymieniłem te rzeczy już powyżej, gdy pisałem o "Nieżycie". W Furii nie o to chodzi, albo inaczej - zazwyczaj o to nie chodzi. Wydaje mi się, że tworzenie odpowiedniej atmosfery i otuliny, w którym funkcjonuje doświadczenie słuchacza jest celem (jeśli takowy istnieje) słuchowiska jakim jest Furia i słuchowisk jakie tworzy Furia. I oby mnie los pokarał śmiercią powolną bez morfinowych wlewów: nigdy nie nazwę tego ambientem, tym muzakiem dla niezalowców, plwam ci pod nogi Eno, a jedyne co cię chroni przed moim gniewem to udział w tworzeniu "Remain in Light" Talking Heads. U Furii zawsze było wiele takich momentów: w "Halnym", z rozsypującą się w chaos strukturą utworu, a nade wszystkim na "W melancholii" - gdzie new age, krautrock próbują dogonić ówczesny sukces Starej Rzeki - z powodzeniem. W wielu miejscach Furii pojawiały się reminiscencje "Dni wiatru" Ścianki zwłaszcza tam, gdzie bas z gęstym sustainem leci ponadnaturalnie długo w niewiadomą.

Do tej pory, czyli do momentu "W śnialni" tylko gdzieniegdzie pojawiały się elementy, które konstytuowały gatunkową formę słuchowiska w/u Furii. Nagrania terenowe pojawiają się na albumie "Guido" w utworze "320 w 2". Pijacki, akuzmatyczny chaos ujawnia się w trzecim utworze z epki "Huta Laura / Katowice / Królewska Huta". Klimatu tego ostatniego wydawnictwa dopełniają lołfajowa produkcja, szumy technologiczne oraz roztrojone pianino.

Po pokołowaniu wystarczająco długo ponad "W śnialni", czas w końcu wylądować u sedna. Worldbuilding słuchowiska jest dosyć miękki. Jak w grze z serii Demon Souls czy Dark Souls możemy tę historię próbować odtworzyć z rozrzuconych skrawków, co nie jest jednak warunkiem dobrego doświadczenia świata przedstawionego. "W śnialni" świat jest ni to prawdziwy, w autotematyczno-reportażowym rozumieniu, ni to będący w sferze snu ("zasnąłem w oka mgnieniu/przy czekaniu, przy mieleniu"). Głosy błąkają się po czymś, co można by nazwać liminal space - miejsce o nieskończoności drzwi, korytarzy i pomieszczeń. Jestem niemal pewien, że nie jest to jednak sterylny biurowiec, lecz właśnie wspomniana wcześniej Trójca "Katowice - Huta Laura - Huta Luna", bo podobnie jak trwa pierwszy z dwóch utworów "W śnialni", tak też kończy się "przedostatni longplay Furii "Księżyc milczy Luty":

"To nie tu
Chodźcie, wstawaj!
Idziemy
Pod pełnią
Nad ziemią
W bramę"

Motyw (o)błąkania się świetnie podkreślany jest przez pozornie chaotyczne stosowanie szerokiego stereo, które jest zbyt rzadko stosowane w słuchowiskach w imię tego ograniczającego wszystko industry standard. Słychać to na końcu "Wesela w śnialni", gdzie z poszczególnych pomieszczeń, do których wchodzą głosy pojawiają się różne muzyczne motywy, a nakładając się na siebie potęgują chaos i zagubienie spanikowanych protagonistów. Zabawa dynamiką dźwięku, wygaszaniem dźwięku to w jednym to w drugim kanale, nakładanie się na siebie motywów muzycznych brzmi niczym błąd nagrania albo usterka sprzętu nagłaśniającego - na szczęście tak ma być. Bodaj to jest pierwszy moment w Furii gdzie nastąpił zwrot w stronę sound designu, który opowiada przestrzeń i emocje. Takiej odwagi się nie spodziewałem, ba! zrazu uznałem ją za techniczną aberrację. Za ten moment niepewności jestem bardzo wdzięczny.

"Dobry wieczór, dobry wieczór, wieczór wszystkim
jest godzina 23:30,
będziemy zaczynać,
bardzo proszę
Furia,
Furia
i proszę aktorów, proszę aktorów"

Powyższe cytowanie to to prawdopodobnie found footage z prób do "Wesela" reż. Jana Klaty, do którego Furia tworzyła muzykę. Inspicjentka miękkim głosem prosi na scenę artystów. Wywołanie to zostało nagrane, by następnie było umieszczone w kontekście "W śnialni". W momencie użycia jej głosu na albumie inspicjentka przestaje być inspicjentką; scena Starego Teatru przestaje być sceną. Kobieta albo jej głos zarządza apokalipsą - Furia i aktorzy zaproszeni są do labiryntu apokalipsy. Przemieszczają się po niekończących się, generowanych automatycznie przestrzeniach trwania końca, odliczają nieobliczalne. Może aktorzy i muzycy uwięzieni są apokalipsie pandemii, która zamyka im drzwi bytowania. Czasem przecież ponad aktorskie głosy słychać brzmienie miasta za oknem, za ścianami - to nasz świat, a niebo jest tusz. A może znajdują się oni we wnętrzu Allied Mastercomputer (AM) z noweli "Nie mam ust, a muszę krzyczeć" Ellisona - być może nawiązanie to pojawiło się w mojej głowie, gdy głosy wyją "wy! - ja!" . Utwór "Wyjawienie" zamykający album wyjawia prawdziwą naturę okoliczności, w których znaleźli się głosy i ludzie. Muzyka z transowej, Alamedowej, wzmaga w agresję. Głosy gęstnieją w potępieniu. Zatraca się tożsamość. Wy! Ja! W końcu inspicjentka już nie prosi, lecz krzyczy, nawołuje, łaja i karze. "Furia! Furia! Furia!" 

Furia, czy kurwa? 

poniedziałek, 26 sierpnia 2019

6. SANATORIUM DŹWIĘKU - 16-18 SIERPNIA 2019 - RELACJA

Barbara Kinga Majewska, Tony di Napoli, zdjęcie: Kazimierz Ździebło.
[przewidywany czas czytania: 27 minut]

1.
Miasteczka i wioski Ziem Odzyskanych zawsze będą mi się kojarzyć z niezagojoną raną, która powstała w wyniku wysiedleń i przesiedleń. Gdy jechaliśmy do Sokołowska mijaliśmy wiele poniemieckich pustostanów, które nigdy nie zostaną zaskłotowane przez anarchistów. Kościół ewangelicki w Unisławiu Śląskim w drodze do sanatorium znajduje się w stanie ruiny grożącej zawaleniem. W drugi dzień festiwalu Sanatorium Dźwięku odbyłem wycieczkę do tego kościoła. Tuż obok niego znajduje się cmentarz. Ostatnie niemieckie ciała zostały pochowane tu w pierwszej połowie lat '40 XX-wieku. Między zarośniętymi nagrobkami, wyłamanymi płytami nagrobnymi walają się flaszki. Ktoś między dwoma nagrobkami położył deskę, na nią zaś nałożył poduszki ze starej pufy, żeby było wygodniej siedzieć.
Dosyć istotną dla lokalnej gospodarki jest rybnicka kopalnia melafiru - twardej skały pochodzenia wulkanicznego służącego w budownictwie kolejowym i drogowym. Kopalnia zapewniała niesamowite wrażenia dźwiękowe, tym bardziej dostępne, że wyrobisko wraz z całą maszynerią trącą i rozdrabniającą skały znajdowała się blisko drogi. Kopalnia powoli rozbiera zbocza wzniesień - Bukowca i Granicznej. Ciężarówki non stop, po trosze, wywożą góry zostawiając na asfalcie brunatną smugę i ostry kurz. 

Trzydniowy pobyt w Sokołowsku potraktowałem jako pretekst do krajoznawczych wycieczek. Sama kotlina, w której leży uzdrowisko znajduje się jakoby na końcu jednego ze światów. Ruch samochodowy samoistnie się tu wstrzymuje, pilarze w lasach rżną jakoby nieco lżej niż gdzie indziej, turyści zdają się być deptać ścieżki jakoś nabożniej niż w Zakopanem, z którym na moje nieszczęście się codziennie zmagam. Sarny sypiają w wysokich, suchych trawach tuż przy centralnym skwerku wsi. Pensjonariusze sanatorium Biały Orzeł w zwierzęcym skowycie zgniatani są przez cierpienie. Słyszałem to dobrze, gdy wracałem do swojego pensjonatu z performatywnego afterparty - ale o tym za chwilę.

2.
6 edycja Sanatorium Dźwięku 2019 roku w Sokołowsku odbywała się w ramach projektu Musica Sanae, którego celem jest eksplorowanie styczności pomiędzy między dźwiękiem, a medycyną. W ramach Musica Sanae mają lub będą miały miejsce wydarzenia Neapolu (3-4 maja) oraz w Berlinie (15-16 listopada). Po raz pierwszy w historii festiwal obraca się wokół leitmotivu, niemniej patrząc na całokształt imprezy nie należało do tego tematu przywiązywać zbyt wielkiej wagi, bo mogło to być źródłem, przede wszystkim, frustracji. W otwierającym festiwal wykładzie Michał Libera (jeden z kuratorów wydarzenia), zachęcał by poprzez hasło próbować dokonać (nad)interpretacji występów na własną rękę. Odnosił się przede wszystkim do ledwo co zakończonej lołfajowo-nojzowej improwizacji w wykonaniu Oliviera de Placidy. Libera zaproponował by dekonstrukcję możliwości gitary jako generatora szumów wspomaganego przez przetworniki piezo, efekty gitarowe i eBowa, sprzężenia zwrotne i inne preparacje potraktować jako metaforę autopsji. Interpretacja ta nie okazała się dla mnie ani potrzebna, ani przekonująca - akt Oliviera de Placidy uznaję za bezcelową (w przeciwieństwie do wiwisekcji) zabawę z rozkładem, gdzie metodą jest chaos, a skutkiem konfuzja. 

Po zakończeniu festiwalu okazało się, że ten otwierający Sanatorium Dźwięku występ pozbawiony swej intelektualnej aury posłużył demaskacji estetycznej mizerności niektórych konceptualnych prac, które pod względem estetycznym stały na absurdalnie niskim poziomie. Pozwólcie zatem, że zacznę od nich i choć będzie niechronologicznie to dzięki temu z samego początku pozbędę się balastu doświadczenia straconego czasu i wielkich rozczarowań. Wspólnym idiomem najsłabszych koncertów było nadużywanie długich dźwięków, zaś ogólną generalizacją na temat Sanatorium 2019 jest to, że granica jakości przebiegała między doświadczeniami dźwięków długich, a dźwięków krótkich, między wydarzeniami z muzyką opartą na elektryce i elektronice, a wydarzeniami akustycznymi. Rashad Becker zaprezentował ściankę działową z generycznych dźwięków mieszczących się w tradycji przeciętnego dronu, noisu i ambientu w jednym. Największą konkurencją dla Beckera jeśli chodzi o pretensjonalny konceptualizm stanowiła sonifikacja łańcucha DNA wirusa HIV (równie dobrze mogłaby by to być sonifikacja danych o przemyśle cukrowniczym, who cares) według Carla Michaela von Hausswolffa. Jednocześnie te dwa koncerty potwierdziły, że nie należało zbyt wcześnie zawierzać autorytetom. Nieco lepiej wykonawczo prezentowały się, a jakżeby inaczej, drony Félicii Atkinson. Tzn. było nadal nudno i niezbyt oryginalnie, ale poprawnie technologicznie. Ludzie chyba byli kontent, ja z kolei poszukiwałem okazji by czym prędzej i bezszelestnie odejść i oszczędzić sobie czasu.

Ratunek dobrej reputacji długich, elektronicznie generowanych dźwięków przyniosły prezentacje kwadrofoniczne Biura Dźwięku Katowice w parku przed Sanatorium Brehmera. Co prawda kwadrofonia była to tylko z nazwy - 4 głośniki + jeden zestaw subbasowy były ustawione w półokręgu – niemniej ten kompromis zaważył na zainteresowaniu uczestników, których dużą ilość przyciągnęły ambienty w kolorze współczesnego easy listeningu przeznaczonego wyłącznie do relaksu. Tylko tyle i aż tyle wystarczyło by zachęcić do drzemki na wilgotnym barłogu. Innym rodzajem relaksu było stworzenie czegoś w rodzaju komory deprywacji sensorycznej w wieży Sanatorium. Prezentacja inspirowana (jakoś tam) poźnośredniowiecznym motywem „statku głupców” była zajmująca – do tej pory nie wiem jednak czy Les énérves, które przygotowało instalację zrobiło ciekawy utwór, czy po prostu przez mrok i ciszę pomieszczenia byłem na tyle sensorycznie zdeprywowany, że potrafiłem odnaleźć przyjemność w kolejnym utworze na elektronicznie generowane długie dźwięki.


Biuro Dźwięku Katowice, zdjęcie: Kazimierz Ździebło.
3.
W malkontentach parkowe ambientowe prezentacje od razu wzbudziło pytanie – czy warto jest zagłuszać (w miarę) naturalny soundscape elektronicznymi symulacjami? Etycznych rozważań na temat rosnącej popularności festiwalu, a zarazem samego Sokołowska jako turystycznej destynacji jest oczywiście więcej. Intencją Fundacji In Situ organizujących Sanatorium Dźwięku jest przekształcenie z trudem remontowanego pogorzeliska w atelier działań twórczych.  Jest to pomysł szczytny, a jego realizacja to czyn nieomal heroiczny. Na ile realizacja tego wieloletniego projektu zmieni strukturę społeczną w Sokołowsku? Czy obywatele uzdrowiska zyskają, czy też staną się ofiarami gentryfikacji? Jak wzrost zainteresowania uzdrowiskiem wpłynie zarówno na sprawy względnej czystości akustycznej miejsca, jak i zachowaniu środowiska naturalnego?

Zadaję te pytania, nie po to by udzielić na nie odpowiedzi, bo materia w nich zawarta jest tyle skomplikowana, co delikatna. Zadaję je ponieważ od tej edycji festiwalu te osoby, które są z nim zapoznane od samego początku potwierdzają, że Sokołowsko między innymi poprzez Sanatorium Dźwięku zaczyna zmieniać swój charakter. Co więcej, samo Sanatorium Dźwięku też ulega zmianie – dochodziły wypowiadane pół żartem, pół serio głosy, że publiczność jest coraz bardziej normicka, podczas gdy wcześniej była to impreza niemal branżowa, na której spotykali się specjalistki i specjaliści dobrze wyznający się w sztuce dźwięku, a jednocześnie znajomki. W tym roku dopisała też frekwencja, a stali bywalcy przyznawali, że do tej pory nie widzieli tylu nieznajomych twarzy, ani aby kiedykolwiek trzeba było przeciskać się przez tłum, by dostać się na poszczególne punkty programu.

4.
Nie chciałbym uchodzić za outsidera, którego ten tłum mierzi, jednak było kilka prac, których nijak nie dało się doświadczyć jak w samotności. Instalacja Lucio Capece z wykorzystaniem przestrzennie rozstawionych głośników i balona z helem z przymocowanym głośnikiem odbywała się w tak małej przestrzeni, że niemożliwe było przebywanie w zasięgu jej oddziaływania większej ilości osób przez dłuższy czas. Żałuję, że nie udało mi się znaleźć odpowiedniego momentu, w którym mógłbym spędzić dłuższy czas we wnętrzu instalacji.

Udało mi się jednak dostać na sesję masażu dźwiękowego. Było to jedno z osobliwszych doświadczeń tego festiwalu. Wyglądało to tak: zostałem posadzony na krześle naprzeciw sonoterapeuty. Terapeuta włożył w moje uszy słuchawki od spreparowanego stetoskopu stworzonego z dwóch stetoskopów, którym obcięto słuchawki, a następnie połączono ich przewody. Drugę parę słuchawek włożył w swoje uszy. Następnie terapeuta zaczął przekazywać mi dźwięki. Spodziewałem się, że masaż dźwiękowy będzie miał coś wspólnego z ezoterycznym mambo dżambo, natomiast okazało się, że jest to w istocie intymna sesja ASMR. Artysta za pomocą różnych obiektów, którymi dotykał, uderzał, pocierał swoją głowę, umieszczał je w ustach, wprawiał w drgania etc. przekazuje mi dźwięki bez pośrednictwa powietrza, ale za to za pośrednictwem swoich kości, swoich tkanek miękkich. Czułem pewien niepokój, przez pewien moment poczyniłem nawet spostrzeżenie że takiej intymności nie zaznałem nawet będąc ze swą żoną. Jednocześnie pociągało mnie gdy artysta pokazywał mi niepowtarzalne dźwiękowe możliwości swojej czaszki, głębokie pogłosy wypełniające zatoki oraz usta.

Dźwiękową oraz cielesną intymnością przeniknięta była instalacja na instrumenty medyczne Gerarda Lebika. Dźwiękową ponieważ stare instrumenty odbijając brzmiały niczym drobne dzwoneczki, jednocześnie uruchamiając połączone z nimi głośniki, wydające suche trzaski i puknięcia. Dźwięki te dostępne były w pełni, dopiero wtedy, gdy akurat niewiele osób kręciło się wokół generując sobą dodatkowe hałasy. Cielesną ponieważ większość instrumentów stanowiły zimne, metalowe wzierniki ginekologiczne. Kobiecemu zdrowiu i opresji wynikającej z patriarchalnej ideologii medycznej w bardziej dokładny sposób przyglądały się inne wydarzenia.

W sposób nie całkiem bezpośredni dokonało się to w tableau vivant z udziałem Barbary Kingi Majewskiej (głos) oraz Tonego di Napoli (litofony) inspirowany praktyką leczenia histerii z użyciem dźwięku w szpitalu Salpêtrière. Histeria (hystera to greckie słowo określające macicę) przez wieki spekulatywnej psychologii oraz praktyki lekarskiej służyło zarówno wyjaśnianiu objawów schorzeń i zaburzeń, a jednocześnie uzasadniało ograniczenia i opresję stosowane wobec kobiet. W występie w minimalistycznej estetyce teatru ubogiego Majewska próbowała wywołać uczucia/przeżycia/emocje pacjentki leczonej za pomocą dźwięków, lecz była niemal w całości zagłuszana przez wielokształtne i wielobarwne klastry generowane przez kamienne sztaby pocierane i uderzane przez di Napolego. W tym występie, jak niemal w żadnym innym, doszło do koncepcyjnie przekonującego oraz estetycznie wręcz zachwycającego połączenia tematu muzyki oraz medycyny.

Wydawałoby się, że nauka o histerii, która dziś stanowi bardziej termin języka potocznego niż medycyny jest dobitnym przykładem, jak w przeszłości medycyna nie była li tylko nauką o zdrowiu i chorobie ludzkiej, ale również o tym jak medycyna, jako nauka o człowieku, była uwarunkowana i jak wpływała na ogólne poglądy na temat człowieka w kontekście społecznym i politycznym. Performens o bezpłodności w wykonaniu M. Della Morte składał się z pozornie neutralnego wykładu o leczeniu bezpłodności ilustrowanego nagraniem z badania i zabiegu endoskopowym zapewne żeńskiego układu rozrodczego oraz rytmicznego dudnienia, zapewne bicia serca płodu przechwyconego przez ultrasonograf. Artystka od fachowego opisu sposobów leczenia bezpłodności, które jest najbardziej inwazyjna dla właśnie kobiet, przechodzi do implikacji społecznych procesu. Otóż leczenie bezpłodności może wprost prowadzić do innych chorób, zwłaszcza wśród kobiet i zwłaszcza chorób psychicznych. Pragnienie posiadania dziecka, a/i także poczucie z niemożności powołania na świat dziecka  wyrażało się w finalnym lamencie bezpłodnej matki, który wyrodził się z czułej kołysanki. Lament to chyba mało powiedziane, był to krzyk niemocy, niespełnionego pragnienia, tak jakby do głosu dochodziła feministyczna wariacja na temat rewolucyjnego konserwatyzmu, który wartość kobiety dostrzega w jej zdolnościach reprodukcyjnych. O, jakże ten krzyk, choć performowany był podobny do krzyku bólu i grozy, który słyszałem dzień wcześniej z okien Sanatorium Orzeł Biały - a zarazem miejscu w którym odbył się afoniczna (bezgłos może być spowodowany histerią) melodeklamacja Barbary Majewskiej.

Tiziana Bertoncinie, zdjęcie: Kazimierz Ździebło.
5.
Przyjeżdżając na festiwal sądziłem, że poszczególne punkty programu zawstydzą mnie przez moją niewielką wiedzę na temat zależności między medycyną, a muzyką. Prędko jednak wyleczyłem swoje kompleksy, gdy okazało się, że zadanie kuratorskie przed jakimi zostali postawieni artyści były wykonywane częściej wedle organoleptycznie rozumianych i luźno powiązanych skojarzeń, aniżeli twardych badań na podstawie empirycznej wiedzy. Nie jest to zarzut, ani też złośliwość, bo okazało się, że stereotyp może stanowić łącznik między dyletantem artystą, a dyletancką publicznością, bez wchodzenia w branżowe niuanse po to, by nieść estetyczne uniesienia. Dajmy na to minimalistyczną prezentację skrzypaczki Tiziany Bertoncini pt. Nero Lento, inspirowane psychozą. Kolejny występ o zdrowiu i chorobie psychicznej był doskonały pod względem dramaturgii, podjętych środków wizualno-dźwiękowych poprzez stosowanie wyłącznie rozszerzonych technik gry na skrzypcach, jasnych reflektorów, które oświetlając artystkę od dołu po pierwsze nadawało jej twarzy wyrazu sztampowej groteski, a na stropie sali czarnej Sanatorium pojawił się upiorny cień. Nie ulega wątpliwości, że był to jeden z najbardziej wirtuozerskich występów tego festiwalu. Jeśli do tego jeszcze do damy staranność wykonania, gdzie skrzypaczka z bezbłędną pewnością siebie współgrała, dialogowała oraz igrała z puszczanymi z taśmami dźwiękami głosu (przez to, że nie znam włoskiego język ten brzmi dla mnie jak glasolalia) oraz skrzypiec. Choć zrazu podzieliłem ogólny entuzjazm, choć kompozycja była na pewien sposób nobliwa, to jednak bardzo dobra, to po występie naszła mnie refleksja - czy wywoływanie "upiornych" dźwięków kojarzonych z aurą dźwiękową grozy i horroru (są to dwie różne rzeczy, za Harlanem Ellisonem), zwłaszcza w kontekście filmu nie  gettoizuje wyobrażeń na temat choroby psychicznej w jej najbardziej znanych estetycznych przedstawieniach bądź stereotypowych wyobrażeniach? Czy aby pełna finezji estetyczna reprezentacja nie betonowała krzywdzącego obrazu cierpiących na choroby psychiczne - albo czy ich niepotrzebnie nie romantyzowała?

Podczas gdy Tiziana Bertoncini wystąpiła w minimalistycznym anturażu, tak instalacja grupy Testcard The Dream Machine Project („instalacja performatywna na fale mózgowe i biofeedback” - cokolwiek to miało znaczyć) była na wskroś totalistyczna. Czerwone, wirujące światła, fale elektronicznego nojzu ogarniającego przestrzeń, dokładnie tą samą, w której występowała Tiziana, oraz krzesła ułożone wokół łóżka szpitalnego, z którego powoli podnosiła się performerka. Dodatkowo niektórzy szczęśliwcy mogli doczekać się dostąpienia zaszczytu ubrania specjalnie preparowanych okularów, które ostrym, pulsującym światłem prześwietlały powieki, by wywoływać w słuchaczach jakieś nadzwyczajne efekty. Efekt owszem był, ale raczej estetyczny niż biofizyczny. Niemniej docenić należy ogólne postaranie. Podobnymi efektami chciał nas raczyć w swoim występie duet Hatam/Hacklander, niemniej rozbłyski białych stroboskopów tylko ukrywały dosyć przeciętną muzyczną materię. Not great, not terrible.

Solidnością wykraczającą ponad przeciętność wyróżniła się kompozycja Anthonego Paterasa Pseudacusis - Utwór na septet (kontrabas, wiolonczela, skrzypce, klawesyn, saksofon, perkusja) z udziałem samego kompozytora, który miksował wszystko na żywo i generował elektroniczne dźwięki. Muzycy otoczyli publiczność zebraną w KinoTeatrze Zdrowie, a muzyka miała mieć coś wspólnego z halucynacjami dźwiękami. Może tych ostatnich nie doświadczyłem, ale za to otrzymałem bombardowanie wielokierunkowych alikwotów. Poszczególne części należało rozumieć na bezdechu, w oczekiwaniu na zmianę taką, jak zmienia się woda, z której dna podnosi się kamień, porywany dalej, obrabiany aż osiągnie postać otoczaka. I dalej, i dalej, i dalej.

6.
W trakcie 6. Sanatorium Dźwięków były jeszcze przynajmniej dwa wydarzenia, których celem było badanie wpływu dźwięku na zachowanie uczestników. Behawioryzmem przeniknięty był występ Rudolf Eb.era, który atakując publiczność to ścianami szumów, to elektronicznie generowanymi tonami czystymi próbował osiągnąć cel opisany w programie jaki były "studia z zakresu psychoaktywnej akustyki i halucynacji wywołanych hałasem". Zabawa amplitudą głośności, różnicami między wysokościami generowanych tonów, binauralne powidoki szeptów były bodźcem, który wywołał przynajmniej dwa efekty. Pierwszy z nich był wtedy, gdy publiczność po budowaniu nagłej ściany dźwięków została wrzucona w dźwiękową pustkę, bo znikąd być zaatakowaną przez głośny hałas - wtedy wszyscy gremialnie podskoczyli do góry. Drugi moment pojawił się wtedy gdy po misternie tkanej strukturze bruistycznego prymitywizmu nastąpił długi gwizd - ten sam, który pojawia się w uszach, gdy jesteśmy narażeni na długotrwałe działanie ogłuszającego hałasu. Był to jedyny moment całego festiwalu, gdy nie wiedziałem, czy dźwięk jest złudzeniem pochodzącym z mojej głowy, czy też manipulacją dźwiękową artysty.

Jednakże najpełniejszy wyraz prób wpływania na ciało poprzez dźwięki miało miejsce podczas afterparty prowadzonego przez Filipa Lecha. Zachęcony opiniami, że w "po setach DUNNO nigdy nic nie wiadomo" udałem się do sali multimedialnej więcej niż rozochocony. Filip Lech faktycznie starannie przygotował swój program, oczywiście w sposób niezwykle przewrotny wprowadzając jakieś elementy jakiejś muzyki potencjalnie tanecznej, która nieśmiało zachęciła nielicznych, w tym piszącego te słowa, do ostrożnych pląsów. Niemniej Lech nie zamierzał korzystać z umiejętności i możliwości jakie dają cyfrowe decki do umiejętnego miksowania kolejnych utworów - byłoby to zbyt prostackie. W wyniku bodźca jakimi były ospałe traki o zbyt małej ilości bpmów, cut-upowe miksy polegające na puszczaniu utworów jednego po drugim, bądź miksowaniu ich w sposób, który powodował możliwe do zdzierżenia tylko przez prawdziwych znawców polirytmiczne zawijasy, a także kampowość niemal równoznaczna z cringem (n00by niech spadają) nastąpiła reakcja publiczności w postaci powolnego wycofania się z parkietu pod ściany, a spod ściany na pole, a z pola do baru. W ten sposób muzyka, choć niby taneczna, nie spowodowała tanecznego wzmożenia; w ten sposób didżejskie decki transgresyjnie transmutowano do roli LRADów. Ów set przegonił mnie do kawiarni Palmiarnia, gdzie didżeje grali balearic techno/house, trochę też funkowego disco pomieszanego z latynoskimi samplami, do których ośmieliłem się tańczyć - w tańcu tym poczułem winę. Później dowiedziałem się, że bodźce wysyłane przez psychoakustyczny, ekstremalno-eksperymentalny set były tak silne, że nawet sam performer musiał na chwilę opuścić pomieszczenie, a decki przejęli jacyś ludzie, którzy puszczali Scootera.

Testcard, zdjęcie: Kazimierz Ździebło.
7.
Pamiętaj aby dzień święty święcić. Niedzielne poranki są najcichszymi momentami, także tu w Sokołowsku. Późnym rankiem rozbrzmiała melodia wygrywana na dzwonach w Cerkwi pw. świętego Michała Archanioła. Trochę wiernych weszło do środka, opiekunowie małych dzieci, mimo dżdżu i chłodu zostali z maleństwami na polu, gdy te dokazywały w świątyni i zagłuszały teatralny patos modlitwy wyśpiewywanej przez batiuszkę i odpowiedzi wiernych. Usiadłem przed cerkwią, za tuż za mną był staw. Podpłynęły młode kaczki - pewnie myślały, że może coś im rzucę. Z grubych buków coś spadało. Raz były to ciężkie krople, innym zaś razem cięższe bukowe szyszki.

Zresztą odnoszę wrażenie, że najlepszymi występami 6. Sanatorium Dźwięku były te, które nie były nadmiernie zamplifikowane, czego przykładem jest wspomniany wcześniej występ Bertoncini. Być może publiczności są już zmęczone możliwościami kreacji dźwięku przez elektronikę i wzmacniane przez prąd. Być może w praktyce słuchania i tworzenia muzyki należy na poważnie brać pod uwagę fakt, że energia elektryczna będzie droższa, a nawet reglamentowana.

Luciano Chessa z występem Inneschi, znany między innymi ze swoich badań nad akustycznymi intunarumori, był jednym highlightem tegorocznego Sanatorium Dźwięku. Jego wykład, szczególnie ta część, w której mówił o doświadczeniu głuchoty w swojej rodzinie oraz o swojej potencjalnie genetycznej skłonności do utraty słuchu po trosze uzasadniał wybór aparatów słuchowych jako instrumentów. Jak się okazało te małe urządzenia rezonując w koniakówkach generują niesamowicie donośne, jak na swe rozmiary, wysokie tony. Chessa obracał małe, cieliste urządzenia w dłoniach, które wydawały się być niczym małe świerszcze, zamykał i otwierał dłonie, tłumił ostry dźwięk kulkami z waty, tworzył przedziwne dwudźwięki i akordy, zbliżając i oddalając od siebie aparaty. Do tworzenia aury dźwiękowej zaangażował elektryczne szczoteczki do zębów, które umieszczał na perkusyjnych bębnach i talerzach. Atmosfera niesamowitości była uzyskana niewielkimi środkami oraz niewielkimi kosztami, choć mistrzostwo w materiałowym prymitywizmie i ostentacyjnym odrzuceniem możliwości nie tylko elektrycznej, ale jakiejkolwiek formy amplifikacji znalazło swój najpełniejszy wyraz w Regenstuck (1-6) Petera Ablingera. Utwór był mi już wcześniej znany, ale raczej było to dla mnie tylko akuzmatyczne doświadczenie nagrania audio. Nie wiedziałem nic na temat źródła dźwięku, byłem zrazu przekonany, że ta minimalistyczna muzyka jest wyłącznie pochodzenia elektronicznego. Zdziwiłem się nieco, gdy zobaczyłem 6 muzyków, którzy grali na arkuszach papieru oraz kawałkach ceramicznych płytek postawionych na statywach ułożonych z cegieł pochodzących z murów ruiny Sanatorium Brehmera. Muzyka perkusyjna nigdy nie była tak cicha, a (…) wtem rozległ się dźwięk. Dźwięk, który był światłem.

8.
Powyższy cytat pochodzący z noweli Nie mam ust, a muszę krzyczeć ma zilustrować zarówno zawiłości performatywnego wykładu Erika Bungera „Aglossostomography” (wybaczcie, że nie zrecenzuję tego znakomitego występu, gdyż ciągle czuję się nim olśniony i onieśmielony), jak również koncert Audrey Chen wieńczący Sanatorium Dźwięku. W przypadku koncertu zamknięcia jest mi mówić prościej, bo odwoływał się on przede wszystkim do emocjonalności, ba był emocjonalnością w stanie czystym, przeczącą nieudanym konceptualnym wygibasom. Podobnie jak Chessa, tak i Chen rozpoczęła swój występ od wprowadzenia. Również opowiadała o swojej rodzinie, o tym, jak w jej wychowana w Chinach babka została okaleczona przez tradycję bandażowania stóp, o tym jak jej matka musiała uciekać z Chin przed rewolucja komunistyczną, o wykorzenieniu i dorastaniu w Kalifornii, o przeszłości, opowieściach rodzinnych oraz o własnym doświadczeniu macierzyństwa. Jej przemowa była tak emocjonalna, że wydawało się, że artystka zaraz wybuchnie płaczem. Lecz zamiast tego (…) rozległ się dźwięk. Dźwięk, który był światłem.

O tym występie myślałem przez dwie noce. Nie sądziłem, że kiedykolwiek poznam emocję, że ktoś mi ją da, przekaże, podaruje. Chen w swym koncercie korzystała z akompaniamentu samoróbkowego syntezatora produkującego brudny noise, mikrofonu oraz swojego głosu. Nie mam ust, a muszę krzyczeć – do technik wokalnych, które stosowała Chen wcale nie trzeba było ust, potrzebne było także gardło, zęby, język, policzki, przepona, wiele innych narządów, które pozwalały mówić bez użycia języka, języka w jego dwojakim znaczeniu. Nie pojawiło się w trakcie występu ani jedno słowo, bo te były wypowiedziane wcześniej. Introdukcja była spójna z tym co zostało zagrane, wygrzebane z aparatu mowy i pokrewnych. Audrey Chen – czysta rozedrgana emocjonalność, odrzucająca w tym momencie czysty rozum – dokonała samo-rozbioru, niczym rzeźnik wykrawający z siebie kolejne sztuki. Rzucała swoim mięsem, nie wypowiadając choć jednego słowa znanego w języku ludzi i bogów, a jednocześnie zaprzeczyła historii o wieży Babel, przemawiając-wykrwawiając z siebie uniwersalną mowę o uniwersalnym i nienazwanym. Pomyślałem wówczas o tym, jak terapeutka pracowała ze mną bym opowiedział o emocjach. W momencie gdy koncert zakończył się uznałem, że nigdy o emocjach nie da się opowiedzieć. I że zazdroszczę Chen. I że to, cholera, było katarktyczne. I że organizatorzy wiedzieli, jak z przytupem zamknąć festiwal.

Oddaliłem się z Sokołowska. Rozedrgany i szczęśliwszy.


Instalacja Gerarda Lebika, zdjęcie: Kazimierz Ździebło.

czwartek, 10 stycznia 2019

Jonáš Gruska, "SPEVY"

Jonáš Gruska, "Spevy", LOM, 2017

Słowackiej wytwórni LOM oraz jej twórcy Jonášowi Grusce należałoby poświęcić dłuższy, przekrojowy tekst. LOM, założony w 2011 przez wspomnianego Gruskę, Or.locka oraz Angakok Thothpoza  zajmuje wydawaniem muzyki, szczególnie tej eksperymentalnej, elektroakustycznej oraz nagrań terenowych w bardzo szerokim i zróżnicowanym tego słowa znaczeniu. Najbardziej rozpoznawalnym członkiem kolektywu pozostaje Jonáš, którego działania i nagrania nie są obce polskiej publiczności. Ostatnio w 2017 roku prowadził warsztaty z nasłuchiwania za pośrednictwem "mikrofonów" wychwytujących pole elektromagnetyczne w Biurze Dźwięku Katowice - produkcja tych urządzeń to wyróżnik, który sprawił, że LOM stał się tak rozpoznawalny w świecie muzyki niezależnej, jak również to, że LOM produkuje tradycyjne mikrofony i to w dodatku z poszanowaniem narzuconych sobie dobrowolnie norm ekologicznych i etycznych (sic!). Poczytajcie sobie podlinkowane źródła, naprawdę warto.

Tego samego roku zagrał także w Krakowie na Unsoundzie, co jest symbolicznym powrotem kiedy Gruska studiował na AM w tym mieście i w którym często koncertował i performował w 2012 roku. Obecnie LOM i jego mastermind są także rozpoznawalni przez unikatową działalność wydawniczą (LOM wydał serię field recordingów polskiej artystki Izabeli Dłużyk, która wcześniej nie była szerzej znana nawet w kraju oraz nagrań z nasłuchiwania geofonem Rosjanina Jana Ryhalskiego), twórczej wraz z moimi ulubionymi nagraniami terenowymi Jonáša jakimi jest industrialna Vzduchotechnika oraz inne będące hołdem dla dźwięków miasta tuż obok nagrań ruralnych terenów Słowacji.

Jest jednak jedno szczególne nagranie terenowe, które prowadzi nas do recenzowanych dziś "Spevów" (pol. śpiewki/przyśpiewki). Jest to intymne nagranie ZUŠ (jest to skrót od základná umelecká škola) powstałe w słowackiej państwowej szkole muzycznej I st., do której Jonáš niegdyś uczęszczał. Jest to nie tyle próba nagrania prób młodych adeptów, co próba rekonstrukcji tego, co słyszał twórca jako dziecko. Jako znamienity absolwent nie pozwala sobie na wejście w sytuację ćwiczeń uczniów. Nagrywa zza drzwi i zza okien - to co sam słyszał, gdy czekał na swoje lekcje.  Jest obserwatorem utajonym, zbierającym fałsze, pomyłki i nieporadne wprawki, innymi słowy rzeczy, które powinny zostać ukryte. Nie są to jednak kompromaty, we wszystkich tych nagrywkach przemawia czułość Gruski przywracająca w ZUŠie pamięć i wspomnienia, a także dzielenie się z nimi ze słuchaczem. Domniewać nam tylko, że wspomnienia te były warte reminiscencji, przywrócenia w pamięci zmienionego już dawno umysłu, wychwycone przez zapośredniczony organ jakim jest mikrofon, tak odmienny od ludzkich uszu.

O pamięci wplecionej w najbardziej intymne sprawy są także Spevy, o czym można dowiedzieć się nie zapoznając się nawet z blurbem. Każdy utwór to ekwiwalent autonomicznego opowiadania istniejącego w uniwersum albumu. Charakterystyką ogólną tego zaskakująco przystępnego albumu jest dla mnie to, że jest lustrzanym odbiciem twórczości Kate Bush. Brytyjka stosowała eksperymentalne zabiegi, które czasem były skitami, jak intro do utworu Moving otwierający jej długogrający debiut Kick Inside (nagrania terenowe wielorybich śpiewów), czasem integralną częścią piosenki (Get of my house z albumu Dreaming, gdzie refren to wokaliza bardzo przekonująco naśladująca osła) albo muzakowy zapełniacz (jak w paru momentach na Aerialu). U Gruski proporcje te są odwrócone - doskonałe właściwości produkcyjne albumu będące podstawą poprawnego, popowego albumu podporządkowane są tu wielości eksperymentów. Efektem jest album demoniczny, gdy słucha się go głośno na głośnikach i bardzo intymny gdy wpiera się go w uszy przez słuchawki. Przejrzysty i czysty gdy chodzi o metodę, lecz aleatoryczny w nakładaniu na siebie prostych ścieżek - muzyki konkretnej, sterylnej sinusoidalnej fali dźwięków elektronicznych - dźwięków muzycznych oraz dźwięków znalezionych.

Spevy rozpoczynają się z grubej rury o naturze ezoterycznej. Spev Cvrčka to nie tylko ćwierkanie świerszczy i bzyczenie much, lecz dzwonki koshi, dzwonki chromatyczne, lunatyczny gamelan poruszany przez wiatr, bezład, po to by przejść z nostalgii w pozycje mikroindustrialne w kolejnym utworze Tečúci vietor, które rozpoczynają po raz wtóry korzystają z dzwonków. Tytułowy wieczorny wiatr wprawia w ruch nie tylko wyimaginowaną instalację składającą się z pobrzękująco postukujących kowadełek, puszek, rur i innego dźwięczącego złomu, lecz w dolnych rejestrach wzmaga niepokój nadymającego się od gwałtownych porywów poddasza o drewnianej konstrukcji oraz blaszanego dachu. Idąc jednak w moją prywatną akuzmatykę utwór ten brzmi jak wariacja na temat niegdyś jednego z bardziej powszechnych rodzajów field recordingów jakim był trainspotting, który zresztą znalazł na tym albumie swoją dosłowną reprezentację w postaci dalszego w kolejności utworu Vtlak. Dzwony na początku Tečúci vietor brzmią jak sygnalizacja dźwiękowa przed skrzyżowaniem z torami, a wiatr poruszający blachę dachową jest jak powoli sunący skład towarowy, wszystko odbywające się w ciepłe lato jak we Wczasach albo na składankach z Belka Records.

Wspomniane przed chwilą przedsięwzięcia nie są jednak wystarczającymi paralelami do Spevów, które zdają się odbywać w przestrzeni wiejskiej, gdzie kiedyś, a czasem ciągle, słychać stały motyw albumu Gruski jakimi są dzwony. Być może przez geograficzne sąsiedztwo i wpływy kultury pasterskiej w jakiej zanurzony jestem ja jako mieszkaniec polskich Karpat oraz Gruska, który jest Słowakiem rozpatrujemy dzwony jako fenomen akustyczny, który wyraża siłę rzeczy, relacji, zależności i stosunków. Dzwony kościelne, kapliczne wzywają na cykliczne nabożeństwa, informują o ważnych dla wspólnoty wydarzeniach (śluby i pogrzeby), grają na trwogę, a także, co chyba najbardziej imponujące regulują czas pracy, odpoczynku i modlitwy. Dzwony jako narzędzia Kościoła do regulacji czasu, a zatem organizacji społecznej i politycznej to przedłużenie tradycji opieki nad kalendarzem, jaką roztaczał najwyższy kapłan starożytnego Rzymu - Pontifex Maximus, która z kolei została przejęta przez papieża. Gdy dzwon zadzwonił poza cyklem i rytmem wówczas zmieniał się świat - najczęściej walił się on na pewien moment, rzadziej gdy wydarzało się coś ekscytująco pięknego i dobrego. Ciągle zresztą odruchem społeczności wiejskiej na wycie elektrycznej syreny strażackiej, bądź sygnału karetki/radiowozu/wozu strażackiego, które są przedłużeniem akustycznych dzwonów remiz i dzwonków konnych wozów ratunkowych jest nasłuchiwanie - może któryś z sąsiadów potrzebuje pomocy, może ktoś z rodziny miał zawał, być może kogoś zabili.


W dzwony nie bije się bez powodu i bez potrzeby. Na tym polega przewrotność Gruski w Spevach, które być może trwonią społeczne zaufanie idące razem z dźwiękiem dzwonków, które nawet regulują własność wtedy, gdy wisząc u szyi owiec i krów pozwalają na zlokalizowanie inwentarza w rozległym, a górzystym terenie, a gdy ktoś chce ogłosić paradność i ważność przejażdżki konnej wówczas na końskiej uprzęży zakładane są janczary, nazywane u mnie turlikami.

Wszedłem w motyw wiejskości już zbyt głęboko, by nagle zrejterować - dlatego też do tego kontekstu dopiszę utwór tytułowy albumu, co nie jest aż tak trudne, pomimo dźwięków wydobywających się jakoby z tradycyjnego syntezatora FM. Odwołam się ponownie do mojego doświadczenia, skoro Jonáš w swoich dźwiękowych rozważaniach także transgresję wynikającą ze wspominania minionego czasu uznaje za istotną rzecz. Jako młody chłopak i nastolatek chodziłem do remizy strażackiej na próbę zespołu pieśni i tańca. Do tańca, co oczywiste, należy mieć kapelę, na którą najczęściej składał się kwartet smyczkowy - prymista, dwóch sekundzistów oraz basista. Przed próbą zaś, gdy dzieciaki zajmowały się socjalizacją muzykanci próbowali się nastroić. W istocie była to fascynująca chwila, tym bardziej jeśli muzykanci byli młodzi i niedoświadczeni i nie mogli dostroić się do siebie, przedłużając cały proces naciągania i popuszczania strun próbując nie tyle wydobyć czysty dźwięk, co dźwięk, który będzie pasował do stroju pozostałych członków kapeli. Wyobraziłem sobie kiedyś, że pomiędzy coraz bardziej nerwowymi muzykantami zacznie się kręcić jakieś niesforne dziecko, które na złość będzie skupionym na ważnym zajęciu muzykantom kręcić kołkami. Tym właśnie są Przyśpiewki- długim i uporczywym dostrajaniem się do niesforności nieprzewidzianych i zupełnie niewiadomych fluktuacji, zbyt dysonansowym na ambient, jednak zbyt spokoju pragnącym, by pozostać formalnym błędem. To jak w prawdziwym żyćku.

Prawdziwe żyćko tego albumu wyznaczone jest przez dwa wielce kontrastujące ze sobą utwory. Pierwszy z nich to 
Brušky - wulgarny, pornograficzny, stereofoniczny ASMR wibrującej pasją materii organicznej i bez wątpienia najmniej do albumu pasujący, a zarazem pasujący na zasadzie kontrapunktu jak ulał. Tytuł po słowacku oznacza brzuch i nietrudno byłoby wyobrazić sobie, że nagranie w trakcie akustycznego badania endoskopowego opisanego później na Patologach na klatce lecz domniemywam, że nagranie to powstało w okolicach pyska psa ze wszystkimi mokrymi i śliskimi płynami, które przelewają się przez organy psiego gardła. Tak czy siak - mikrofon był bardzo blisko źródła dźwięku co potwierdza zupełny brak pogłosów. Zazwyczaj efekty typu reverb jest używany do opisywanej później muzyki psychodelicznej, "tripowej" itd., tutaj jednak efekt niesamowitości uzyskuje się poprzez nagranie terenowe w skali mikroakustycznej, poprzez wyłapanie niewyłapywalnego na pierwszy rzut ucha. Jeśli field recording jeszcze jest po cokolwiek potrzebny to właśnie do zbliżania nas do takich niesamowitych zjawisk. Fuj i wow.

Drugi w tej kategorii, 
Netopiere taki sens nagrań terenowych również pragnie osiągnąć. Utwór ten życie i próba odtworzenia tegoż w probówce. Nietoperze, podobnie jak zresztą psy, porozuwieją się i rozumieją świat poprzez słuchanie i wytwarzenie niesłyszalnych dla ludzi infradźwięków. Dlatego nagrany dźwięk nietoperzych harców musi zostać w postprodukcji obniżony by był słyszalny dla ludzkiego ucha. Tak też dzieje się na tym utworze, który w swej drugiej połowie jest elektronicznym mimesis nieobliczalnej audiosfery świata przyrody. Te dwie części nie istnieją na zasadzie antogizmu kultura-natura, lecz starają się dialogować, dochodzić do kompromisów, być może nawet uzupełniać. Podobna relacja, nie władzy, lecz współistnienia występuje w utworze Volanie. Kojarzy się ono ze wezwaniami i wołaniami, które były powszechne pośród karpackich pasterzy - górale podhalańscy nazywają ten rodzaj nawoływania wyskaniem (w linku próbka dźwiękowa). Wyskanie brzmi niezwykle zwierzęco - porównać by je można było do wycia wilków bądź śpiewów godowych egzotycznych ptaków. Volanie Gruski generowane jest elektronicznie, a kolejne wyskania nachodzą na siebie przeradzając się w krzyki przerażenia, bądź też jęki rozkoszy.

Spevami zarządza czas i pamięć, wspomnienie poza wypowiedzianym, doświadczenie ponad opisanym, ale także jak to przyśpiewkom w tradycyjnym, wiejskim sensie - przygodności, próbie uchwycenia chwili, wyróżnienia się błyskotliwym spostrzeżeniem, bądź pokrętnym poczuciem humoru. Tak lubię myśleć o tym ciepłym w istocie, albumie. Czas naznacza swoją dosadnością miniatury 
Pontón oraz Vtlak. Lubię sobie myśleć, że Pontón, ten kolaż dźwięków mikroindustrialnych powstał w całości z udziałem mikrofonów kontaktowych, które rozszerzają słyszenie do bezpośrednio drgających obiektów, bez udziału powietrza. W tym kontekście napompowany ponton staje się minorym bębnem sunącym po czarnej wodzie, a tykanie zegara wzmaga niecierpliwość w niespiesznej podróży, podobnie jak w intymnych field recordingach Jana Eerali. Vtlak to dźwięk wody nagranej przy pomocy hydrofonu, który sprawia, że fala wody, brzmi inaczej niż ta sama fala wybrzmiewająca w powietrzu, a upływająca woda jest naturalnym miernikiem, a zarazem szalenie oklepaną metaforą upływającego czasu.



Jonáš Gruska
Spevy
LOM - LOM13
14 września 2017 roku

poniedziałek, 1 października 2018

MUZYKA DO LEŻENIA SOBIE - Zaumne, "Emo Dub"/Józef, Zofia, "Chłodna Pasywna Głowa"

Józef, Zofia, "Chłodna, Pasywna Głowa"/Zaumne, "Emo Dub"

Tego roku nie słuchałem wiele muzyki, za to z przyjemnością wracałem do płyt, które mnie ukształtowały, które znam na wylot, których nigdy nie pozbędę się z pamięci - dziś zaś będę pisał o płytach, które dołączyły do tego grona i są już nierozłącznie częścią mnie. Niewykluczone, że nie są to najlepsze płyty wszech czasów, ale są to płyty moje. W końcu odpuściłem reżim słuchania jak największej ilości nagrań - przemysłowe słuchanie nie jest słuchaniem ani mądrym, ani głębokim. Nie jestem osobą, która swoje dobro, jakim jest uważne nasłuchiwanie poświęca na rzecz jak największej ilości notek, jak największej ilości recenzji.

"Nasłuchiwanie" - słowo to nie padło tu bez powodu, bo musicie wiedzieć, że więcej od nagrań muzycznych uwagi poświęciłem na dźwiękowe artefakty przechowywane czasem w postaci nagrań terenowych, czasem po prostu w pamięci. Pamiętam swój dom rodzinny - śpiewający kaloryferami, w których przelewała się woda, gdy tylko temperatura na piecu węglowym osiągała 35 stopni, dom który jęczał, gdy krokwie wyginały liczne wiatry. Pamiętam harfy eolskie, w które przy zachodnim wietrze przeradzały się metalowe barierki balkonu domu sąsiada. I wiele innych, bo pamięć okazała się dla mnie w tym roku najlepszą formą przetrwalnikową muzyki. Kolejne zniekształcenia pamięci też są cenne - boć nobilitacja dźwięku zniekształconego to taka postępowa rzecz.

Lecz nie tylko to - również wyobraźnia okazała się doskonałym narzędziem słuchania dźwięków niewydalonych. Żałuję krytyki muzycznej (szczególnie bloga Bartka Nowickiego 1uchem/1okiem), bo istnieje w  formie szczątkowej - że nie mogę już przeczytać pełnej domysłów i wolnej myśli recenzji, która poprzedzałaby odsłuch płyt. Żałuję także, gdy nie mogę przeczytać zbyt wielu tekstów o muzyce bez następnego słuchania muzyki, po to by dać się ponieść wyobrażaniu sobie dźwięków.

Powiadam czasem - nasłuchiwanie to sztuka rozczarowań. To parafraza z mętnie pamiętanego cytatu z "Diuny" Herberta, gdzie było coś o tym, że życie to sztuka rozczarowań. Czasem wybierając miejsce nasłuchiwania i tworząc sobie aprioryczny cel oraz podejmując wysiłek i czas włożony w wychwytywanie artefaktów może okazać się niewiele szczególnego. Brak iluminacji, euforii - powolne przechodzenie nad aktem słyszenia do rutyny słuchania - socjologia dnia codziennego, dzień codzienny pojedynczych ludzi. O, to krokwie trzeszczą - zbiera się halny.




Oddać w pokorze swoje lęki czystemu i wypowiedzianemu wprost przewodnictwu to akt heroizmu - tak mógłby powtórzyć nie tylko ideał powszechnego, współczesnego neopurytanizmu, lecz każdy kto choć trochę poczuwa się zmęczony. Irytuje pierwsze spotkanie z psychoterapeutą, który wie więcej o tobie, mimo, że nie jest tobą; po czym okazuje się, że zna cię tylko tyle ile trwa sesja, a on tylko wydobywa dla ciebie ciebie z tobie. Stawia przed tobą figurę i mówi "to ty".

Dziś zatem po-oczekujmy płaskich i czystych rzeczy, jak opłatek - samookreślających się, nieco małowymiarowych. Przyjmijmy, że transgresja straciła swoją twórczą moc. Liczy się tylko wiara dziecka przystępującego do pierwszej komunii, nadzieja słuchacza mowy motywacyjnej, że może być lepiej i że świat jest w zasięgu ręki. Że istnieją dźwięki obiektywnie relaksacyjne, zaprojektowane od słuchania dobrego, głębokiego i [właśnie myśl w tym momencie przerywa się, gdy córka siedząca na kocu bawiąca się lalkami Barbie mamrocząc wypowiada dialogi miedzy bohaterkami; nagle skrzydlata wróżka Barbie unosi dwie bezskrzydłe księżniczki oraz Kena w niebo ramionami małej] powierzchownego zarazem. Wiesz tak jakbyś miał "Gnosiennes" Erika Satie, "Untrue" Buriala, cokolwiek W. Basinskiego albo "Luxury Problems" Andiego Stotta. Że istnieje muzyka ostentacyjnie celebrująca przeciętność  - tak jak w tym świetnym dialogu z dosyć średniego filmu. Powinno się raczej stawać w tej sytuacji po stronie Elastyny, wszak większości z nas pozostaje li tylko radość w byciu przeciętnymi, a jedyny pomnik jaki większość z nas otrzyma to bedzie ten na naszej mogile. Świadomość tego sprawia, że..

Ale to wcale nie była obelga, że "Emo Dub" od Zaumne to płyta przeciętna, bo to nie jest płyta przeciętna, choć ulepiona z doskonale przecioranych tropów. Począwszy od tytułu wywołującego wielość sprzecznych sobie iluzji - "emo", lecz nie ta odmiana hardcore'u, ale popowy mariaż prezentowany w Bravo. Nie widziałem nigdy tej kontrkultury w działaniu, byłem za to świadkiem jak komercyjnie zawłaszczone estetyki buntu były wdrażane przez dzieciaki na prowincji, ale tylko te które posiadały odpowiedni kapitał kulturowy, w miarę mało opresywnych rodziców oraz pewność siebie wspieraną przez hajs starych (ćwiekowane paski dużo kosztowały, była podaż, był popyt). Innymi słowy na smutek musiało cię być stać. Dub z kolei to pogłos i delay, a pogłosy i delaye to spowolnienie, reminiscencja wybrzmiałego dźwięku, (czasem) klej dla kiepskiej melodii, lep na spowolnione myślenie. A jak dub to i reggae, pamiętam bardzo dobrze i punkowców i regowców, nie różnili się zbytnio, chodzili na te same imprezy, używali tych samych używek, słuchali tej samej muzyki i byli zazwyczaj diablo sfrustrowani - powody frustracji były te same. Mówię o wspomnieniach, bo "Emo Dub" jest hautologiczne przynajmniej na dwóch poziomach - wspomnianych skojarzeniach semantycznych, jak również przez materię muzyczną, która przypomina mi moje ulubione rojenia, w trakcie grzebania się w najtisowych albumach z serii "Soundscapes" z traxowym techno ambientem. Zaumne jednak, jako że mimo wszystko jest ponowoczesny, późnokapitalistyczny i wystrzega się fałszywych w istocie wpływów world music. Jeśli jego muzyka jest New Age'owa to jest to New Age do cna agnostyczny i gorzki w rozczarowaniu - muzyka stuporu dorastania, obniżania oczekiwań, tłumionych emocji. Za maską beatu skrywają się, a wręcz go czasem zastępują zapętlone, wypowiadane frazy - ułomki ASMR-owych monologów, zerwanych komunikatów bez odbiorców, jak w "Trudno być bogiem" w ekranizacji Aleksiega Germana, gdzie zadaniem widza jest zbieranie rozstrzaskanych wymian kulawych myśli, by samodzielnie próbować ułożyć z tych odpadów świat. "Emo Dub" wybrzmiewa głuchym i ciemnym biurowcem, w którym młoda dziewczyna zamiata podłogi mając na słuchawkach teutońskie techno, które mikroskopijnymi wibracjami rozbrzmiewa sterylnymi korytarzami, by w końcu zamilknąć w odgłosie brzęczących jarzeniówek.



"Emo Dub" jest zarówno lo-fi jak i zupełnie aseksualne - zupełnie tak samo, jak jeden z bardziej wzruszających albumów z nieoczywistym ambientem jakiego obsesyjnie słuchałem w ubiegłym roku. Zacznijmy od rzeczy najprostszych, choć dalej o wiele trudniej i tak nie będzie. Minimalistyczny jest anturaż albumu Józefa i Zofii "Chłodna, Pasywna Głowa" - okładka, opis, logotyp wytwórni Józefa i Zofii Ciche Nagrania, która do tej pory wydała zaledwie tą jedną płytę, sama nazwa wytwórni oraz jej hasło (ciszej, wolniej, mniej), imiona jakimi przedstawiają się autorzy płyty, bez ukrywania się za wymyślnymi monikerami (Józef i Zofia? Znam, nasze dzieci chodzą do jednego przedszkola, z tego co wiem, nie jedzą mięsa, ale to bardzo mili ludzie, miastowi trochę, ale mili). Zawiera się w tym prostota wymarzonego domu, ambientu zbliżonego do ciała i kości - brumienie wzmacniacza, dużo pracy na feedbacku (jak w "Podwodnych gitarach"), szumy zapewne jakiegoś prostego monofinicznego syntezatora, być może jakieś nagrania terenowe (miniatura "Morze") a przede wszystkim skity, którymi zaczynają się i kończą utwory - wymiany bezkształtnych słów, śmiechów, komentarzy. Z tembrów tych głosów wyłania się ciepło, które równoważy melancholię oddziałującą najmocniej w "Oriente 301116". Tak by grało Sunn O))), gdyby nie korzystali ze ściany wzmacniaczy i agresywnych przesterów - relaksacyjny wymiar porównywanych muzyk pozostaje na podobnym poziomie. "Chłodna, Pasywna Głowa" przywraca u mnie nadzieję w twórczą moc tego, co czasem nazywamy post rockiem (obok prac gitarowych Łukasza Ciszaka), a przede wszystkim jest odtrutką na obły, muzakowy, świetnie wyprodukowany ambient niemający wiele wspólnego z empatycznym przeżywaniem leżenia sobie ot tak, domu, gdzie jest ciepło i ląduje się miękko.



Osią albumu "Emo Dub" jest znany dużo wcześniej jako singiel utwór "MFW Tired" znany także jako  "\(´O`)/" .  Pierwotnie zamieszczony na soundcloudzie jest mariażem dark ambientu robionego w podobie do Croatian Amor, Sama Kidela (szczególnie do nagrań z "Disruptive Muzak" czy Gazawatu - ten ostatni nader chętnie wykorzystuje szorskie repetycje, dźwięki znalezione oraz słowo mówione do tworzenia sugestywnych dźwiękowych obrazów.  "\(´O`)/" bardzo słusznie doczekało się osobnego wydania w labelu Magia wraz z remiksami i jest to również jedno z moich ulubionych wydawnictw singlowych. Utwór ten, podobnie zresztą jak projekt Zaumne i całe "Emo Dub" brzmi niczym pokoleniowy manifest z bazą wręcz polityczną. Z manifestu tego wybrzmiewa niechęć absurdu codziennych zajęć, bezsensu etatowej pracy. Podzielam gorycz idącą z tej muzyczki, recenzję kończę między wpisaniem sobie w excelowską tabelkę jakichś rzeczy, a wzięciem połowy Sedamu 3.