piątek, 29 sierpnia 2014

Właśnie dostałem w swoje łapy pierwszy numer Noise Magazine...

... i momentalnie wylazła ze mnie sierść, którą chowałem przed światem już za długo. Dobrze, że Łukasz Dunaj, redaktor naczelny zamieszania, wyjaśnił czym dla niego jest hałas i jak go opisać. A robi to dobrze i to nie sam, bo z gronem największych renegatów i degeneratów polskiego dziennikarstwa muzycznego.

Pokrótce - Noise to nie rurki z kremem tylko fanzinowska pasja, profesjonalny skład, świetne teksty i wywiady, które naprawdę robią wrażenie. Recenzje są sto razy lepsze od moich. Papier ładnie pachnie... papier, papier, PAPIER. Bo o to tu chodzi. Nie potrzebujesz prądu, internetu LTE....

Co ja zresztą pierdzielę. IDŹ I KUP TO PISMO, CZŁOWIEKU!

Noise Magazine można kupić podobno w każdym empiku (w kiepsko zaopatrzony zakopiańskim empiku był, więc gdzie indziej też powinien być) oraz na stronie:

niedziela, 24 sierpnia 2014

Easy! nie zaś takie łatwe - Wojciech Karolak, Easy!



Nie mam nic przeciwko chałturzeniu, jeśli ktoś robi to w sposób zawarty na tej płycie. Oczywiście polscy jazzmani popełnili kilka wielkich błędów - największymi są bodaj dwie części SPPT Chałturnik pod wodzą znakomitego przecież Ptaszyna. I nawet przegadany ironiczny tekst na rewersie okładki Chałturnika nie zmienia faktu, że te chałtury nikomu na dobre nie wyszły.

Wojciech Karolak w opisie płyty oszczędza słowa. Pisze, że miał zamiar stworzyć płytę z muzykę rozrywkową stworzoną przez muzyków jazzowych. I udało się to doskonale. Na początku atakuje nas psychodeliczny funk "A Day in the City" z nieobliczalnym solo w konwencji free w wykonaniu Stańki. Drugi numer to luźny lecz trzymający w napięciu swing  "(DACP 796) Endless Transit". Dużo ciekawszy jest "Instant Groove" - leniwie płynąca lecz z pewnością nie nudna jazz-funkowa maszyna do rozjeżdżania jeszcze do albumu nieprzekonanych. Stronę A zamyka utwór przodownika orkiestry wspomniany już wcześniej Ptaszyna.

Drugą stronę otwiera tytułowy "Easy" - bardzo przyjemny utwór z ciekawymi tułającymi się gdzieś w tle ambientowymi organami oraz ze szkolna, co nie znaczy, że nie urokliwą solówką Namysłowskiego. Następny numer "Why not Samba" ma największy potencjał taneczny. W tym utworze zachwyca niezwykle motoryczna sekcja dęta oraz piękne wokalizy Novi Singers. Płyta wychamowuje przy trochę banalnym "Seven Shades of Blue" po to by przejść do "Goodbye", który jest na początku nudny jak niedzielny kac, po to by przejść do bardziej stanowczego zakończenia zatopionego w smyczkach i subtelnych muśnięciach dęciaków.

"Easy!" Karolaka to dzieło perwidne. Z jednej strony - to chałtura grana przez śmietankę polskiego jazzu, która miała stanowić muzykę dla niewybrednych słuchaczy. I doprawdy wprowadza niezbyt wyrafinowany klimat, po to aby nagle zaatakować słuchacza dźwiękami w stylu psychodelicznego elektrycznego pianina lidera bandu lub grą Stańki. "Easy!" uczy jak zachęcać ludzi do sięgania po dobrą muzykę bez straszenia ich tym, że czegoś nie zrozumieją. Tak jak DJ, który w klubie puszcza mniej wyrafinowane acz popularne kawałki po to, aby niepostrzeżenie zagrać utwór, który jest muzycznie lepszy tak Karolak podstępnie zaprasza nas na fajfę aby nagle zaatakować jazz-funkiem i fusion najwyższej półki.


piątek, 15 sierpnia 2014

Pieśń pochwalna na cześć GAD Records

Zapewne gdyby nie krakowski sklep Record Dillaz i GAD Records powyższych płyt nigdy bym nie przesłuchał i nadal siedział w tym zatęchłym rocku.

Audycja zawiera lokowanie produktu, lecz póki co nikt mi jeszcze za to lokowanie nie zapłacił. I nawet tego nie oczekuję, bo moje przemyślenia na temat działalności tego wydawnictwa piszę z czystą przyjemnością.

Zanim zacznę na dobre - kilka konkretów:

A teraz niekonkrety, tylko moje przemyślenia. 

Działalność wydawnictwa mocno koresponduje z tym, czym zajmuję się hobbystycznie - czyli wykopywanie staroci i próba przywrócenia ich światu. Moje próby są raczej marne i ograniczają się do pisaniny. W przypadku GAD Records jest to prawdziwa pasja, która otwiera słuchaczy na rzeczy zupełnie stare i jednocześnie zupełnie dotąd nieznane.

Wielkim uproszczeniem byłoby napisanie, że GAD zajmuje się tylko reedycjami. Zajmują się odkopywaniem starych nagrań, które towarzyszyły bardzo znanym sesjom nagraniowym, bądź też wykopują skarby, które nigdy w swej epoce nie mogły się ukazać. Dlatego też reedycje są zawsze bogato skomentowane w starannie wydanych bookletach i zazwyczaj do nagrań, które można znaleźć choćby na starych winylach dołączone są skarby w postaci utworów, które za jakichś przyczyn nie pojawiły się na longplayu. Dlatego jak czujesz podnietę, bo masz w swojej kolekcji np. "Zderzenie myśli" Alex Bandu i wszystkie single tego zespołu to wiedz, że nie masz wszystkiego - ale przecież wszystko to co zaginione zapewni Ci GAD.

Absolutnymi bestsellerami wydawnictwa stały się muzyka z programu edukacyjnego Sonda (nakład winylowy nie był dostępny już w pół godziny po pojawieniu się go w sklepie) czy też "Punkt styku" funkowego składu Show Band. Niesłabnącym powodzeniem, jak się zdaje, cieszą się płyty wydane w serii Milian Tapes (jak choćby nakoksowany bonusami "Bazaar").

Chyba najwyższy czas wyjaśnić jaką muzykę GAD Records wydaje. Otóż z uwagi na kryterium gatunków muzycznych wyróżniłbym parę grup:
- muzyka elektroniczna (el music)
- muzyka filmowa
- muzyka ilustracyjna
- easy listening
- jazz
- rock progresywny
- funk

Oczywiście jest to luźny podział, a granice między tymi gatunkami zacierają się we wszystkich możliwych konfiguracjach. Muzyka wydawana przez GAD jest po prostu intrygująca i uwarunkowana osobliwym gustem założyciela. Ten osobliwy gust jest bardzo inspirujący i mocno wpłynął również na moje muzyczne poszukiwania. GAD Records wraz ze swoją ofertą, że tak powiem górnolotnie, otworzyli mi oczy na muzykę, której bym wcześniej nawet nie tknął. Dlatego też chciałbym podziękować wszystkim, którzy stoją za tym wydawnictwem za ich działalność - ja im w swojej pasji zawdzięczam bardzo dużo.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Reedycje, wznowienia, wersje deluxe i refleksje

Będę traktował o paru obserwacjach, które czynię przy okazji prężnie powracającego na rynek wydawnictwa MUZA Polskie Nagrania oraz nie mniej prężnie podbijającym rynek starych-nowych nagrań GAD Records.


Oba wydawnictwa łączy zamiłowanie do staroci. Muza wydobywa ze swoich archiwów stare nagrania, po to aby odświeżyć je pod względem technicznym i ponownie wypuścić na rynek w tradycyjnym, winylowym wydaniu bądź też jako CD lub mp3. GAD Records nie ustępuje Muzie a wręcz ją wyprzedza - nie poprzestaje na prostym wydawaniu reedycji, lecz poszukuje w starych archiwaliach by wydobyć nie tylko rzeczy uznane za klasyki, ale przede wszystkim aby odkryć dla świata zapomniane i niedostępne wcześniej nagrania. 

Chwała Muzie za to, że gdy dokonuje reedycji rzeczy trudno dostępnych jak np. "Krywań, Krywań" Skaldów. Lecz również wstyd, że reedycje są tak biednie wydane. Np. "Krywań, Krywań" oryginalnie
wydane był w okładce gatefold, w reedycji zaś okładka to zwykła koperta. Od reedycji, szczególnie w cenie, która pozwoliła by na znalezienie pierwszego wydania rzeczonej płyty w świetnym stanie, wymaga się czegoś więcej - książeczki, zdjęcia, plakatu. A w szczególności nowe wydanie, w miarę możliwości, powinno być uzupełnione przez bonusy w postaci niepublikowanych wcześniej nagrań związanych z konkretną płytą. Tego Muza nie robi prawie wcale.

Jak się pewnie domyślacie, aktem pro forma będzie wyznanie wielkiego szacunku dla wydawnictwa GAD za pracę, której nie wykonuje Muza. GAD Records nie uprawia prostego pasożytnictwa na starociach, lecz nadaje im nową-starą formę przykładając jednocześnie dużą uwagę do wszystkich szczegółów. Wystrzega się wydawania kuriozów w stylu "Sukces" Niemena (żebym nie był zrozumiany źle - to jest całkiem dobra płyta, tylko, że na rynku wtórnym jest jej tak wiele, że w zasadzie nie wiem po co ją wydawać po raz kolejny), ale wydaje rzeczy ciekawe i trudno dostępne jak np. "Jej portret" Nahornego czy "Sweet Beat" Ptaszyna i uzupełnia je przez nie wydane dotąd nagrania z epoki. Ponadto poszukiwania dają doskonałe efekty w postaci absolutnych bestsellerów takich jak "Punkt Styku" Show Bandu czy hit sezonu jakim jest muzyka z programu Sonda. Pozwolę sobie jeszcze dodać, że Jerzy Milian oddał do dyspozycji GAD wszystkie swoje dotąd niepublikowane nagrania, które sukcesywnie wydawane są w ramach Jerzy Milian Tapes.

Muza dała sobie szansę przez bardzo głośne licencjonowane wydawnictwa jakimi były kompilacje z serii Polish Funk czy inne nad, którymi pieczę sprawował zespół z Soul Service. Późniejsze kompilacje to zupełnie pozbawione wyrazu zbieraniny przebojów, jak to np. ma miejsce w serii 40 piosenek... Rozczarowująca polityka powstającej Muzy i kunktatorstwo decydentów, brak wizji i przede wszystkim odwagi sprawi, że stanie się z Muzą to co z reaktywowanym w kapitalistycznej Polsce i w końcu ponownie zamkniętym Tonpressem a jej wydawnictwa będą leżały w koszu w Saturnie w dziale "Wyprzedaż 5 zł".

Aby nie być starym, brzydkim hejterem nie pozostaje mi nic innego jak nawoływać Polskie Nagrania do zmiany polityki a w stosunku do GAD Records złożyć wielkie podziękowania za wspaniałą pracę.

Alex Band, "Zbiegowisko" - numer wydany zarówno przez Muzę w ramach Polish Funk 3 jak i GAD Records na reedycji płyty Alex Bandu "Zderzenie Myśli.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Czas pogodzić się ze składankami cz. 2

Następny rzut polskich składanek lat '80, z którymi warto się zapoznać. Na pierwszym miejscu plasuje się składanka Fala (Polton, 1985). Płyta ta pojawiła się już na blogu, gdy wrzucałem moje ulubione okładki Alka Januszewskiego. Okładka faktycznie ma w sobie coś odrzucającego i fascynującego jednocześnie, a jej zawartość jest również niejednoznaczna. Płyta zawiera polską muzykę zaangażowaną - punk, hardcore punk, reggae i folk. Zresztą wymienianie gatunków muzycznych jest bezcelowe gdy mamy do czynienia z listą artystów, którzy zaszczycili tę kompilację. Siekiera (z czasów gdy jeszcze była fajna), Dezerter, Kultura, Izrael, Kryzys, i wspaniały rodzynek w postaci Józefa Brody - budują niezwykłą atmosferę płyty, która jest jednocześnie dokumentem epoki i jarocińskiego festiwalu wolności. Nagrania to najczęściej wersje demo, koncertówki lub bardzo słabej jakości nagrania studyjne. Jednak niedostatki techniczne nadrabiane są niezwykłą energią i szczerością muzyki. A i jeszcze jedno - do okładki dołączony jest genialny plakat. Uwaga! Oglądać go tylko przy okazji największych rodzinnych, państwowych i religijnych uroczystości.





Następny krążek, który chciałbym zaprezentować to Radio Nieprzemakalnych (Wifon 1988). Również mający swe "jarocińskie" korzenie prezentuje podobnie jak powyższe wydawnictwo polską alternatywę. Nie zachwyca mnie, jak zwykle zresztą, twój Tomka Lipińskiego jakim jest Fotoness (Tilt z okresu, gdy wydawał longplaye to też sraczka). Mój największy entuzjazm wzbudza Milion Bułgarów z piosenką "Czerwone Krzaki" oraz 1984 ze "Sztucznym Oddychaniem". Bardzo ciekawe są też Kosmetyki Mrs Pinki z "Ciągle w ruchu". Na drugiej stronie płyty największą porażką staje się zespół Opera (sraczka) a wyróżniają się Process, Sztywny Pal Azji i przeurocza piosenka Voo-Voo "Stanie się tak, jak gdyby nic nie było". Atmosfera płyty jako całości jest jednak duszna. Odnoszę trochę wrażenie, że twórca płyty (redakcja płyty: Bożena Sitek) nie brał pod uwagę względów stylistycznych utworów, a raczej starał się wrzucić do jednego wora różnorodne style całkiem odmiennym artystów, co w późniejszym odbiorze jest odrobinę męczące.

Jako, że Radio Nieprzemakalnych zawsze pojawia się w necie jako awers ja wrzucę okładkę z rewersu. Okładka genialnego Kaina Maya.




poniedziałek, 23 czerwca 2014

CSSABA - Like a See E Ea Gull

Troszeczkę zjebałem. Przyszła mi płyta. Że niby industrial, chłód, ciemność, elektronika i  brak wokali. Wrzucam na odtwarzacz i słucham. A tu  basy jakieś płaskie. Napierdalanie szybkie jak w szrancu, breakbicie. Myślę sobie - całkiem ok, to nawet udany zakup. Słucham po raz drugi. Ciągle jestem pod wrażeniem. Skończyła się strona A.  Idę do gramofonu i patrzę. Co się okazało? W odtwarzaczu wcisnąłem prędkość 45 zamiast 33 1/3. Teraz słucham płyty po raz kolejny. Czuję się jakbym kupił dwie dobre płyty. Tyle wygrać. 

czwartek, 5 czerwca 2014

Czas pogodzić się ze składankami cz.1

Bo kiedyś nie mogłem przeboleć, że istnieje coś takiego jak kompilacje. Wrzucałem je do jednego worka pod tytułem Wszystko dla pieniędzy. Bo, myślałem sobie, po co wydawać na składanki rzeczy, które już się ukazały, które każdy zna? Otóż okazuje się, że byłem w tej materii zarówno niezmiernie głupi. W szczególności w odniesieniu do polskiej, biednej fonografii składanki były oknem na nagrania, które w innym przypadku by zupełnie przepadły.

Niniejszym zaprezentuję kilka składanek z lat 80, które moim zdaniem są warte szczególnej uwagi. Znajdują się na nich nagrania, które miały być zapowiedzią nigdy nie wydanych longplayów, nagrania koncertowe lub radiowe. Zespoły, które znalazły się na tych składankach były mniej lub bardziej popularne. Jedne stały się ikonami polskiej popkultury, niektóre zaś odeszły w niepamięć. Swoją drogą, pozwolę sobie w tym miejscu polecić prawdziwą skarbnicę jeśli chodzi o polski underground lat '80 jaką jest blog Kaseta Stilon Gorzów C-60. Niniejszy wpis jest pewnego rodzaju kontynuacją poprzedniego posta, gdzie traktowałem o okładkach zaprojektowanych przez Alka Januszewskiego, ponieważ wśród zaprezentowanych okładek znajdują się również ciekawe składaki.

W zasadzie większość składanek, które tu omówię to wydawnictwa zawierające polski post-punk, nową falę, post-rock i takie tam hipsterstwa i alternatywy.

1. "Cisza jest ... nic się nie dzieje", Tonpress 1990.

Płyta ukazała się w 1990 roku w czasach gdy Tonpress nie wytłaczał już singli (bo się nie opłacało). Dlatego też wszystkie zespoły, które miały "obiecane" SP (np. na podstawie wygranych konkursów lub po prostu dlatego, że były ciekawe) zostały wytłoczone na longplayu. Według relacji osób, które pamiętają rok 1990 w Polskiej fonografii, płyta nie spotkała się z ciepłym przyjęciem a w zasadzie nie przyjęła się z żadną znaczącą reakcją. Nagrania, które ukazały się na płycie to raczej półprofesjonalne lołfajowe produkcje. Większość zespołów zaś, które znalazły swój azyl na winylu w roku jego wydania już dawno nie istniała.

Mimo dużej ilości grup na płycie cała kompilacja wydaje się być bardzo spójna. Lołfajowe nagrania pozbawione sztuczek produkcyjnych oraz surowość brzmienia doskonale oddają zimno, niepewność i nietrwałość czasów, w których przyszło istnieć polskiej muzyce. Nawet wesołkowaci Tubylcy Betonu grający w rytmie polki czy głupkowate teksty Pudelsów oddają niezwykle nerwową atmosferę. Zdecydowanie jest to jedna z moich ulubionych polskich płyt, która jak żadna powoduje, że przenikają mnie dreszcze.


2. "Gdynia", Tonpress, 
1988.


Chronologicznie składanka ta ukazała się wcześniej i zawiera bardzo zróżnicowaną muzykę, którą łączy tytułowe miasto. Mamy tu zarówno wymuskany pop-rock, roots reggae jak i pierwsze przymiarki do noise rocka oraz prawdziwej narkotycznej i onirycznej psychodelii. Dla mnie osobiście płyta ta jest zapowiedzią najlepszej alternatywnej płyty wszechczasów, która nigdy się nie ukazało i już zapewne nie ukaże. A to za sprawą dwóch utworów Apteki - "Synteza" oraz "AAA". Muzyka szeptana, jakby malowana akwarelami, z szumem, dymem i mgłą unoszącą się z jointa stanowi niebywałe doświadczenie a przede wszystkim - swym niebywałym stylem i światowością odstaje od całej gdyńskiej alternatywy.