sobota, 3 lutego 2018

wojtek kurek




I. Chryste Panie!

II. Problemem są albumy i projekty, skazane na sukces. Już w momencie zapowiedzi tak dobre, że nie cierpiące krytyki w momencie okazania. Najlepiej zaś autorecenzujące się, zawczasu wymyślające namechecking. Najlepiej zaś, aby odwołanie się do jakiegoś wzorca było odwołaniem pozytywnym. Czyli nikt nie napisze w blurbie takiej płyty "kpimy sobie z krautrocka, a Xenakis może nam najwyżej uprać uwalone po ciotce gacie". Idąc dalej - zabiegają takie albumy, a żeby nie metaforyzować, bo albumy, nawet te chujowe, swej chujowości nie są winne, tylko wszyscy ci, którzy ten album wydobyli na barki słuchających - więc ci Oni stareńcy i asekurancy, zasuszeni i nobliwi, taktycznie wyręczają pismaka i jego chuci twórczego podejścia do tematu; a nawet jeśli nie twórczego to wiernego pasji i obsesji wsłuchiwania się. Bo tak jak w polityce wszyscy dążą do zgody, bo zgoda buduje, niezgoda rujnuje [PIERDOLENIE, przypomnienie moje, do tekstu mojego, amen], a niewłaściwym jest wyrażać niezgodę na nieintencjonalny pastisz tego, co nazwano krautrockiem, który przez działania takie jak powyżej staje się coraz bardziej śmieszny, tam gdzie Genesis, Yes i inne neoklasycyzujące typy czyste żenady w kolorze White Anglo Saxon Protestant.

III. Boże uchowaj mnie przed coverem Za ostatni grosz kIRka, skoro nie uchowałeś Za ostatni grosz przed kIRkiem.

IV. Jako że jestem socjalizującym demokratą, a moim świeckim świętym jest Piotr Ikonowicz i jako że nie potrafię petryfikować podziałów ani na poglądy na społeczeństwo i poglądy na muzyczkę (choć muzyczka rzecz jasna nie jest rzeczą najważniejszą dawg), to tak samo jak więcej czasu poświęcam na myślenie o niesprawiedliwościach świata i na ludziach, którzy są ciemiężeni i pozbawieni przywilejów, tak bardziej ponad płyty-celebrytów strojących się w piórka undergroundu [co za obmierzłe słówko fuj, btw], wolę takie właśnie albumy jak solowy self titled Wojtka Kurka, który lepi swoje ekspresje z materii dźwiękowych, które mogłyby zostać uznane za niechciane, brzydkie, suchotnicze i nieważne. Kompozycje, w które te dźwięki zostały wprzężone nie są jednak żadną biblią pauperum dającą wejście w świat dźwięku niechcianego. To zamożni tudzież wykształceni fetyszyzują ohydę tego świata (it's ugly until Rihanna decides it's not), jednak dźwięki z których buduje na pierwszej stronie kasety Wojtek Kurek nie są nawet ekwiwalentem dźwiękowego upodlenia, które dobrze by wyglądało w publicystycznych utyskiwaniach. Bo czyż może być coś bardziej mizernego od uderzenia drewnem w inny kawałek drewna? Kurek wychodzi od aplifikowanej deski do krojenia oraz oplecionych przetwornikami piezo misek - to jest właśnie ta przesławna muzyka kuchenna, która jest nieco dalej w ewolucyjnym rozwoju od muzyki z przedrostkiem bedroom - archetypowe kuchnie są bliższe praktykom zbiorowym i społecznym, sypialnie czy alkowy są intymne, indywidualne, sprzyjają introwertyzmowi, są naturalnym habitatem zboczeń w rodzaju Shakaiteki Hikikomori.

Gdy pisałem patetyczny tekst na temat o patetycznej momentami płycie Melatony perkusjonisty Huberta Zelmera, zachwycałem się nad początkowym uderzeniem i pogłosem idącym za nim, mówiąc o pełni i jedni tego jednego dźwięku. I pisałem te frazy mając w pamięci album Wojtka Kurka, którego materie dźwiękowe są programowo niewystarczające, wydarzające się z konstruktu jakim jest cisza a następnie zamierające w sztuczności jaką dają mikrofony kontaktowe, obce od ludzkiego doświadczenia, zniechęcające do siebie, tworzące spore bariery wejścia. Miałem porównywać te narastania niewystarczających puknięć i stuknięć do czegoś mistycznego, jak kołatki grające w Wielki Czwartek, tyle, że one również niewystarczające, zupełnie inne od euforycznych dzwonów, zapowiadają grozę tortur oraz okrutnej śmierci. A groza i trwoga to ciągle jakieś ludzkie uczucie, choć niezwyczajne i przewrotnie świąteczne, a puknięcia i stuknięcia Wojtka Kurka znobilitowane na tym albumie, zestawione ze sobą w jakimś porządku, nie pochodzą z uczucia lub wyrachowania, ani nawet uczuć nie wywołują. Te uderzenia, w początkowym stadium płyty, są ahumanistyczne, atranshumanistyczne, pochodzą jakby mimowolnie, jakby ze źle zorganizowanej nudy, pukania jedną dłonią w laminowany blatu szkolnego stołu, podczas gdy druga sięga pod stolik po smartfona.

V. Można by spekulować co niezwyczajny eksperymentalnej perkusjonistyki słuchacz może powiedzieć o tej płycie. Spekuluję, że poza nudą i pospolitością nie wysłyszy tego, co się w eksperymentach wysłuchuje, gdy się nie ma na ich temat nic do powiedzenia - czyli interptetacja dźwięków przez ich ilustracyjną użytkowość. Ten album nie jest ilustracyjny, nie jest "dziwny", "straszny", "nadający się do horroru". Początkowe fazy utworu są tak nijakie, że ktoś mógłby uznać, że największy wysiłek jaki został tu podjęty ten przez wydawcę, a nade wszystko przez słuchacza.

A wszystko to co powyżej jest tylko o początkowym fragmencie albumu, który trwa mniej niż 25 minut.

VI. Kurek sukcesywnie zagęszcza atmosferę, uderzeń pojawia się więcej, aleatorycznie pojawiają się ich różne rodzaje ziemistych, krótkich strzałów, później zaś ich cuty i elektroniczne przekształcenia szybkiego delaya, by nie eksplodować w jakiejś katarktycznej nawale polirytmów, lecz wyciszyć się w sekwencji eai 2, gdzie pojawiają się elektroniczne, niskie, lecz ciągle rwane klocki wzbogacone o bardziej szkliste i metaliczne stuknięcia, które po raz wtóry zagęszczają się by rozluźnić się w elektronicznym ambiencie i coraz rzadszych uderzeniach. Druga strona kasety z kolei skłania się z kolei w nieco bardziej ortodoksyjne eksplorowanie zestawu perkusyjnego (struktura ta pojawia się już na albumie kontrabasisty Jacka Mazurkiewicza Mneme), które zapoczątkowane jest przez jednostajne rytmicznie tremolo, by przekształcić się w naturalistyczny dla instrumentu muzak, który zdaje się jest uzasadnieniem dla poprzednich szaleństw, nagrodą dla tych, którzy oczekiwali albumu na perkusjonistę solo oraz wytchnieniem dla tych, którzy po pierwszej stronie albumu spodziewali się, że nie mamy tu do czynienia z formalnie świetnym muzykiem, lecz kolejnym hochsztaplerem jakich wielu (a którzy ciągle robią masę dobrej muzyki imho), który skrywa się za żelbetem wzmocnionym awangardą.

Dla wielu będzie to zarzut, że Kurek nie brnie przez całość albumu w radykalizm, będzie to dla mnie zrozumiałe. Patrząc jednak na album jako całość - bez zgrzebnej mataforyki Janusowego oblicza jakimi są dwie osobne strony kasety wyrażające dwie osobne metody twórcze - album ten to przedstawienie ewolucji grania od prymitywizmu palca uderzającego obiekt przez eksperymenty formalne i brzmieniowe, których zwieńczeniem jest stworzenie zinstytucjonalizowanej perkusji, ze swoimi technikami, specjalistami, komentatorami, autorytetami, akademiami i nagrodami.


VII. Finalny werdykt - to bardzo dobry album.

Wojtek Kurek
s/t
Pionierska Records
P009
10 wrzesień 2017




czwartek, 1 lutego 2018

Pustostany "2012"



W 2017 w tle słusznie chwalonej płyty Kurws Alarm nakładem wytwórni Sweet Rot Records oraz Pouet! Schallplatten ukazała się reedycja Pustostanów 2012, którą tworzyli muzycy Kurws (jeszcze w składzie z Piotrem Zabrodzkim) z Maćkiem Salamonem (wtedy Gówno, dziś Nagrobki). Gdybym za główne kryterium najlepszego albumu danego roku uznał ilość przesłuchań danego krążka, wówczas płyta projektu-efemerydy, jakim były Pustostany, znajdowałaby się na samym szczycie.

Pustostany powstały przy okazji organizowanego przez wrocławską BWA festiwalu Out of Sth. Zespół skompletował się, zgrał, skomponował piosenki, nagrał kasetę wydaną przez Oficynę Biedota  w ciągu zaledwie paru dni. Te około 15 minut materiału wydanych pierwotnie jest jedną z większych osobliwości polskiego noise punka. Rozumieją to chyba sami Kurwsi, którzy zaliczają ten materiał do oficjalnej dyskografii tria, który w porywach bywał kwintetem. Grupa na "k" jednak nigdy nie dorobiła się wokalisty - sugestywne tytuły i żywe zaangażowanie społeczne przemawiało wystarczająco mocno bez wykrzykiwania sloganów.

Biorąc sobie Maćka Salamona za wokalistę do Pustostanów było posunięciem co najmniej ryzykownym - Gówno, w którym Salamon wówczas śpiewał było raczej przez zaangażowanych, "poważnych" punkowców uznawanych za kabaret i artystowską pozę, która bawiła się w konwencjami punk rocka i niemało w tym było prawdy. Śpiew Salamona - sarkastyczny, gamoniowaty, kampowy, zmanierowany oraz daleki od standardów szkoły śpiewu według Grażyny Łobaszewskiej - wydaje się być jednym z najbardziej charakterystycznych głosów wschodzącego niezalu. Teksty, a przynajmniej te, które pojawiały się na jedynym zbiorczym materiale Pustostanów, czyli płycie 2012 to zlewy naiwnej liryki wygrzebanej z zaczątków buntu podstawówkego zacietrzewienia i nierzadko chełpiące się brakiem semantycznego sensu bardziej skupiając się na zbiorach skojarzeń i kontekście,  programowo organoleptycznym rozumieniu języka punkowej piosenki, jednocześnie zaś rozjaśniając materiał niewymuszoną, naturszczykowską błyskotliwością (wyliczanka antynomii w utworze Szczecin).

Piotrek Zabrodzki, zanim ograł repertuar Kurwsów, którego blask porażał na drugim Kurwsowym longu Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu, zagrał na z Kurwsami i Salamonem w ramach Pustostanów właśnie. Jak przystało na znakomitego chałturnika, który robi i w mainstreamowym popie, jazzie wydziałów jazzu i muzyki rozrywkowej krajowych akademii muzycznych, skrzętnie monetyzowanym niezalu według Lado ABC świetnie odnalazł się w akcie wywodzącym się lub/i dążącym od/do undergroundowej awangardy. Napierdalanie po klawiszku pana od śmisznych kapeluszy to po pierwsze inkrustacja prymitywizmu w stylu Vágtázó Halottkémek lub Savage Republic, po drugie zaś ważna forma, która ma kardynalny wpływ na treść 2012. Glitch noisowe solo w utworze Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu jest jednym z najśniejszych momentów wszechczasów, w jakiejkolwiek dziedzinie, gdziekolwiek. Wykończenie Zabrodzkiego riffów w niemal lub ponad połowie utworów tego zbiorczego materiału nadaje całości wyraz głupkowatej cudowności jak w Devo albo u Pere Ubu. Szczecin, Tylko Ty, Struktura, Tonący statek miłości, w swym rdzeniu surowe, a nawet groźne i wulgarne dzięki Zabrodzkiemu stają się jakieś takie słodko chiptunowe, a nawet o zgrozo twee popowe idąc z stronę eklektyzmu wrażeń i tropów dźwiękowych zapewnianych przez między innymi katalog wytwórni Mutant Swing czy audycje Istoty Ssącej i składanki Kooky Nuts Pop .


Wobec tego co powyżej w kontrze stoi ostatni na albumie utwór Publiczne pieniądze, który jest moim osobistym hymnem odkąd podejmuję pieniądze na życie z sektora budżetowego. Potępieńczy doom noise crust punk, bardziej lofi niż cokolwiek, bardziej wrzaskliwy niż potrzeba, a jednocześnie zbyt prześmiewczy i autoironiczny by traktować go jako hymn, chyba, że jest to hymn prześmiewców i autoironistów, których nikt nigdy nie będzie traktował poważnie, skoro oni sami za takich nie chcą być uznawani, hymn ludzi niewidocznych, niewidzianych, błahych, niereprezentatywnych dla próby, cudaków, lecz nie ekscentryków, nierefermowalnych do monetyzacji, denominacji, choć zdefraudowanych, hymn momentu zlewania się anarchokomunizmu, anarchokapitalizmu oraz anarchokomizmu.


A zresztą i tak co by się tu nie napisało, Salamon A.D. 2012 ma do was przesłanie - "chuj mnie obchodzi co tym myślicie" (Struktura).



czwartek, 11 stycznia 2018

Arkadiusz Entropia - SUPERPOSITION


Arkadiusz Entropia, "Superposition", źródło: bdta.bandcamp.com/album/superposition

Wychodzi na to, że album mało znanego Arkadiusza Entropii o tytule Superposition będzie jednym z ostatnich, o ile nie ostatnim albumem wydanym przez legendarną wytwórnię BDTA. Złośliwi mogliby rzec, że BDTA wypuszczając materiał niemal debiutanta, a w dodatku kolegi wycofuje się z rynku małych labeli bezszelestnie i wstydliwie. Nieco bardziej wnikliwi zaś usłyszą w Superposition przytup, a może i łabędzi śpiew zamykanej wytwórni, której wielu świetnych artystów zawdzięcza niegdysiejszy rozgłos. Miejmy nadzieję, że dla Arka rozpoczyna się z chwilą wydania tego materiału zasłużona rozpoznawalność.
Akurat przy okazji mojego zapoznawania się omawianą tutaj płytą miałem okazję za sprawą paru gorących dyskusji wysłuchać najnowszej płyty Errosmitha Superlative, która osobiście nie wydała mi się ani dobra, ani pożyteczna, ani też w żaden sposób zabawna. Produkcja jak z Fruity Loops nie pomagała albumowi, rzekome poczucie humoru, jakie miała przedstawiać płyta Erika Wieganda to prędzej zbiór dalekich od błyskotliwości sucharowych i slapstickowych dad jokes na temat IDM-u. Krótko cięte sample i ich nawały wydawały się intrygujące na samym początku i tylko wtedy. Krótkie, footworkowe cięcia to także domena Arka, jednak nie było tak zawsze.

Debiut Arkadiusza Entropii, wydany w 2016 roku w Jasieniu Light Cones zupełnie nie zapowiadał stylu, który został podjęty przez muzyka na ostatnim albumie. Syntezatorowe smugi, szczątkowe melodie, atakowanie ścianą analogowej syntezy, zgrabny taniec między zgrzebnymi szumami, a ambientowymi czystościami był zwyczajnie akuratny, muzakowy, intrygująco wycofany, nieosobliwy, solidny, a jego słuchanie to była  z pewnością przyjemność, lecz nie z gatunku guilty pleasures, a porównywana raczej z satysfakcji dobrego wykonania rutynowego obowiązku domowego jak ugotowanie smacznego obiadu albo dokładne umycie umywalki z zacieków po paście do zębów.



Zupełnie inny a już zdecydowanie bardziej autorski jest Superposition. Footworkowa maniera w cięciu drobnych instrumentalnych sampli to jedno, drugie to ciężka regularna stopa naturalnie zachęcająca do tańca, trzecie to produkcja i nadzwyczajne wykorzystanie stereofonii idące w stronę doświadczenia binauralnego. Kaseta ta słuchana na słuchawkach atakuje natarczywymi dźwiękami to jedno to drugie ucho (Pulses) środek zostawiając ambientom, które tutaj w przeciwieństwie do Light Cones znajdują się w odwrocie, na rzecz, idąc w ślad z tytułem jednego z utworów, błędów powtarzanych w nieskończoność tak długo, aż w powtarzalności odnajdzie się wzór, metodę oraz strukturę. Szumowość i industrialność płyty widać z bardzo daleka, wiksiarskie zapędy jednak (Richard Feynman's Celebrity Status) nie przesłaniają czułości i przejrzystością pozwalająca wybrzmieć tremolom kwadratowych fal i hałasowi kumulującemu się wokół bitu (Noise Corrutpion of Pure Heart l.1 & l.2). Zorganizowany i zrytmizowany nojz przypomina agresję, która towarzyszyła najbardziej syntetycznemu albumowi RSS B0YS HDDN, kompozycyjna dbałość o otwory zbliża Entropię do Palcolora, a oszczędna dawka szaleństwa przywołuje na myśl abstrakcyjne łamańce qebrusa idące pod ramię z nowoszkolnym EBMem co w połączeniu, jak wynika z relacji naocznych i nausznych świadków, świetnych umiejętności scenicznych Arkadiusza Entropii daje nadzieję na projekt, któremu będzie należało się więcej uwagi w przyszłości.

Arkadiusz Entropia
"Superposition"

BDTA ‎– BDTA CXLIX 
22 grudnia 2017


poniedziałek, 11 grudnia 2017

'PRETTY FUCKIN' FAR AWAY FROM OKAY'



Impreza w krakowskim Warsztacie w ramach wspólnej trasy Kollaps/Operant/Brighter Death Now jest obecnie najchętniej fetowaną porażką ostatniego czasu. Dezorientacja z powodu utraty zbiorowych zasobów publiczności na imprezę, która miała być wydarzeniem roku i powrotem legendy poskutkowała masochistycznymi komentarzami usprawiedliwiającymi gig, który w normalnych warunkach powinien być pamiętany przede wszystkim w kategoriach skandalu. Wybaczcie, że nie będę próbował agregować zbiorowej jaźni, bo tak się składa, że nie czuję się jej wyrazicielem - zresztą do wyrażania ogólnych sądów populacji nikt mnie nie upoważnił.

Gig był paskudny, to fakt, lecz czy „paskudność” nie jest konstytutywna dla wszystkich gatunków wysuwających na pierwszy plan szumy i hałasy, które mają naruszać mieszczańskie poczucia piękna w sztuce, czerpiąca z katarktycznej mocy dźwięków o nieokreślonych składowych harmonicznych i społecznie niechcianych? Czy natężenie dźwięków mających wymierny wpływ na zdrowie i szokujące performensy obejmujące autodestrukcyjne zachowania i agresję wobec publiczności nie są kluczowe dla tej właśnie tradycji artystycznej?

Jak ważną częścią tej tradycji jest Cold Meat Industry chyba udowadniać nie trzeba, a istotności  wpływu Rogera Karmanika, twórcy i personifikacji wytwórni na estetykę dark ambient, power electronics i death industrial mało kto podważa. Być może w działalności takich labeli jak Cold Meat, Tesco Organisation czy Slaughter Productions łączyły najbardziej znaczące typy czyste undergroudnowych muzyk nojzowych przełomu lat '80 i '90 jakimi były black metal i wszystko to, co czerpało z japońskiego nojzu, a także podług innych klasyfikacji to, co łączyło tradycję muzyki, mającej świadomość dokonań interdyscyplinarnych "akademickich awangard" XX wieku, oraz rozkosz destruktywnego antyintelektualizmu idącego z dadaistycznego hałasowania[1]. Tak się zatem składa, że działalność Karmanika jako wydawcy stanowiła krok w stronę estetyzacji hałasu, jaki znamy obecnie, odchodząc od ortodoksji "paskudności" w stronę bardziej wyszukanych, choć ciągle radykalnych, form.

Nie bez powodu w powyższym ustępie wspominam o metalu, a także nie bez powodu słowo "awangarda" wpisałem w cudzysłów. O metalu piszę, bo wiedzę o Cold Meat Industry mogła zostać w znacznym stopniu upowszechniona w kraju przez pismo, którego największą część łam poświęca się metalowi właśnie. W dosyć ważnym na rynku muzycznej prasy drukowanej Noise (sic!) w numerze z marca 2015 roku pojawił się obszerny artykuł o Karmaniku oraz o jego labelu [2]. Być może to spowodowało, że w Warsztacie 9 grudnia pojawiło się względnie wielu metalowców i nawet mogło się im to wszystko podobać, wszak molekuły występów wszystkich zespołów z tego wieczoru zbliżały się swym smakiem do nojzu metalowej grupy Thaw. Pojawiły się także relacje metalowców z tego wydarzenia, jedno zaś chciałem podać z nazwy, bo wydaje mi się być zupełnie interesujące.

Relacja z peja audycji Metalurgia posiada to, czego już w zasadzie nie ma w necie - jest to autentyczne zdumienie z zetknięcia "nowym" i choć ogólne spostrzeżenia z imprezy są zupełnie trzeźwe, a intuicje autora nie zawodziły, tak niektóre podszyte ignorancją wtręty burzyły potencjalnie błyskotliwy tekst. Nie ma co się obrażać, że ktoś się dzielić relacjami z nojzowych gigów, gdy na takie zazwyczaj się nie chadza, powinno się obrażać na pomieszanie pojęć, operowanie stereotypami, a także paternalizm wobec stylu oraz jego apologetów. Baza i wyjście tej relacji było uczciwe - koncerty Kollaps i BDN z featem kolegi z Deutsch Nepal wyrażały się brakiem szacunku wobec publiki, kolegów z innych zespołów, którym zniszczono sprzęt i jedynym usprawiedliwieniem dla niedyspozycji wykonawców wywołanej alkoholem była programowa chęć wywołania uczucia zażenowania - bo takie uczucie towarzyszyło mi w trakcie występów, a kac moralny aż do momentu pisania tego tekstu. Kollaps miał kilka momentów, to fakt, samookaleczenie się wokalisty wprowadzało trochę pożądanej konsternacji, ale poza tym była to próżna nuda z rockistowskimi gestami wyższości nieproporcjonalne do jakości generycznego transu. BDN z aktami przemocy wobec sprzętu, siebie i publiczności było bezcelowe, a dorabianie temu gęby, że przecie "entropia, gniew i zniszczenie" jest rzeczą karykaturalną, a wydłużającą się w nieskończoność, pozbawioną dramaturgii, ospała, zmęczona trasą, która była jak się zdaje dla Karmanika i reszty pretekstem do taniego zapicia, wyzutą z wywoływania zarówno nienawiści jak i empatii imbą, której nie da się w żaden sposób przewartościować, ani nadać transgresywnej głębi "galerii sztuki", nojzu jako nieustannego performensu, świata jako cierpienia i rozczarowania itp. itd. Ja też byłem rozczarowany, lecz z przyczyn bardziej przyziemnych - straconego bezpowrotnie czasu i mniejszej ilości wachy w baku.

I w istocie pozostałoby we mnie poczucie straconego czasu, gdyby nie duet Operant, który zagrał solidną techno industrialną sztukę, nawet pomimo problemów technicznych. Od zachowań scenicznych, także tych agresywnych, po realizację odpowiedniej teatralizacji występu, przez akuratne dozowanie wrażeń, począwszy od ciężkich aleatorycznie interferujących szorstkich faktur, przetworzonych krzyków, sprzężeń blach i oczywistych, wręcz archetypowych,  industrialnych dźwięków metalu trącego o metal oraz sprzężeń mikrofonu, do szczytu EDM-owej, tanecznej eksplozji utrzymującej się do samego końca występu widoczne były uskutecznione starania ukontentowania siebie i publiczności.

Słowem zakończenia odniosę się jeszcze do pogardy, z jaką Metalurgia odnosi się do pojęcia "awangardy". Nadużywanie tego pojęcia, do rzeczy nomen omen niepojętych jest nietrafione, gdyż samo pojęcie stało się już dawno pustym znaczącym. Nie ma zatem potrzeby zaliczanie do jednej kategorii tak odległych od siebie zjawiska jak dodekafonii Schönberga i harsh noise'u; koncertów w trakcie Sacrum Profanum, ale również imprez odbywających się w Warsztacie[3], choć mogą mieć one wspólną, szczerze poszukującą publikę. Metalurgia próbując dopierdolić kiepskiemu gigowi strzela na oślep tam, gdzie takie imprezy potencjalnie i w stereotypowym wyobrażeniu mogłyby znaleźć poklask, jak galerie sztuki, czy inne instytucje kultury stawiające na imprezy o silnym wymiarze performatywnym, interdyscyplinarnym i koncepcyjnym, czego nawet nie skomentuję dalej, przypomnę tylko, że jedna z najlepszych nojzowych imprez w kraju, jaką są Przesterowane Szczury odbywa się w murach dotowanego z publicznych pieniędzy Centrum Sztuki Współczesnej w Zamku Ujazdowskim.

Ci którzy lubują się w sztuce hałasu nie są głuchymi prymitywami, którzy każde głośne napierdalanie przyjmują z otwartymi ramionami. Chujowy nojz to nie oksymoron, bo chujowe nojzy istnieją i występują na żywo, a oto był kliniczny przykład chujowizny. Tak nie miało być i tak być nie powinno.




[1] Powyższe klasyfikacje wziąłem z artykułów Radka Sirko:
"Noise, czyli redefinicja współczesnej muzyki i praktyki słuchania"
"Muzyka na granicy ekspresji. Ekspresja na granicy muzyki"
[2] Noise Magazine, nr 1(3) marzec 2015, Paweł Frelik, "Cold Meat Industry - upadłe imperium"
[3] W którym odbywają się świetne imprezy noiseowe, jak koncerty w ramach trasy Dave'a Philipsa
CZYTAJ TAKŻE RELACJĘ:
PRZESTEROWANE SZCZURY 2017

środa, 29 listopada 2017

Melatony st / Yasuhito Fujinami, "Lotus"

Od lewej: Melatony, st, źródło: pawlaczperski.bandcamp.com, Yasuhito Fujinami, "Lotus", źródło: yasuhitofujinami.bandcamp.com


1.Niechże wstępem mojej recenzji będzie przypomnienie jednego z najciekawszych tekstów z zakresu krytyki kultury, jaki powstał w tym roku. [Być może zaś tekst ten uważam za warty uwagi, bo dotyczy dziedziny, w której nie wykazuję zbędnego znawstwa]. Mowa tu o krytyce zawartej w  Triumf. Wieś. Dionizje Bartosza Zaskórskiego (Mchy i Porosty), która podkreśla afirmatywny wymiar sztuki Marka Rachwalika, jednocześnie zaś tekst ów jest również wielce afirmatywny. Nie uważam jednak maniery Bartosza za pozerstwo, bo udowadniał on już niejednokrotnie, że nieoczywiste poczucie humoru (choć nie eskapizm) jest mu bardzo bliskie oraz to, że daleko mu do poruszania cierpiętniczych motywów w swojej własnej twórczości. Tak czy inaczej próba ujęcia najnowszych albumów Huberta Zemlera oraz Yasuhito Fujinami powstawała pod wpływem przemożnego wpływu eseju Zaskórskiego.

[To jest ten moment, w którym zrobię to czego nie chciałem robić, więc robię to w twardym nawiasie kwadratowym, który przypomina betonowy bunkier, poza który ta wieść się nie rozejdzie, że robię jakieś podsumowanie roku - brutażowa płyta Mchów i Porostów należy do jednych z ulubieńszych w mijającym roku]



Zaskórski w swoim tekście przeciwstawia afirmację Rachwalika negacji, która dominuje w twórczości wielości innych artystów. Gdzie jednak na osi między afirmacja-negacja, znajduje się melancholia? Można by stwierdzić, że znajduje się dokładnie na samym środku, nieznacznie balansując w obie strony na raz; ciągle zbyt niewinna by popaść w gorycz i cynizm negacji, zbyt jednak niepewna i rozchwiana by iść w stronę światła. Bywa śmieszna w swym niezdecydowaniu i zbyt mało popularna, bo nieszczególnie radykalna. Melancholia jest zawłaszczona głównie przez nastoletni kicz, najczęściej wyrażana przez młodociane osobniki wchodzący w dorosłość; mylona jest zresztą często z egzaltacją, metaforycznie widziana w pieszczotach trądzikowych twarzy, obgryzionych szkolnymi troskami paznokci; gargantuicznych przeżyć szalonych miłości, które tylko w owym czasie trwają wiecznie. Gorzej melancholii w starszej twarzy - czym twarz bardziej gorzknieje i wietrzeje, tym mniej należy się jej sympatii, o współczuciu nie wspomniawszy. Melancholia w tym czasie dziwaczeje, wyradza się w gorsze, czasem nieodwracalne stany chorobowe. Z czasem melancholia fermentuje w ersatz tajonego szaleństwa, a czasem prowadzi w samo sedno najgorszego.

2. Mainstreamowe minimal music robione ongiś przez czworokąt Reich, Riley, La Monte Young, Glass stało się w naszym kraju za sprawą ostatnich lat bardzo popularne. I nic bardziej zadziwiającego, wszak jest to najbardziej przystępna niedzielnemu słuchaczowi historyczna awangarda, niezwykle zapraszająca, to niemal ekumeniczny pomost między hardcorową publicznością, która jest zepsuta erudycją w osłuchaniu wszystkiego i  wszystkich, a normikami od "zapraszamy do Trójki" wysłuchiwanej przede wszystkim, by dowiedzieć się o utrudnieniach na A4. Hubert Zemler miał ważny udział w revivalu tychże metod i brzmień, biorąc udział w lepszych projektach i nagraniach z tego nurtu, by wspomnieć tylko o  świetnych nagrania zespołu Zebry a Mit czy też ubiegłorocznej solowej płycie Pupation of Dissonance, której należy się miejsce w topie 2016 roku.

W ramach projektu Melatony Zemler wchodzi w inny nurt minimalizmu, który wyziera ze obszernych muzotek i archiwów library music, które w ostatnich latach za sprawą takich wytwórni jak Finders Keepers czy krajowego GAD Records dostępują szczytów zainteresowań w ich przewartościowaniu. Zemler nie zatrzymuje się jednak na tym, lecz drąży dalej, tam, gdzie pojawiają się apologeci stylu muzyki wycofanej, pozbawionej ego, towarzyszącej, muzyki-mebla, tworzonej według wskazań Erika Satie, wśród zachwycających w ostatnim czasie nagrań Ter czy Józefa i Zofii. Muzyka to wymagająca wysiłku przede wszystkim od kompozytora, wykonawcy i producenta (w przypadku Melatony jest to jedna i ta sama osoba), jest to muzyka-artefakt, elegancja zaklęta w pudełko z taśmą, która zachwyci gości w swej nieobecności, która doprawi sterylność pięknego wnętrza wyszukanymi dźwiękami-efemerydami.

Lecz nie tylko to, co powyżej, bo tylko to, co powyżej byłoby krzywdzącym niedopowiedzeniem. Być może album ten mógłby zakończyć się po pierwszym uderzeniu w utworze Pomorze. Poza perkusyjnym atakiem i pogłosem idącym za nim mogłoby się zupełnie nic nie wydarzyć, wybrzmiewanie końcowe mogłoby nie mieć nigdy końca, pełnia tego prostego dźwięku i tego reverbu, który jakkolwiek prymitywnie nadużywany przez innych artystów, tak na tej kasecie osiąga mistrzostwo wyszukania. I nie stałoby się zapewne nic, gdyby nagle album się urwał i na tym się właśnie skończył, bo oto nastąpiło doświadczenie zarówno pełni, jak i głębi. Lecz nie dzieje się tak, pojawia się szczątkowa, dziecięcą jakby dłonią wystukiwana synkopa wibrafonu (?), wyjawia się także szorstki, choć nienachalny dron, po nim długie oniryczne dźwięki. Akuzmatyczny wymiar tej płyty jest bardzo ważny; choć można by próbować dociekać, jakie instrumenty grają, czy są to instrumenty akustyczne, czy elektroniczne, czy emulowane komputerowo to nie ma znaczenia dla istoty tego albumu.

Istotą, jak się zdaje, jest autentyczna troska Zemlera o postawienie się pośrodku; między repetycją, a łamaniem repetycji przez mikroskopijne zmiany; o stworzenie albumu całościowego i zamkniętego oraz o skomponowanie takich utworów, które pojedynczo są zamknięty światami, i  tak aby poszczególne ścieżki, pasma, echa i uderzenia wydestylowane z utworu ciągle były samodzielnymi obiektami westchnień. Oczywiście nie tylko nastrój sielanki wyziera spośród utworów Huberta. Samań jest energetyczną wariacją na temat wysokoprzetworzonego world music, akustycznego krautrocka Popol Vuh, a nawet natchnionego funk-reggae Cymande. Dowcień kontrastuje nieco z resztą albumu, przez syntezator w smaku lo-fi, niejednoznaczną atmosferą quasi-bliskowschodniej muzyki, grozy, a także bezpiecznie dawkowanego absurdu. Albumowego dzieła dopełnia pulsująca melancholia Świerszczania ze zgrzytem wcale nienojzowej blachy, syntezatorowym ambientem Palcolora, idący w stronę idylli wyszytej roztrzęsieniem, jak u Tima Heckera.

Melatony
"Melatony"
Pawlacz Perski ppt42
21 listopada 2017





3. Zaskoczyć może zestawienie solowego projektu Melatony z programowym radykalizmem, który przez większą część swojej dyskografii przejawiał Yasuhito Fujinami. Przed swoją ostatnią dotychczasową płyta - omawianym tu Lotusem - nagrał splita z K2, który zupełnie nie zapowiadał stylu, który Fujinami podejmie na swojej najnowszej płycie. To co znalazło się na materiale zrobionym z K2 jest bardzo dla harsh noise'u typowe, w swojej typowości zaś wulgarne i pornograficzne - po prostu znakomite. Lotus jest bardzo bliski postępującej estetyzacji harsh noise'u wyrażanej przez twórczość takich artystów Kevin Drumm, Ben Frost czy Purgist (zresztą prowadzone przez Sergeja Hannolainena Triangle Records odnajduje wcale nie tak zgniły i bardzo ożywczy kompromis między hi-fi, dbałością o kompozycję, a całym inwentarzem metod gatunkowego noise'u).

Hubert Zemler dba o to, aby koniec jednego utworu był taki sam, jak początek następnego, zaś koniec albumu Melatony współgra z początkiem Lotusa, który zaskakuje miękkimi ambientowymi pasażami. Szumy w otwierającym płytę Fragment of Memory nigdy nie przebijają się ponad synth- i dark-wave syntezatorów i tak w zasadzie jest do końca albumu, który jest gdzieniegdzie podskórnie tkany industrialnym hałasem, field recordingami i przesterami czając się na czekającego w napięciu słuchacza. Oczekiwanie to dotyczy wybuchów wściekłości immanentnych dla noise'u, jednak tutaj są one zagłuszone przez pogłosy i wokale. W wokalach tych, a raczej w nagranej mowie, ukryta jest tajemnica i wielostopniowe rozumienie i przeżywanie wynikające z nierozumienia słów, lecz wyobrażania sobie ich znaczenia, na podstawie ich tembru, siły, szybkości etc. Francuskie monologi, wzmagają poczucie atmosfery sennego i deszczowego french touchu, a dialog w języku japońskim między kobietą, a mężczyzną w centralnym dla płyty, a jednocześnie najlepszym utworze Dream Ritual, jest być może najbardziej wzruszającym, melancholijnym, groźnym i niepokojącym momentem tegorocznej muzyki w ogóle. Szczególnie w momencie gdy szlochanie kobiety mija, a zanim pojawia się syntezatorowe, minorowe arpeggio i nawały dźwięków, jakby tłuczonego w oddali szkła. Lotus jest dark ambientem życia codziennego, pustych ulic, dramatycznych wymian zdań, szeptania sobie do własnego ucha najskrytszych tajemnic, bólu wyrażającego się nie w gorejących na zewnątrz ranach, bolących, nagich ropieniach, ale zadr na psychice i niepokoju dusz, wzruszeniu odbierającego mowę i samotności odbierającej życia.

Pod względem użytych środków jest to być może jedna z bardziej świadomych nojzowych płyt ostatnich lat, gatunkowo co prawda nieortodoksyjna, lecz szukająca szokujących metod, tam gdzie powinno ich być najmniej, czyli nie w nieustannym atakowaniu dźwiękiem, lecz w pożądaniu nieoczywistych kontrastów.

Yasuhito Fujinami
"Lotus"

SSSM - sssm-120
20 października 2017




czwartek, 23 listopada 2017

BEZSZELESTNOŚĆ - Palcolor, "Wróg"



Zastanawiam się poważnie nad fenomenem Emila Macherzyńskiego, którego głównym solowym projektem jest Palcolor. Jego kolejne wydawnictwa pojawiają i jakby momentalnie znikają, gdy zaś gra na żywo, to zagra jakąś sztukę, a poza tym scenicznie nie istnieje. Nie byłoby w tym nic szczególnego - tak funkcjonuje duża cześć prezentowanych na blogu artystów, którzy z uporem godnym lepszych spraw brną, by prezentować swoją twórczość. A może tu nie ma żadnego fenomenu, a może tylko przydaję Emilowi zasług, których nie ma? Wszakże co Macherzyński takiego zrobił? Grał w Złotej Jesieni, z Joanna Świderską współtworzy wydawnictwo Jasień, był duchem poruszycielem sporej części niezalowych targów, które w jakiś sposób konsolidowały scenę niezależną w Polsce, a z czasem stały się fenomenem, który bezszelestnie właśnie wygasa tudzież przeobraża się. Emil był częścią środowiska Eufemii, która stanowiła dla wielu kluczowe miejsce trwania spontanicznej i szczerej twórczości. I wiele więcej można by tu jeszcze wymieniać - lecz czy to jeszcze jakaś zasługa?

Kolejne Emilowe wydawnictwa pojawiają się i znikają - a może nie są warte zachodu? Problem polega na tym, że zupełnie nie, choćby z uwagi na to, że Palcolor, pod którego szyldem Emil wydaje, nie tylko tworzy spójnie brzmiące płyty, ale także uparcie drąży jeden estetyczny idiom w trakcie całej swojej dyskografii. Fascynuje go najtisowe IDM biorące swój początek w V/A Artificial Inteligence i w późniejszych apologetach stylu - z przejrzystą i sterylną produkcją, atmosferą wyrafinowania zapraszającego zarówno dyletantów jak i poszukiwaczy wrażeń. Twórczość ta pozbawiona jest zbytniego konceptualizowania i intelektualizowania - choć to pierwsze pojawia się tu i ówdzie, jednak na zasadzie zbioru skojarzeń - duchologicznego science fiction, powidoków luksusu czasu komuny (fly polish airlines, buy polski fiat) oraz lurkowania po osobliwościach internetu, lecz bez memiarskiej ortodoksji. Być może Emil Macherzyński jest w swoim retro szyku tak osobliwy, bo zupełnie nie interesuje go robienie rzeczy stosunkowo modnych - synthwave'u z french touchem (choć u Emila french touch się podskórnie wydobywa), wszelkiego rodzaju pogrobowców New Age'owego vaporwave'u zanurzonego w estetyce lo-fi VHS, czy pełnego apreggiatora elektronicznego ambientu. Paradoksem zaś jest to, że nie poszukiwania już, lecz ściśle określone pole estetyczne podjęte przez Emila wydaje się być bardziej "dziadkowskie" od tych wszystkich próżnie wymienionych przeze mnie antynomii, które historycznie mają dłuższą tradycję. A to dlatego, że to, w czym Macherzyński czuje się dobrze, nie zostało jeszcze wystarczająco mocno przewartościowane i poddane reinterpretacji w magii wyobrażeń.

Piszę ten tekst, jakbym pisał coś w rodzaju epitafium, bo przypadek Palcolora rozprawia się z mitem jakoby wydanie zbiorczego materiału dźwiękowego było ważną cezurą w artystycznym życiu. Tak jakby z każdą wydaną płytą artysta musiał wkładać wysiłek w wymyślanie się na nowo i eksplorować nowe formy i style. Do tej pory chciałem napisać o Palcolorze kilkukrotnie - i tyleż razy mi się nie udało, bo kasowałem niemal gotowe teksty. Były one na swój sposób niewystarczające, być może dlatego, że kolejne płyty Emila traktowałem jako kamienie milowe, podczas gdy są one konsekwencją rozwoju. Owszem pojawiały się w jego solowej dyskografii skoki w bok, ale nie były one radykalnie odmienne od wyraźnie zarysowanego typu czystego. Odmieńcy to choćby Mikroorganizmy czy słuchane przeze mnie ciągle z wielką przyjemnością nagrane na żywo ambientowe, evergreenowe Arecibo, którego echa wyraźnie wybrzmiewają w openerze do pełnego bulgotów i intrygujących pogłosów 1987 otwierającego najnowsze dzieło Emila, czyli płytę Wróg. Bardzo to podobna rzecz do Afrikanische Volker Mirta. Płyta ta nie kontynuuje drogi obranej przez Emila na ostatnich jego dokonaniach, które skłaniały się w stronę techno - przykładem jest doskonały Muranów Workshop oraz inne okołobrutażowe impresje, które pojawiały się z różną regularnością na soundcloudzie muzyka . Na Wrogu jest mniej tanecznie, a zatem jak jest? Dotychczas muzyka Palcolora była w dużej mierze afirmatywna, na swój osobliwy sposób radosna. We Wrogu zaś czai się podskórny niepokój. Poszczególne zrytmizowane figury, zaczątki melodii, ambientowe smugi brzmią jakby były ze sobą spasowane w programowo niedoskonały sposób, tonacje zmieniają się pod wpływem niespodziewanego ledwo wyczuwalnego pitchu, a umiejętne stosowanie reverbów i deleyów potęgującą napięcie wynikające z mikroskopijnych odstępstw od rytmu  i tonacji - patrz Bias Trap, w który dodatkowe napięcie potęgowane jest przez skontrastowane naturalistyczne brzmienia perkusji z rozchwianymi syntezatorami.

Prima Terra kolejny utwór na playliście w swej powolnej dostojności, zbliża się do muzaków z archiwów GAD Records, będąc jednocześnie utworem bardzo chwytliwym, zapamiętliwym, po to by rozpaść się  w połowie w posępnym dronie, by później eksplodować z energią rzutkiego werbla - drop to był niespodziewany, rozkosznie niepasujący do feelingu budowanego przez pierwszą część utworu, by później zatoczyć rondo względem swego początku. Następny Kush Komfort moim zdaniem nie pasuje do tego, co powiem już teraz, świetnego albumu. Utwór idzie w stronę posępnego bengiera, no i nie byłoby w tym nic złego, pobawić i potuptać też należy, niemniej lepiej jest wczuć się w długie dźwięki syntezatora Pyongyangu, który jest utworem bardziej koherentnym i bodaj szczytowym momentem albumu. Choć tu też pojawia się regularna stopa, to jest ona dodatkiem do dubowych ambientów i wielości ich warstw niźli szkieletem usprawiedliwiającym całość, by bezgłośnie przerodzić się w bezszelestne zamknięcie w szumowej miniaturze Retkinia Północ.

* * *

Wkrótce przed tym, jak miałem przyjemność zaznajomić się z tym albumem, który śmiało mogę określić jednym z najlepszych jakie słyszałem w tym roku, odbyłem krótką wymianę zdań z Palcolorem w jego własnej osobie. Emil wyraził wówczas obawę, że Wróg nie wzbudzi żadnej reakcji, że nie pojawi się żadna wzmianka, ani recenzja, ani nic co idzie za tym. Emil zapytany przeze mnie, czy nawet jeśli napiszę coś na Kulturze Staroci o tej płycie, to czy myśli, że coś to zmieni odpowiedział:
-Pewnie nie.

Palcolor
"Wróg"
Kosmodrone DRONE 1701 CD

1 grudnia 2017




środa, 15 listopada 2017

PŁYTY-MIEJSCA

Od lewej: V/A, "Pępek Świata", V/A, "Dźwiękowa historia Łodzi, V/A, "Plan Sprzymierzonych - Szczecin Muzycznie Niezależny vol. 2". Zdjęcie w tle: Łukasz z Bałut, sorry, że nie zapytałem czy mogę miejmiejsce.com/cos-jeszcze/baluty-lukasza-z-balut-pazdziernik-2017/

Penalizacja nomadyzmu miała sprzyjać zwiększeniu kontroli ciał biologicznych ciałom politycznym. W momencie, w którym kontrola mogła odbywać w sposób inny niż meldunek okazało się, że nowe rodzaje nomadyzmu mogą podatność ciał urabiać w inny sposób. Jednakże wbrew hasłom powszechnej mobilności i elastyczności, osiadłość, chęć bycia "u siebie" między "swoimi" stała się głęboko tajonym pragnieniem, które mogło wkrótce przerodzić się w stany anomii, a nawet traumy. Jaka by mityczna "Warszawa" nie była pojemna i jakiego by wszechawansu nie zapewniała, nie jest w stanie zagwarantować bezpieczeństwa przynależności, która urabiana jest w pierwotnym kontakcie z "pozawarszawskimi" przestrzeniami życia, oraz z późniejszą socjalizacją, akceptacją siebie w przestrzeni oraz przestrzeni poza nami. Oczywiście peryferie to nie tylko sielanka wsi spokojnej - częściej to frustracja niezaspokojonych potrzeb i przekonania, że mityczny wyjazd do najbliższego miasta wojewódzkiego, z miasta wojewódzkiego zaś do stołecznego, ze stołecznego zaś do Berlina bądź Londynu, który z czasem odwleka się coraz bardziej, te potrzeby zrealizuje.

Frustracji miejsca poddaje się Marszałek Pizdudski w otwierającej składankę  Plac Sprzymierzonych - Szczecin Muzycznie Niezależnych, prezentujących scenę undergroundową stolicy zachodniopomorskiego. Bo dzisiejszy wpis poświęcony jest płytom o miejscach właśnie - gdzie wbrew rozlicznym, a przecież logicznym argumentom wciąż żyją i kreują ludzie. Marszałek Pizdudski to egzemplifikacja wkurwu, a frazy pomstujące na Szczecin w piosence Ugrzązłem w Szczecinie mogłyby być wyśpiewane gdziekolwiek indziej. O historii piosenki o Szczecinie wiem tylko z absurdalnych fraz wspaniałych Pustostanów, z piosenki, a jakże Szczecin. O ile tam Maciek Salamon śpiewa o tym, że urodził się w Szczecinie, tak Pizdudski w rytm prymitywnego rytmu opowiada już o dorosłym doświadczeniu Szczecina, w który wali gównem i szczyną. Gdzie centrum jest w dupie, a Szczecin w świadomości rodaków jest znany z tego, że jeden z bohaterów serialu Klan pochodzi z tego miejsca, które na kartach scenariusza jawi się jako koniec świata. Pizdudski w piosence tej łączy starcze pierdolenie, o tym, że kiedyś to było lepiej, z  jednoczesnym narzekaniem, że dzisiaj to jest strasznie chujowo, wykrzykując frazy o Wielkim Pomorzu, który jest również nazwą projektu, w którym bierze wcielający się w Marszałka Piotr Markowski. Piosenka ta wyraża typ czysty frustracji, stawiając tego one man banda jako jej personifikację - wraz z nieodłącznym trybalizmem, prymitywizmem, bluzganiem, a także chorobliwym sentymentalizmem, doprawiony garścią kloacznego kabaretonu. Ale taki właśnie jest Pizdudski - niezbyt wyszukany, wulgarny, organicznie prymitywny w swoim ryku, a swoim graniu wręcz suprematystyczny, zredukowany do minimum. Jeśli tak się Szczecin ze mną wita, to ja się chętnie, choć na chwilę, rozgoszczę.

Pizdudski to operetka w kolorze minimal-punk, a zgoła inny jest projekt Dźwiękowa historia Łodzi, którego konceptem zawiaduje wydawca, pedagog, muzyk, działacz społeczny, a także czarodziej Suavas Lewy. Płyta powstała dzięki dosyć szerokiemu wsparciu instytucjonalnemu i ma wyraźny wymiar afirmatywny względem miasta Łodzi, w przeciwieństwie do pesymizmu Szczecinian. Narratorzy, a jednocześnie podopieczni Fundacji "Szansa dla Niewidomych", zaangażowani w Dźwiękową historię Łodzi, brali udział w spacerach dźwiękowych do ważnych dla historii miasta miejsc i dzielili się dźwiękowymi wrażeniami z tych wypraw. Płyta ma charakter słuchowiska, tudzież reportażu. Koncept, na którym opierają się nagrania mają charakter zapraszający do dzielenia się odczuciami osób z dysfunkcjami wzroku, promienieje dobrocią, lecz całość pozbawiona jest próżnego paternalizmu organizatorów. Program płyty jest już zarysowany w utworze Niezliczone trzyszczą źródła w których narratorzy stwierdzają, że Łódź, wbrew powszechnej opinii, jest miastem ukrytego piękna, śpiewu ptaków i spokoju płynącej wody - choć tuż pod powierzchnią jest tam także historia niesprawiedliwości społecznej i oporu, dającego jednak nadzieję na poprawę losu. Utwór ten składa też obietnicę, której nie do końca spełnia. Otóż osoba słuchająca płyty powstałej na podstawie spacerów dźwiękowych jest w istocie również niewidząca, więc po pierwszym utworze przepełnionym soundscapem oczekiwałbym od płyty więcej field recordingów wraz nagranymi wrażeniami osób biorących udział w nagraniu, które stymulowałyby wyobraźnię audialną. Zamiast tego płycie towarzyszy przejrzysta muzyka skomponowana przez Lewego odwołująca się mocno do mainstreamowego, easy listeningowego minimal music spod znaku muzaków Reicha i Glassa, muzyki ilustracyjnej Zygmunta Koniecznego, a ze współczesnych odwołań choćby do quasi-ludowych instrumentali Maksymiliana Gwincińskiego. I o ile muzyka ta brzmiałaby bardzo stockowo samodzielnie, tak w reportażu/słuchowisku brzmi ona całkiem nieźle, np. gdy industrialne dźwięki mechanicznych krosien zostały wkomponowane w tapetę dźwiękową w utworze Z łódeczki Łódź, jednak już muzyka w Tramwajach, choć zapowiada intrygującą muzykę konkretną dźwięków tramwaju to zostaje zrujnowana przez infantylny, ostry bit i najtisowy klawisz niemający nic wspólnego z urokiem retromanicznych wykwitów współczesności. Centrum płyty Dźwiękowa historia Łodzi, a jednocześnie jeden z ciekawszych jej momentów jest objaśnianie beneficjentom fundacji obrazów Strzemińskiego na utworze, a jakże, Strzemiński. Osoby z dysfunkcją wzroku oglądają obrazy konstruktywisty i suprematysty, a później opowiadają o wrażeniach z obrazów na nośniku audio - o zachwyt nad przewrotnością tu nietrudno. Należy natomiast docenić ten utwór, z innego powodu i odkryć emocje poszczególnych osób, które wyrażają bardzo konkretne opinie i poglądy, nawet się spierają o sens takiej twórczości i nie dają sobie wejść na głowę z tym, co tłumaczy cierpliwe pani przewodnik. Dynamika wypowiedzi nie zostaje tutaj zagłuszona muzyką i jest to utwór pełen napięcia, wyzwala z obojętności, stawia wobec dyskomfortu konfrontacji - oto prawdziwe życie. Długo wyczekiwane dysonanse, nie tylko w opiniach, ale także w muzyce, pojawiają się przy okazji utworu Litzmannstadt Getto, w którym osoby z niepełnosprawnością słuchają o historii wszystkich wykluczonych poza zbiór człowieczeństwa w nazistowskim reżimie - nie tylko wszak chodzi tu o kwestie narodowościowe i etnicze, ale również o winę niezawinioną, jaką była niepełnosprawność, za którą karą również była śmierć. Podsumowując tę płytę stwierdzam - o ile zazwyczaj proces twórczy interesuje mnie najmniej, tak tutaj należy podkreślić, że idea oraz praca w realizację tej idei staje się nie mniej ważna od samej płyty. Płyta zaś jest nierówna; gorzej byłoby gdyby zaś nie powstała wcale.



Także z publicznych pieniędzy powstała płyta wydana w formie ślicznego artbooka, czyli składanka Pępek świata wydana z okazji 700-lecia Lublina przez Fundację Kaizera Söze, która choć wypuszcza zaledwie parę płyt rocznie, to są to niemal zawsze są to płyty warte uwagi, a wyjątkowo często są to płyty zwyczajnie wybitne. Tytuł albumu jest tylko pozornie buńczuczny i pretensjonalny, wszak axis mundi mieści się w tysiącach miejsc na całym świecie - wszędzie tam gdzie tożsamość i miłość tożsamości jest ciągle żywa i namiętna. Nazwa tego projektu wydawniczego także ma swoje historyczne uzasadnienie, a to przez historię o rabinie Jakubie Icchaku Horowicu, który był lublińskim ekwiwalentem wyroczni pytyjskiej. Zjeżdżali do niego o poradę pobożni żydzi, zaś on sam uznał miasto za omphalosa. 

Zaproszeni do projektu artyści zostali postawieni przed celem następującym - mieli przygotować utwory inspirowane wydarzeniami lub osobami związanymi z Lublinem. A muzyka dopisana do historii zadziwia dźwiękowym radykalizmem - trwodze towarzyszącej odwadze tytułowej bohaterki z utworu Henryka Pustowójtowna  w głoszeniu i realizowaniu przekonań i w końcu karze za wierność swoim postanowieniom, jaką jest poniewierka poświęca zaangażowanie Antonina Nowacka, która zachwyca za każdym razem, gdy pojawia się w jakiejkolwiek konfiguracji i w jakimkolwiek featuringu. Sile nagiego głosu sprzeciwia się naga przemoc nojzowych wystrzałów, łagodzona jest zaś przez następny z kolei Widzący, o wspomnianym już Horowicu, autorstwa Krzysztofa Topolskiego, który tworząc zręby transowego bębnienia wytwarza rytmiczne napięcia nie pozwalające usiedzieć na miejscu. Później następuje improwizacyjne wzmożenie tria Bąkała/Mac/Al Ani, które za cel bierze sobie nieortodyksyjne wykorzystanie typowego instrumentarium. Skrzypcowe popisy Patryka Zakrockiego przedstawiające grozę tornada z 1931 roku, które nawiedziło Lublin brzmi tak, jakby spokojnie mogło znaleźć się na płycie Iannisa Xenakisa Persepolis na krążku z remiksami. Kamil Szuszkiewicz zaś robi najlepsze minimale - pamiętajmy, że to on zapoczątkował wzmożenie wśród rodzimych apologetów tego stylu wraz z kasetą Istina wydanej w nieodżałowanej wytwórni Wounded Knife - dogrywając do niskiej jakości field recordingu nierozróżnialną od niego elektronikę i niemal niesłyszalną trąbkę w utworze Pierścionek Janiny. Emiter, który odpowiada także za mastering całego krążka, miał zadanie pisać o mazaczach - grabarzach, którzy świadomie mieli roznosić w XVIII-wiecznym Lublinie dżumę, po to aby się wzbogacić. Emiter poszedł w spektralną elektronikę; podobnież zrobił Maciej Połynko w utworze Ten, który bombę złapał glitchując nieco utwór w stylu Ryoji Ikedy, zaś od estetyki tej nie odpędzi się zamykający płytę Sebastian Mac z Siłą ognia. Płyta tworzy logiczną całość i zdecydowanie nie jest zrobiona pod publiczkę albo/i tak, aby grantodawca się nie czepiał - co niestety w przypadku pieniędzy publicznych wydawanych na kulturę jest raczej normą.



Z problemem robienia rzeczy pod publiczkę nie musieli mieć problemu niezależni od publicznego finansowania Szczecinianie, ze wspomnianą na samym początku płytą Plac Sprzymierzonych - Szczecin Muzycznie Niezależnych. Po muzyce z tej składanki faktycznie można wnosić, że w Szczecinie, parafrazując Pizduskiego, trochę jednak szczyną i gównem w Szczecinie jebie. Na numerze projektu ./noise pt. Małe zwierzątka tańcują po nocy w Puszczy Bukowej jeszcze tego tak nie słychać, można tu na czym ucho zawiesić, nie powiem, ten spektralizm jest miły, elektroniczne świergoty dobrze symulują małe zwierzątka, jest spoko - podobnie jak dark ambient Soil Trotha na Utricularia Livida. Ponad medianę zdecydowanie wybija się Duch, z utworem Fragment - jest to trip w krainę sztuki naiwnej, muzyki outsiderskiej w najlepszym rozumieniu tego pojęcia. Automat perkusyjny został ustawiony, by grał nierówno jak Lars Ulrich, wokal pojawia się na początku kilka razy, by zniknąć i nie pojawić się w ogóle. Nic tu do siebie nie pasuje, nie przystaje, wszystko kuleje i boli - Jezu, jakie to piękne. Całkiem przyzwoity jest także industrialny noisecore Gray/Browna, przywodzący na myśl czeskiego klasyka Svatego Vincenta . Co do reszty, nie mam w tym zakresie nic do powiedzenia. Szkoda tylko, że Vysokie Celo, które robi naprawdę świetną muzykę poszło w jakiś pretensjonalny spoken word. 
 


CZYTAJ TAKŻE RECENZJE:
1. Wydawnictwo Nasze Nagrania:
Mutant Goat, Yonder
V/A, "Śpiewnik władczyń i władców Polski"
2. Wydawnictwo Fundacja Kaizera Söze:
Marcin Dymiter - Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej
Olgierd Dokalski - Mirza Tarak