Dzisiejsza demonstracja nie przyciągnęła może zbyt wielu
uczestników (ok 30-40 osób), jednak należała do jednej z najgłośniejszych w owych dniach. Mowa
tu o demonstracji w sprawie likwidacji najstarszego w Polsce antykwariatu SA Krzyżanowski. Rozpoczęła się koło godziny 17:30 na ulicy Świętego Tomasza przed antykwariatem, a następnie przeszła do Rynku Głównego, który okrążyła po to by następnie dojść pod magistrat. W wyniku polityki organów samorządowych miasta Krakowa, które rozpaczliwie poszukuje źródeł dochodu, może zostać zlikwidowane nie tylko to historyczne przedsiębiorstwo, ale przede wszystkim
zostaną pokrzywdzeni ludzie, którzy przez podwyżkę cen najmu lokali komunalnych będą musieli szukać mieszkań gdzie indziej. Pani Druć, która wraz z mężem od 40 lat prowadzi ten antykwariat była bardzo wzruszona za udzieloną jej pomoc i poparcie. Demonstracja cieszyła się dużym zainteresowaniem, również wśród zagranicznych turystów, którzy zasiadali kawiarniane ogródki na płycie Rynku Głównego. Jedna z turystek, żywo zainteresowana wydarzeniem, w którym brałem udział, zapytała mnie przeciwko komu demonstrujemy lub też za czym. Gdy dowiedziała się o planowanej eksmisji antykwariatu jak również o polityce krakowskiego samorządu w odniesieniu do lokali komunalnych leżących w centrum miasta, była zaszokowana. Stwierdziła, że jako turystka nie może narzekać na jakiekolwiek braki ze strony miasta, natomiast nie sądziła, że stali mieszkańcy są poddani systematycznej gettoizacji. Również mieszkańcy Krakowa byli zainteresowani akcją, choć tylko nieliczni dołączyli do pochodu. Poniżej fotograficzna minirelacja z tego wydarzenia.
środa, 20 czerwca 2012
poniedziałek, 18 czerwca 2012
Na Tomasza marsz!
Ważą się losy najstarszego antykwariatu w Polsce, a to wszystko przez nieudolność, niechęć, ignorancję i jeszcze stek innych mniej cenzuralnych przymiotów polityków krakowskich.
W telegraficznym skrócie: antykwariat S. A Krzyżanowski działa nieprzerwanie od jakichś 140 lat. Jednak wobec braku woli ze strony polityków jak i Zarządu Budynków Komunalnych obecnym właścicielom zostanie podniesiony czynsz - o jakieś 100 %. W antykwariacie znajduje się ponad 40 tysięcy woluminów.
Zaprotestujmy razem przeciwko eksmisji antykwariatu!
Spotykamy się w środę 20.06. o godz. 17.00 przy ul. Św. Tomasza 26!
Nie oddamy miasta w ręce polityków!
wydarzenie na FB: http://www.facebook.com/events/396506553717927/
Całość artykułu o tym wyjątkowym miejscu, znajdziecie w linku poniżej:
http://fakrakow.wordpress.com/2012/06/14/najstarszy-antykwariat-w-polsce-znow-zagrozony/
--
Aktualizacja:
W telegraficznym skrócie: antykwariat S. A Krzyżanowski działa nieprzerwanie od jakichś 140 lat. Jednak wobec braku woli ze strony polityków jak i Zarządu Budynków Komunalnych obecnym właścicielom zostanie podniesiony czynsz - o jakieś 100 %. W antykwariacie znajduje się ponad 40 tysięcy woluminów.
Zaprotestujmy razem przeciwko eksmisji antykwariatu!
Spotykamy się w środę 20.06. o godz. 17.00 przy ul. Św. Tomasza 26!
Nie oddamy miasta w ręce polityków!
wydarzenie na FB: http://www.facebook.com/events/396506553717927/
Całość artykułu o tym wyjątkowym miejscu, znajdziecie w linku poniżej:
http://fakrakow.wordpress.com/2012/06/14/najstarszy-antykwariat-w-polsce-znow-zagrozony/
--
Aktualizacja:
Mam nadzieję, że będzie nas dzisiaj na Tomasza jak najwięcej. Naprawdę, nie jestem w stanie pojąć, dlaczego politycy, będący reprezentantami naszych interesów, którzy piastują swoje urzędy tylko dzięki naszemu demokratycznemu nadaniu, są tak bezczelnie głupi. Bezczelnie głupi to z pewnością daleko posunięta grzeczność, jednak na moim blogu staram się nie używać wulgaryzmów cięższego kalibru. Mam nadzieję, że wyjdzie nas wiele, mam nadzieję, że tłumnie damy wyraz wściekłości wobec braku elementarnego poczucia sprawiedliwości. Głupio jest przypominać rządzącym, że istotą zadań samorządowych jest funkcja cywilizacyjna, a nie policyjno-prawna, bardziej rozwojowa niźli ekonomiczna, raczej stosująca mechanikę działania negocjacyjnego niż władczego. Tego przynajmniej uczą na Instytucie Nauk Politycznych, gdzie wykładowcą jest prezydent, profesor Majchrowski.
środa, 13 czerwca 2012
Kobieta bez nogi
| Za Ostasiukiem (w lateksowych leginsach), stary Justina Biebera, dalej młody Rod Stewart, a na końcu ktoś podobny do mnie (ja też mam taką skórzana kamizelkę, serio). |
Tylko jeden zespół w historii
polskiej muzyki rockowej przemierzał galaktykę na cybernetycznym żółwiu. Tylko
jeden polski zespół rockowy na okładce swojego longplaya umieścił piękną panią w rozmiarze D (tak na oko) jadącą z rozwianym włosem na motorze, co raczej w jej przypadku było nie lada
wyczynem , bo nie ma ona jednej nogi. Mieliśmy tylko jeden zespół rockowy,
który w swojej cukierkowatości zbliżał się do innego giganta ciężkiego grania
jakim była supergrupa Papa Dance. Oto Fatum.
Kpiny z okładki, rzeczywiście są
na miejscu, bo tak marnego projektu graficznego, jak autorstwa niejakiego Jerzego
Szelągowskiego na okładce płyty nie widziałem dawno. Przerysowane,
jaskrawo-słitaśne barwy, kontury, które mogłyby być narysowane przez każdego
mniej rozgarniętego plastycznie gimnazjalisty
- to wszystko nie sprawia zbyt dobrego wrażenia i nie zachęca do kupna.
Ale nie mnie. Ja, weteran staroci, poznałem, że warto płytę zakupić, choćby
dlatego, że był mi znany utwór tytułowy albumu, czyli Mania szybkości.
Bo złym wrażeniu jaki wywiera na
nas okładka, pozornie najmniej ważna część płyty, możemy zachwycić się samą
muzyką. A estetyczna amplituda między grafiką a kompozycjami zawartymi na
płycie jest zaiste wielka. Glam metal nigdy mi nie leżał, zawsze udawałem
twardziela (Metallica skończyła się na
Kill ‘Em All), choć czasem po kryjomu podsłuchiwałem sobie co bardziej
skocznych piosenek. Jeśli chodzi o Manię
szybkości, jest to naprawdę solidny krążek, w który warto się zaopatrzyć,
tym bardziej, że po pierwsze jest dosyć trudno dostępny, po drugie całkiem
nieźle zrealizowany (nad nagraniem czuwał Andrzej Puczyński, legendarny
producent, współzałożyciel Exodusu), po trzecie można tę płytę dostać naprawdę
za śmieszne pieniądze. Ja swój egzemplarz dostałem za 10 zł, tym bardziej, że płyta
nie była nie jest zbyt pospolitym wydawnictwem, to warto się z nim zapoznać.
| Ja się pytam, gdzie ona ma lewą nogę? |
Materiał na płytę został nagrany
w 1988 roku, a produkt finalny w postaci czarnego krążka ukazał się w roku
następnym. Na płycie znalazło się
dziewięć kompozycji i raczej trudno jest się doszukiwać tu jakichś zapełniaczy.
Utwory są dobrze napisane i dobrze zagrane. Kwartet w którego skład wchodzą bębny,
bas, gitara i klawisze razem nieźle współgrają. Mimo glamowej stylistyki, dużej
roli syntezatora zespół nie zawędrował w stronę bukieciarstwa i tandetnej
efektowności. Utwór tytułowy nie pozostawia złudzeń, iż mimo chłopc tego, że
lubią się przytulać do siebie na międzygalaktycznym żółwiu z anteną w tyłku, to
wiedzą jak grać. Mania szybkości to
naprawdę światowa kompozycja. Co z tego, że jest tu parzyste, proste tempo, co z tego, że banalny
riff oparty na trzech akordach – jest to rock ‘n roll, którego się naprawdę
dobrze słucha. Drugi utwór na stronie A pt. Zielony
Skarb przywodzi na myśl dokonania zespołu Whitesnake’a z lat ’80 i jest
wolniejszy od poprzedniego. Dalej mamy balladę Błaganie, która nie jest wcale zła, być może muzycznie średnia, ale
ma całkiem fajny tekst. Ostatni kawałek z pierwszej strony – Frajer - ma potencjał, aby być przebojem – świetny riff,
dobre nabijanie, no i ten tekst, o tym jak to te baby są złe….
Strona B rozpoczyna się utworem
pt. Znowu pech następna przyzwoita
kompozycja. Później mamy kawałek Pokonać strach,
co do którego nie wolno mieć obiekcji, a i solówkę niezłą tu wywinął
gitarzysta Romuald Kamiński. Prawdziwa bomba to utwór Nie mówcie nam. Gdyby ten utwór powstał jakąś dekadę wcześniej, to
byłby to jeden z hymnów młodego pokolenia, jakim były np. Dorosłe dzieci grupy Turbo. W Nie
mówcie nam z wolnymi zwrotkami i brawurowym chorusem, gdzie Ostasiuk
popisuje się nie tylko wokalem, ale również pasażami na syntezatorze, nie może
się nie podobać. Później mamy popowy Kac-88, bardzo przyjemnie się go słucha,
nawet na kacu. Ostatni kawałek zamykający krążek to Bezlitosne Fatum, nie
pozastawia nam złudzeń - zespół Fatum był przypadkiem w historii polskiej
muzyki rockowej.
W tym miejscu warto napomknąć
cokolwiek o postaci Krzysztofa „Uriaha” Ostasiuka. Uriah, który w zespole był
klawiszowcem i wokalistą, był naprawdę wyśmienity. Klawiszy nie traktował
wirtuozersko, robił nimi dobrą po prostu sekcję rytmiczną. Natomiast jeśli
chodzi o śpiewanie – to w tej materii jest naprawdę doskonały. Dobra barwa,
niesamowita skala, górne rejestry osiąga w sposób swobodny i niezwykle
precyzyjny. Niestety zmarł w 2002 roku na wskutek wylewu. Zespół Fatum grał z
przerwami do 2006 roku.
niedziela, 10 czerwca 2012
Dumni z "Naszego Wojska"
Proszę o wybaczenie, dziś jeszcze nie będę pisał o kilkudziesięciu płytach, które dostałem ale o pewnej ciekawej czytance.
Nie muszę już chyba przypominać z jaką estymą odnoszę się do peerelowskich wydawnictw, szczególnie tych naukowych. Niektóre z nich zachwycają, (jak kiedyś prezentowany tutaj Kierowca amator) inne zaś są, rzecz ujmując wielce delikatnie, niedorzeczne. Tym razem udało mi się trafić na książkę, która w zasadzie nie może być jednoznacznie zaklasyfikowana (chociaż bardziej skłania się ku tej drugiej kategorii). Oto przed nami Nasze Wojsko.
Nasze wojsko zostało wydane w 1971 roku przez Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych w Warszawie. Wydanie, które trzymam przed sobą jest już trzecim. Zostało wydrukowane w 60 tysiącach egzemplarzy. Biorąc pod uwagę dzisiejsze nakłady (średnia w Polsce oscyluje gdzieś przy koło 6 tysiącach egzemplarzy) to liczba ta naprawdę imponuje. Tym bardziej, że książka została wydana dosyć zgrabnie - okładka jest twarda, a strony szyte. Kartki zostały wykonane z nie najgorszej jakości papieru, zaś w środku mamy liczne (choć niestety czarno-białe) ilustracje. Nad wydaniem książki patronat objął MON oraz Ministra Oświaty i Szkolnictwa Wyższego, który zatwierdził książkę, jako pomocniczą dla uczniów klas VII i VII.
Sama książka to w założeniu zbiór reportaży, jednak szczerze, już po przeczytaniu pierwszego z nich miałem odruch wymiotny. Czegoś tak sztampowego i sztucznego nie czytałem dawno, a toposy na których opierała się propaganda PRL-u, powielone są tu po raz tysięczny. Mamy dobrych żołnierzy, którzy nie tylko dobrze walczą, nie tylko są szlachetni, nie tylko są dobrze urodzeni (Każdy obywatel PRL-u może uzyskać najwyższy stopień wojskowy - oczywiście o ile ojciec nie walczył w AK, a brat nie słuchał Wolnej Europy), ale również dobrze się uczą i nie stronią od specjalistycznych lektur. Bo naturalnie decyduje wiedza, bez wiedzy ani rusz.
Trudno jest mi pozostać obojętnym wobec zbioru tych werbalnych wypocin, tej obrzydliwej nowomowy. Książka ma za zadanie nie tylko krzewić patriotyczne, ergo socjalistyczne postawy, ale również budzić poczucie dumy z powodu świetnie wyszkolonej armii dobrych chłopaków, którym przewodzą dobrzy generałowie.
Co mi się tu podoba to zdjęcia. Oczywiście wraz z przyrodzoną sobie złośliwością stwierdzam, ze podpisy pod nimi w dużej mierze wpływają na ich odbiór, jak w tabloidach, gdzie podpis pod zdjęciem, jest równie ważny co samo zdjęcie. Aby nie pozostać gołosłownym i nie denerwować się nadto przesyłam parę zdjęć. Podpisy są oryginalne.
| To, że produkujemy czołgi i samoloty nie jest tajemnicą |
| Nielekka jest praca sapera: do budowy mostu trzeba się porządnie przyłożyć... ( i njema opje*dalania sje) |
| Wojsko pomaga w ewakuacji ludności z terenów objętych powodzią (tudzież pomaga pacyfikować strajki i mordować cywilów w Afganistanie) |
| Oczy radaru wyśledzą przeciwnika nawet w chmurach |
---
Nasze Wojsko. Zbiór reportaży i opowiadań o współczesnym wojsku polskim
Opracowali: Stanisław Reperowicz, Marian Januś
Wydanie III zmienione i rozszerzone
Państwowe Zakłady Wydawnictw Szkolnych, Warszawa 1971 roku
sobota, 9 czerwca 2012
Stare płyty, nowe recenzje
Mój przyjaciel Janek dostał od wujka koło pięciuset płyt winylowych. Parę od niego wyszarpałem, mała część z nich znajduje się na zdjęciu obok. Są wśród nich okazy, których boję się kłaść na talerz gramofonu, ba, nawet boję patrzeć na ich cudaczne okładki. Zobaczymy co z tego wyniknie. Już wkrótce nowe recenzje starych-nowych płyt. Serdecznie zapraszam!
Janku, bardzo Ci dziękuję!
poniedziałek, 4 czerwca 2012
Pamięci Ryśka Skiby
4 czerwca 1983 zmarł Ryszard "Skiba" Skibiński, wybitny artysta. Tutaj zamieszczam opis z pożegnalnej płyty Ryszard Skibiński 1951-1983, autorstwa Jerzego Kordowicza.
Ta płyta jest wspomnieniem. Zbyt
świeżym by pisać o niej z należnym krytyce dystansem. Wydana za intencji
przyjaciół Ryszarda Skibińskiego – muzyków znających go na co dzień, dzielących
podobne problemy artystyczne i egzystencjonalne, stanowi cząstkowy zapis tego
co było pasją, bez czego nie potrafił się obyć, co stanowiło o istocie życia
artysty.
Miał Ryszard Skibiński szczególny
dar, naturalną wiarygodność sprawiającą, że każde jego wejście na scenę
nadawało muzyce sens osobistego zwierzenia, intymnej rozmowy – co publiczność
natychmiast wyczuwała. Pozostanie tajemnicą dlaczego surowość aparycji i
pozbawiony maniery sposób bycia czyniły z Ryszarda Skibińskiego na estradzie
centralną postać. Choć dzielił koncertowy trud z innymi instrumentalistami, bez
których nie istniała by jego muzyka, na sola harmonijki „Skiby” czekało się z
niecierpliwością odliczając chorusy…
Pokochał bowiem bluesa. Była to
miłość odwzajemniona. Nie można twórczo grać muzyki inaczej. Bo blues czy rhythm
and blues to nie tylko muzyka, ale również filozofia przeżywania, rozumienia
świata, przyjaciół rodziny, postrzegania samego siebie. Harmonijka ustna jest
instrumentem prymitywnym, o ograniczonej skali, tonacji, możliwości
kształtowania dźwięku. Zmieniał je kilka razy w ciągu koncertu. To normalne,
gdy ma się ostre, skandowane zadęcie, zabójcze dla wrażliwego instrumentu.
Wirtuozeria Ryszarda Skibińskiego
podporządkowana była zawsze bluesowemu frazowaniu, i nawet jeśli kierowana
przez niego grupa Kasa Chorych skłaniała się ku bardziej wyrafinowanym
kompozycjom, odchodzącym od 12-to taktowego schematu i ustalonej tradycyjnej
harmonii, rodowód tej muzyki był wciąż ten sam.
Ryszard Skibiński marzył o
własnej autorskiej płycie, pragnął także grywać z muzyki, których cenił sobie
najwyżej.
Gitarzyści – Jarosław Tioskow i
Andrzej Kotarski z Kasy Chorych oraz paru innych instrumentalistów
uczestniczyło w realizacji tych pragnień, nigdy do końca nie spełnionych. Ta
płyta jest wspomnieniem pamięci i hołdem.
Jerzy Kordowicz
Wieś zaciszna, amerykańska
Ta książka nie pędzi, nie śpieszy się nigdzie. Żyje powolnym
życiem amerykańskiej, republikańskiej prowincji, która nie potrzebuje
gwałtownych zwrotów akcji po to aby podtrzymać swój bieg. A jednocześnie nie
jest to z pewnością książką nudna – przy zachowaniu różnorodności form
wypowiedzi, zupełnie innych od siebie form narracji jest dziełem wymagającym
niesamowitego skupienia. Złote jabłka to dzieło soczyste, każde zdanie, każde
słowo coś znaczy. I dlatego ta książka jest tak wyjątkowa.
Przyznam szczerze, że o autorce nigdy nie słyszałem, a samą
literaturę amerykańską, którą Eudora Welty reprezentuje, nie interesowałem się
w sposób szczególny. Książkę tą kupiłem za jakieś 2 złote i to raczej z uwagi
na formę (obwoluta, szyte strony, gruba, płócienna okładka oraz nieduży,
kieszonkowy format). Ot takie moje małe zbieractwo.
Oczywiście okazałbym się niezmiernym snobem, gdybym kupował
książki tylko po to aby je mieć. Aby uspokoić swoje sumienie, zabrałem się do czytania.
Skończyłem po miesiącu.
Całe dzieło jest w zasadzie, w odniesieniu do formy, czymś
pomiędzy zbiorem nowel a powieścią. Z jednej strony całość powiązana jest
historią rodziny MacLainów, z drugiej zaś każda z części mogłaby doskonale
funkcjonować osobno, jako krótka forma literacka, bez wyraźnego zakończenia jak
i początku.
Właściwie Złote jabłka, jako całość, też nie mają
wyraźnego początku jak i końca. Z drugiej zaś strony mamy do czynienia z
wyraźną klamrą, zatacza się kołem – opowieść zaczyna panna Katie Rainey, a kończy ją jej córka. Opowieść zaczyna się od tajemniczego
zniknięcia Kinga MacLaina, natomiast, jak nietrudno odgadnąć, kończy jego
niespodziewanym powrotem. Sama akcja dzieje się w Morganie, małym miasteczku na
południu Stanów Zjednoczonych, gdzieś nad rzeką Missisipi, która pieszczotliwie
nazwana jest Wielką Czarną. Jest
pierwsza połowa XX wieku.
Książka ta nie została napisana po to aby zachwycać
poetyckimi obrazami, choć takich znajdziemy tu wiele. Nie powstała również po
to aby przedstawiać nam złożoności świata (ergo kunszt autorki), choć świat
przedstawiony z licznymi rodzinami, które mają ze sobą różne stopnie
powinowactwa i interesów, imponuje. Eudora Welty nie chce również nam serwować
kryminalnych historii, choć trup się gdzie niegdzie ściele, a i ludzie znikają
w tajemniczych okolicznościach.
Autorka, która pochodzi z południowych Stanów z wielką dozą
krytycyzmu podchodzi do prowincjonalnych miasteczek i ich mieszkańców. A być
może odnosi się do wszystkich ludzi? Tego niestety od autorki się już nie
dowiadujemy.
Ludzie z prowincji są małostkowi, zamknięci na świat,
nieufni nie tyle wobec przybyszów, co wobec własnych ziomków. Są
nietolerancyjni, do czarnoskórych odnoszą się z wyższością, a krypto
niewolnictwo wciąż funkcjonuje. Zadziwia wysoka pozycja kobiet, które w
zasadzie są niezwykle istotne dla przetrwania społeczności, mimo tego, że
zajmują się raczej prowadzeniem gospodarstw domowych i rodzeniem dzieci. Welty
w bezlitosny sposób obnaża niskie pobudki działania, codzienną wulgarność wobec
najbardziej intymnych uczuć innych ludzi, skrajny egoizm. Wszystko to ukryte pod pozorem uporządkowanej sielanki, cudownej okolicy, ludzi o nienagannych manierach, niezwykle religijnych.
Świat prowincji jest zdominowany przez system iście Foucaultowskiej inwigilacji, w której każdy jest szpiegiem i każdy jest szpiegowany. Jedynie jeden – King MacLain, zabijaka i hulaka, ucieka z tej przedziwnej rzeczywistości, choć raczej nie w pogoni za wolnością, lecz hulanką i swawolą. Lecz i tego nie możemy być pewni.
Świat prowincji jest zdominowany przez system iście Foucaultowskiej inwigilacji, w której każdy jest szpiegiem i każdy jest szpiegowany. Jedynie jeden – King MacLain, zabijaka i hulaka, ucieka z tej przedziwnej rzeczywistości, choć raczej nie w pogoni za wolnością, lecz hulanką i swawolą. Lecz i tego nie możemy być pewni.
Welty jest Antytwainem. Mark Twain, który tworzył
kilkadziesiąt lat wcześniej, również widział problemy prowincji, to nie ulega
żadnej wątpliwości, jednak jednocześnie gloryfikował ją jako miejsce najlepsze
nie tylko w USA, ale, o zgrozo!, na całym świecie. Welty obraz prowincji jest
smutny i przygnębiający – ludzie niezależnie od wieku, wykształcenia, płci i
rasy, są prości, kierują się niskimi pobudkami i cierpią na absolutny niedobór altruizmu, nie potrafią się cieszyć, ani smucić, są na wskroś patologiczni.
Powieści obyczajowe nie są moim konikiem, jednak to
przedziwne dzieło czytałem z rozdziawionym pyskiem. Z jednej strony – konkretne
telegraficzne opisy lub też gawędziarska forma, która niekiedy polegała na
przeniesienia języka mówionego do literatury. Innymi momentami autorka zaskakuje
nas poetycznością, która, co niestety bywa częste w prozie, jest egzaltowana i
w sumie niepotrzebna. Niektóre oniryczne opisy, które ocierają się surrealizm,
wymagają nie tylko wzmożonej czujności czytelnika, co również wielkiego
dystansu do opisu, który może stanowić tylko dygresję i aż dygresję.
Jestem niezwykle zadowolony z tego znaleziska. Polecam
serdecznie dla tych, którym nie zależy na czytaniu szybkim, lecz na literaturze
pięknej, powolnej, gęstej i majestatycznej
niczym Wielka Czarna Missisipi.
Wielkie brawa dla tłumaczenia Miry Michałowskiej. Naprawdę kawał dobrej roboty.
--
Eudora Welty
Złote jabłka
tłumaczyła Mira Michałowska
1972 Warszawa
Czytelnik
nakład 20 290 egz
Subskrybuj:
Posty (Atom)
