Pierwszą moją płytą, którą kupiłem na starociach były Dorosłe Dziecizespołu Turbo, jednak pierwszą płytą, którą dostałem od mojej żony był węgierski rock zespołu Skorpió. Czy to sentyment każe mi rozpisywać się o tym zespole, czy też zachwyt nad innymi atrybutami zespołu - tego wiedzieć nie mogę. Na pewno nie były to teksty, bo o tłumaczenia po polsku trudno, a mój węgierski raczej marnym jest.
Wracając do grupy, to niewiele ma ona wspólnego z zachodnimi niemieckimi herosami ciężkiego grania jakimi są Scorpionsi, nie oznacza to jednak, że zespół nie ma rockowego pazura. Jest to jedna z pierwszych węgierskich rockowych super-grup powstałych z muzyków biorących wcześniej udział w projektach dobrze znanych fanom madziarskiego gitarowego rzężenia jak Lokomitiv GT czy Taurus, która oprócz wyjątkowych instrumentalistów pod przewodem lidera Frenreisza Károlego, basisty, wokalisty, i saksiarza mieli rewelacyjny image i wypasione instrumenty, niespotykane po naszej stronie żelaznej kurtyny. Popatrzcie tylko na okładkę (zresztą bardzo ładną, laminowaną) - piece Marshalla, gitara Gibsona, basik Fendera, perkusja Ludwiga, w brzmieniu zaś doskonale słyszymy melotron, oraz organy Hammonda. Dla nas może taki sprzęt może wydawać się pospolity, jednak w czasach, gdy o nawet o marne bębny z Pol-muza było trudno, taki sprzęt naprawdę intrygował.
Frenreisz Károly -- ének, vokál, basszusgitár, szaxofon, fuvola Szűcs Antal Gábor -- gitár, ének, vokál Papp Gyula -- zongora, elektromos zongora, orgona, szintetizátor Fekete Gábor -- dob, ütőhangszerek, ének, vokál
Zespół nawiązywał do dokonań zachodniego progresywnego rocka, a i dokonania Deep Purple nie mogły być Skorpió nieznane. Nie zmienia to jednak faktu, że zespół wypracował charakterystyczny styl, a flow kapeli jest nieporównywalny z niczym innym. Byli zachodni, byli perfekcyjni, ale jednak ta Środkoweuropejskość w zestawieniu z niezwykle konserwatywnym w ujmowaniu muzyki rozrywkowej reżimem odciskał piętno na całości.
Moje pierwsze wrażenia z płyty Ünnepnapz 1976 były niezwykle entuzjastyczne. Od momentu pierwszego przesłuchania tej płyty stałem się epigonem węgierskiego rocka, którego dokonania są niezwykle imponujące. Wszyscy muzycy w Skorpió są niezwykle utalentowani, sekcja rytmiczna jest niezwykle mocnym punktem całości płyty, co nie oznacza, że brakuje miejsca dla solowych popisów jak choćby wyśmienitej saksofonowej improwizacji w instrumentalnym Mediterany czy rewelacyjna, choć pod względem technicznym banalna solówka w tytułowej kompozycji Ünnepnap. Momentami drażni perkusista, który próbuje być bardziej wirtuozem niż może, ale to nie zmienia faktu, że potrafi równo wymiatać.
Często na starociach znajduję płyty Skorpió. Na szczególną uwagę zwracają bardzo staranne okładki oraz wkładki do płyt, jak i tłoczenie samych krążków. W bloku komunistycznym najlepsze vinyle tłoczyli Węgrzy oraz Czesi; co do jakości polskich tłoczeń najlepiej po prostu zamilknąć. Ale gdybyście gdzieś u siebie w domu lub na starociach znaleźli Skorpió, to nie krępujcie się z zakupem i niezwłocznym odłuchem; w tym czasie w Polsce tak nie grał nikt.
Tymon Tymański i Robert Brylewski są urodzonymi zawodowymi
rewolucjonistami. Są na wskroś antysystemowi, zwalczają mainstreamowy Babilon
wszystkimi swoimi siłami. Są jednymi z ostatnich ideowców wśród muzyków. Są
bezwzględnie przekonani do swoich racji, do tego jak powinna wyglądać polska
muzyka. Dali temu wyraz w artykule pt. „Zemsta”, autorstwa Anny Gromnickiej,
który pojawił się 18 czerwca we WPROST.
Po drugiej stronie barykady mamy hipsterskie Screenagers.
Środowisko niebywale wykształconych w swoich fachu krytyków, którzy w
technokratyczny, autorytarny sposób przewartościowali pojęcie „dobrej polskiej
piosenki”. Zaszokowali, zniesmaczyli, rozśmieszyli, zezłościli. Jednak ich
lista dwustu najlepszych polskich piosenek to nie perwersja dla samej
perwersji. Do licha, oni w tę listę wierzą.
Z ulicy Myśliwieckiej 3/5/7 ze stolicy corocznie w okresie
około długo majowym Trójka nadaje Polski Top Wszechczasów, który zresztą jak i
Top „Ogólny” funkcjonował jako niezmienny paradygmat w postrzeganiu polskiej
muzyki rozrywkowej drugiej połowy XX wieku. Wyboru tego, co jest topowe, a co
nie dokonują słuchacze spośród puli wybranych przez redaktorów Trójki utworów.
Wybory niczym neoliberalnej demokracji.
2.
Lenin powiadał: Każdy artysta ma prawo tworzyć swobodnie,
ale my Komuniści, powinniśmy prowadzić go zgodnie z wytycznymi. Przyklaskiwał
temu Sartre, który nie wyobrażał sobie sztuki, która jest wyabstrahowana z
kontekstu społeczno-politycznego, która
jest sztuką samą dla siebie, która jest wyrazem egoizmu twórcy lub folgowaniu
niskich pobudek publiczności.
Polski socjolog i krytyk muzyczny Paweł Beylin, wśród
pozaestetycznych funkcji muzyki wyróżnił funkcje propagandową oraz ludyczną .
Mimo tego, że sam był wielkim purystą, który z nieukrywaną pogardą spoglądał na
rozwój polskiej sceny big bitowej i w ogóle na rozwój anglo-amerykańskiego rock
‘n rolla potwierdzał jednocześnie, że oto w drugiej połowie XX wieku,
muzykowanie stało się prawdziwie demokratyczne, bo oparte na skądinąd
prymitywnych przesłankach zarówno natury technicznej twórców, którzy
rekrutowali się w zasadzie tylko spośród amatorów, jak i na teksty.
Władimir Nabokow każdą próbę „uspołecznienia” tudzież
upolitycznienia sztuki uznawał za przejaw marksizmu. Ze wstrętem odnosił się do
społecznikowskiego naturalizmu literatury. Jego poglądy na temat literatury
można w zgrabny sposób dostosować do dyskusji na temat współczesnej muzyki
rozrywkowej. Tym bardziej, że literatura w rozumieniu Nabokowa jest bardzo
zbliżona do muzyki, która to muzyka jest dziedziną twórczości, która jak
najbardziej abstrahuje od świata naturalnego i jest całkowicie (w odniesieniu
do organizacji dźwięków) nienaturalna. Oczywiście niektóre dzieła sztuk
plastycznych czy literatury bywają abstrakcyjne, surrealistyczne etc., ale w
zasadzie dopiero od niedawna. Literatura z nielicznymi wyjątkami aż do XVIII
wieku służyła opisowi rzeczywistości, zaś malarstwo do XIX wieku było sztuką
figuratywną, odzwierciedlającą rzeczy takimi jakie są.
3.
Obym się mylił, ale wydaje mi się, że Tymon Tymański i Robert
Brylewski przesadzają w ocenie muzyki popularnej. Dokonują niebywałych wręcz
prób ukazania bidy z nędzą z jakimi musiała się borykać polska publiczność oraz
artyści. Psioczą na to, że ludzie w szarej rzeczywistości PRL-u zamiast
nagrywać czy słuchać nowych nowofalowych czarnych krążków, woleli słuchać
Kolorowych Jarmarków i Franka Kimono. Dzisiaj w brutalny werbalnie sposób
rozprawiają się z polskim szoł-bizem. Dla Brylewskiego i Tymańskiego muzyka
musi funkcjonować w jakimś kontekście, a najlepiej, żeby muzyka ta ów kontekst
kontestowała. Temu służy ich wspólny film fabularny Polskie gówno, o tym jak
straszny był przemysł muzyczny za komuny, jaki straszny jest dzisiaj. W
rozumienia Nabokowa i nieco odwróconym znaczeniu słów Lenina, które
przytoczyłem powyżej, są oni komunistami pełną gębą. Powiem więcej – dążą do
totalitarnej dyktatury, która opiera się na dobrym smaku, zrównoważonych
harmoniach, poetyckich tekstach, dobrych instrumentalistach i przesłaniu. A i Sartre,
gdyby żył, by się ucieszył na to i to bardzo.
Screenagersi mieli zapewne dość trójkowego monopolu na
muzyczną prawdę. Nie sądzę jednak aby ich lista była tylko i wyłącznie
Anty-Topem Wszechczasów, bo nie opiera się na złośliwych antynomiach, jak np.
spektakularna rehabilitacja zespołu Papa Dance. Już samo rozszerzenie listy o
sto dodatkowych tytułów wskazuje na to, że jej autorzy chcą wypracować nową jakość
w postrzeganiu muzyki i rozszerzeniu perspektywy, nie tylko ilościowo, ale
przede wszystkim jakościowo. W tym rozumieniu dobra piosenka nie tylko zadaje
pytania, napawa nas wątpliwościami natury politycznej, ma określony społeczny
cel, ale taka która bawi, relaksuje, taka, która spełnia swoją zabawową rolę
przy jednoczesnym zachowaniu przyzwoitego poziomu aranżacyjnego, kompozytorskiego
i dobrego wykonania.
Zaś jeśli chodzi o Trójkową listę, to niestety, ale
perspektywa „Topowa” zawężona jest do utworów rockowych, pomijając np.
dokonania polskiej muzyki w ostatnim dwudziestoleciu prawie zupełnie. Larum
mogą podnosić na moje słowa ci, którzy mówią, że to nie „Trójka Piotrów”
decyduje o finalnym kształcie listy, lecz słuchacze. Odpowiem – oczywiście, lecz
czy wszyscy dziennikarze muzyczni Trójki ustalają tę listę? Czy bez echa
pozostają słowa Wojciecha Manna, który związany z Trójką od Bóg wie jakiego
czasu, uważa coroczne głosowanie na Top za przyjemne kółko wzajemnej adoracji
radiosłuchaczy?
4.
Nie chcę się stawiać w charakterze jakiegoś medium, które
będzie rozstrzygało, które racje, którego stronnictwa są słuszne. Doceniam
zarówno radykalizm twórcy zespołu Kury i lidera Brygady Kryzys, jak i
zaangażowanie Screenagersów w odkrywanie polskiej piosenki na nowo. Nie sposób
przejść obojętnie wokół dosyć konserwatywnego Polskiego Topu Wszechczasów
Trójki, który mimo wszystko jest listą utworów wybitnych. Konsekwencją
polaryzowania się w polskiej rzeczywistości środowisk, które chcą dyskutować o
polskiej muzyce muszą być wymierne korzyści. Ja się cieszę, że ktoś prowadzi
zażarte boje, bo w zasadzie wszystkie wymienione stronnictwa wydają się być
bardziej kompetentne w zakresie muzyki, niż politycy w zakresie polityki.
A jaka jest różnica
tych wyżej wspomnianych specjalistów od muzyki od polityków? Chyba na to
pytanie próbował odpowiedzieć już Jerzy Turowicz w swoim tekście z 1947 roku
pt. Kultura i plan. Stwierdza w nim, iż każdy świadomy artysta, niezależnie
od tego czy funkcjonuje w systemie zetatyzowanej lub zliberalizowanej kultury,
jest odpowiedzialny w ramach swojej działalności wobec swojej publiczności,
wobec, jak to określa swoich „klientów”. Nie wiem czy politycy, choć posiadają
mandat do bycia sumieniem społeczeństwa podobno dosyć znaczący, są świadomymi artystami
swojej profesji.
Peerelowania ciąg dalszy! I choćbym peerelował na temat wyrobu kultury, który może uchodzić jeno za obrzydliwą komunistyczną gadzinówkę, to proszę mi wybaczyć, taka to już moja fascynacja. Ale obiecuję, przez najbliższy czas o socjalizmach będę milczał tylko. Dziś popełniam post takowy, bo znalazłem w kolekcji mojego szanownego pana teścia ładnie u introligatora oprawione numery Magazynu Ilustrowanego Żołnierza Polskiego, pochodzące głównie z 1961 roku.
Na pierwszym miejscu należy zwrócić szczególną uwagę na niezwykle starannie wykonaną i atrakcyjną szatę graficzną oraz ogólną jakość tego tygodnika. Papier jest przyzwoitej jakości, bardzo liczne w Żołnierzu są zdjęcia oraz ilustracje, niektóre z nich kolorowe. Jak nietrudno odgadnąć jest to pismo, w którym dominuje szeroko rozumiana tematyka wojskowa. Nie zmienia to faktu, że mamy tutaj wiele innych informacji począwszy od polityki (zarówno krajowej jak i zagranicznej), dużo wiadomości kulturalnych, parę wskazówek technicznych - jak choćby stała rubryka pt. Motoryzacja w miniaturze. Na końcu każdego numeru znajduje się mały kącik rozrywkowy, pełen krzyżówek, a nawet zagrywek szachowych czy brydżowych przeznaczonych zarówno dla zapaleńców-amatorów jak i pro-gamerów!
Rok 1961 to przede wszystkim rok tryumfu radzieckiej kosmonautyki, która wyniosła w przestrzeń kosmiczną pierwszego człowieka. Wielki sukces Sowietów był sukcesem całego bloku państw komunistycznych. Sukcesem roku '61 było również zatrzymanie przez rewolucyjną armię inwazji na Zatokę Świń. Wreszcie rok, który był się odbył 51 lat temu to nieustanne wspominanie pochodu zwycięskiej Armii Czerwonej i Ludowego Wojska Polskiego przeciwko hitlerowskiemu okupantowi oraz równie nieustępliwe a napastliwe teksty dotyczące NATO jako nowej wojennej organizacji, która ma nie dość, że imperialistyczne to jeszcze krypto-nazistowskie inspiracje oraz aspiracje.
Czy wojskowy humor radziecki...
Całość oczywiście jest uwarunkowana bieżącą polityka Głównego Zarządu Politycznego Wojska Polskiego, która była główną instytucją propagandową dla WP. Retoryka tekstów nie odbiega znacząco od sztampowych tekstów propagandowych epoki; a więc pojawiają się tu etosy i toposy, którymi nowomowa władzy była przesiąknięta wzdłuż i wszerz oraz kalkami językowymi, które we wspaniały sposób gwałciły indywidualny styl każdego z dziennikarzy tu piszących.
Bardzo wiele artykułów dotyczy przeszłości, choćby opisów batalii, czy poszczególnych bitew a nawet potyczek, podobna ilość dotyczy wydarzeń bieżących. Mało natomiast jest tekstów dotyczących przyszłości, a jeśli już takowe się pojawią, są to raczej luźne futurologiczne fantazje niźli rzeczowe analizy. Z okazji wysłania Gagarina w kosmos mamy tekst dotyczący lotów załogowych na (sic!) Wenus. Bardzo interesujący wydaje się być rysunek wyobrażający rolnictwo w 2000 roku. Co jak co, część wizji zmechanizowanego, przemysłowego rolnictwa zrealizowała się
... jest lepszy od zachodniego humoru?
go-kart, po polsku toczkowóz
I znowuż zwrócę uwagę na niewątpliwy rozmach, który towarzysz wydaniu każdego numeru. Ilość form dziennikarskich od rysunków satyrycznych począwszy na reportażach z frontów walki o wolność.
PS. przepraszam za coraz rzadsze posty. Moja pierworodna córka w drodze, więc sami rozumiecie - nowe obowiązki i nowe życie :). Starociom jestem jednak wierny nadal.
Ha! Właśnie zakończyłem wesoły żywot proletariusza, soli tej ziemi, właśnie przestałem być robotnikiem, po to aby wrócić na swoją wieś zaciszną. Ale nic, ale to nic nie może sprawić abym wydostał się w końcu z kleszczy mojego ukochanego ludu pracującego. Niestety nie mieszkam w Związku Radzieckim, w którym według wyobrażeń Waltera Benjamina każdy mógł zostać pisarzem. Nawet nie pomagają mi w tym ostatnio zdobyte starocie w tym fenomenalny Kalendarz Robotniczy z 1970 roku.
Być może jestem jakiś dziwny, być może ktoś może mnie od utraty wiary i czci znieważyć, ale wydawnictwa propagandowe PRL od powieści policyjnych począwszy na powieściach produkcyjnych skończywszy są dla mnie naprawdę wyjątkowe i warte uwagi.
Wspomniany Kalendarz Robotniczy1970 zakupiłem na wspomnianej już tutaj kiedyś Hali Targowej w Krakowie. Oczywiście nie wykosztowałem się zbyt i wiele i choć ojczyzna nasza to nie żaden welfare state, który wspomaga przyrost naturalny i czytelniczy, to jednak poza prawem i poza podatkami zakupiłem sobie egzemplarz ów za zaledwie dwa złote.
Biorąc pod uwagę jakość materiału, z którego wykonany został kalendarz, to muszę przyznać, że znalezisko zachowało się w znakomitym stanie. Ale czego wymagać od robotniczego kalendarza, skoro po pierwsze jest robotniczy oraz, że jest on kalendarzem. Wydany został przez wydawnictwo Książka i Wiedza, które to wydawnictwo chwali się, że wydany w prawie stutysięcznym nakładzie kalendarz jest siedem tysięcy siedemset siedemdziesiątą siódma publikacją KiW.
Co możemy znaleźć w takim proletariackim kalendarzu? To niezbyt trafne pytanie, raczej powinniśmy zapytać czego w tym kalendarzu nie ma. Oczywiście kalendarz jest maksymalnie naładowany ideologicznie, począwszy od pierwszych, powiedziałbym - oficjalnych - stron kalendarza, gdzie zostały zamieszczone zdjęcia wraz z charakterystyki wszystkich ważnych z biura politycznego od towarzysza Wiesława, po omówienie zasad ustrojowych Polskiej Rzeczypospolitej Ludowej.
Całość, mimo narzucającego się w mało wybredny sposób ideolo, imponuje rozmachem. Każdy artykuł jest opatrzony ilustracjami, zdjęciami, wykresami czy rysunkami satyrycznymi. Artykuły są różnorodne - znajdziemy tutaj zarówno artykuły o marksizmie-leninizmie, bitwie pod Lenino, stosunkach polsko-niemieckich jak i noty naukowe i kulturalne. Myśli polskiego ludu, według autorów Kalendarza, powinny zaprzątać nie tylko sprawy ideologicznie ściśle związane z socjalizmem i innymi bzdurami, ale również związane z kulturą i nauką.
Dział kultura i nauka niezwykle mnie zaciekawił, ponieważ artykuły tam zawarte napisane są w dobrym stylu. Co rozumiem przez słowo dobry? Otóż ich poziom jest wyważony, ale z pewnością w tym dziale nie mamy do czynienia z biblia pauperum. Mamy tutaj np. ciekawe opisy, które wcale nie ustępują tym, które może my znaleźć we współczesnych czasopismach popularnonaukowych dotyczące m. in. entuzjastyczną notę o postępującej komputeryzacji (choć urzędnicy peerelu w skuteczny sposób zniszczyli dorobek genialnego Jacka Karpińskiego, nazywanego niedoszłym polskim Billem Gatesem), czy też opis badań nad DNA i rozwoju genetyki w ogóle (nazywając rok 1970 rokiem biologii). A co w kulturze (oprócz Konkursu Chopinowskiego) się wydarzyło? Otóż najwięcej miejsca poświęcono Krzysztofowi Pendereckiemu, który w owym czasie odnosi znaczne sukcesy na światowych scenach. Autor tekstu o polskiej muzyce konstatuje jakoby muzyka polska i jej powojenna kariera stała się chlubnym przykładem rozwoju naszej kultury w Polsce Ludowej.
Na zakończenie chciałbym się podzielić pewnym spostrzeżeniem. Otóż wspomniałem wcześniej o tym, że Kalendarz zawiera rysunki satyryczne. Niektóre z nich to rzekomo przedruki z gazet światowych, niektóre zaś zostały napisane specjalnie do opisywanego przeze mnie wydawnictwa. Niewiele się znam na sztukach plastycznych, lecz czy ktoś mi powie, dlaczego styl rysunków wskazuje na jednego ich autora?
Tegoroczne Fryderyki zostały
zdominowane przez Anię Rusowicz oraz zespół Zakopower. Wybór laureatów jest
nieprzypadkowy, a to z uwagi na coraz częstsze sięganie przez młodych twórców
do soc-popu, jak w przypadku Rusowicz, która czerpie pełnymi garściami z gwiazd
pokroju Miry Kubasińskiej lub jak w przypadku formacji Zakopower, która
akcentuje silne związki z muzyką ludową. Powrót wielkim szturmem vintagowych
klimatów jest oczywistością, podczas gdy często zapomina się o folku, który
zdobywa sobie coraz szersze uznanie.
Folk na światowych scenach
Andrzej Dziubek, zespół De Press.
Muzyka
ludowa południowej Polski, która uparcie, wbrew logice współczesności, nie chce
się stać faktem li etnograficznym, a staje się wielką inspiracją dla
popularnych zespołów. Począwszy od grup o proweniencji disco-folkowej, jak
Gronicki, poprzez artystycznie niewiele lepszy pop-folk (Baciary)do reggae
(Trebunie Tutki i Twinkle Brothers) czy muzyki elektronicznej ( np. Future Folk
). Warto odnotować tutaj, że – zupełnie inaczej niż w przeszłości – muzyka góralska jest przekształcana
przez ludzi głęboko zakorzenionych w tej kulturze muzycznej, nie przez
artystów "z zewnątrz".
Kiedy
właściwie muzyka ludowa weszła do mainstreamu? Twórcą, który po raz pierwszy
odkrył polską ludowość dla świata, był bez wątpienia Fryderyk Chopin. Może
powinniśmy również sięgnąć do twórczości wybitnych polskich kompozytorów – Moniuszki i Szymanowskiego, których opery
„Halka” i „Harnasie” uchodzą za arcydzieła polskiej muzyki. A może, w odniesieniu do powojennej historii
polskiej muzyki, powinniśmy się cofnąć do czasów świetności zespołów
"Śląsk" i "Mazowsze". Uchodzą one powszechnie za zespoły
ludowe, lecz czyżby? Można mieć co do tego spore wątpliwości. Folklor,
prezentowany przez te niewątpliwie wybitne i ważne dla kultury polskiej zespoły,
jest ludowością w wydaniu artystycznie opracowanym, recypowanym do warunków
estradowych. Członkowie zespołów – instrumentaliści, wokaliści, tancerze – są
etatowymi instrumentalistami, wokalistami, tancerzami; często , choć nie
zawsze, niemającymi wiele wspólnego z
autentycznym folklorem. Są to świetnie wykształceni w swoim fachu artyści, którzy
zawodowo służą kulturze narodowej.
Oczywiście
nie należy odmawiać szacunku, na jaki zasługują te zespoły, ponieważ
przyczyniły się one do propagowania i odkrywania polskiej ludowości dla
masowego odbiorcy, także tego zagranicznego. Jednak prawdziwy folklor muzyczny
kształtuje się, i jest nadal kultywowany, wśród lokalnych, wiejskich
społeczności, które nie pozwalają na to, aby folklor stał się martwy.
Folk a…
Pierwszym polskim zespołem
popowym, który bardzo dosłownie czerpał z muzyki ludowej, byli Skaldowie
sformowani w 1965 roku. Była to bardzo
zgrabna zagrywka stylistyczna tej grupy, a to z dwóch przyczyn. Po pierwsze,
ówczesna władza chętniej skłaniała się do folku niż do hałaśliwego i
wywrotowego bigbitu, po drugie, zespół stał się niezwykle charakterystyczny i
uznany i to nie tylko w Polsce Ludowej, ale również zagranicą. Pod pojęciem
„zagranica” mam na myśli przede wszystkim Związek Radziecki, gdzie formacja
stała się niezwykle popularna.
Zbigniew
Namysłowski, jeden z najwybitniejszych polskich jazzmanów, również docenił
góralszczyznę opartą na unikatowej skali i poetyce. Charakterystyczny styl
zapewnił sobie Namysłowski tym, że do jazzu adaptował muzykę ludową począwszy
od polskich kujawiaków, przez muzykę Bałkan, na indyjskich klimatach
skończywszy. Na albumie z 1975 roku o znamiennym tytule Kujaviak Goes Funky zawarł oparty o góralską melodię utwór Zabłąkana Owieczka. Biorąc udział w Jazz
Jambore w 1994, wystąpił z kapelą góralską na czele z Janem Karpielem-Bułecką,
a następnie nagrał album pod tytułem Zbigniew
Namysłowski & Zakopane Highlanders.
Trudno
też przejść obojętnie koło twórczości zespołów rockowych, choć ich udział w
folkowym trendzie jest niestety nieznaczny. Warto odnotować tutaj np. żart
muzyczny w wykonaniu legendarnej grupy TSA, która zamieściła na swoim longplayu
z 1984 roku pt. Heavy Metal World utwór
pod tytułem TSA pod Tatrami. Znacznie
później zaś, bo już po komunizmie, Paweł Kukiz wraz z Piersiami nagrał
brawurową melodię góralską z oryginalnymi słowami i takimż tytułem Wiecno.
Folk folkowi nierówny
Długi
weekend majowy, Krupówki. Z wnętrz wielu quasi-regionalnych knajp dobiegają
dźwięki zespołów oraz piękne śpiewy. Dla wielu laików zasłyszane melodie to
zaiste muzyka góralska, jednak nic bardziej mylnego. Prawdziwej muzyki
góralskiej na próżno szukać w tego typu lokalach, raczej dominuje muzyka
węgierska, słowacka czy romska. "Prawdziwa" muzyka góralska jest, w
porównaniu z wyżej wymienionymi, zbyt surowa dla mniej wymagającego klienta
restauracji. „Prawdziwej” muzyki góralskiej można posłuchać w zupełnie innych
miejscach.
Próba
zespołu góralskiego "Zbójnicek" z Zębu. To tutaj tańczą, śpiewają i
grają jedni z najlepszych na Podhalu. Dwa lata temu zespół wygrał pierwsze
miejsce na Międzynarodowym Festiwalu Ziem Górskich w kategorii folklor
autentyczny. Skład muzyki jest naprawdę wyśmienity, a jego członkowie – szeroko
uznani. Zresztą, o ironio, założycielem zespołu był wybitny skrzypek, Jan Stoch
Gronkowion, który był niegdyś członkiem zespołu Śląsk.
Współcześnie
mamy do czynienia z wysypem młodych zespołów podhalańskich o charakterze
rozrywkowym tudzież dyskotekowym. Ich „ludowość” przeznaczona jest dla mało
wymagających słuchaczy, najczęściej zakorzenionych w tradycji, do której ta
muzyka się ponoć odnosi. Największymi podmiotami, które promują disco-folk, są
mała wytwórnia Tercet oraz zakopiańskie radio Alex. W tym drugim, oprócz
nielicznych, tradycyjnych archiwalnych nagrań „prawdziwej” muzyki ludowej,
znajdziemy również całe mnóstwo utworów o wątpliwej wartości artystycznej. Co
najciekawsze, muzykanci tudzież muzycy grający w karczmach węgierskie czardasze
współtworzą również składy grające tradycyjną muzykę, a następnie w weekendy
dorabiają, grając przystosowane lub stylizowane „na ludowo” piosenki na
weselach. I nie ma się co te osoby obrażać – Sebastian Karpiel-Bułecka z
Zakopoweru również zaczynał swą karierę, grając w różnych lokalach
gastronomicznych.
W
III Rzeczpospolitej grupą, która upowszechniła polską muzykę ludową w ramach
muzyki popularnej, byli wspomniani wyżej Trebunie-Tutki. Ta muzykująca od
pokoleń grupa z Białego Dunajca paradoksalnie zawdzięczała swój komercyjny i
artystyczny sukces ścisłemu podporządkowaniu się tradycji. Zespół dokonał
przełomu w polskiej muzyce rozrywkowej, pokazując, że możliwy jest mądry synkretyzm pozornie odmiennych form. Od
techno, przez jazz po reggae – i to w sposób naprawdę intrygujący, a przede
wszystkim twórczy. Zespół Trebunie-Tutki doczekał się licznych wyróżnień
europejskich dla zespołów grających world
music. Stanowi jakość samą w sobie i jest ewenementem na polskiej oraz na światowej
scenie muzycznej. Mimo wielu nominacji do Fryderyków, zespół nie zdobył jeszcze
statuetki; swoją drogą nagroda ta w wielu środowiskach muzycznych uważana za
niepotrzebną i niedorzeczną.
Góral
z Orawy, Andrzej Dziubek, znany też jako Andrej Nebb, niezwykle silnie wpłynął
na scenę punkową i nowofalową w Norwegii. Debiut założonego przez niego zespołu
De Press pt. Block to Block z 1981
roku, jest uznawany za jeden z krążków najważniejszych w historii norweskiej
muzyki rockowej. To właśnie na tej płycie znalazł się największy hit De Press –
stylizowany na ludowo Bo jo cie kochom. Dziubek
już od pacholęcia tańczył i śpiewał w zespole Małe Podhale, co – jak
widzimy – miało doniosły wpływ na jego
dalszą muzyczną karierę.
Ostatnio
głośno stało się o zespole Jarzębina, a to za sprawą swojego utworu Koko koko euro spoko. Utwór skądinąd
kiczowaty stał się obiektem nienawistnej krytyki mediów i internautów. Owszem,
jest to pastisz muzyki ludowej, jednak branie tak na serio tej sprawy, staje
się powoli niedorzeczne, choćby z uwagi na to, że jest to muzyczny żart.
Artystki z zespołu Jarzębina nie poruszają się wcale w ramach disco-folku,
wręcz przeciwnie – w ich repertuarze znajdziemy piękne starodawne ludowe
pieśni, śpiewane śpiewem białym.
Wobec
przekształceń muzyki ludowej znajdziemy wielu muzycznych purystów, którzy nigdy
nie zgodzą się na mieszanie form tradycyjnych z popularnymi, tradycji lokalnej
z kulturą masową. Z drugiej zaś strony, kultura chłopska, której częścią jest
muzyka ludowa, stanowi korzenie większości autochtonicznych Polaków. Zamiast
psioczyć na rosnącą popularność zespołów, które otwarcie przyznają się do swych
ludowych inspiracji, powinniśmy pilnie śledzić te trendy. Na światowych scenach
pojawiły się uznane zespoły, które inspirowały się rodzimym folklorem np.
bardzo znany zespół rockowy System of A Down, którego twórcy przyznają się do
silnych związków z armeńską ludowością. Już chyba nie muszę wspominać, że w
zasadzie cała współczesna muzyka rozrywkowa, od grindcoru po dubstep, jest
pochodną amerykańskiego folku.
Nieodparcie
odnoszę wrażenie, że Polacy wstydzą się swojej muzyki folkowej, a w ogólności –
kultury ludowej. Jesteśmy skłonni doceniać tradycyjne muzykowanie z różnych
stron świata, podczas gdy u nas, na naszym rodzimym podwórku, dzieją się w tej
materii bardzo ciekawe rzeczy. Bardzo bogata kultura ludowa, ta w formie bardzo
ortodoksyjnie wykonywanej i ta w formach stylizowanych, jest bardzo trudna do
oddania w tak, wbrew pozorom, lapidarnym artykule. Niewątpliwie jednak
kierunek, który obrały sobie grupy o przeróżnej stylistyce, tworzy na polskiej
scenie muzycznej nową jakość.
Odwiedzając ostatnio giełdę staroci, a konkretniej – Halę
Targowa przy ulicy Grzegórzeckiej w Krakowie znalazłem stare numery Tygodnika Powszechnego. Moją szanowną uwagę zajął jeden szczególny
wstępniak. Jest to tekst Jerzego Turowicza, redaktora TP, pt. Kultura i plan. Wydał mi się na pierwszy
rzut oka na tyle ciekawy, że postawiłem go bezzwłocznie zakupić. Jestem żywo
zainteresowany kwestią szerokorozumianej polityki kulturalnej, postanowiłem
więc doczytać jak dyskusja o kulturze wyglądała w tym przedziwnym kontekście
historycznym ponad 60 lat temu.
Jerzy Turowicz opisuje spór między Żółkiewskim a
Kisielewskim. Adwersarze są zaciętymi
obrońcami zupełnie nieprzystających do siebie poglądów. O ile ten pierwszy
uważa, że państwo jako immanentnie zespolone ze społeczeństwa (narodem) za
zadanie przejęcie w całości odpowiedzialności za kulturę narodową o tyle
Kisielewski, jako znany i uznany liberał, twierdzi, że rozwój i upowszechnianie kultury
przez państwo jest szkodliwe i niesłuszne. We wstępniaku red. Turowicza mamy do
czynienia z przedstawieniem sporu o kulturę w aspekcie politycznym. Dziś raczej
spór ów odnosi się bardziej do ekonomii, kiedy to uczestnicy sporu odbijają się
niczym kuleczka w pinballu między orgią kapitalistycznego egoizmu a
demoralizującą rolą przywilejów. Ale o tym za chwilę.
W tekście Kultura i
plan wobec przedstawionego powyżej sporu Jerzy Turowicz proponuje pewną
syntezę etatyzacji kultury oraz jej skrajnej liberalizacji. Powołuje się przy
tym na personalistyczne podejście od istoty człowieczeństwa i jego pracy oraz
państwa, które możemy streścić w trzech punktach. Po pierwsze, artystyczna
działalność jest wyrazem osobowości
artysty, wyrasta w sposób konieczny z jego wizji artystycznej. Po drugie
zaś artysta nie żyje sam, żyje w
społeczeństwie, jest z tym społeczeństwem silnie związany. Z tych dwóch
prawd wynika, że, i tu uwaga, sztuka
pełni funkcję społeczną, społeczeństwo żąda od artysty, żeby tworzył, bo sztuka
jest mu potrzebna.
Turowicz widzi pewne rozwiązanie tego niebywale trudnego
sporu, w którym biorą udział artyści, urzędnicy i potencjalna lub rzeczywista
widownia, w ustawodawstwie (wspomina o potrzebie uchwalenia ustawy
bibliotekarskiej upowszechniającej czytelnictwo) oraz w upowszechnieniu,
tudzież, jeśli brać pod uwagę ówczesną retorykę, uludowieniu kultury. Turowicz
w tym kontekście jest absolutnie prodemokratyczny i antyelitarny, ponieważ
wierzy, że lud, zarówno jako jako wytwórca jak i odbiorca kultury, będzie brał
za wzorzec najwyższe dokonania sztuki na przestrzeni dziejów, co niestety lub
stety nie sprawdziło się.
Co jak co, ale dla mnie działalność artystyczna nigdy nie
może być inspirowana poprzez odpowiednie dotacje państwowe lub granty z Unii
Europejskiej. Ministerstwo Kultury, jako takie powinno zostać połączone z
Ministerstwem Oświaty i pozostać jego
agendą. Agendą, która będzie instytucją konserwującą, która będzie spełniała
rolę reaktywną, będzie pomagała w podtrzymaniu minionego lub mijającego
dziedzictwa kulturowego w ramach muzeów, wystaw, ochrony zabytków i
upowszechniania własności intelektualnej. Redystrybucja dochodu w ramach
różnych tworów jak Państwowy Instytut Sztuk Filmowych skierowane na produkcję
zupełnie bzdurnych często produkcji, wzmaga mój opór przeciwko jakiemukolwiek
artystycznemu ( a jednocześnie autorytarnemu) planowaniu. Wprowadzanie VAT – u na książki jest po stokroć
głupie, a uleganie wydawcom, którzy boją się e-podręczników – tchórzostwem.
Jerzy Turowicz we własnej osobie. (źródło
tygodnik.onet.pl )
Artyści, którzy chcą realizować swoją osobowość poprzez sztukę powinni się wyzbyć niekiedy bardzo
roszczeniowej retoryki „bonamsięnależybojesteśmyartystami”. Biorąc pod uwagę
perspektywę personalistyczną nietrudno skrytykować taką postawę. Artysta, jak i
każdy inny człowiek wykonujący inną pracę, jest komplementarny wobec
społeczeństwa i wykonuje pewne zamówienie publiczne. Tym bardziej jeśli
wykonuje swoją działalność za publiczne pieniądze. I w tym momencie warto też
poruszyć drażliwą kwestię przejście praw autorskich do domeny publicznej. Moim
zdaniem okres ochronny 70 lat po śmierci artysty jest absolutnie zbyt długi.
Powinien on wynosić nie więcej niż 10 lat.
Oczywiście zgadzam
się, z tym, ze artyści powinni dostawać pieniądze za swoją ciężką pracę. Prawo
powinno chronić artystów w nie mniejszym stopniu niż sami artyści powinni
chronić siebie. Warto tutaj znowu powrócić do redaktora Turowicza i wskazać na
możliwość organizacji samorządu artystów, którzy będą chronić swoich interesów,
którzy nie będę tęsknie spoglądać ku niebu do rządu, a nuż ktoś rzuci
pieniążek, poklepie po pleckach. Czasy, kiedy rządzący byli mecenasami sztuk
już dawno minęły a niektórzy twórcy woleliby aby na powrót zapanowało coś na
kształt autorytaryzmu wspierającego prawdziwą
sztukę.
Uważam, że utworzenie takiego samorządu jest jak
najbardziej możliwe i że jego organizacja może wspierać kulturę. Mimo tego, że
Turowicz ma pewne wątpliwości (porównując organizowanie artystów do pasienia zajęcy ) to jednak mamy do
czynienia z innego rodzajami samorządów, choćby gospodarczych, których
członkowie mimo iż rywalizują między sobą na polu gospodarczym, to są w stanie
w ramach stowarzyszeń i organizacji realizować swoje wspólne interesy. Da się?
Da się.
Trzecim ogniwem w obiegu kultury pozostają odbiorcy, którzy
również nie pozostają bez winy. Nie łudźmy się – większość z nas to
półprodukty, będące wynikiem działalności przymusowej edukacji. I nie łudźmy
się, że programy nauczania w zakresie nauk humanistycznych, których znajomość
jest niezbędna do znajomości kultury, jest wystarczająca, by stymulować rozwój
młodego człowieka, aby zachęcać go do tego, aby się w tym kierunku rozwijał. Tak się nie dzieje. Nie ma woli większości z uczniów, a i nauczyciele, którym się ostatnio tak ochoczo w mediach dowala nie potrafią ukulturalniac młody narybek Polaków.
Muszę niestety zgodzić się z tezą lansowaną przez Pana
Baumana, który stwierdza, że w dzisiejszych czasach kultura, zawężana do
kategorii sztuk pięknych (przy czym przymiotnik „pięknych” jest ze wszechmiar
nietrafny, zdaję sobie z tego sprawę i biję się w związku z tym w pierś),
przestała być koniecznością, lecz fakultatywnym
wyborem. Kultura stała się ozdobnikiem, dodatkiem i raczej nie czerpie ze
szczytowych osiągnięć kultury jako całości, lecz jest mocno uśredniana. Za
czasów Turowicza, jeszcze przed eksplozją kultury masowej, wierzono, że
poezja, opera i inne pełnią jakąś społeczną rolę. Dziś okazuje się, że społeczeństwo
radzi sobie bez tych dziedzin sztuki. A jak sobie radzi? Ta kwestia pozostaje
otwarta.
Sam redaktor Tygodnika Powszechnego jest optymistą, który
uważa, że kulturę przyszłą stworzy
wspólny wysiłek wszystkich ludzi ideowych i twórczych. Wszystkich ludzi którzy
wierząc w pewien świat wartości, będą ten świat wartości w swoim życiu
realizować, tworząc nowy obyczaj, własny i środowiska, w którym żyją.(…) Czymże
bowiem innym jest kultura, jeśli nie obyczajem człowieka, który szukając sensu
swego istnienia na ziemi i swego prawdziwego powołania znajduje ten sens i
życiem swoim daje mu świadectwo?
***
Jerzy Turowicz urodził się 10 grudnia 1912 roku a zmarł 27 stycznia 1999 roku. W tym roku obchodzimy setną rocznicę urodzin tego wielkiego człowieka.
Zgodnie z sugestią zamieszczoną na okładce podbijam na
wzmacniaczu basy a pokrętło z napisem volume przekręcam na max. Georga
Thorogooda nie da się słuchać inaczej
niż głośno a to z paru powodów.
Album Maverick został wydany w 1985 roku, w tym samym rocku
co legendarny ZZ Top nagrał równie legendarny albumEliminator, udowadniając tym samym, że blues nie znajduje się wcale
w stanie agonalnym, lecz świetnie można go recypować do elektronicznych, ergo
dyskotekowych klimatów. George Thorogood dokonał wyboru pośredniego między
z tradycyjnym, blues-rockowego brzmieniem, bez eksperymentów z elektronicznymi
zabawkami, ale jednak z zachowaniem ludycznego charakteru nagrania.
Nie jest może najważniejsze i najlepsze dokonanie zespołu,
ale słucha się go bardzo przyjemnie. Co rozumiem przez przyjemność. Ano
instrumentarium i świetne, elektryczno-gitarowo-saksofonowe riffy, czyli to co
prawdziwi mężczyźni lubią najbardziej. Thorogood jako gitarzysta nie ma polotu
Joe Bonamassy, ale ze swoimi
umiejętnościami gry na gitarze, które raczej porównałbym do tych posiadanych
przez Joe Lee Hookera naprawdę wymiata. Gra techniką slide, którą popisuje się
w otwierającym album utworze Gear Jammer i tym samym sprawił mi niezłą frajdę. A do tego
jeszcze ten nośny riff, w którym popisuje się wespół z grającym na saxie
Hankiem Carterem.
Bodajże najbardziej znanym utworem z albumu i jedną ze
sztandarowych kompozycji Thorogooda jest utwór I drink alone. Ta apologia kontemplowania wszystkich bardziej
znanych marek whisky kończy się tym, że jednak podmiot liryczny tekstu nie
wypija nic. Ciężki jest żywot bluesmana.
Dalej na albumie mamy przyjemne boogie pod tytułem Willie and the Hand Jive. Nic
porywającego, kompozycja bliźniaczo podobna do znanego utworu Bo DidleyaWho Do you Love (zresztą Thorogood z
Niszczycielami nagrał cover tego ostatniego). Fajnie kołysze.
Dalej mamy całkiem przeciętną balladę What a Price, która nie zostaje pozostawia po sobie żadnego, ani
złego, ani też dobrego wrażenia. Na mocnego, szybkiego rock ‘n rolla musimy
czekać aż do utworu zamykającego stronę A, czyli Long Gone. Solidne nabijanie Jeffa Simona, nośny riff, dobra sekcja
rytmiczna basu i ponownie rewelacyjne saksofonowe solówki.
Stronę B rozpoczyna dobry rock w postaci utworu Dixie Fried. Po nim mamy jeden z
ciekawszych momentów na tej płycie, a mianowicie cover wspomnianego już
wcześniej Joe Lee Hookera, czyli Crawling
King Snake. Mamy tutaj mocno przesterowane gitarowe brzmienie i miarowe
nabijanie perkusji i bardzo charakterystyczny, charczący głos Thorogooda. Jedna
z moich bardziej lubianych kompozycji z repertuaru artysty.
Dalej znowu mamy cover innego klasyka czarnego rock ‘n rolla czyli Memphis Tennesee, a po nim następną
przeraźliwie nudną balladę Woman with the
Blues. Dalej zaś mamy szybkostrzelne granie Go go go. A na zakończenie Ballad of Maverick, lekkie, za lekkie
nic nie wnoszące, nikłe i nijakie granie.
Ale w zasadzie nie
żałuję tego zakupu, który wykosztował mnie aż 20 zł. Ale w sumie wolałbym,
żeby George Thorogood zajął się solidnym rockowym, męskim graniem, a ckliwe
ballady pogrywał w rodzinnym gronie.