sobota, 5 stycznia 2013

Prawosławnie

Z okazji zbliżających się świąt Bożego Narodzenia ( versus Trzech Króli) chciałbym życzyć wszystkim znajomym i nieznajomym prawosławnym, wierzącym praktykującym, wierzącym niepraktykującym, niewierzącym praktykującym, oraz niewierzącym niepraktykującym wszystkiego dobrego. 

Z okazji świąt Bożego Narodzenia wyszperałem z moich zasobów płytowych winyle warte uwagi nie tylko przy świętach i nie tylko prawosławnych - służące nie tylko religijnym, ale i estetycznym uniesieniom.

Moje recenzje będą krótkie; a w zasadzie nie będzie ich wcale. Za to chciałem się podzielić pewną dygresją, która może pomoże w zbieractwie/łowiectwie nowych winyli. Otóż całkiem niesłusznie, uważa się się, że wydawnictwa z muzyką sakralną to nic nie warty winylowy plankton, który należy omijać szerokim łukiem. Takie przekonanie szczególnie bije to w dorobek wydawnictwa polskiego Veriton, które specjalizowało się w muzyce sakralnej, poważnej i folkowej. Wydawnictwo to wydało 1976 roku niezwykłej urody Kolędy prawosławne, które zakupiłem w ubiegłym roku przy okazji katolickiego Bożego Narodzenia. Śpiewane a cappella mogą stanowić doskonałe rozpoczęcie dnia, a hymn Chwała na wysokościach Bogu sprawia, może śmiało zastąpić porządną dawkę kofeiny podczas sesyjnej nauki.




Drugie wydawnictwo, które bardzo mi się podoba to wydane przez Muzę Muzyka Cerkiewna to przekrojowa płyta, na której znajdziemy zarówno solowy bas męski w ramach Wielkiej Litanii Pokoju, jak również psalmy czy śpiew grecki.



Ostatni okołowschodni winyl to przepiękne Starobułgarskie śpiewy cerkiewne. Są o tyle, różne od powyższych, że nie stanowią artystycznie opracowanych wielogłosowych śpiewów, lecz raczej sięgają do tradycji odwzorowując ortodoksyjnie (nie tylko z uwagi na wyznanie) starą tradycje chórów prawosławych, które zazwyczaj były jednogłosowe.



Za wszystkie płyty zapłaciłem po 5 złotych; a można by zapewne dostać je taniej.

  

piątek, 21 grudnia 2012

Hej Kolęda Nocka



W amoku świątecznych przygotowań nie zapomniałem o starociach; odwiedzałem pchle targi w poszukiwaniu kolęd. Jakież było moje zdziwienie gdy udało mi się znaleźć iście legendarne nagranie, którego nigdy nie dopuszczono w Polsce Ludowej do sprzedaży - Kolęda Nocka za 5 zł.  Płyta była pokłosiem musicalu autorstwa Ernesta Brylla i Tadeusza Trzcińskiego pod tym samym tytułem, która została zdjęta przed samym stanem wojennym; ponieważ trafnie oddawała ponury nastrój społeczeństwa PRL-u.

Już sama okładka płyty intryguje - znajduje się na niej praca Zdzisława Beksińskiego, który bynajmniej nie gustował w tanim, dewocjonalnym i odpustowym malarstwie. Jest to bez wątpienia płyta (jak i przedstawienie lub w odwrotnej kolejności) polityczna, a kolędy i psalmy w większym niż kiedykolwiek stopniu są pieśniami politycznej wściekłości. W Kolędzie nocce doszło nie tylko do kontestacji reżimu, również do nieprawdopodobnego zbliżenia się sacrum, które spotykamy z każdymi świętami narodzenia Chrystusa oraz z ordynarnym profanum życia codziennego, w którym zapominamy o naszym duchu i o naszych bliźnich. 

Kolęda nocka to doskonały album dla wszystkich zagubionych współczesnych proletariuszy i prekariuszy, którzy w świecie wysokich wartości materialnych i niskich postmaterialnych czują się zagubieni i zmęczeni. I nawet jeśli spektakl lub jego muzyka nie zbliżą odbiorcy do Boga, to przynajmniej może uczciwie zapłakać nad swoim losem.

Największe wrażenie zawsze robiły na mnie Psalm Stojących w Kolejce i Psalm Jadących do Pracy, śpiewane cudownym soulowym głosem Krystyny Prońko. Uważam, że pieśni mogłyby być spokojnie śpiewane przez ludowych rewolucjonistów występujący przeciwko tyranii i uciskowi. Nie mniejszy potencjał wywrotowy ma Piosenka Kolędników. 

Wobec zbliżających świąt życzę wszystkim moim czytelnikom dobrego katharsis, dużo ciepła i drugiego człowieka. Żądajcie od świat więcej niż tylko prezentów i sylwestrowego melanżu, ale szczerych spotkań i prawdziwego dobra. Jeśli tylko okoliczności na to pozwolą - uaktywniajcie swój potencjał wywrotowy - z pieśnią na ustach oczywiście


poniedziałek, 17 grudnia 2012

Lokomotiv GT - Ringasd el magad

Płyta kosztowała zaledwie 5 złotych, a zachowana jest w idealnym stanie.

Przesyt i nadmiar to raczej w epoce triumfu minimalizmu pejoratywne określenia. Może my współcześni popoponowocześni boimy się nadmiaru, bo łatwo się w nim zgubić, a jeśli jeszcze ten nadmiar jest immanentnie związany z synkretyzmem form to nasza percepcja świruje. Jednak jeśli ktoś w twórczy sposób podejmuje synkretyczny nadmiar, to może z tego wyjść dzieło sztuki.

I takim właśnie dziełem rockowego rozbuchania, złoceń, putt i postbarocku jest album węgierskiej grupy Lokomotiv GT pt. Ringasd el magad. Znajdziemy tu wszystko, co najlepsze - i hard rocka i jazz i balladę i soc-pop i progresję i hillbilly i muzykę japońską. Amplituda doznań jest nie mniejsza niż nagromadzana na tej wyśmienitej płycie ilość stylów i jest powiedziałbym wręcz - zatrważająca. Już pierwszy wprowadzający kawałek Circus  nie pozostawia złudzeń - mamy tutaj solidnego hard rocka i progresję w stylu holenderskiej grupy Focus, tyle, że bardziej pokręconą. To szybki progresywny mózgotrzep, którego nie powstydziłaby się żadna kapela rockowa z Zachodu - a przypominam, że płyta ta pochodzi z 1972 roku. Utwór ten też to popis umiejętności artystów tworzących super grupę - począwszy od gitarzysty Barta Tamasa, znanego z udziału w projekcie Skorpió Frenreisza Karolego, basisty i operatora wszystkich dęciaków, Lauxa Józsefa, który odpowiada za wszelkie perkusjonalia oraz w końcu Pressera Gabora - klawiszowca, który gra również na cymbałach. 

Drugi utwór z pierwszej strony to dosyć naiwny soc-rock, ale mimo wszystko niezwykle sprawnie zagrany. Następny kawałek - Szerenad - to ni mniej ni więcej nastrojowa ballada, z fortepianem w roli głównej i chórkiem. 

Po tym trochę nijakim utworze mamy bombę w postaci A Semmi Kertje , w którym mamy motywy z muzyki japońskiej - niestety nie jestem w stanie rozeznać kiedy wokaliści śpiewają po węgiersku a kiedy po japońsku. Doskonałe są tutaj nie tylko nawiązania do muzyki Dalekiego Wschodu, ale również do Doświadczenia Hendrixa. Stronę A zamyka instrumentalny Lincoln Fesztival Blues - 12-taktowy blues, który zaczyna się strasznie sztampowo a kończy rasowo i agresywnie

Na stronie B mamy w zasadzie niewiele wnoszącą i dosyć przeciętny utwór Ne Szedits . Po nim mamy bardzo miłą niespodziankę w postaci Kakukkos Karóra - szybkiego hillbilly z wyśmienitym banjo i gitarą. Ja jako wierny fan kapeli Charliego McCoya potwierdzam, że w tym stylu Lokomotiv GT spełnia się wyśmienicie. Następnie mamy monumentalny Kotta Nelkul, w którym popis swoim umiejętności daje klawiszowiec Gabor , grając, zdawało by się, w jednym momencie na moogu, Hammondzie, i innych syntezatorach. Jest to doskonały kawałek - Lord John mógłby pozazdrościć polotu i agresji węgierskiemu instrumentaliście. 

Po tym majstersztyku mamy kolejną wolną balladę, do której nie można mieć formalnych zarzutów - oprócz tego, że jest długa i nudna.

Po tym mamy utwór Megvarlak ma Delben  -  ciekawą kompozycję, z licznymi zmianami tempa. Płytę zamyka utwór-zapychacz - zaledwie minutowy Ringasd el Magad. 

Podsumowując - krążek mimo słabych momentów jest naprawdę świetny - i co więcej - jest to łabędzi śpiew grupy, od której, po nagraniu powyższego albumu odchodzi Frenreisz Karoly, po to aby założyć inną genialną kapelę - Skorpió. Później zespół nagrywał mało ambitne piosnki, które nawet nie dorównują najsłabszym momentom tego krążka. I jeszcze ciekawostka - zespół Lokomotiv GT był niegdyś bardzo popularny w Polsce; podobno zarejestrowany występ w Sali Kongresowej rozszedł się w 300 tys. egzemplarzy co jest w Polsce rekordem, jeśli chodzi o sprzedaż albumu live. 




czwartek, 22 listopada 2012

Zapraszamy do Lepszego Drugiego Obiegu


Drugi Obieg to dobry projekt redagowany przez studentów skupionych w okół Instytutu Nauk Politycznych i Stosunków Międzynarodowych na UJ. Drugi Obieg ma sporo lajków, a chce ich mieć jeszcze więcej. A poza tym Drugi Obieg chce mieć wpływ na opinię publiczną. Ludzie, którzy są Drugim Obiegiem nie zarabiają ciężkiej forsy na swojej ciężkiej pracy (choćby bardzo chcieli). Póki co robią portal dla pasji, nie dla mamony. Dlatego warto subskrybować. Dlatego warto odwiedzać. Dlatego warto czytać. Robić ruch. Niech się dzieje dobrze.

Jako, że ja również pisuję do DO, to zrobiłem u góry w zakładkach osobny odnośnik do DO

Fanpejcz - http://www.facebook.com/pages/Drugi-Obieg/155905194515018?fref=ts

czwartek, 8 listopada 2012

Porter kontra Porter



Jak kupować to tylko hurtowo - tym bardziej, że i okazja do większego zakupu i chęć i chuć do starych winyli. Określenie "hurtowo" to u mnie dość względne pojęcie - toć żyjemy w ponowczesności, a oznacza dla mnie ni mniej ni więcej dwie sztuki, dwóch różnych płyt w cenie 8 złotych. Debiut Porter Band Helicopters oraz płytę, która mogła ugruntować w szerokiej świadomości rockmenów i ich stępnych pozycję gwiazdy kultowej - Porter China Disco.


Helikoptery i Chińska Dyskoteka to bardzo ważne albumy w mojej dyskografii i są dla mnie połączone jakąś metafizyczną  więzią, może związaną tym, że nabyłem je jednocześnie u tego samego sprzedawcy. A może związane są pewną perwersyjną zależnością - o ile Helicopters z uwagi na okoliczności powstania, a w zasadzie przeciwko nim, stał się albumem kultowym, o tyle China Disco pomimo niesamowitego potencjału pozostaje albumem co do którego mam ciągle bardzo duże zastrzeżenia.

Debiut długogrający Portera i spółki został nagrany w prawie że garażowych warunkach studia Polskiego Radia w Opolu w 1979 roku i wydany został rok później. Album ten okazał się być dla historii polskiego rocka przełomowym, ponieważ wprowadził go w dojrzałą, niezwykle zróżnicowaną i rozbuchaną erę lat '80. Helicopters nagrany został w cztery dni, bez wykorzystania jakichkolwiek studyjnych gadżetów - jest to surowa, garażowa płyta, a ewentualne trzaski starej płyty winylowej są niewątpliwym atutem. Rockowe zacięcie, ciekawe pomysły sprawność instrumentalna i wokalna - to wszystko złożyło się na ten krążek. 

Zaczynając od początku - mamy hitowy przebój Ain't Got My Music. Dalej zaś Northern Winds, którego ciężki motyw dwóch gitar - elektrycznej i akustycznej przywodzi na myśl bliźniacze gitary Wishbone Ash. W następnym tytułowym utworze Helicopters słyszę echa twórczości Thin Lizzy i ... ZZ Top (pulsujący bluesowy bas i intro jak w Jesus Just Left Chicago ). Następny kawałek Garage to dla mnie ujmująca parodia muzyki disco. Stronę A zamyka solidny rockowo-punkowy numer Refill.

Stronę B otwiera cudowna w swych właściwościach ballada  Life zaśpiewana przez Portera w iście Gilmourowskim, swoiście abnegatycznym oraz z cudownym basowym motywem i plumkającym gdzieniegdzie slajdem. I aby zredukować poziom rozczulenia słuchacza dalej płyta atakuje nas hitem I'm Just Singer, ale tylko po to aby wprowadzić nas w nastrój wolnego tempa Crazy, Crazy, Crazy. Cały album kończy niepokojący utwór NewYorkCity z histerycznym wokalem i galopującą sekcją basu.

Album ugruntował pozycję Johna Portera na krajowej scenie muzycznej. Nie bez powodu wspominam tutaj o inspiracjach, którymi niewątpliwie kierował się w swojej twórczości Walijczyk - to on za jego przyczyną w Polsce zaczęto grać muzykę rockową na bardzo wysokim, światowym poziomie. W tym miejscu warto zwrócić uwagę na skład Porter Bandu (który zresztą niedługo po nagraniu Helicopters rozpadł się) - zacznijmy zatem od najsłabszego elementu bandu, czyli perkusisty Leszka Chalimoniuka, który wyraźnie nie nadąża za lepszymi kolegami. Bas obsługiwał Kazek Cywnar (ten z afro) - sekcja jest tu solidna niczym Mercedesy z lat '70. Na gitarze elektrycznej grał Alek Mrożek (ten w okularach) - niesamowity rockowy feeling, ale i chyba nie do końca wyzwolona energia. No i w końcu gwiazda - John Porter (to ten przystojniak z wąsem, do którego sam jestem podobny), który nie robi nic poza precyzyjną sekcją rytmiczną i bardzo ekspresywnym sposobem śpiewania.

Więc ugruntowawszy swoją pozycję na trudnym polskim rynku muzycznym John Porter postanowił nagrać coś bardziej ambitnego z nieco lepszymi muzykami. Na gitarze elektrycznej grał znany ze współpracy z Breakoutem Winicjusz Chróst, na klawiszach grał zmarły już jazzman Sławomir Kulpowicz, za bębnami zasiadł znakomity Andrzej Mrowiec a na basie Jego Ekscelencja Krzysztof Ścierański. Za inne perkusjonalia odpowiedzialny był Jose Torres.

Pierwszy kawałek So What z echami funku jest przyzwoity choć nie wybitny. Na uwagę zwraca fatalnie nagrany wokal Portera - raczej jest to wina inżyniera dźwięku niż muzyka. Zresztą cały album jest fatalnie zmasterowany. Następny utwór bardzo przypomina dokonanie z pierwszej płyty - to nieprzekombinowane Dogs, ze strasznie hałaśliwą i natrętną gitarą Chrósta, który chce być bardziej jazzowy niż potrafi w rzeczywistości. Trzeci w kolejności Selling Water By the River to przygnębiający utwór ze zgrzytającą gitarą Chrósta i genialnym motywem Ścierańskiego na, zdaje mi się, bezprogowym basie oraz niepokojącym brzmieniem mooga. Na końcu strony A umieszczono kawałek Blue, którego marudno-smutny nastrój burzy bezsensowny refren.

Strona B rozpoczyna się najlepszym utworem z tej płyty jest Certain People - depresyjny dub z rockowymi wstawkami i doskonałą organową solówką, która wykorzystuje potoczne pojęcie o muzyce Dalekiego Wschodu i jazzu. Następny kawałek to speed funk rockowa wariacja z świetnym gitarowym solo i basowym popisem skuteczności Ścierańskiego pt. Cigarettes . Później mamy kompozycję pod tytułem Sun - która nasuwa bardzo wyraźne skojarzenia z Riders on the Storm Doorsów. Ostatni utwór jest głupi i nieprzemyślany, nieciekawy i sztampowy - choć to właśnie tytułowy China Disco.

Po przesłuchaniu obu albumów wnioski nasuwają się same - lepiej nagrać solidny album na podstawie dobrych acz prostych założeniach kompozytorskich aranżacyjnych i tych związanych z procesem nagrywania niż przekombinowany nowofalowojazzowy jazgot ze zbyt głośnymi basami i pogłosem w niewyrabiającym wokalu. Helicopters wygrywa przez nokaut. 



sobota, 3 listopada 2012

Giełda na Bronowicach Małych

Giełda staroci i elektroniczna na Balickiej.
1 czerwone. Hala.
2 zielone. Stoiska na polu.
3. Eurocash
Hala przy ulicy Balickiej w Krakowie to podobno największa giełda kwiatowa w kraju. W weekendy zaś przeobraża się w miejsce, w którym można znaleźć nie mniej ciekawe kwiatki pod postacią staroci.

W każdą sobotę i niedzielę na terenie hali i terenach do niej przyległych odbywa się giełda staroci oraz giełda elektroniczna. Ilościowo więcej tutaj okołoelektronicznych artykułów, spośród których dominują telefony komórkowe i pirackie płyty z grami i filmami ( tak, tak jeszcze takie stoiska istnieją, jest ich wiele, co sugeruje, że radzą sobie całkiem nieźle ). Można tutaj kupić również tusze do drukarek, komputery, telewizory, czy też komponenty elektroniczne, i co tu pozostaje nie bez znaczenia dla miłośnika płyt winylowych, do których sam się również zaliczam - igły gramofonowe, kable głośnikowe, wzmacniacze, kolumny, akcesoria do czyszczenia płyt, czy wreszcie same gramofony i płyty doń. Również na Bronowicach możemy zaopatrzyć się w starocie w sensie starej elektroniki, wzmacniaczy lampowych, adapterów walizkowych czy nawet patefonów (od 500 zł wzwyż) i płyt szelakowych (od złotówki wzwyż).

Na Bronowicach mamy co najmniej 3 poważne stoiska z płytami winylowymi, natomiast brakuje tutaj sprzedawców książek. Już na początku, podobnie jak w przewodniku po Hali Grzegórzeckiej muszę ostrzec, że tylko jedno z nich jest warte uwagi; pozostałe dwa są cenowo zabójcze, a poza tym sprzedawcy są nieprzyjemni. Pod samą Halą mamy dwa stoiska z płytami - jedno stoi po środku mniejszej części wydzielonej dla staroci. I to jedno jest w moim absolutnie słusznym mniemaniu najlepsze - sprzedawcy są mili, można z nimi negocjować, poza tym mają wielki wybór, choć ceny bywają wysokie. Ci panowie mają w sprzedaży również igły gramofonowe i akcesoria do czyszczenia, co jest rzadkością na stoiskach ze starociami.

Trochę dalej, dalej od wyjścia na niezadaszoną część kompleksu handlowego znajduje się inne stoisko. Wybór tutaj jest wyśmienity, płyty zachowane są w idealnym stanie, oprócz winyli możemy kupić tutaj również kasety i płyty kompaktowe. Jednak sprzedawca to wyjątkowo nieprzyjemny typ, który przychodzi na Halę tylko żeby się pochwalić płytami. Płyty są drogie a sprzedający - szkoda gadać, potrafi potencjalnego klienta zrugać za to, że ten chce sprawdzić stan techniczny potencjalnego nabytku płytowego.

20 singli kupione na Bronowicach za 2 złote
Trzecie  duże stoisko znajduje się na zewnątrz obiektu, przy wejściu od strony ulicy Balickiej. Tu znowu mamy nieprzyjemnego starszego pana, który na Halę przychodzi w celach bardziej towarzyskich niż sprzedażowych. Nie można u niego negocjować, a ceny są zawyżone. Nie polecam

Na szczęście na terenie Hali, a w szczególności na polu znajdziemy mniejsze stoiska-efemerydy, gdzie możemy zaopatrzyć się w płyty, a na których ceny są naprawdę przyzwoite. W nich należy zawsze pokładać nadzieję na udane i mało kosztowne zbiory.

Jak już wspomniałem - książek tu mało. Lecz często można się natknąć na niewielkie stoiska z książkami po dwa złote i wyłapać ciekawe znaleziska, choćby, tak jak ja, stos woluminów z serii Plus minus nieskończoność za jakieś 10 złotych

Na zewnątrz również możemy zaopatrzyć się w sprzęt grający, wieże, kolmny głośnikowe, głośniki, wtyki, w gramofony, amplitunery, wzmacniacze, konwertery, oscyloskopy i wiele, wiele innych.

Jeszcze wracając do Hali ( zadaszonej części) - możemy się tam również zaopatrzyć w inne starocie, jakieś bibeloty, obrazy, meble, odznaczenia, zdjęcia, znaczki pocztowe, naczynia z mosiądzu i ceramikę.

I na sam koniec chciałbym powiedzieć o zaułku, który znajduje się na początku większego pomieszczenia w Hali, po prawej stronie, patrząc od wejścia od ulicy Lindego. Można tam zaopatrzyć się w starą elektronikę, gramofony typu Bambino, koszmarnie drogie wzmacniacze lampowe oraz stare części do starego sprzętu audio.

Minusem Hali jest płatne wejście - jednorazowy karnet dla kupujących kosztuje 2 złote.



czwartek, 18 października 2012

Podhale Number One


To prawdopodobnie jedna z najlepszych płyt z autentycznym polskim folkiem wydana na winylu. Płyta ta jest realizacją mojego prywatnego typu czystego płyty muzyki ludowej - jest to płyta, która jest konsekwentnie nagrywana przez tych samych artystów podług pewnego scenariusza, w którym mamy do czynienia nie tylko z trójcą wstępu rozwinięcia i zakończenia, ale również wielowątkowością, zwrotami akcji i dygresjami, przymiotami wydawało by się przynależnymi bardziej literaturze niż muzyce. Nic bardziej mylnego - muzyka ludowa to nie tylko ludyczne "oj dana" i przaśne obertasy, ale przede wszystkim ważny element towarzyszący całemu życiu wiejskiej społeczności.

Płyta Podhale 1. to została wydana w 1987 roku przez wydawnictwo Veriton. Została ona opracowana przez Zespół Związku Podhalan z Zakopanego. W serii Podhale ukazały się trzy płyty winylowe, które współcześnie doczekały się reedycji. Co muszę przyznać z nieukrywaną satysfakcją inżynier dźwięku odpowiedzialny za remastering płyty nie pokusił się o daleko idącą ingerencję, powiedziałbym nawet, że kompakt nie odbiega wiele od swojego winylowego odpowiednika. Nie ma to jednak jak winyl, choćby i trzeszczący. 

Bardzo trudno jest odnaleźć na bazarach płyty z serii Podhale. A to z paru przyczyn - po pierwsze niski nakład wydawnictwa, po drugie zaś z powodu jej wartości. W Polsce nie ma przekonania o tym, że polski folk jest czymś wyjątkowym, więc wielu ludzi nie wystawia ich na sprzedaż, mając te płyty za bezwartościowe. Z innej zaś strony mamy spore grono znawców, które nie odsprzeda tej płyty, z uwagi na jej niesamowity urok. Sam kupiłem płytę za 5 złotych; choćby kosztowała złotych trzydzieści, to na pewno bym ją nabył.

Podhale 1. prezentuje folklor góralski w jej autentycznej formie tzn. nie jest to misz-masz śpiewek i nut, ale konsekwentnie poprowadzona fabuła, której główna osią jest wesele góralskie, co możemy odkryć już po okładce, na którym znajduje się kultowe zdjęcie autorstwa Zbigniewa Kamykowskiego. Przedstawia ono błogosławieństwo pary młodej przez rodziców. Wstęp do płyty jest wręcz idealny - słyszymy na niej charakterystyczne alikwotyczne dźwięki tradycyjnego instrumentu jakim jest koza, na której gra Bolesław Trzmiel. Skład kapeli góralskiej jaki znamy obecnie czyli kwartet złożony z trzech skrzypiec i basu, a który był, a w zasadzie ciągle jest popularny na góralskich weselach był hisotrycznie poprzedzony przez dudziarza właśnie, który to instrumentalista jeszcze w XIX wieku był głównym muzykiem obsługującym weselach. Dźwięk kozy w intro płyty jest hołdem dla pradawnej tradycji muzykowania. 

Wesele rozpoczyna się od przygotowań pani młodej, nad którą śpiewają starościny:
Nie płac Hanuś nie płac ani nie narzykoj
Ino pomalućku od mamy odwykoj. 
Po panią młodą przyjeżdża pan młody z pytacami, którzy pełnią bardzo ważną funkcję obrzędową na góralskim weselu, są niejako animatorami całej ceremonii, czuwający nad przebiegiem całego wesela. Przed wyjazdem do kościoła mamy do czynienia z przedmową znamienitego mówcy Jana Jędrola Zagroblina adresowanego do państwa młodych, w którym zawarte są cenne uwagi życiowe. Po przedmowie rodzice błogosławią młodych, po którym to ojcowskim błogosławieństwie młodzi mogą jechać do do kościoła po boskie namaszczenie ich związku.

Nie wszyscy goście jadą do kościoła, część z nich zostaje w domu, gdzie po ślubie odbędzie się wesele. Tradycyjnie do kościoła nie jadą również rodzice, którzy muszą przygotować wszystko na przyjazd gości weselnych. W tym czasie pary tańczą tańce zwane solówkami - młody mężczyzna podbiega do kapeli, wrzuca do basów pieniądz i tańczy z wybraną dziewczyną. Tańczy również ojciec młodej śpiewając wpierw taką oto śpiewkę:
Zogrojciy mi pod noge
Bo jo stary, ni mogem.
Na zdjęciu Stanisław Nędza Chotarski
Po tańcu ojca następuje powrót młodych i gości do domu; w trakcie przyjęcia kolejne pary tańczą solówki; niektóre grupy weselników wbrew melodii (melodie to po góralsku nuty) granej przez muzykę same śpiewają swoje śpiewki góralskie.

Wreszcie na wezwanie pytacy rozpoczyna się kulminacyjny moment wesela czyli cepiec, w trakcie którego następuje faktyczne przejście młodej panny spod opieki rodziców pod skrzydła swojego małżonka. Bardzo charakterystycznym zwyczajem jest przekomarzanie się pytacy i starościn - pytace nie chcą wydać panny młodej starościnom, które mają ocepić młodej, śpiewając jednocześnie w stronę starościn żartobliwe tudzież obraźliwe śpiewki pod nutę polki. Starościny nie pozostają pytacom dłużne, ponieważ mają zawsze przygotowaną w zanadrzu odpowiedź. W końcu przekupieni pytace oddają pannę młodą starościnom, z których rąk musi wykupić młodą pan młody. Wychodzi on do młodej i śpiewa:
Chłopiec jo se chłopiec,
Mom piniośkow skopiec
Jak mnie nie obłapis 
Nie dom ci na cepiyc
Po tej śpiewce młody wykupuje młodą i tańczy z nią solówkę.

Po cepcu  kapela gra polkę i wszystkie chętne pary wychodzą na parkiet.

Oczywiście wesele to nie tylko śpiew taniec, ale również rozmowy biesiadników. Dlatego jednym z ostatnich utworów jest gawęda wykonana przez znakomitego gawędziarza i autora Adama Pacha żartobliwej godki pt. Co nigdy prowdom nie było ani nie bedziy. Płytę kończy kolejny sentymentalny popis skrzypiec solisty Stanisława Nędzy Chotarskiego, który gra starodawne, czyli dziadkowskie nuty.

Słuchając tej płyty można odnieść wrażenie jakoby zostało ono rzeczywiście nagrane na weselu, ponieważ muzykantom zdarzy się tu i ówdzie nie trafić w ton, śpiewakom zdarzają się fałsze, a mówcom - zwyczajne pomyłki. Chaos, który byłby zupełnie niewybaczalny w nagraniach folklorystycznych artystycznie opracowanych jest na Podhalu 1. wielkim atutem, który wzmacnia siłę przekazu.



 Powyżej zastosowanie kozy w muzyce jazzowej