wtorek, 7 listopada 2017

NIE-NAGRYWAJ! - BNNT, "Multiverse"

BNNT, "Multiverse", źródło: instantclassic.bandcamp.com

Ostatni post stał się popularny nie z uwagi na całokształt, lecz z uwagi na jedno z początkowych zdań, w których dokonałem dosyć kategorycznego stwierdzenia jakoby ostatnia płyta BNNT nie była najlepszym projektem muzycznym Konrada Smoleńskiego w 2017 roku, a spory udział szumu wokół albumu to nic innego, jak ino hype. W trakcie swoich osobistych rozważań nad tym, dlaczego Multiverse wcale nie jest tak dobrą płytą, za jaką powszechnie uchodzi, okazało się, że takich płyt wymieniłbym jeszcze trochę. Co więcej, ta i tych parę innych płyt uświadamia prawdę następującą - standard słuchania oparty na rewolucyjnym w swoim czasie pomyśle, że muzyka powinna być, lub wręcz musi, zostać zarejestrowana, przetworzona, a następnie wydana na powszechnie dostępnym nośniku właśnie się kończy.

Lecz nie tylko to się skończyło, bo w trakcie pisania zarówno tego, jak i poprzedniego tekstu gruchnęła wiadomość - wytwórnia, która stanowiła niezwykle ważny punkt odniesienia dla polskiej sceny muzycznej, jaką była BDTA, kończy swoją działalność. Za jeden z powodów, jakie podaje Michał Turowski, twórca wytwórni, jest czynnik ekonomiczny. Masa ludzi słucha muzyki, lecz już mało kto muzykę kupuje. A praca wytwórcza jest ciężka, pochłaniająca czas, zaangażowanie i flotę. Wojtek Kucharczyk z legendarnego Mik.Musik.!. już jakiś czas temu zapowiedział, że nie będzie wydawał tak często, jak do tej pory - słowa z trudem dotrzymuje, uruchamiając raz za razem albo robienie płyt/kaset na żądanie, równocześnie zaś powoli mikowi artyści przechodzą do net-labelu bloga Trzy Szóstki. Owszem powstają nowe labele o bardzo zróżnicowanych estetykach - wspomniany Turowski otworzył Mozdok, który skupia się głównie na self-publishingu, podobnież stało się z Adamem Witkowskim, który założył thisisnotarecord. 2017 rok to pojawienie się znakomitego Outlines Pawła Paide Dunajko, eksplorującego footwork, juke i minimalistyczne odmiany tychże oraz konceptualna Antenna Non Grata, czy słodkie dziwactwa enjoy life. Jednak poza tymi przypadkami wydawcy i artyści przeważnie skarżą się - płyty i kasety nie sprzedają się tak dobrze jak kiedyś, żywe zaangażowanie słuchaczy spada, jedyną nadzieją są sprzedaże zogranice, a jedyną radością może być rosnąca liczba odsłuchań na strimie, a jedyną formą, gdzie muzyk może faktycznie zarobić bywają występy na żywo. W tym układzie mały wydawca, który jednocześnie nie jest obrotnym menadżerem, bookerem i kuratorem w jednym staje się zbędny.

Nie chodzi nawet o to, że mam jakiś straszny ból dupy, gdy słyszę Multiverse BNNT. Z relacji wielu naocznych świadków BNNT koncertując z nowym materiałem daje do wiwatu - zapewnia rozkosznie głośne i gęste doświadczenia zagłębiania się w katarktyczne inferno, nawet jeśli utwory tylko udają, że są wyszukane, bo tu ciągle chodzi o nieoczekiwane wyskakiwanie z paki żuka, terroryzowanie lokalnej społeczności noisem, a później odjazd, jakby nigdy nic. Chociaż cieszy mnie, gdy ktoś opowiada o koncertowych doświadczeniach, to czy nie powinno być też tak, że podobne doświadczenie powinno być oddawane za pośrednictwem płyty, która nie będzie tylko pamiątką dla uczestników koncertów, ale w miarę wiernym, choć ciągle jednak, ersatzem, przedłużeniem, uzupełnieniem intencji twórczych? BNNT, z uwagi na to, że ciągle jest z istoty i natury niewyszukaną muzyką pod względem kompozycyjnym, a także egzemplifikacją twórczego rozpierdolu powinna nadrabiać w innych rejonach niż robi to na tej płycie. Nie wydaje mi się zatem, aby walorem Multiverse była doskonała realizacja i przejrzysta produkcja obnażająca każdą ścieżkę, aby doskonale wybrzmiewało każde uderzenie tantryczno-szamańskich bębnów w The last illiterate, które idąc głośniej i głośniej wraz z krautowymi syntezatorowymi plamami i sinusoidami i stoner metalową gitarową barytonową brzmi niczym jakiś mutant world music, domykając się w swym patosie zarzynaniem blachy przez Gustafssona - na koniecznym, psiakrew, pogłosie, który spłyca doświadczenie dzikich alikwotów. Mój obraz tej płyty będzie naturalnie związany z uprzednimi oczekiwaniami i wyobrażeniami, które wykluczałyby jakiekolwiek powinowactwo muzyki duetu z pulsującym bluesem Sleepu i innych epigonów stoner metalu, jak w Sickness begins when one starts to think. Fala wznosząca pojawia się dopiero za Consider a single wave relieved the pressure on the system, które z kolei momentami przywołuje z pamięci post noise rockowe zawodzenia (lecz, boże broń, nie zawody) Łukasza Ciszaka w The Locked Room. Bodaj najmilszym, bo niespodziewanym zwrotem jest technoidalny, bardzo Brutażowy God is nothing more than an acoustic hallucination - numer ten w przeciwieństwie do poprzednich przywraca wiarę w repetycję, jako rzecz angażującą, a nie nudzącą. A o Brutażu w tym miejscu wspominam nie bez powodu, wszak mastermind przedsięwzięcia, Jacek Plewicki, wydając płyty w swojej oficynie myśli o nich tylko i wyłącznie przez pryzmat doświadczenia koncertowego  - tak naprawdę cele wydawania płyt i grania koncertów są wobec siebie zbieżne. Płyta zaś zamiast grande finale zapewnia wybledzone i efemeryczne free imrpov If The Universe is Expanding, are we drifting apart too - jedyna nadzieja dla poszukujących w twórczości BNNT szumowych potencjałów. 

(A skoro już o jakichś dygresjach mowa - podobne rozczarowanie jak do BNNT mam do duetu debiutu TSVEY [Połoz-Kujawski], bo choć koncerty dają zajebiste, to płyta ta jest w najgorszym przypadku zupełnie niepotrzebna)

Jak więc starałem się wykazać nie jest to płyta na miarę BNNT, a gdybym nie szczędził złośliwości napisałbym, że płyta, jak na metal, nawet fajnie brzmi i buja. I wiem, wiem, że agresywne gitary napędzane przesterem i fuzzem znajdują poczesne miejsce w katalogu Instant Classic, bo oficyna wydawała m.in. Kethę, Belzebonga, Dead Goats, Thaw, Stubsów (tym ostatnim również lepiej szło granie koncertów niż nagrywanie płyt), jednak drugim filarem Instant Classic jest granie bardziej eksperymentalne, czy wprost noisowe (jedną z lepszych płyt katalogu jest grind-noise-free improv kolaboracja Merzbowa i Balázs Pándiego). Płyta BNNT brzmi jak dziecko kompromisu skrojonego w taki sposób, żeby Quietus był ukontentowany i żeby głęboko rockistowski krajowy słuchacz, który w ubiegłym roku tak strasznie jarał się, że Lotto takie fajne, też mógł odetchnąć z ulgą. Dlatego  może i nie mam bólu dupy i na szczęście, wbrew tej płycie, sypiam spokojnie. Tylko czasem żal mi dupę ściska, bo wiem, że ta płyta w jakichś innych okolicznościach mogłaby robić znacznie lepiej. 




BNNT
Multiverse
10 października
Instant Classic 

poniedziałek, 6 listopada 2017

KONCEPTY - Mazut "Ping-Pong Amplified", Various, "Radio Noises"


Mazut, Smoleński, "Ping-Pong Amplified", Various, "Radio Noises"

Najlepszą tegoroczną płytą z udziałem Konrada Smoleńskiego wcale nie jest nowe BNNT (może napiszę kiedyś, czemu płyta Multiverse nie podoba mi się aż tak bardzo) , tylko Ping-Pong Amplified, do którego został zaangażowany duet Mazut. Do rejestracji materiału doszło na zamkniętej imprezie, która miała być reminiscencją performensu dźwiękowego, w trakcie którego Konrad Smoleński grał turniej w ping ponga z rektorem Akademii Sztuk Pięknych na zamplifikowanym stole. Podczas imprezy, w trakcie której był zarejestrowany niniejszy materiał Mazut miał grać improwizowanego seta do podłączonego do przetworników piezo stołu, który był dostępny dla każdego z gości tej imprezy. W opisie do Ping-Pong Amplified Smoleński wyjaśnia koncept ping ponga, jako jedynego sportu, który może być powszechnie uznany za akuratną dziedzinę sportu, jeśli chodzi o art world - bariery wejścia do tego sportu są żadne, bo nie wymagają nie wiadomo jakiego przygotowania fizycznego, w trakcie grania można palić, a jakikolwiek ruch jest w zasadzie ograniczony. Poza tym przestrzeń stołu jest nacechowana symboliką - stół ping pongowy to rywalizacja w zasadzie bezszelestna, życzliwa i choć rzecz jasna bywa emocjonująca, to jednak niemal nigdy nie kończy się gniewną konfrontacją. "Bezprzymiotnikowy" stół jest miejscem spotkań, wspólnych posiłków i rozmów. Te wyraźne koncepcyjno-symboliczne wskazania znalazły zaskakująco dobrą realizację na nagraniu Mazutu i zdecydowanie koncept nie usprawiedliwia żadnej twórczej mizerii - jak to niestety z konceptami czasem bywa. Nie ma co ukrywać - obecność Mazutu na tej imprezie miała charakter muzakowy, duet Turowski-Starzec dogrywali tam rzeczy do kotleta, w dodatku w taki sposób, by kruche dźwięki uderzeń piłeczki o stół ping-pongowy były jakkolwiek słyszalne. Wpłynęło to znacząco na charakter muzyki, która znacznie różni się od bogatej biblioteki nagrań Mazutu. Zamiast teutońskiego, brudnego, szumowego techno łamanego przez EBM, nadpobudliwością w budowaniu perkusyjnych kanonad, które były idiomem wczesnych nagrań duetu, tak jakby dopiero co powstały zaawansowane bit-maszyny, Mazut zmniejszył ilość BPM, zamiast nojzowego szlamu wprowadził nieco więcej dubowych przestrzeni, postawił na polirytmiczny groove, a czasem aleatoryczny funk, postawił czasem na bardziej acidowe synthy, jednak nagranie jawi się ciągle jako przejrzyste i jasne. Nie zapominajmy jednak o ironicznym airhornie, retromemiczności tegoż, a może nawet już jego kampowości. Stosowana gdzieniegdzie powietrzna trąbka zaskakująco nie odstawała od całości bardzo dobrego materiału. Także koncept się udał.



Za to na właściwości szumowe postawiła jedna z lepszych konceptualnych płyt, jednej z ciekawiej zapowiadających się krajowych wytwórni, która już w swoich dokumentach fundacyjnych postawiła na konceptualizm. Antenna Non Grata, bo o tym labelu mowa, to nowa inicjatywa kuratorowana przez Marcina Olejniczaka oraz Tomasza Misiaka. Label ten zrodził się z fascynacji wszelakimi antenami i ich modyfikacjami jako pełnoprawnymi źródłami dźwięku. ANG kieruje swoje zainteresowania w stronę dźwięków radia, telewizora, thereminu, drutu, przewodów koncentrycznych... Z jednej strony tak ścisłe i aprioryczne określenie poszukiwań dźwiękowych rodzi obawy o wyczerpanie się konceptu, z drugiej jednak strony jest to tak rzadko spotykane by zuchwale, a jednocześnie odważnie określać i zawężać pola swoich eksploracji. Z tego też względu będę z uwagą śledził poczynania tego projektu.

Pierwsza płyta w katalogu wytwórni to, a jakże by inaczej, album koncepcyjny i kompilacyjny zarazem, którego tytuł wyjaśnia bardzo wiele - Radio Noises. Przed artystami zaproszonymi do udziału tej płycie postawiono zadanie dotyczące wykorzystania radia w muzyce. Historyczna rola tego wynalazku nie wymaga przypomnienia i nie chodzi tu li tylko o muzykę sensu stricto. Nazistowska rewolucja, a także scentralizowana propaganda w innych krajach, nie mogłaby się obyć i trwać bez powszechnego dostępu do radioodbiorników. Radio sprzyjało rewolucji dźwiękowej, która odwróciła proporcje w udziale między doświadczeniem wizualnym, a audialnym. Tanie radioodbiorniki zmieniły standardy komunikacyjne, spowodowały stworzenie nowych gałęzi gospodarki związanej z mediami i rozrywką. Emancypowały dźwięki od swego pierwotnego źródła, a przez swoje niedoskonałości stały się narzędziem estetycznych rozważań i kreacji. Lew Termen pod wpływem obserwacji zmiany dźwięku jaki towarzyszył zbliżaniu obiektu do anteny radiowej podjął prace nad pierwszymi elektronicznymi instrumentami bezdotykowymi, z thereminem na czele, co bezpowrotnie zmieniło historię muzyki. Słuchowisko Wojna światów z 1938 transmitowane w CBS Radio rzekomo wywołało masową panikę, a do dziś wyobraźnię łowców teorii spiskowych rozpalają stacje numeryczne. Imaginary Landscape No. 4 Johna Cage'a na 12 radioodbiorników eksplorowało szumowe właściwości wynalazku. Itd. itd. 

Zdaje się zatem, że Radio Noises odnosi się do zaprzeszłych rozważań dotyczących wykorzystania muzycznego radioodbiorników, które ustępuje narzędziom bardziej multimedialnym i zdecydowanie wygodniejszym w użytkowaniu. W związku z tym, że standardem w radiofonii jest przechodzenie na sygnał cyfrowy może okazać się, że stare odbiorniki staną się bezużyteczne jako pośredniki, po to by zostać li tylko źródłami noisowego dźwięku. Muszę przyznać, że pokusa robienia charczącego hnw mogła być silna, lecz artyści stanęli na wysokości zadania i zaprezentowali bardzo różnorodne podejście do tematu - zatem na pochwałę zasługuje także kuratorska swoboda, z jaką potraktowano artystów zaproszonych do projektu. Sytuację powagi konceptu rozluźnia intro Syczą i brzęczą artysty GW 94, wszak niewiele płyt wita się soczysta "kurwą" rzuconą od samego progu. Po "kurwie" jest już tylko nieustępliwy basowo-buczący dron sunący po dostojnej sinusoidzie zdobiony menażerią właściwą dla radioodbiornikowych syfów, pisków, trzasków, klików, żużżałek i kodów w alfabecie Morse'a.

A skoro radio, to i słuchowisko - najlepiej zaś słuchowisko plądrofoniczne, a dodatku zaś metafizyczne, bo odnoszące się pionierskich czasów dla masowej produkcji odbiorników i rozwoju tegoż przemysłu w Polsce duetu Dariusz Brzostek i Joanna Walewska pt. Ania R-613, Jej Sny i Podróże (526,5 - 1606,5 kHz) wraz z surowymi bulgotami i sykami tytułowego instrumentu. Mirtowe impresja Radio Edit jest zupełnie odmienna, a właściwa Mirtowi - wysokiej jakości dźwiękowa magma nieustępliwie sunie zabierając ze sobą elektroniczne pasaże, fragmenty nagrań terenowych oraz widmowych głosów. Osobliwy na tle całości jest Micromelancolie, idący od rwanego szumami ambientu, bo nadal oparty na długich dźwiękach nieregularny cut 'n clicks/łamany przez chopped and screwed - wrze w tej muzyce od sprzeczności, że aż miło. Z tym albumem przypomina się także projekt Synthopia z utworem Sonaris, który nie zrobił zasłużonego szumu grając znakomity duchologiczny muzak w stylu Croatian Amor - niestety, lecz "piosenkowa" jeśli chodzi o długość utworu, forma nie przysłużyła odkrycia geniuszu, który widać dopiero na albumie B Tape Preis. Mothertape w Nawykach posługuje się prostacką wręcz metodą przepuszczania radiowego bełkotu przez echa i dileje, co daje zaskakująco dobry efekt dezorientacji, a Gaap Kvlt nie wychodzi poza dark ambientowy idiom. Uroruro stwarza poczucie przestrzenności w Noł Nejm Czwarta grając z jednej strony niski subbas, z drugiej wysoki syk, między którymi w końcówce utworu pojawia się zniekształcony głos - jest to dla mnie mistrzostwo, jeśli chodzi o minimalizm. Grande finale Radio Noise Duo, czyli projektu kuratorów albumu czyli Tomasza Misiaka i Marcina Olejniczaka powraca do dźwiękowej surówki, którą zapewnia radio - długie, szorstkie dźwięki zbliżają się raz do piekła power electronics, raz zaś do statyki HNW. Z uwagi na to, że album Radio Noises nie występuje jeszcze na żadnych streamingowych portalach podrzucam zatem utwór Radio Noise Duo ze składanki dla Harsh Noise Movement.

Finalnie zaś album uważam za bardzo udany zarówno koncepcyjnie, jak i estetycznie. 



wtorek, 24 października 2017

AND MUCH MORE - Field recordings and much more from Marrakesh, Morocco


Sawt/Sur, "Field recordings and much more from Marrakesh, Morocco", źródło: bdta.bandcamp.com

Z uwagą przeczytałem to, co na temat tego albumu miał do powiedzenia Bartek Chaciński na blogu Polifonia. Jego rozważania dotyczące Field recordings and much more from Marrakesh, Morocco projektu Sawt/Sur stworzonego przez Rafała Kołackiego, Elę Schulz oraz Łukasza Jędrzejczaka zawierają się w stwierdzeniu, że trio robiąc za publiczne pieniądze, w ramach programu Kultura polska na świecie materiał wizualno-muzyczno-dźwiękowy o mieście, w którym większość mieszkańców to muzułmanie wykazuje się przekorą, wszak publiczny grosz, to także polityczny grosz, a ideowe pryncypia polityczne sprzyjają obecnie praktykowaniu islamofobii. Za przekorą zaś idzie odwaga, bo po takim geście grantodawcy mogą zastanowić się nad tym czy nie odciąć osoby odpowiedzialne za niniejszą płytę od finansowania projektów w przyszłości - przy założeniu, rzecz jasna, że władza polityczna się nie zmieni.

Jak czytamy na stronie programu Kultura polska na świecie, dotyczy on wymiernie policzalnego konkretu, jakim jest dofinansowanie kwaterunku oraz transportu dla ludzi kultury, którzy chcą brać, czy to czynnie, czy biernie, udział w wydarzeniach mających miejsce na całym świecie  Z ciekawości rzuciłem okiem na listę z posiedzenia komisji, która rozpatrywała wnioski o złożone w ramach tego programu. Wniosek złożony przez Rafała Kołackiego o tytule Notatki z Maroka znacząco wyróżnia się na tle aplikacji - stoi wręcz okoniem wobec wniosków, które były złożone przez inne osoby. W większości przypadków wnioskodawcom zależało na tym zaprezentować swoją twórczość za granicą albo też oglądać twórczość na imprezach odbywających się na całym świecie. W przypadku Kołackiego/Schulz/Jędrzejczaka, nie chodziło o kulturę w sensie twórczości artystycznej, lecz kulturę sensu largo - ich podróż do Maroka, w celu odwiedzenia innego kraju, innej kultury, zanurzenia się w niej, a następnie zebrania materiału dźwiękowo-wizualnego, przechwycenia go w celu dalszej prezentacji.

Brzmi niewinnie, nieprawdaż? Lecz nawet niewinność stała się polityczna.

Twórcy tego albumu - tutaj szczerze polecam wydanie fizyczne, ze zdjęciami w formie i formacie pocztówki, skromnym, acz zgrabnie zaprojektowanym booklecie i wytłoczonym po bożemu CD - za swój cel mają ukazanie rzeczy, takimi jakimi są, nie wdając się w jakiekolwiek antropologiczne opracowania zebranego materiału. Spacery w lokalnej sonosferze, zarejestrowane na poszczególnych utworach pozbawione są tytułów, co sprzyja dezorientacji. Nie jest ona jednak bezcelowa - konfrontuje ona słuchacza z pierwszymi skojarzeniami, rezerwuarem wiedzy, uprzedzeń i innych jednostkowych determinantów. Drugim poziomem doświadczenia tego albumu jest chęć poznania czegoś więcej - poznania miejsc, nagrań muzycznych, pozyskanych najpewniej z brakiem zachowania norm prawnych dotyczących praw autorskich i pokrewnych, ale za to w ogóle pozyskanych na potrzeby nie wiecznej chwały autorów, lecz na rzecz społeczności słuchających. Drugiego poziomu nie doświadczy się wcale, odnośników autorzy oszczędzili sobie publikując Field recordings and much more from Marrakesh, Marocco. Test Utajonych Skojarzeń jakim może być ta płyta może być (nie)wystarczającym walorem kulturoznawczym tej płyty.

Jeśli zatem miałbym odkrywać przed wami, jak ja odkryłem się w tej płycie to znalazłem w niej przerażenie. Nie było to dosłowne przerażenie, z jakim skonfrontował mnie Kołacki w field recordings Hijra. The Noise from the Jungle [moja recenzja], czy pornograficzny lęk z lojfajowego techno Souvenira de Tanger, lecz ten utajony lęk przed utratą w narodowej zbiorowości, w której żyję apriorycznej ciekawości świata, życzliwości dla innego, refleksji poprzedzonej krzywdzące sądy, chęci poszerzania horyzontów, radości z poznawania wielości tego świata. Byłoby to stetryczałe pieprzenie o tym, że "kiedyś było lepij", gdyby wcale nie, bo to niedawno było, gdy National Geographic nie zostało jeszcze przejęte przez Murdocha i gdyby na czele polskiej edycji pisma nie stała celebrytka. To był ten nieodległy czas, gdy z uniwersum znaczeń nie wyciekły niepostrzeżenie słowa, takie jak tolerancja, wolność słowa, społeczeństwo obywatelskie. Field recordings and much more... zdaje się beztrosko być w czasie i miejscu, gdzie Młodzież Wszechpolska protestująca przeciw wejściu do Unii Europejskiej zdawała się być kuriozalną aberracją, a nie mainstreamem zbiorowych chuci.

Chciałbym pozostawić tę gorycz za sobą, czuję jednak, że eskapizm coraz mniej omawianej tu płyty tę gorycz wzmaga. Dźwięki przemawiające za siebie, akuzmatyczne, nagie, pozostawione sobie bez komentarza, ruch uliczny, grajkowie, muzaki i muzyki, piękny widok kryje złe prawdy - coś nieodwracalnie pierdolnęło, wszystkie dzieci wszystkich krajów świata nie żądają pokoju, lecz uciekają przed świecką apokalipsą, bo innej już nikt nie czeka.

Przepraszam zatem, że nie opanowałem swojej prywatnej trwogi pisząc o tej płycie. Będąc tu, abdykując od opisu podstawiłem się pod nią sam, a ona podstawiła się mi.





wtorek, 26 września 2017

KRÓTKIE TRWANIE- DMNSZ, "OUIJA"

DMNSZ, OUIJA, źródło: pointless-geometry.bandcamp.com
Popatrzcie zatem na katalog wytwórni Pointless Geometry - nie ma gdzie szpili wbić, wytwórnia stworzyła monolitycznie i nieodmienne dobry katalog, świetne opracowanie graficzne kaset, wychodzenie z odważnymi inicjatywami, np. wydawanie materiałów audio-video na kasetach VHS, jak niedawna rozszerzona wersja ciągle znakomitych Wsi, czyli projektu Bartosza Zaskórkiego (Mchy i Porosty) oraz Konrada Materka (Chaosynod, Rez Epo). Poza tym świetna jest jakość  techniczna kaset wydawnictwa, co nie jest zawsze standardem. No i najnowsza płyta DMNSZ, czyli Demonszy, czyli Patryka Daszkiewicza, a także trzecia część grupy sumpf. 

Zwidy ujawniające się po kolei na tej płycie to albo pokofeinowy zjazd albo nieustanne telepanie ciała przy przedawkowaniu. Albo zmęczenie podsycane kolejnymi energetykami. Albo euforia zamulana alkoholem. Coś co potencjalnie mogłoby nastrajać do zaśnięcia, złożenia głowy na łonie Abrahama. Coś co rytmem pętli mogłoby dawać ukojenie gorzko się od ciebie dystansuje. Przesz ku temu, ciągnie cię, a jedyną nadzieją, jest trwanie, bo to muzyka do długiego niezmiennego trwania - w czasie niewiele się tu zmienia - zmienia się tak, jak bezludzki krajobraz, od świtu do zmierzchu - niemal naturalnie, jakby bez ludzkiej ręki. A ty obserwujesz swoje bycie w dźwięku - to zmiana następuje w słuchaczu, bo dźwiękowi jest wszystko jedno. Muzyka odpychająca - muzyka przyciągająca. Muzyka zapraszająca - muzyka zamykająca drzwi tuż przed nosem. Muzyka naga, prosta - muzyka tajemnica.

Zdaje się, że Daszkiewicz jako jeden z niewielu w kraju rozumie możliwości minimalizmu, który nie jest jednocześnie minimalizmem kwartetu Reich-Glass-Riley-Le Monte Young. Daszkiewicz celuje w to co robił William Basinski, co słychać w nieustających pętlach, specjalizuje się w skupieniu uwagi na pojedynczości fenomenów akustycznych, jak Alvin Lucier czy Morton Feldman. Jednocześnie podskórna kostropatość wszystkich ścieżek zbliża artefakty, nazywane roboczo utworami na OUIJI  niebezpiecznie do ANW (jak w numerze L) z jego bezwzględnym trwaniem. Jednocześnie trwanie to jest krótkie - po danej liczbie powtórzeń utwór niespodziewanie kończy swój bieg, niedosycając muzakowe oczekiwania, które zazwyczaj stosowane są wobec minimal music.

Ilość ścieżek każdego utworu mieści się na palcach jednej ręki lub brzmi tak jakby była zrobiona na prostym kasetowych czterośladzie. Zamiast wirtuozerskich kawalkad DMNSZ gwarantuje wsłuchiwanie się w mikrodetale. To jest bodaj jeden z największych walorów tego materiału - zachęta do wsłuchiwanie się w prostotę dronów, ambientów, szorstkich pasaży przechodzących w akwarelowo-pastelowe pętle, Boże broń nie popadająca w łatwizny gatunku. Dźwięki technologicznego lo-fi są na OUIJI obecne, ale Daszkiewicz nie nadużywa tej estetyki w ramach retromelancholii. Tym bardziej, że czasem bywa precyzyjne hi-fi, gdy robi subbasy podobne do Andego Stotta (utwory Y oraz E).

Ej, a czy wiecie, że to jedna z najlepszych płyt kończącego się powoli roku?

DMNSZ
OUIJA
Pointless Geometry
3 lipca 2017
 



sobota, 23 września 2017

NAJZIMNIEJSZA Z ZIMNYCH FAL - Piernikowski - "No Fun"/Przemysław Witkowski "Taniec i akwizycja"


Przemysław Witkowski, "Taniec i akwizycja", Robert Piernikowski, "No Fun", źródło - własne.

1. Ulica wbita była klinem między brzeg rzeki, a rząd kamienic, pustostanów w zasadzie, ledwo co napoczętych budynków, z których gdzieniegdzie sterczała zbrojeniowa stal (osiedle pojebane jest). Ulica, co ja zresztą nobilituję tę ścieżynę, która coraz bardziej rwana z asfaltu przeradzała się w piarżysko, wspinała się do góry, powoli ociężale, by ukośnić się, 20% wzniesienia się z tego zrobiło, a ja czułem wchodząc w górę, po klinie wbitym w między coraz wyższy brzeg rzeki, a rząd spalonych na żółto elewacji i nagiej cegły jakbym miał zaraz się stoczyć w gruzowisko, które upadło na dół, tam gdzie byłem przed chwilą. U góry była metalowa brama zaczynała się od ściany budynku, kończyła zaś przy samym brzegu rzeki. Za bramą było już bardziej sterylnie (widok ulicy cieszy mnie), a ja chciałem się tam znaleźć. Lecz w momencie gdy sięgałem po klamkę z naprzeciwka podszedł o ten, w dresie, niebieskim i czerwonym. Zamknął przede mną bramkę (pod klamką był klucz, ten go przekręcił) i zaczął do mnie. Zanim podjąłem ucieczkę, zdążyłem zrobić portret pamięciowy, nie czekaj, całą fizys zapamiętać tego. Twarz zdradzała nieuleczalny alkoholowy zespół płodowy (twarde pięści i cieknące łzy) a rozdęta była od gniewu; gniewna rozdętość powodowała, że głowa tego była okrągła, uszy schowały się gdzieś z tyłu, a włosy niemal zupełnie wypadły. Rozdętość spowodowała także siatkę sinoszarych i różowych rozstępów po całej głowie, aż po grubą szyję - rozstępy zdawały się wpełzać na krótkie ręce, krótkie nogi i gęsty beczkowaty korpus. Gdyby tego było mało, twarz pokrywały ospowe blizny. Ten nie zdążył nic powiedzieć, nie wiem czy był nawet zdolny, bo zacząłem uciekać w tym kierunku, z którego przyszedłem. Tego intencje rozpoznałem dobrze, instynkt zwierzyny łownej mnie nie zawiódł. Moja ucieczka była niedbała i ospała, on maszyneria zrobiona do wpierdolu. Rzucił się na plecy, moje plecy, objął mnie ramionami za szyję i nogami za uda. W ostatnim geście, zanim spadliśmy na ziemię, zdążyłem jeszcze obrócić się o 180 stopni - przygniotłem zatem tego, wgniotłem go dokumentnie do gruzowiska na dole stromego klina. Ważę konkretnie, to i ten, myślałem, że go zniszczyłem na amen. Oswobodziłem się z niego, zresztą jego członki lekko ode mnie się odkleiły, zobaczyłem, że pewnie jeszcze dycha, tylko jest ten trochę przyćmiony, przygnieciony. Lekkim krokiem postanowiłem zejść z powrotem, lecz ten, jak ta bestia, wstał i na mnie znowu. Dobrze, że było blisko do stacji metra zrobionej za unijne pieniądze, wparowałem za szybę peronu, a ten za mną. Było tu sporo ludu, chciałem się wtopić, znalazłem mężczyznę po 50-tce, był wysoki, miał chude nogi, wielki orli nos, wielki brzuch, silne ramiona. Schowałem się za mężczyznę, a ten tylko patrzył przez szybę, zawołał kolegę (przyszli chłopacy, a ja martwię się). EEEEE - pewnie tak mówił szukając mnie w tłumie, a ja przytulony do robola zdążyłem tylko zrzucić z siebie sen - ten sen (pojebane sny wczoraj), który został wywołany przez słuchaną do poduszki No Fun (cisza obudziła mnie)

2. Mam dwie tajemnice - pierwsza z nich to, ta, że pisałem wiersze na konkursy, bo domy kultury powiatowych miasteczek płacą najlepsze wierszówki. Pisałem także dlatego, bo chciałem mieć na nagrobku pod nazwiskiem i datami granicznymi adnotację "anarchista i poeta". Przestałem pisać, bo skończyłem z licealnymi mrzonkami, bo odbiór nagród prawie zawsze wiązał się z obowiązkiem stawienia się na gali, a ja nie lubię wychodzić z domu. Miałem także dość dosyć zblazowanego towarzystwa oraz tego, że nie raz i nie dwa musiałem odmawiać paniom w wieku poprodukcyjnym. Odtąd nie ceniłem poezji, wychodząc z założenia, że chujowy fandom potrafi zohydzić wszystko. Drugą tajemnicą jest to, że nigdy nie nauczyłem się pisać o rapsach. Próbowałem to robić, bo szukałem wymiernych korzyści (rap blink-blink, bragga o hajsach z nieba robiły na mnie spore wrażenie), szukałem wrażeń, próbowałem odkrywać nieznane lądy, chciałem robić to dla frajdy etc. Okazało się jednak, że nie potrafię przekroczyć granic wejścia szczerze zaangażowanego słuchacza, więc jedyne, co potrafiłbym transkrybować to Najebawszy Smarki Smarka, którego obsesyjnie słucham już od zbyt wielu lat. Z osobistej niechęci do poezji (znanego mi poetyckiego fandomu) oraz samorozczarowaniu jakiego zaznałem, nie mogąc pojąć rapsów, zwróciłem się w stronę muzyki instrumentalnej, a ponad semantykę słowa zacząłem doceniać spekulacje na temat semantyki dźwięków - moderowanej przez ledwie tchnienia tytułów, plądrofonicznych cytatów, autocytatów, kolaboracji, okładek, wkładek - istnienie tych co powyżej, bądź też ich świadome nieistnienie - bardziej konteksty, zależności, sieci niźli teksty mnie interesują. Doprowadziło to do szczerze pielęgnowanej nienawiści do blurbów (przez tę nienawiść nie dostąpię królestwa niebieskiego, to pewne) tak samo jak do muzyki samookreślającej (samoozaorującej) się mianem poezji śpiewanej, która prawie nigdy nie jest ani dobrą poezją, ani dobrą muzyką. Wolałem, gdy dźwięki milczały, wybrzmiewały same sobą, dawały wolność interpretacji, dowolność odkodowania znaczeń. To sprawiało, że stawałem się szczęśliwy i namiętnie zainteresowany. No Fun odmieniło moje potrzeby i zatwardziałość w momencie, gdy otworzyłem bookleta z tekstami.

3. Tak jak ołtarz i tron są fundamentem królestwa, tak poezja i muzyką są dziedzinami nierozdzielnymi. Słowo dźwięczące z muzyką i w muzyce, nie jest już tym samym słowem, jeśli byłoby w separacji od muzyki - dźwięki muzyczne są próżną formą bez dźwięczących w niej słów. Dźwięk i słowo wzajemnie się wspierają i wznoszą się w wzajemnie do góry, nawet jeśli osobno są ułomne to razem bliżej im do Ideału. To co powyżej można by uznać za typowe pierdolenie starożytników - lecz w każdym pierdoleniu znajdzie się czasem jeśli nie prawda, to może nawet racja. Dobra piosenka czerpie z tych nauk, choć ja się na piosenkach nie znam zbyt wiele, tak mi się przeto zdaje, że porzucając petryfikację podziałów dobry tekst piosenki, nie jest dobrym tekstem sam w sobie i dobrze istnieje tylko z muzyką, którą do niego pasuje. Odseparowane od siebie te rzeczy kuleją, razem się wzmagają, gdy zaś jedna góruje nad drugą lub gdy chcą się prześcigać w wysztukowaniu najczęściej powstaje z tego jakieś pretensjonalne gówno (robimy swoje gówno... gówno), Hammondy, dzwony, czemu cieniu odjeee(eeeee)żdżasz, no i chuj, no i cześć. Na No Fun funeralno-gitowska artykulacja Piernikoskiego może dystansować od rozumienia błyskotliwych fraz tekstów, pozostawiając posmak dyskomfortu idącego wprost z instynktu, który mówi - tu jest groźnie, tu być masz prawo, jeśli tylko masz siłę. Moja córka usłyszawszy Antari M-10 stwierdziła, że jest "ten pan śpiewa groźnie", mimo zapewnień artysty, że dziecko "patrzy się w ogień, sie nie boi". Gdy odrzucić doświadczenie audialne płyty, booklet z tekstami jest zaskakująco podobny do tomu wierszy Przemysława Witkowskiego Taniec i akwizycja - swoją drogą poecie zawdzięczamy jeden z najbardziej wzruszających aktów ostatnich lat jakim jest materiał Michała Turowskiego 1992/1993 - pod linkiem wyjaśnione jest o co dokładnie chodzi


4. “ Na Taniec i akwizycja znajdziecie kilkadziesiąt krótkich, precyzyjnych utworów poetyckich, które rzadko bronią się pojedynczo, ale jako tom dają do myślenia" - tak o wierszach Witkowskiego pisał blog Kurzojady. Tutaj też pojawia się paralela z No Fun, które jest kinematograficzne jako album, choć jednocześnie mając nad Witkowskim tę przewagę, że utwory z albumu stanowią niebywałe earwormowe (n)evergreeny - co jednak może wynikać z tego, że płyta z muzyką może mieć naturalną przewagę, w postaci medium jakim jest dźwięk. Niemniej No Fun zdaje się być probierzem typu czystego idealnego albumu, spójnego świata dźwięków wywołujących bardzo konkretne omamy wzrokowe. Spoistość wątków, słów-kluczy używanych przez obu artystów nie pozostawia wątpliwości - to jest to samo uniwersum przeniknięte na wskroś zimnofalową trwogą. Piernikowski "zapala znicze, wciąga dym", u Witkowskiego "kobieta wraca z targowiska/w plastikowej torbie niesie/masło chleb znicze". Piernikowski martwi się o ludzi ze swojego bloku i wszystkich innych ludzi - Witkowski jest bardziej bezwzględny, przypomina, że to wszystko "niepotrzebne życia". Zimna fala ("to przecież takie zimne, obce życie), jako gatunek muzyczny kojarzy mi się z lapidarnością Piernikowsko-Bąkowskiego (oj Robert się Penerstwa nie wystrzeżesz i nie rób tego, bo robisz to dobrze) oraz, jak to po raz kolejny ujęły Kurzojady, "Przemysław Witkowski jest poetą najwyraźniej nielubiącym wierszy złożonych z więcej niż sześciu-siedmiu wersów". Piernikoski posługuje się częstą repetycją, podbijając słowem rytm podkładów, Witkowski jest bardziej precyzyjny, nie nadużywa biało-czerwonej oprawy tomu na powtórzenia - transmutując język poezji w cold wave. No Fun oraz Taniec... przywołują na myśl wczesną twórczość Variete, Made in Poland, Madame, Kineo Ra tekstowo także 1984. Diagnoza świata zastanego jest wyraźna - rezygnacja i przemijanie wprawiają w ruch ten cały jebany biznes. Co zdecydowanie różni Roberta od Przemysława to perspektywa - Robert jest maskulinistyczny, w jego świecie istnieją tylko "chłopaki" i "białasy", ewentualnie ludzie, którzy "leżą jak groby". Jest w tym prosty subiektywizm, chłopka-roztropka, który "zbiera na bluzę najka/na Jordany" - widać tęsknoty za najkami wyrażone przez Smarki Smarka ponad 10 lat temu są ciągle palącym problemem - oprócz pokacowych zwidów, braku perspektyw, drożyzny, codziennej przemocy, życiu na krawędzi,  które stało się koniecznością zbyt wielu, a nie wyborem desperatów. Przemysław jest wrażliwym społecznie obserwatorem, poetyckim odpowiednikiem chorego na duszy pracownika socjalnego, który odwiedza najpodlejsze miejsca ludzkiego i zwierzęcego bytowania - być może przypominającego sobie z goryczą te czasy, gdy zaczynał pracę w MOPSie, gdy myślał, że zmieni świat i zbuduje szklane domy. W swej obowiązkowości wyzbywa się samego siebie (Boziu, mam reminiscencje z projektem Wsie), nie mówiąc nigdy w pierwszej osobie (oprócz jednej z niewielu słabości, gdzie Witkowski pisze "Rozdałem karabiny/weszliśmy do biura") - podczas gdy Piernikowski mówi w niemal zawsze w pierwszej osobie. To jest ta jednia o której mówiłem wcześniej - potykający się o okruchy marzeń o lepszym świecie pracownik terenowy MOPSu i zniszczony cywilizacją gitowiec spotykają się. Nikt nie wie co z tego spotkania wyniknie. Może nic, może coś. Lepszego horroru nikt by nie wymyślił.

5. Muzycznie Piernikowski odcina się nieco od tropów, które eksplorował z 1988 na Oriencie w ramach duetu Syny. Stawia na proste, stosunkowo mało zniekształcone popularnym lo-fi, synthy imitujące chóry, damskie wokale i sekcję smyczków, kojarzące się z czołówkami tanich serii filmów grozy i tych o zjawiskach paranormalnych, wywołujące jednak skutek inny od retromanicznego zadowolenia idąc w stronę rozkoszy odnajdywanej w melancholii. Wielość kontrastów odnajduje się we flagowym numerze Trwamy, gdzie długim dźwiękom syntezatorów towarzyszą bębny raz programowane tak, jakby maszyny perkusyjne dopiero wynaleziono, w związku z czym należało jak najbardziej zagęścić kawalkady uderzeń, jak w EBMie, by przejść do czegoś w rodzaju organoleptycznego footworku z agresywnie zacinającym elektronicznym hi-hatem. Funeralny Koniec lata zwiastuje koniec, gdy pomruki wolnych temp pogłębionych, jak groby, pogłosem przypominają Kineo Ra i Variete, podobnież jest w monstrualnym Jutro będzie inaczej. Płyta ta ma dwa grande finale, które wobec problemów poruszanych na płycie nie są ani wielkie, ani też nie finalne - sprawy są otwarte, postępowanie trwa nadal. Martwię się to koślawo-kulawa wariacja na temat piosenki, śpiewanej tak źle, że aż przechodzą ciarki i to nie wstydu, lecz beznadziei i to nie beznadziei z samej piosenki, ale chujni wkoło. Instrumentalne Outro brzmi ni to jak intro do Drukqs Aphex Twina, ni to jak muzakowa propozycji o roboczym tytule Classic music classics played on crooked synthesizer by haunted soul.

Piernikowski
No Fun
Latarnia Records
LA010
27 kwietnia 2017 

Przemysław Witkowski
Taniec i akwizycja
Wydawnictwo Warstwy
2017





wtorek, 5 września 2017

OSWAJANIE - Nac/Hut Report, "Grey Zone Collapse Nostalgia"

Nac/Huc Report, Grey Zone Collapse Nostalgia, źródło: nachutreport.bandcamp.com
To najlepszy moment by wyrazić swe obie obiekcje - rzec nihil novi, lecz powstrzymać się od kategorycznego no pasarán. Dobrze pamiętam swój zachwyt, gdy usłyszałem Nac/Hut Report po raz pierwszy - ta początkowa euforia niepojętości, w której postawił mnie duet, zapewniając przyjemność jakiej nie doznałem długo potem. To była miłość wywołana przez impuls - głupie to, naiwne wręcz, szczeniackie, by nie przebierać w słowach. A słowa, które ledwo dobiły się do mnie spoza słuchanej wtedy muzyki, mówiące o tym, że choć koncepcyjnie Nac/Hut Report jest cudowny, to finalnie nudny i przewidywalny nie docierały do rozumu - ostałem przy swoim, niczym głupiec, nie chciałem falsyfikować prawdy idącej od zewnątrz, bo ta prawda była już moja i była prawdą we mnie - Nac/Hut Report jest cudowny, a ja kocham go po wsze czasy.

I choć przyznam, że dziś wiele recenzji chciałbym napisać na nowo, że czas przydaje trochę sprawiedliwszego osądu, a rzeczy dziś wydają się być inne niż wówczas, tak nadal moje uczucie do tego duetu jest gorące - a przynajmniej wspomnienie pierwszych chwil z nim gorącość wzmaga. To co robi Nac/Hut Report nie różni się od tego, co robił on do tej pory na poprzednich nagraniach - rozpaczliwy ryk gitar jak w MBV splata się i rozplata z rytmem high-endowych nojzowych sprzężeń i trzasków. Ciągle brakuje tu rytmu - choć może lepiej powiedzieć, że rytmem jest wszystko, gdy zapętlone sekwencje frenetycznie rotują i kotłują się w stereo. Pryncypializm grupy w metodzie, niezmienność wobec siebie i słuchaczy może być zarówno rozczarowaniem, jak i rzeczą jakże potrzebną - gdy wymyślanie się na nowo stało się obiektem twórczych westchnień, wtedy robienie rzeczy w koło Macieju, z albumu na albumu, z piosenki na piosenkę daje poczucie bezpieczeństwa  - jakiekolwiek by te piosenki nie były.

A piosenki te są ciągle te same przedziiwne artefakty - z jednej strony zniekształcone wokale o proweniencji Cocteau Twins albo Sinead O'Connor, stojące na granicy zrozumienia słowa, gitarowe plamy shoegaze'owe, potraktowane reverbem, distortion i tremolem. Oraz twarde sprzęgi, trzaski, pohukiwania, etc. - niemal cała galeria hałasów z L'arte dei rumori znalazła tu swoje zastosowanie - wykorzystanie muzyki konkretnej na Grey Zone Collapse Nostalgia jest nieco częstsze niż na poprzednich albumach. Zdaje się, że dotychczasowa twórczość Nac/Hut Report może być najlepszym wprowadzeniem w harsh noise, dla osoby, która jest niedzielnym słuchaczem czegokolwiek - a może to idealne piosenki dla die-hard fanów dźwięków niepojętych. Być może dlatego, że duet nie robi pastiszu z piosenek, wykpiwając je nojzem jak Nurse with Wound, ani nie obnaża także potencjalnych mielizn sztuki hałasu przez konfrontowanie go z uroczymi piosenkami. N/H R traktuje te dwa wymiary śmiertelnie poważnie, a kraina melancholijnej łagodności jest logicznie spleciona z ostrymi cięciami hałasów - jak u Fennesza albo Kazumy Kuboty. Nic dziwnego, że wydawcą tej płyty stała się słynąca z weird popu Crunchy Human Children Records.

Nac/Hut Report
"Grey Zone Collapse Nostalgia"
Crunchy Human Children Records
30 maja 2017 r. 

CZYTAJ TAKŻE RECENZJĘ: Nac/Hut Report, "Schizm No Symmetry"


niedziela, 3 września 2017

NIEPIOSENKI - Panowie, "Zerwane EP"


Panowie, Zerwane EP, źródło: panowie.bandcamp.com

To już nie jest moda, ani nurt, lecz cywilizacyjna choroba, tym już lepsza, że oswojona, nie wstydliwie chowana, bo już nie stygmatyzowana. Retronautyzm zrasta się z tkankami społecznymi, sięga tam, gdzie podług kategorii linearnego postępu - ku przyszłości - sięgać się nie powinno. Zainfekowani chorobą reprezentują wstecznictwo bardziej radykalne od rozsądnie ewoluującego konserwatyzmu muzyki miłego milionuchego słuchacza wydanego przez systematyki badań opinii i gustów. Chorzy, najczęściej nadwrażliwcy, podatni na chłonięcie bakcyla abdykują w twórczej afirmacji życia z odniesień do świata zastanego - nagie życie bywa rozczarowaniem, to fakt, więc czyż nie lepiej więcej by śpiewać i tańczyć do realnie Niebędącego Już w Użyciu?  Rozkosz z wyodnajdywaniu muzyki porywa wielu. Estetyka, w której tańczą Panowie staje się rzeczą, która znajduje neoficki oddźwięk - choć ich EPka Zerwane wyprzedza nieco nowe fascynacje wielkomiejskiego zainteresowania, wszak wydawnictwo to pochodzi z 2014 roki. Pomijając praszczurów krajowego revivalu synthu spod znaku Super Boys and Romantic Boys w latach dwutysięcznych zastaliśmy przynajmniej kilka pierwiosnków uświęcenia syntetyzowanych gatunków muzyki tanecznej - do dziś pamiętam rozmowę na antenie TVP Kultura, gdzie Muniek Staszczyk kajał się, że tak disco polo uznawaliśmy za gówno, dziś już tak nie myślimy - a nie dowierzałem wtedy temu co widziałem, konstatowałem wszystko szeroko otwartymi oczami i niezwerbalizowanym dotąd szokiem - tak samo jak na pierwsze miejsca dla Papa Dance na sławetnej liście najlepszych polskich płyt według Porcysa. Dziś estetyka disco bywa podejmowana lepiej niż wtedy - obecnie gdy czarny staje się nowym czarnym, wówczas dotychczas ubrani w czernie wydobywają na świat takie twory jak Disco Polonię, która od doskonałych pod względem producenckim eurodancowych hitów nazywanych omyłkowo discopolo woli sięgać do duchologicznych wspominek znanych z fanpeja Early Disco Polo, piosenki więziennej i chodnikowej, przemycając pod pompującym Casio-bitem zarówno tekst o miłości, jak i  antykapitalistyczny protest song oraz intrygujące aranże. W nurcie disco-retronautyzmu funkcjonuje także psychodeliczny Duel Top (Jakub Lemiszewski/Mateusz Lampasiak), który sam siebie określa gatunkiem Agro Indie. Panowie znajdują się w konstelacji tych wpływów, choć EP Zerwane stanowi stadium pośrednie między szukaniem krajowej świadomości i tożsamości, a wydobywaniem najlepszego z tego co w szerokim świecie.

Epka zaczyna się od  Zerwanego wychodzącego powoli z szumowego mroku, w stronę pościelowego synthu czerpiące wprost z najlepszej płyty ze spoken word (mówię tu bez grama szydery), jaką jest After Dark od Fabio. Zresztą szum dobrze definiuję tę płytę - niedoskonałości niegdysiejszych nośników widmem witch house'u i vaporwave'u otulają to wydawnictwo. Amatorzy i dupeczki to delikatnie zvaporyzowana wariacja na temat ordynarnych potupaji Andrzeja Zauchy, doskonale spierdolonej produkcyjnie płyty Disco Boutiqe Ewy Kulińskiej, która byłaby najlepszą płytą disco-funkową w historii, gdyby Ewa Kulińska zechciała zamilknąć, a nade wszystko estetyka, także dzisiejszych, dancingów uzdrowiskowych - byłem w tym roku w Restauracji Parkowej w Kudowej Zdroju, było mi tam, jak w niebie. Nad wszystkim zaś w tym utworze królował ponadnaturalnie wielki elektroniczno-erotyczny werbel oraz szara eminencja w postaci szugejzowego wokalu. Mógłbym umrzeć dziś na luzie zaczyna się hałasem, jakby z Trout Mask Replika dalej wyradzając się w synth z tym samym mocnym uderzeniem, które zakleja dziurę między melancholią italo disco, a totalizme belgijskich EBM-ów. Pamięć prawie na pełnej oraz Jej serce wyrżnięte ze szkła próbują zaś udowodnić, że są dziećmi mezaliansu french touch i skażonej słowiańszczyzną estetyki grupy wokalnej VOX - tylko vocodera brak. Ostatni na epce ZOBACZ JAK SKACZĘ, ZOBACZ JAK MOJE SERCE PĘKA (caps lock znajduje się w oryginalnym tytule) to piękna instrumentalna wariacja na temat melancholii - bez mrugania oczkiem, z elektroniczną celestą, rwanymi wokalnymi samplami, męczonymi pogłosami werblami, stawiający na zakończenie płyty New Age'wą kropkę (reminiscencja Croatian Amor) , bądź też biorąca wszystko w cudzysłów. Boć moc tu nawiązań i tropów EPka ta, choć wypreparowana od swych oczywistych pierwowzorów stanowi klajster, pomost do tego, co się robi z tą krainą w zakresie najwidoczniej niezbyt ironicznego przyjmowania w swe warsztaty disco i to w dodatku polo. Ej Panie Brutaż, kiedy coś wydasz w tym gatunku?

Panowie 
"Zerwane EP"
wydawnictwo własne
21 października 2014