poniedziałek, 2 lipca 2018

SZTUKĄ JEST ZINTERPRETOWAĆ- "Nagrania terenowe" Filipa Szałaska


Koniec antropocenu


- Prawicowy, naiwny, poczciwy gość, ale w zasadzie idiota popełnił fatalny błąd [...] nawet nie błąd, lecz uprzejmość: mianowicie jak zwykle, jak możesz sobie wyobrazić, mówiłem całkiem dużo, zbyt dużo i wtedy ten gość chciał mnie upomnieć po przyjacielsku i zwrócił się do mnie tymi słowami:
"pomimo, że bardzo lubię Żiżka, z pewnością ma najwyższe IQ spośród wszystkich nas, jestem tego pewien, ale mówił dzisiaj tyle co połowa tego stołu..."


Where images take us apart sounds can bring us together.

Daniel Kordík

Ex ante pragnę wystrzec się wykładni tej książki opierając się na roli Filipa Szałaska jako krytyka kultury i autora niniejszej książki, ignorując wręcz jego istnienie. Autorstwo nagrań terenowych, już tych bez cudzysłowu było często pomijane przez wydawcę, wiele świetnych nagrań terenowych figuruje w powszechnych spisach z adnotacją no artist jak w przypadku tak ikonicznych dzieł jak bestseller Songs of Humpback Whale (1970), które na discogsie jako autora mają wpisanego... humbaka właśnie, choć nagranie sporządził Roger Payne. Rejestrujący (recordist) był w tym przypadku uznawany za technika, przedłużenie urządzeń rejestrujących, ośrodek sprężysty stojących między źródłem dźwięku, a odbiorcą, pozbawionym ego i właściwości badaczem. Mojej osobistej perspektywy praktyki sporządzania oraz wydawania nagrań również w niniejszej recenzji nie znajdziecie. Dziś wiemy, że autorstwa humbaka nie traktuje się li tylko w kategorii żartu; kultura tych zwierząt obejmuje bardzo bogaty repertuar pieśni okolicznościowych, systemów muzycznych oraz sezonowych mód na określone melodie.

Wybaczcie zatem, że zaczynam ad personam, lecz robię to po to, aby przez dalszą część wywodu nie zrobić tego ani razu bez wyraźnej potrzeby. Filip Szałasek nie wszystkim się podoba, najpewniej dlatego, że, co wykazał w poprzedniej książce wydanej w Wydawnictwie w Podwórku pod tytułem "Jak pisać o muzyce" bardzo mu zależy na włączeniu krytyki muzycznej do rzeczowej i fachowej krytyki kultury w ogóle, aby wyjść z pisaniem o muzyce z recenzenckiego stuporu polegającego na bylejakości, powtarzalności, name checkingu i jałowym wymienianiu paraleli muzyki odnoszącej się do innej muzyki, a nie na przykład do innych dziedzin życia - jak zresztą czytam w "Nagraniach terenowych" muzyka zostaje wywyższona tak bardzo, że można zapomnieć o konstruktywnym porównaniu ją z czymkolwiek (str. 199). Co nietrudno odgadnąć ludzie recenzujący "Jak pisać o muzyce" zazwyczaj nie podzielili tego poglądu uznając Szałaska za snoba. Czytając bloga fight!suzan, po tym gdy sam otrząsnąłem się ze "środowiskowego" ostracyzmu, wyrażonego przede wszystkim w łatwo przyjętej przeze mnie kpinie, która jest jedynym żywym uczuciem będącym w stanie konsolidować "środowisko" piszących o muzyce w Polsce (patrz: cykliczne guldoburze) uznałem Szałaska za mistrza w zakresie niekontrolowanych wybuchów dygresji (które czasem burzą flow) oraz dramaturga stosującego bardzo zapamiętywalne twisty (patrz m.in.: recenzja "Girl Nothing" Złotej Jesieni). Przyznaję, już bez wstydu, że zostałem jego fanem.

Za cytatem z początku zaś - Szałasek jest na mnie, a także na wielu [prawicowych, naiwnych poczciwych gości, którzy ciągle niestety stanowimy rdzeń nieistniejącej przecież krytyki muzycznej; a skąd wiem jaka jest polska krytyka muzyczna? nie wiem, wyrażanie kategorycznych zdanio-opinii nabyłem czytając dwie książki Szałaska], którzy sobie piszą o nagraniach muzycznych, zbyt mądry (antyinteligencki, ludowy gniew przemawia w tym "zbyt mądry", nieprawdaż?) i zbyt zaangażowany w quality content. A przynajmniej był - na przykład gdy napisał sławetny rant na Noise Magazine (efekciarki, prosty, lecz bardzo potrzebny). I ta niby laudacja nie jest laudacją na niby, zapewniam, że nie powoduje mną przekąs, a respekt. Osobowość autora wyrażona w autorstwie książki po ludzku, po zwierzęcu paraliżuje mnie, roztacza nade mną umysłową przewagę, a zatem - władzę. Dlatego też osobowość autora (wyobrażoną/prawdziwą - to przecież tak nieistotne) odrzucam, by przestać się bać.

A może strach ma wielkie tylko oczy, a w perspektywie "Nagrań terenowych" - uszy? Wszak główną tezą "Nagrań..." jest zdanie, że przenosimy praktykę doświadczania rzeczywistości z wizji na fonię - w tym celu skonstruowano pojęcie audiolatrii. Centralnym pojęciem książki jest zaś "postprawda". A to wszystko w świetle przekonania, że słuszna jest petryfikacja antagonizmu między zmysłami odpowiadającymi za doświadczenie zmysłowe, a oko i ucho są genetycznie zaprogramowane na zwalczanie siebie nawzajem w tańcu choroby autoimmunolgicznej, która zdaje się mieć przede wszystkim podłoże cywilizacyjne. Ślepe, lecz choćby najbardziej rozwinięte i czułe ucho jest nadal upośledzone - lecz dobrze to, bo jest alegorią ponowoczesnego świata, gdzie nie ma kierunków i wektorów, a nagrany dźwięk, oderwany od swego źródła stwarza jedną z największych rozkoszy jak i zagrożeń zarazem - możliwość twórczej nadinterpretacji. Nagrania terenowe nie odzwierciedlają rzeczywistości, lecz tworzą hiperrzeczywistość, a bezpośrednie doświadczenie oddaliło się w spektakl etc. W istocie "Nagrania terenowe" są pracą afirmatywną względem twórczego nasłuchiwania, co wobec twórczej siły krytyki  przeradzającej się w literacką fikcję i szwindel (sic!); i jako taka może być uznana za wielkie rozczarowanie - gdy słuchanie, będące istotą field recordingu, jest sprawą drugorzędną wobec literackiego opisu przeżyć ze słuchania.

Lecz rozczarowanie po prostu musiało być losem pierwszej polskiej książki o nagraniach terenowych, niezależnie od tego czy została by napisana z dziadkowską manierą historyzmu od pierwszych wzmianek o marzeniach starożytnych o rejestracji dźwięku przez wynalazki Edisona, po nagrania terenowe jako sposób na wywoływanie wstrząsów politycznych w ramach tzw. afer podsłuchowych (te rzeczy zresztą są wzmiankowane w książce). Na taką wyobrażoną książkę, będącą bedekerem po przypisach, zbiorem opracowań znajomych choć rozproszonych wcześniej tekstów, przekrojem rdzenia tradycji i wzmianek obrzeży i tłumaczeń lepszej, zagranicznej literatury, za podręcznik i elementarz spadłyby gromy, że nuda i sztampa, lecz byłaby to sztampa zgodna z oczekiwaniami; pozycja cokolwiek nieikoniczna, lecz formalnie wypełniającą lukę w krajowej humanistyce; byleby było, byle się działo cokolwiek, byleby wykładowca mógł zapewnić dzieciaczkom na kulturoznawstwie lekturę na fakultecie, poza antologią "Kultura dźwięku". Być może w świetle tej świadomości te konkretne "Nagrania terenowe" poszły wbrew oczekiwaniom, idąc za krytyką kultury wyrażanej przez Waltera Patera, by emancypować przeżycie jako instrument poznania (str. 202), i zarazem rozczarowując podwójnie - nie będąc tym czym jest i  zarazem będąc taką książką jaką jest.

"Przed orkanem" cenię jako porażkę, która rozwiewa iluzję tryumfalnego dotarcia do jakiejś "prawdy", "esencji" - to słowa o albumie Marcina Dymitera, lecz równie dobrze mogłoby to być motto "Nagrań terenowych". Bo co zajmuje field recorderów lub ludzi, którzy interesują się tematem? O czym się rozmawia na subredditach /fieldrecordings lub /naturerecordings? Jaki jest typ czysty postrzegania dziedziny i jej specjalistów? Jakie jest ich potoczne rozumienie, stereotypowe postrzeganie? Nie zamierzam odpowiadać na te pytania, bo zapewne sami sobie już na nie odpowiedzieliście - coś tam o sprzęcie (hardwarze i softwarze), o najlepszych warunkach, ciekawych miejscach. "Nagrań terenowych" nie interesują muzaki. wprost kpiąc sobie z fałszu eleganckiego fieldowego easy listening, który będąc sfabrykowanym utworem/produktem/środkiem produkcji pozbawionym dźwięków ludzkiej obecności może usypiać czujność wobec zagrożeń antropocenu, w którym w rzeczywistości nie ma ani białych plam, ani jednego miejsca, gdzie ludzka działalność nie jest słuchowo doświadczana. Pomija się nawet wartość dokumentalną i reportażową nagrań, które przez wielość stopni zapośredniczenia, po finalnej (nad)interpretacji również projektują jakiś spektakl. O urządzeniach (wirtualnych oraz sprzęcie nagrywającym)  nie pisze się tu wiele - z niezdrową, fascynacją nowinek technologicznych ostatnie strony, w nawiązaniu do rozmowy z Marcinem Dymiterem wymieniają aplikacje, które pozwalają na samodzielne tworzenie i formatowanie supersoundscape'ów z dostępnych baz sampli na indywidualne potrzeby headspace'u zamkniętego przed pospolitym, dźwiękowo zanieczyszczonym środowiskiem miejskim.

Jeśli książka poświęca już uwagę urządzeniom nagrywającym jest to uwaga szczątkowa, przy okazji tematyki książki, bo to, jak już powiedziałem to nie poradnik. Lecz gdy już się okazja nadarza stanowi ona potencjalną alegorię - pozwólcie zatem, że do takiej pierdoły się przyczepię, wszak antropologia codzienności, co podkreśla ta książka, dominuje w obecnej humanistyce. W pierwszej części książki wspomina się o nagraniach Francisco Lopeza wiatru w Patagonii. W tym fragmencie oraz paru innych pojawia się wzmianka o drobinie materii uderzającej w sitko mikrofonu. Jest to rzecz jasna wyobrażenie, bo żadna materia (ani owad, ani ziarno piasku) nie mogło bezpośrednio dotknąć  profesjonalnie przygotowanego mikrofonu, który, aby nagranie nie było przesterowane i bardziej zniekształcone, nie mogło pozostać nagie. Mikrofon nie jest wystarczający do technicznie poprawnych nagrań. Musi być odizolowany od ośrodka sprężystego (powietrza) - umiejscowiony na odpowiednim statywie lub uchwycie, które tłumią drgania, włożony do osłony typu dead cat albo blimp, które zapobiegają powstawaniu zakłóceń przy wietrznej aurze, która  w przeciwnym razie zrobiłaby z nagrania nienawistny harsh noise wall. Izolacja jest gwarancją przybliżonego i uprawdopodobnionego doświadczenia gwarantowanego przez nieuzbrojone ucho. Ucho "Nagrań terenowych" jest uzbrojone, otoczone kokonem nieprzepuszczalności niechcianych głosów aż nadto - a są to głosy rozsądku, które, dzięki Bogu, pojawiają się najczęściej w wywiadach, które oprócz esejów, stanowią bardzo ważną część książki.

Czy poprzedni ustęp był potrzebny? Być może nie lub tak samo, jak esej z książki poświęcony związkom field recordingu i pornografii, tak samo jak wspomnienie o rzeczy wątpliwej z punktu widzenia nagrań terenowych, jakim są urządzenia-generatory białego szumu, nazywane tu szumisiami, służące poprawie koncentracji, wyciszeniu i medytacji, będące absolutnie asemantycznymi odpowiednikami field recordingowych muzaków wzmagających potrzeby konsumpcyjne i siły produkcyjne. Aż zaskakujące, że w tak szerokim potraktowaniu tematu i w wycieczkach poza rubieże sprawy zasadniczej, nie pomyślano w "Nagraniach..." by połączyć sprawy fieldów i porno, tylko opisywać równoległe paralele. Dziedziną sztuki i łącznikiem między porno a fieldami jest ASMR. Powiem szczerze, że w trakcie opisów gęstych często oczekiwałem określonych wątków w obawie, że nie zostaną one poruszone, lecz w końcu otrzymywałem te rzeczy; ASMRu niestety nie doczekałem. A przecież to jest dźwiękowo-wizualna (systematyka jest nie bez znaczenia) reprezentacja tego, czego nie zapewnią ani chętne mamuśki z mojej okolicy, ani rojenia na temat środowiska akustycznego projektowanego tak, aby każdy sygnał mógł wybrzmieć i aby masa krytyczna nie przerodziła się w niezdrowy szum -  imitację uczucia, troski, intymności, cierpliwości. Często nagrania te to typowe POW, w którego centrum jest nagi mikrofon pojemnościowy - bez osłonki, bez popfiltra, nieselektywnie zbierający spółgłoski zwarto-wybuchowe oraz najmniejsze ruchy powietrza, lecz pozornie nic ponadto. Jednak nagrania gwiazd ASMR, takich jak Taylor Darling z kanału ASMR Darling, nie są wcale aż tak sterylne akustycznie i wygłuszone przed dźwiękową ingerencją z outdooru, na co wskazywałaby zarówno wielkość i popularność kanału oraz wskazania gatunkowe. Gdy słuchamy nagrania  "ASMR Relaxing Head Massage ♥ Face and Scalp Massage" to nawet bez dodania kompresji w momentach, gdy artystka nie sączy w moją stronę udawanej troski, słychać gruchanie gołębi za oknem i delikatny ruch uliczny. Być może dźwięki otoczenia, zdecydowanie produkt uboczny, efekt niedbałości, stojący na granicy słyszalności, dodaje dźwiękowemu peep show wiarygodności. Śliczna dziewczyna o łagodnym głosie to czysty, kontrolowalny produkt, a ledwo słyszalny soundscape, jako ten, który samodzielnie można uznać za prawdziwy jest zmienną pozwalającą wczuć się lepiej w role-play..
 
Powyższy opis powstał zarówno w ślad jak i w kontrze do metod opisu z "Nagrań terenowych", które testuje pojęcie zawarte w tytule książki sprowadzając je do absurdu, w której każda aktywność polegająca na przetwarzaniu dźwięku jest nagraniem polowym. Testuje pojęcie, lecz go nie wyjaśnia; przedstawia tezy, lecz z trudem je falsyfikuje  W jednym miejscu mówi się, że terenem jest studio nagraniowe - zatem nagranie studyjne także staje się nagraniem terenowym (str. 44). Na szczęście wątek ten porzuca się czym prędzej, jakby w poczuciu bezcelowości. Bardzo często za to nagrania terenowe utożsamione są z opisem doświadczenia dźwiękowego. Innymi słowy urządzeniem rejestrującym jest pamięć. W tej perspektywie nagrania terenowe istnieją niezależnie od rozwoju technologii. Szlag trafia rewolucję technologiczną polegającą na możliwości mechanicznej i elektronicznej rejestracji dźwięku, skoro to samo przez wieki robiła mądra głowa, która była na tyle zamożna, by nauczyć się spisywać swoje doświadczenia i mieć na to czas.
Wracamy zatem do tezy postawionej na samym początku - jest to książka o twórczej sile krytyki kultury dźwięku. Z największą siłą objawia się ona w wywiadzie z Marcinem Barskim (wydawca AudioTong, Mathka, kurator w Instytut Pejzażu Dźwiękowego), gdzie rozmówcy perorują o szczególnej kasecie, której posiadaczem został Barski. Opisana tytułem "Sen Wandzi w Wiedniu" jest nagraniem pochrapywania śpiącej osoby. Doprawdy jest to najbardziej fascynująca rozmowa w całym zbiorze - być może dlatego, że rozmówcy czują bluesa w stosunku do swoich rejestrów intelektualnych - obaj doceniają rolę konfabulacji, projekcji i nadinterpretacji w poznaniu, doświadczaniu oraz przeżywaniu. Taśma z nagraniem śpiącej osoby nie jestem niczym nowym - z krajowego poletka przypominam sobie kasetę "Ostatnia i pierwsza osoba musi mieć psa" Małgorzaty Goliszewskiej, czy też artykuł z sprzed paru lat z Dużego Formatu o field recordingu, gdzie Bogu ducha winnego Sergeja Hanolainena, twórcę z kręgów noise/industrial/musique concrete (znanego głównie jako MAAAA) ukazano jako creepa, gdy ten przyznał, że nagrywa swoją śpiącą żonę. Jednak wielowątkowa rozmowa dotyczy nie tyle samego nagrania, lecz opisu, który przedstawia Szałaskowi Barski. W pewnym momencie Barski zaskakuje interlokutora - tak naprawdę przecież nie wiesz, czy "Sen Wandzi" w ogóle istnieje, czy nie zmyśliłem go sobie jako atrakcyjnej dykteryjki. Po czym dodaje, a również potwierdza początkową tezę "Nagrań terenowych", że ludzie robią fieldy, bo chcą generować artefakty, które uruchomią jak najszersze możliwości interpretacji. To również z tego miejsca rozmowy pochodzi fragment tytułu mojego tekstu. Barski stwierdza, że nie sztuką jest więc nagrać, sztuką jest zinterpretować (str.55-57).

Nie wiemy i nie dowiemy się do końca, czy istnieje Wandzia pochrapująca w Wiedniu. Pewni możemy być jednak, że nie istnieje nikt taki jak Daria Majewska, która jest kolejną przesłuchiwaną osobą w jednym z rozdziałów "Nagrań terenowych". Cringowy biogram mogłaby napisać sama Dominika Dymińska (Majewska to kociara, zawodowo zajmuje się nagrywaniem demontracji, mieszka w Ankarze, czasem w Polsce, uczyła się u Eugeniusza Rudnika). Zatem cały rozdział jest literacką fikcją o field recordingach z demonstracji oraz opowieścią nagraniu sytuacji zagrożenia gwałtem, które zaistniało li tylko w wyobraźni. Mam nieodparte uczucie, że fikcyjna Daria pojawiła się tutaj, by wyrównać parytet płci wśród przepytywanych osób zajmujących się field recordingiem - lecz naturalnie nie wyrażę takiej opinii głośno, bo byłaby to niepotrzebna złośliwość. Przeciwskuteczny wydaje się być dwugłos, w którym opowiadana jest traumatyczna sytuacja zagrożenia przemocą i gwałtem i przypadkowe nagranie całego zajścia. Daria, postać literacka, zakamuflowana jest pomiędzy istniejącymi, wielowymiarowymi, a przede wszystkim prawdziwymi ludźmi - Izabelą Dłużyk, Marcinem Barskim, Tomkiem Mirtem, Marcinem Dymitrem, a jej wymyślone doświadczenie, po demaskacji jawi się jako prawdziwa kpina z prawdziwych traum i dosyć niesmacznym i instrumentalnym traktowaniem systemowej i strukturalnej tragedii przemocy seksualnej. Nie usprawiedliwia tego nawet to, że "Nagrania terenowe" być może miały za cel przetestowanie czujności czytelnika, bądź "twórcze" rozwinięcie rewelacji na temat Wandzi w Wiedniu, a zatem powrót do field recordingu jako hiperrzeczywistości. Post-truth to może słowo konstytutywne dla książki, a także słowo roku według Słownika Oxfordzkiego; z kolei w Polsce młodzieżowym słowem roku pozostaje xD. Lecz daleko mi do śmiechu, bo będąc apriorycznie tak entuzjastycznie nastawiony do tej recenzji wchodzę w świat bezwzględnej folwarcznej władzy ograniczonej tylko przez wolę swojego zarządcy-ekonoma.

Bo nie inaczej jak arbitralnością należy nazwać surowość z jaką traktuje się nagrania Bolesława Wawrzyna, uznając możliwości spekulacji na temat prawdziwości jego nagrań za rzecz pejoratywną, podczas gdy w przypadku innych nagrań otwarte okna twórczej spekulacji są cnotą? Dlaczego w przypadku opisu przypadku Bolesława Wawrzyna wyziera jakaś niewypowiedziana trauma? Być może dlatego, że twórca projektu Bolesław Wawrzyn, Michał Turowski, posiada sporą umiejętność opowiadania historii i kreowania postaci bardziej wiarygodnych i fascynujących od Darii Majewskiej - niezależnie od tego, czy tworzy mroczne słuchowiska w duchu found footage (większosć nagrań Gazawat, z "Wampirem" na czele), krytyczne kolaże dźwiękowe (wstrząsające "Rape Culture"), czy nagrania terenowe wydawane jako Bolesław Wawrzyn.

Kto z nas nie zna tej sprawy sprawy - Bolesław Wawrzyn to alter ego Michała Turowskiego (Oficyna Biedota, B.D.T.A., Gazawat, Mazut i wiele innych). Michał wymyślił nie tylko moniker, ale także całą historię Bolesława - emerytowanego górnika, który fascynuje się nagrywaniem fieldów z terenów mordów i ludobójstwa z II wojny światowej. Michał wykreował Bolesława, po to, aby  ukryć swoje autorstwo i w ten sposób skupić się na pracy - nagrywaniu, prezentowaniu, nagrań i wywoływaniu wrażeń. Okazało się, że historia Wawrzyna i jego pokrętnego hobby było na tyle wiarygodne, że stał się sezonową legendą, mającą swoją podstawę w skompromitowanej, poromantycznej, neokolonialnej chłopomanii, która kazały widzieć Wawrzyna jako jednego z wybitniejszych reprezentantów outsider music. Gdy Michał w końcu zrobił coming out, musiałoby być to dla niektórych szokiem, szczególnie tych, którzy hurraoptymistycznie dokonywali egzegezy nagrań terenowych przez pryzmat ich autorstwa. Oto śmieszek z Internetu robi poważne nagrania o bardzo poważnych rzeczach - więc i te nagrania są niepoważne, jego intencją było zaśmiać się wszystkim twarz, zakpić z ofiar i zakpić z naszej twórczej nadinterpretacji, która została obnażona jako fałszywa. Radykalna arbitralność idąca w niesprawiedliwość najwyraźniej widoczna jest w gdy porównamy recenzję prac Wawrzyna z recenzjami innych nagrań i tekstów im towarzyszącym, jak w przypadku jednej z mojej ulubionej części książki dotyczącej nagrań OlivElegy. W "Nagraniach terenowych" poświęca się więcej energii na demaskowanie osobistej urazy względem Turowskiego/Wawrzyna jako błazna i jego twórczości jako błazeństwie, a mniej uwagi skupia się np. na relacji między pamięcią, a dźwiękiem. Nawet w kręgach niezalowych powstał remiks mema o Hitlerze i jego obrazkach, odnoszący się do histerii ludzi, którzy odkryli, że polubi twórczość Michała. I jest to zdecydowanie relatable meme.

Remiks po lewej: kiedyś coś takiego zrobił Emil Macherzyński, u niego zobaczyłem to po raz pierwszy.

W paru miejscach książka wspomina o doświadczaniu field recordingów tak jak tradycyjnych gier RPG, gdzie immersja zagwarantowana być musi przez szczere zaangażowanie, a zarówno nagrania polowe jak gry fabularne są ramą dla przygody (przy tym wątku zastrzygłem uszami, nie powiem, że nie), lecz pomija jeszcze jednego gwaranta dobrej zabawy - mistrza gry. "Nagrania terenowe" posiadają mistrza gry, wiadomo. Jest on na tyle apodyktyczny oraz wymagający (taki game master czasem być powinien), że nieprzepuszczalny na rzecz, która gra powinna zapewniać w pierwszej kolejności - radość interakcji i zachęcanie do kolegialnego i egalitarnego tworzenia świata gry. Interakcje-wywiady, a w zasadzie rozmowy-zaprogramowane na bycie sporami są ważną częścią "Nagrań terenowych". Oświeceniowy dyktator dopuszcza inne głosy tylko po to, aby pozostać dyktatorem z przymiotnikiem. Interlokutor nie chce przyjąć podejścia Izabeli Dłużyk, która nagrywa przede wszystkim dźwięki natury, specjalizuje się zaś odgłosach ptaków. Jej podejście do sprawy jest bardzo bliskie typowi wyobrażonemu artysty field recordingowego - ważne jest, by nagrać to co istotne (sorry za ten pleonazm) z punktu widzenia jakichś założeń, niezależnie od tego na jakim planie odbywają się dźwięki (czy jest to szeroki soundscape, pojedynczy trel jednego gatunku ptaka, czy detal, który odbywa się na niewyraźnym tle etc.), a następnie opisać źródło dźwięku by uzupełnić doświadczenie i zapewnić słuchaczowi wiedzę. Budzi to opór interlokutora - bo skoro do nagrania dodany jest obszerny booklet z koordynatami, gatunkami ptaków, godziną nagrania, polowymi notatkami i być może, okolicznościami i innym naddatkiem autora, to zawęża się perspektywa twórczej spekulacji dla krytyka. Dla Dłużyk samo nagranie bez rzeczowego opisu jest niepełne. Dla interlokutora zaś obszerny blurb, o ile nie przedstawia wartości literackiej, jest zamachem na autonomię odbiorcy. I zgoda - autorecenzowanie dzieł bywa żałosne i niedojrzałe, tak samo jak opór przed uzasadnionym ich objaśnianiem.

Entograf Andrzej Bieńkowski, którego filozofia nagrania terenowych wprost wywodzi się z tradycji etnomuzykologii Johna Lomaxa, czy Roberta Gordona (honorowe wzmianki o nich znajdziemy w "Nagraniach...", lecz niewiele ponadto) powiadał, że zaczął jeździć na wieś z niepoprzedzonej refleksją ciekawości, a jego pracę napędzała wrażliwość - nie tylko na dźwięk, ale także na ludzki los i krzywdę wynikającą z procesów modernizacyjnych, które wyrzuciły wiejskich muzykantów poza utylitarną logikę. W tym wymiarze field recording wykracza daleko poza rozważania estetyczne idąc w stronę etycznego wymiaru tej sztuki. Bieńkowski przez gest nagrania i nasłuchiwania przywraca tych ludzi do ról społecznych, emancypuje ich od zapomnienia. Istotność tej konkretnej działalności field recordingowej etycznie jest wyższa i ważniejsza od nadinterpretacji rojeń o rzekomo istniejących nagraniach lub relacji doświadczeń dźwiękowych postaci z literackich fikcji. I być może dlatego etnomuzykologia jest w zasadzie nieobecna w książce, bo bardzo prędko zawstydza i demaskuje metodę krytyczną książki. "Nagrania terenowe" powtarzają w paru miejscach hasło emancypacja, ale znowu w zamkniętym obiegu filtrfraka idei chodzi tu o emancypacyjną siłę post-prawdy służącej tworzeniu nowych możliwości dla intelektualisty, który boi się przyznać, że jego odczuwanie i imponujące możliwości sporządzania gęstego hipertekstu mogą być koherentne z odczuwaniem organoleptycznym, opartym na zasadzie ekonomii myślenia. Deklarację o imperatywie nagrywania powtarza Marcin Dymiter opowiadając o nagraniu "Przed orkanem". Dymiter przygotowując się do nagrania, nagrywając i odsłuchując nagranie nie ma celu nagrania czegoś, a celem było samo pójście na pole, a przede wszystkim nasłuchiwanie wynikające pozarozumowego, nieracjonalnego przeczucia, że a nuż coś się wydarzy. W wyjaśnianiu "Przed orkanem" znowu więcej uwagi poświęca się opisowi nagraniu, niż samemu nagraniu. Puentą "Nagrań terenowych", który stanowi esencję wewnętrznego konfliktu agonistycznego, który przeżywam wracając do książki jest fragment rozmowy Szałaska i Dymitera:

FS: Najlepszy jest opis "Przed orkanem". Przeczytałem i dreszcz mnie przeszedł. Ta sytuacja, że dowiedziałeś co cię spotkało, dopiero po powrocie do domu.
MD: Ale to nie jest konwencja literacka, tylko takie są fakty (...)

***
Nasłuchiwanie terenowe to nie tylko ćwiczenie cierpliwości w budowaniu wielostopniowych spekulacji. lecz także ćwiczenie z rozczarowania, a zatem z pokory. W myśl tradycyjnej ekologii akustycznej soundscape'y zazwyczaj są rozczarowaniem, bo ilość szumu (lo-fi), zbyt często dominuje nad ilością sygnałów (hi-fi). Nagrania terenowe zatem nie tylko zakrywają niewidzialne, by dawać się odkodować w dowolny sposób, lecz sięgają w przestrzenie niechciane, które nieuzbrojone ucho selektywnie wycisza, a które mikrofon bez naszej woli zbiera.

"Nagrania terenowe" Filipa Szałaska są zdecydowanie lekturą stymulującą, z wielu powodów wyjątkową. I choć składa się z tekstów, które pierwotnie były rozproszone jako pojedyncze publikacje to połączone są zdecydowaną i konsekwentną metodologicznie i filozoficznie podstawą. Nie polecam tej książki tym, którzy szukają waloru edukacyjnego, bo "Nagrania terenowe" nie mają dopisku "for dummies". Faktografia pojawia się tam mimochodem, a książka nie ma żadnej wartości popularyzatorskiej, oprócz indeksu. Nie odczarowuje field recordingu, nie zachęca do nagrywania, odstrasza przed nasłuchiwaniem - nie jest emancypacyjna społecznie, choć jednocześnie dopomina się emancypacji krytyki muzycznej.

Filip Szałasek
"Nagrania terenowe"
Wydawnictwo w Podwórku
2018


wtorek, 26 czerwca 2018

Bartek Kujawski, "Puerile Things Inferno"

Bartek Kujawski, "Puerile Things Inferno", Bołt Records, 2018


Można by pomyśleć [tak rozpoczynał kazania ksiądz w mojej parafii, gdy jeszcze chodziłem do kościoła], że Bartka Kujawskiego spotkała wielka niesprawiedliwość. Istnieje wiele przesłanek, aby przehajpować jego twórczość; aby był mistrzem kolejnych generacji twórców dźwięków niegenerycznych; aby mógł zarobić na swojej muzyce na co najmniej na pięcioletnie auto  i na solidne M5 w stanie surowym; lub aby przynajmniej sprzedawać przyzwoitą liczbę płyt; bądź przynajmniej wypełniać w połowie pomniejsze sale koncertowe w Polsce powiatowej. Gdybym miał dalej kontynuować tę gorzką laudację nie powiedziałbym, że Bartek Kujawski jest wielkim nieobecnym polskiej sceny muzycznym, bo jest wielkim przemilczanym, choć ciągle i niezmiennie aktywnym. Nieskrępowana konfuzja, w którą wprawia cały katalog 8rolek, które długo były solowym aliasem Bartka oraz twórczość prezentowana pod własnym nazwiskiem, sukcesywnie uprawiana od wielu lat powinna dawać do zrozumienia, że tu więcej niż o szwindel chodzi.

[Ale chyba wywoływanie konfuzji, będzie największą wartością dodaną ważniejszą ponad wszystko to co powyżej.]

Gdybym miał kontynuować tą durną wiwisekcję, a durną ponieważ gdybym chciał się dowiedzieć o co Bartkowi chodzi, wówczas zapytałbym go osobiście, a może nawet jakiś wywiad zrobił, nie byłoby problemu, problemem jest jedynie to, że jego głównemu i wieloletniemu wydawcy, czyli Wojtkowi Kucharczykowi, duchowi-poruszycielowi Mik!Musik! obiecałem wywiad już dawno temu, a wywiad ten przeprowadzam z nim od ponad roku, więc gdybym miał kontynuować tę wiwisekcję wówczas musiałbym sięgnąć do mojej pamięci, a wy zaś powinniście pamiętać, że przy okazji szokującego dla mnie doświadczenia jakim było Bartkowe A kto słaby niech zjada jarzyny, przesłuchałem niemal całą dostępną dyskografię muzyka. Niemniej nie była to pierwsza moja przygoda z nagraniami Kujawskiego. Doświadczeniem o charakterze formacyjnym był dla mnie Umpomat, którego recenzję przeczytałem w gimnazjum w tygodniku opinii (być może to była Polityka, a autorem recenzji był Bartek Chaciński, nie pamiętam). Opis płyty, rzekomo niesamowicie bezkompromisowej był dla mnie, młodego kuca wielce podniecający. Wówczas też zamówiłem sobie płytę za jakieś 30 zł + wysyłka, co w czasach przed inflacją i w okolicznościach braku dochodu było olbrzymim wysiłkiem finansowym. Kompakt okazał się być dla mnie wściekle rozczarowujący, zrazu gdzieś go odłożyłem, lecz zrobiłem to w należytym szacunku dla drogiego nośnika. Wróciłem do niego za jakiś czas i sekwencja powtórzyła się: szok, wyparcie, negacja i odrzucenie Umpomatu, tego pomieszania minimalizmu Raster Notona, zgliczowanego pseudo-idmu oraz elektronicznego harsh noise'u zbudowanego wokół szkieletu z niewidzialnego bitu. Później zrobiłem to znowu, bo dostałem od cioci z USA nowego discmana, a nie miałem zbyt wiele kompaktów, tym bardziej oryginalnych, a tym bardziej tłoczonych. Wdrażałem się i  powoli racjonalizowałem wydane 45 zł na płytę (cena obejmuje shipping).



W zasadzie relacja z Bartkiem Kujawskim zaczęła się od symptomu sztokholmskiego, gdy to wypierałem możliwość złej alokacji moich oszczędności oraz optymistycznego podejścia do autorytetu dziennikarza muzycznego (chyba Bartka Chacińskiego, nie wiem do tej pory). Z czasem ta patologiczna relacja przerodziła się w odwzajemnianą miłość, która w swój porcelanowy jubileusz eksploduje raz za razem od A kto słaby niech zjada jarzyny, przez Daily Bread po tegoroczny pocisk miłości w postaci Puerile Things Inferno. Klucze interpretacyjne tego ostatniego albumu można by odnieść do takich pojęć jak ironia, postmodernizm, dekonstrukcja, a nawet cynizm, w porywach kretynizm.

Lecz nie chcę używać tych pojęć dlatego, że są pretensjonalne, bo dlaczego byśmy nie mieli używać pretensjonalnych środków opisu, jeśli faktycznie odnoszą się do uczuć, a nawet faktów. Wydają mi się być one nieco błędne, po prostu. Przyjrzyjmy się ironii jako najniższej rangą z kategorii uczuć wyższych strategii twórczej, która jest dosyć pasożytnicza, czasem zbyt publicystyczna, populistyczna i cynicznie epatująca brzydotą, w istocie dosyć instrumentalna, zbyt często powierzchowna. Zdaje się, że poza warstwę pozorów stwarzanych przez Kujawskiego przebił się Bołt Records, który po prostu zasługiwał na to, aby po Tomaszu Sikorskim, wydawać także i Bartka. Doprawdy ciężko dopatrzeć się w katalogu wytwórni równie osobliwego podejścia twórczego, tym bardziej, że Bołt zawsze stawiał na wydawanie wyrazistych osobistości. Być może jednym z niewielu w katalogu Bołta, choć i tak ledwo powinowatych z Kujawszczyzną jest sławny album sultana hagavika czy manifest odechcenia Bartka Kalinki.

Dwa Bartkowe sztosy z 2016 roku, powinowate metodą A kto słaby niech jada jarzyny oraz Daily Bread , jawiące się dla mnie zarówno wówczas jak i dzisiaj zbiorami sposobów na budowanie napięcia przed dropem, a odpuszczanie samego dropu, niczym wieczna tortura dla klubowych bywalców, tak jakby Bartek zbyt na poważnie przyjął film "Teens React to Merzbow". Niestety nie jest już dostępna wersja tego dosyć głupawego reaction video, ale nawet na podlinkowanym filmie widać, że dzieciaki zrazu bujają się do tej muzyki myśląc, że hałas jest intro do jakiegoś bangiera, oczekują, oczekują, po czym już nie kryją irytacji i rozczarowania wyrażając opinie, że to najgorsze co w życiu słyszeli. Bartek Kujawski na albumach z 2016 roku podkręcił irytację o podobnej proweniencji do rangi sztuki zwyrodniałej dającej dziwną rozkosz, rozbudzając nieuświadomiony fetysz.

Nie bez powodu wspominam tutaj o nojzie, bo zrazu przypomniała mi się niedawna tyrada znanego nojzowego twórcy, która z grubsza zawierała się w paru podpunktach:
- harsh noise jest typem czystym noise'u,
- wszystko to co jest wytworem współczesności, co odnosi się do nowoczesnej technologii co nie czerpie z powyższej tradycji, a nojzem czasem się nazywa (przewartościowane muzaki, vaporwave, śmieciowa twórczość soundcloudowych raperów itp.) w istocie nim nie jest,

Co to wnosi w kontekście Bartka? Powierzchownie rzecz ujmując element nojzowy jest bardzo istotny dla jego twórczości - wystarczy posłuchać how to start influential shitstorm video tutorial. Dźwięk, który jest dysonansem nie tylko muzycznie, ale także kulturowo stoi w środku jego muzycznych rozważań wyrażonych w nagraniach. Jednocześnie zaś, co by przeczyło wykładni wyrażonej w poprzednim ustępie, bardzo ceni sobie stockowe brzmienia tanich, syntezatorowych chwytów stosowanych w EDMie, które są tak powszechne, że pewnie paczkę takich brzmień można sobie za darmo skądś tam zripować. Cały album spina mocno brzmienie elektronicznego fortepianu, który jest zwyczajny, a zarazem okropnie tandetny wygrywając te swoje niemożliwie równe arpegia w zestawieniu z syntezatorowym świstem oraz przesterowanymi częstotliwości, które powinny być usunięte przez low cut czy coś (tak jakby się znał). Bartek nie jest nojzowy, bo nie odwołuje się do pakietu nojzowej tematyki, a pozamuzyczny anturaż płyty, włącznie z absurdalną okładką (ciekawostka: pozował Abbath z Immortal na tle mgieł lasów Pomorza) oraz tytułami luźno związanymi z kulturą internetową, jednocześnie jest bardzo śmieciowy i aleatoryczny jak na noise przystało. Bo jakże to się godzić by łączyć industrialowy power electronics, z muzyką dance godną Wixapolu jak w board of sad onanists?

Skoro zatem Bartek ze Puerile Things Inferno, który w zasadzie pozbawiony jest tradycyjnych elektronicznych dźwięków perkusyjnych, nie jest nojzowy, bo Pan Znawca zabronił, choć cechy dystynktywne gatunku są spełnione, to materia nie i inspiracje niegodne, bo zbyt krotochwilne. Zatem może by zamieścić muzykę Bartka w nieco szerszej tradycji muzyki naiwnej? Jeśli tak, będzie to muzyka naiwna jak na Trout Mask Replica Captaina Beefhearta, w której spotyka się osobność i wirtuozeria. Choć o muzyce naiwnej i outsider art nie lubię mówić w kontekście ludzi świadomych, umysłowo zdrowych, którzy potrafią wykorzystywać jej elementy na swoją korzyść, tak chyba inna, być może powinowata nazwa była by bardziej właściwa. Muzyka prywatna, bo o niej mowa, mogłaby być tym co wykonuje na swoich solowych nagraniach Bartek Kujawski. Na tyle prywatna, żę w zasadzie niemożliwa do zmonetyzowania, znajdująca się poza powszechnym, nawet w niezalu, przyzwyczajeniem. Wojtek Kucharczyk przyznawał, że Umpomat w katalogu Mika jest jedną z najlepszych płyt, która zarazem sprzedała się bardzo źle, tak i Mendyk będzie miał nie lada problem z uzyskaniem co najmniej zwrotu za wydanie Puerile Things Inferno.

[Jedyne co pozostaje wydawcy w tej sytuacji to oczekiwanie momentu kiedy wytwórni już nie ma, a za 20 lat jakiś obsesjonata wykupuje masę upadłościową labelu obejmującą nieotwarte jeszcze paczki z kompaktami i robi dookoła niej szum, że to muzyka jakiej świat nie widział; artysta już dawno nie żyje, a jego rodzina nawet nie zdaje sobie sprawy, że gdzieś w zanadrzu mają u siebie krewniaka-geniusza]

Być może ten album będzie uznany za trudny dlatego, że trudno jest znaleźć tak bardzo afirmatywny, choć jednocześnie gorzki album - jeśli dać wiarę tytułom utworów. Dla mnie album ten jest bliski z Kucharczykowym "BRAKIEM", który z niewiadomych powodów zajmuje zbyt ważne miejsce w moim sercu. Być może dlatego,  że to co możemy uznać za współczesną dominantę w muzyce, która nastawiona jest na udziwnianie nagrań, zostaje tutaj przekroczone w stronę pokrętnej progresywności, jak w saving the world with online petition. W nawiązaniu do poprzednich akapitów - to, że ten album jest taki, jaki jest nie wynika z tego, że tak się w ostatnim czasie gra. Ciężko jest mi widzieć punkty styczne między tym co robi Grupa Muzyczna WYPAS, netlabel Rence Andrzeja [RIP], czy fetowane u nas ostatnio Magia oraz Enjoy Life, mimo tego, że metody twórcze mogą wydawać się podobne. Chyba nadużyciem byłoby nazywać Bartka Kujawskiego praszczurem krajowej muzyki postępowo-progresywnej, bo musiałbym zapytać, czy Julek Płoski w ogóle takiego Kujawskiego kojarzy i czy słucha. Nawet jeśli ktoś się zasłuchał w lamentacje Kujawskiego, to powinien pamiętać, że Kujawski jest już dawno daleko w przodzie - o ile muzyka to poważny biznes, a rozwój odbywa się w rozwoju na prostej osi czasu.

Ale nie.


czwartek, 17 maja 2018

Co nowego na Kulturze Staroci

Od nowego roku na Kulturze Staroci niewiele się dzieje. Blog wyhamował w najbardziej nieprzewidzianym momencie - wtedy gdy pojawiły się propozycje pisania do drukowanych periodyków oraz względna rozpoznawalność. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami. Oprócz powodów natury osobistej przyszły momenty przewartościowania tego co się na blogu dzieje. Muzyka nadal jest dla mnie ważna, od niedawna sam zacząłem publikować swoje własne nagrania w swoim labelu. Label stworzyłem dla self publishingu, bo po pierwsze bardzo żenuje mnie myśl, abym przesyłał do innego labelu swoje demo. Po drugie jako recenzent nie chciałem popadać w zależności labeli, o których nagraniach pisze. Tylko jakimś przypadkiem wyszło na to, że publikuję więcej muzyki innych artystów niż swoich własnych.

Na Kulturze Staroci nie usłyszycie o moim labelu. Nie chciałem łączyć swojej działalności wydawniczej i recenzenckiej. Pragnę zachować jakiś obiektywizm. Wiadomo, że muzyka, którą robię i wydaję musi mi się podobać, a moje upodobanie będzie zakrzywione przez ilość pracy, którą muszę w tą działalność włożyć. A ciężka praca nie zawsze równa się doskonała jakość, więc z trudem nie mieszam tych dwóch działalności.

Ciągle otrzymuję od muzyków i labeli masę doskonałej muzyki, za co dziękuję i jestem bardzo wdzięczny. Nie jestem w stanie wszystkiego przerobić, bo jest tego sporo i jest tego zapewne dobrze, co potwierdzają recenzję portali i blogów, które często czytam. W ostatnim czasie ukazało się kilka książek o muzyce i popkulturze po polsku - wspomnę tylko o "Nagraniach terenowych" Filipa Szałaska, które chciałbym uzupełnić także o kontekst tego, że sam field recordingiem się zajmuję, "Nuż w uhu. Koncepcje dźwięku w poezji polskiego futuryzmu" Beaty Śniecikowskiej, czy w końcu "Retromanię" Simona Reynoldsa. Zamierzam się z nimi zmierzyć, pisanie o muzyce bywa często trudniejsze od samego muzykowania.

Do pisania o muzyce tęsknię, stanowiło to dla mnie autoterapię, bo zawsze miałem potrzebę transkrybowania swoich doświadczeń. Owszem przybierają one formę myśli nieuczesanych/strumienia (nie)świadomości, nie wiem czy będę potrafił pisać bardziej standardowe teksty. Nie raz deklarowałem, że konwencja wulgarnego punkowego zina zawsze mi bardzo imponowała, ciężko się od tej estetyki uwolnić; być może najlepiej jest ją sobie oswoić.

W tym miejscu proszę o wybaczenie wszystkich tych, którzy wysyłają mi swoje nagrania w oczekiwaniu, że napiszę recenzję. To może śmieszne, ale czuję odpowiedzialność i zobowiązanie wobec ludzi, którzy dzielą się z mną swoimi nagraniami/nagraniami swoich wytwórni. Może to nieodpowiedzialne, ale nadal słucham mocy nagrań z ubiegłego roku, ciągle wracam do archiwów. Osobiście nie uważam, że najlepszy recenzent to ten, który słucha wiele i ciągle jest na czasie. Niewykluczone, że duża część recenzji z tego roku będzie dotyczyła nagrań z lat ubiegłych. W końcu nazywam się Kultura Staroci, a myślom nad nagraniami należy dać dojrzeć. Mój opór wobec zainteresowania rzeczami tylko dlatego, że ukazują się tu i teraz jest coraz większy. Wszak nazywam się Kultura Staroci, a to do czegoś zobowiązuję - więc archiwalnym nagraniom także będę się częściej przyglądał.

Milczenie też często bywa recenzowaniem. Nie działanie także bywa działaniem. Proszę zatem o cierpliwość, bo masa tekstów dojrzewa na moim dysku. Gdy ogarnę problemy natury obiektywnej i egzystencjalnej oraz wszystkie lęki postaram się powrócić. Także z tekstami bardziej interaktywnymi - wywiadami oraz relacjami z koncertów.


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

KROTOCHWILE



Wydobyć siły libidalne, napiąć człona do wzwodu aby przebić szklany sufit, ciągle niepamietać o kompromitacji patriarchalnych a genitalnych paraleli; pompować do czerwoności mięśnia, czytając archiwalnego Flexa, wysmarować się brązerem i ubrać lateksowe slipki, wetrzeć we włosy pomadę, lecz zapomnieć o twarzy, i prezentować mięśnie szczerząc w bólu zęby; grymas przebiegł po aż po udach spękanych żyłkami i delikatnej stopie wygiętej w akrobatycznym plie, po to by pierdnąć donośnie i sucho, a później tym pierdnięciem obnosić się przy wszystkich sposobnościach, w tym rodzinnych imprezach i biznesowych spotkaniach; próbować się utowarowić, lecz wyparować z rynkowych logik z uwagi na zbyt wiele charakteru własnego, skazy w przekorze i szczerego zaangażowania w strojenie min, robieniu jakichś niepotrzebnych w rezultacie gówien; wysztukowanych krotochwil, pięknie opakowanych, kunsztownie zaprogramowanych, lecz gówien niemożebnych, zawstydzających  świetnie imitowanym sawantyzmem.


Fin de siècle trwający już grubo ponad wiek, wyczerpał się w patosie grozy, więc nie sposób nie zrozumieć, że ktokolwiek robi, a ktokolwiek słucha muzyki opartej na melodyjkach dziecięcych zabawek, monofonicznych dzwonkach pierwszych komercyjnych, ludowych telefonów komórkowych, syntezatorowych przeróbkach hitów dla dorosłych na infantylną dziecięcą modłę, muzaki w drodze do przedszkola i z przedszkola na basen. Niedorzeczne, zapomniane lub wymarłe już gatunki - euro dance, swing, dubspet, k-pop, illbient, drum 'n bass, hard bas oraz 8-bitowe melodie klasycznych gier Nintendo i Segi, brassowe, kwadrowe brzmienia klawiszy Casio, i customowe rytmy tychże - waltz, beguine, disco oraz mambo. Zresztą wókół takiego estetycznego idiomu wytworzyły się już dawno gałęzie przemysłu muzycznego - patrz produkty Teenage Engineering (w szczególności seria Pocket Operatorów) czy słodziutkie, maluśkie i fikuśne synthy Bastl Instruments.

Najbardziej niedorzeczne mariaże gatunkowe, tak durne, że aż genialne, d
ekonstrukcja, ironia, absurdalne czerpanie z gatunkowych klisz; lo-fi i hi-fi w jednym stojące domu, a także staranie o jak najbardziej zdumiewającą i zaskakującą selekcję to praca, którą od dekady podejmuje Marcin Przyłęcki - niezłomny propagator chiptune'u, didżej, twórca audycji, podkastów, znany jako Istota Ssąca oraz DJ Ubu Noir. W ostatnich latach Marcin przenosi swoją zwyczajowo wirtualno-internetową działalność także na nośniki CD w postaci dwóch składanek V/A "Kooky Nuts Pop". Nie dziwny jest wybór nośnika muzyki, który obywa się bez pośrednictwa serwerów wielkich korporacji, które wcześniej czy później zostaną zamknięte. Zresztą, wedle elementarza teorii komunikacji medium is a message. Gdy myślenie w perspektywy apokalipsy nie jest już słabością umysłu, lecz pragmatyzmem realisty, istotne stają "fizyczne" formy przetrwalnikowe twórczości, nawet tak ulotnej jak zamysł kuratorski masterminda składanki playlist. Wartością dodaną składanek "Kooky Nuts Pop" jest to, że utwory powstały na zamówienie Istoty Ssącej, a przesłuchanie ich w całości za jednym posiedzeniem to wyczyn z kategorii "spróbuj zachować pozory recenzenckiej godności i wysiedź do końca challenge". Pewnie, że "Kooky Nuts Pop" zarówno pierwsza, jak i druga część bywają nierówne, bo zdecydowanie zbyt eklektyczne, niemożliwe w swym rozmachu. Lecz jeśli czegoś należy wymagać to rozmachu właśnie, żądania niemożliwego i upadku w dążeniu do tego czegoś. Być może patos nie bardzo pasi do tego typu muzyki, no ale kurde, tu nic nie pasuje do niczego, utwory są wewnętrznie sprzeczne, sprzeczają się między sobą i zostawiają oniemienie w miejscu resztek apriorycznej pewności czegokolwiek, takie oto postmodernistyczne piekło i niebo zarazem.




Przeważają na składankach tych artyści z Francji, USA i UK, jest też paru reprezentantów Polski, z czego jestem dumny, zważywszy, że niewielu obywateli z tymi samymi paszportami co ja może pochwalić się światowymi sukcesami. Mchy i Porosty, który dał głos na drugiej części "Kooky Nuts Pop" jest narodowym skarbem, słodkim niczym Kamil Stoch, dopóki ten ostatni odnosi sukcesy (jebać Piotra Żyłę, joł). Tutaj robi krzywe techno, niewystarczająco osobliwe, choć pocieszne, jednak nie tak dobre jak płyta dla Brutażu, która jest słodka jak ibuprom. Wybaczcie zatem, że robię oto ranking nagrań Bartosza Zaskórskiego, który cieszy mnie swoją bytnością na polskiej scenie, jak mało co. Geniusz to na miarę Tytusa de Zoo i Jerzego Urbana, mający na uwadze tylko i wyłącznie dobro klienta czaruje mnie niezmiennie od czasów gdy tasowałem się do "Wsi", a teraz tasuję się do Mchów i Porostów w splicie z Torpurem. Torpur to niby inna bajka, ale niezupełnie. Moje uwielbienie dla tego squadu, mieszanki grindu, stoneru, szugejzu i surfu, sprowadzającego na nasz piękny płaski i okrągły kraj estetykę środowiska AntF.K.A. Jimmy. (A melting pot of D.I.Y. rock 'n' roll schmutz. Come in with low expectations and even lower standards). To takie granie, że z jednej strony nie napiłbyś się piwa, bo gobliny są niskie, mają po 14 lat i nikt by im piwa nie sprzedał, ale za to mógłbyś z Torpurators (to fani grupy Torpur) iść na miasto i upierdalać jakimś głupim ryjom łapy kurwa maczetami. Torpur to taki Postal w świecie niezaangażowanego rock 'n rolla, dobry do beszczeszczenia zwłok i moczenia nóg
 zgniłej od smogu wodzie przy zachodzącym letnim słońcu przebijającym się przez chmury wydobywające sie z zakładów ArcelorMittal. Więc Torpur jest zajefajny, pożyteczny niczym gnojowica na polu i gile w nosie i bąki w dupie. A co do dupy:

Drugą stronę splita z Torpurem wypełniają Mchy i Porosty i muza ta kwasi gówno w dupie. Czuję, że gniję od środka i wyjebało mi wydech w stronę systemu nerwowego gdy słyszę noise punka, robionego z jakichś sprzężeń sprzeżeń, nadmiaru gainu, werbla tak złego, że ten na St. Anger Metalliki to jak Anna Maria Jopek feat. Popek, to myślę, że najlepsze co może mnie już spotkać to 5% podwyżka płacy zasadnicznej po 5 latach wysługi bądź szybka i bezbolesna śmierć.  Zakopmy się w ziemi bądźmy glizdami? Starożytni cynicy mieszkali w beczkach i kpili ze wszystkiego, a Mchy i Porosty zachęcają do spulchaniania ryjcem ziemi beznamiętnym głosem, prawie niczym Waldemar Pawlak, wielokrotny laureat Srebrnych Ust radiowej Trójki (trujki xD). Pawlak miał w sobie tę reptiliańską siłę, która trafiała w podświadomość komunikatem obey, consume, reproduce, repeat, wiec ja nie pytam zbyt wiele, tylko w hipnotyzujący riff pełen cziptunowych inkrustacji (mam flashbacki z ulubionej płyty Pustostanów). Jeśli pytanie mam to tylko jedno - czemu ta POLSKA (więc nieco upośledzona, hehe) ODPOWIEDŹ NA LIGHTING BOLT I BLACK PUS do tej pory nie dostała dożywotniej renty? Czemu Mchy i Porosty z Torpurem nie prowadzą programu na TTV HD? Czemu gastrozoficzne motywy z numeru RADOŚĆ nie stało się dotąd podstawą żadnego doktoratu?



Czuję się zmiękczony, zblendowany (Blenders najlepszy polski zespół, serio), zdrobniony jak drobne są angielskie słowa goofy, wacky, spooky, petit. Wszystkie one mają głoskę "i", "IIIIIIIIII" czasem mówi się o takim przeciągłym dźwięku, że dzwoni on w uszach (takie extratone'owe dzwonienie raczej, c'nie?) albo przeciągły dźwięk pulsoksymetru, gdy przychodzi już anielski orszak.

Na "Kooky Nuts Pop" pojawiło się także WSZYSTKO, czyli Mikoł Tkacz, który zrobił chyba najlepszy utwór całej składanki. "Nie wierzę w to co słyszę" zawiera wszystko to, co krotochwila póżnego internetu powinna zawierać: cloudowe trapy, sample miałczących kotków i szczekających szczeniaczków, lecz więcej jest w tej imitacji muzaku niepokoju niźli być powinno. Od pierwszych chwil, gdzie muzyka pozwala zwizualizować gifa z keyboardem catem lub wczuć się w klimat Meow the Jewels, by przejść do obrazu okrucieństwa dziecka zrzucającego małego pekińczyka ze schodów w nadziei, że piesek się wzniesie do góry i poleci niczym smok Falkor, fortepianu 
preparowanego  nętrznościami kotów mordowanych przez PETA lub co gorsza dźwięków młodych bocianów nagranych na cudownych nagraniach terenowych Izabeli Dłużyk.

Co by nie mówić, a powtarzać raczej za Tkaczem, muzyka i tak nie ma sensu, choćby posłuchać Blenders i Groovekojada i plwajmy z tarasu na Big Cyca.

sobota, 3 lutego 2018

wojtek kurek




I. Chryste Panie!

II. Problemem są albumy i projekty, skazane na sukces. Już w momencie zapowiedzi tak dobre, że nie cierpiące krytyki w momencie okazania. Najlepiej zaś autorecenzujące się, zawczasu wymyślające namechecking. Najlepiej zaś, aby odwołanie się do jakiegoś wzorca było odwołaniem pozytywnym. Czyli nikt nie napisze w blurbie takiej płyty "kpimy sobie z krautrocka, a Xenakis może nam najwyżej uprać uwalone po ciotce gacie". Idąc dalej - zabiegają takie albumy, a żeby nie metaforyzować, bo albumy, nawet te chujowe, swej chujowości nie są winne, tylko wszyscy ci, którzy ten album wydobyli na barki słuchających - więc ci Oni stareńcy i asekurancy, zasuszeni i nobliwi, taktycznie wyręczają pismaka i jego chuci twórczego podejścia do tematu; a nawet jeśli nie twórczego to wiernego pasji i obsesji wsłuchiwania się. Bo tak jak w polityce wszyscy dążą do zgody, bo zgoda buduje, niezgoda rujnuje [PIERDOLENIE, przypomnienie moje, do tekstu mojego, amen], a niewłaściwym jest wyrażać niezgodę na nieintencjonalny pastisz tego, co nazwano krautrockiem, który przez działania takie jak powyżej staje się coraz bardziej śmieszny, tam gdzie Genesis, Yes i inne neoklasycyzujące typy czyste żenady w kolorze White Anglo Saxon Protestant.

III. Boże uchowaj mnie przed coverem Za ostatni grosz kIRka, skoro nie uchowałeś Za ostatni grosz przed kIRkiem.

IV. Jako że jestem socjalizującym demokratą, a moim świeckim świętym jest Piotr Ikonowicz i jako że nie potrafię petryfikować podziałów ani na poglądy na społeczeństwo i poglądy na muzyczkę (choć muzyczka rzecz jasna nie jest rzeczą najważniejszą dawg), to tak samo jak więcej czasu poświęcam na myślenie o niesprawiedliwościach świata i na ludziach, którzy są ciemiężeni i pozbawieni przywilejów, tak bardziej ponad płyty-celebrytów strojących się w piórka undergroundu [co za obmierzłe słówko fuj, btw], wolę takie właśnie albumy jak solowy self titled Wojtka Kurka, który lepi swoje ekspresje z materii dźwiękowych, które mogłyby zostać uznane za niechciane, brzydkie, suchotnicze i nieważne. Kompozycje, w które te dźwięki zostały wprzężone nie są jednak żadną biblią pauperum dającą wejście w świat dźwięku niechcianego. To zamożni tudzież wykształceni fetyszyzują ohydę tego świata (it's ugly until Rihanna decides it's not), jednak dźwięki z których buduje na pierwszej stronie kasety Wojtek Kurek nie są nawet ekwiwalentem dźwiękowego upodlenia, które dobrze by wyglądało w publicystycznych utyskiwaniach. Bo czyż może być coś bardziej mizernego od uderzenia drewnem w inny kawałek drewna? Kurek wychodzi od aplifikowanej deski do krojenia oraz oplecionych przetwornikami piezo misek - to jest właśnie ta przesławna muzyka kuchenna, która jest nieco dalej w ewolucyjnym rozwoju od muzyki z przedrostkiem bedroom - archetypowe kuchnie są bliższe praktykom zbiorowym i społecznym, sypialnie czy alkowy są intymne, indywidualne, sprzyjają introwertyzmowi, są naturalnym habitatem zboczeń w rodzaju Shakaiteki Hikikomori.

Gdy pisałem patetyczny tekst na temat o patetycznej momentami płycie Melatony perkusjonisty Huberta Zelmera, zachwycałem się nad początkowym uderzeniem i pogłosem idącym za nim, mówiąc o pełni i jedni tego jednego dźwięku. I pisałem te frazy mając w pamięci album Wojtka Kurka, którego materie dźwiękowe są programowo niewystarczające, wydarzające się z konstruktu jakim jest cisza a następnie zamierające w sztuczności jaką dają mikrofony kontaktowe, obce od ludzkiego doświadczenia, zniechęcające do siebie, tworzące spore bariery wejścia. Miałem porównywać te narastania niewystarczających puknięć i stuknięć do czegoś mistycznego, jak kołatki grające w Wielki Czwartek, tyle, że one również niewystarczające, zupełnie inne od euforycznych dzwonów, zapowiadają grozę tortur oraz okrutnej śmierci. A groza i trwoga to ciągle jakieś ludzkie uczucie, choć niezwyczajne i przewrotnie świąteczne, a puknięcia i stuknięcia Wojtka Kurka znobilitowane na tym albumie, zestawione ze sobą w jakimś porządku, nie pochodzą z uczucia lub wyrachowania, ani nawet uczuć nie wywołują. Te uderzenia, w początkowym stadium płyty, są ahumanistyczne, atranshumanistyczne, pochodzą jakby mimowolnie, jakby ze źle zorganizowanej nudy, pukania jedną dłonią w laminowany blatu szkolnego stołu, podczas gdy druga sięga pod stolik po smartfona.

V. Można by spekulować co niezwyczajny eksperymentalnej perkusjonistyki słuchacz może powiedzieć o tej płycie. Spekuluję, że poza nudą i pospolitością nie wysłyszy tego, co się w eksperymentach wysłuchuje, gdy się nie ma na ich temat nic do powiedzenia - czyli interptetacja dźwięków przez ich ilustracyjną użytkowość. Ten album nie jest ilustracyjny, nie jest "dziwny", "straszny", "nadający się do horroru". Początkowe fazy utworu są tak nijakie, że ktoś mógłby uznać, że największy wysiłek jaki został tu podjęty ten przez wydawcę, a nade wszystko przez słuchacza.

A wszystko to co powyżej jest tylko o początkowym fragmencie albumu, który trwa mniej niż 25 minut.

VI. Kurek sukcesywnie zagęszcza atmosferę, uderzeń pojawia się więcej, aleatorycznie pojawiają się ich różne rodzaje ziemistych, krótkich strzałów, później zaś ich cuty i elektroniczne przekształcenia szybkiego delaya, by nie eksplodować w jakiejś katarktycznej nawale polirytmów, lecz wyciszyć się w sekwencji eai 2, gdzie pojawiają się elektroniczne, niskie, lecz ciągle rwane klocki wzbogacone o bardziej szkliste i metaliczne stuknięcia, które po raz wtóry zagęszczają się by rozluźnić się w elektronicznym ambiencie i coraz rzadszych uderzeniach. Druga strona kasety z kolei skłania się z kolei w nieco bardziej ortodoksyjne eksplorowanie zestawu perkusyjnego (struktura ta pojawia się już na albumie kontrabasisty Jacka Mazurkiewicza Mneme), które zapoczątkowane jest przez jednostajne rytmicznie tremolo, by przekształcić się w naturalistyczny dla instrumentu muzak, który zdaje się jest uzasadnieniem dla poprzednich szaleństw, nagrodą dla tych, którzy oczekiwali albumu na perkusjonistę solo oraz wytchnieniem dla tych, którzy po pierwszej stronie albumu spodziewali się, że nie mamy tu do czynienia z formalnie świetnym muzykiem, lecz kolejnym hochsztaplerem jakich wielu (a którzy ciągle robią masę dobrej muzyki imho), który skrywa się za żelbetem wzmocnionym awangardą.

Dla wielu będzie to zarzut, że Kurek nie brnie przez całość albumu w radykalizm, będzie to dla mnie zrozumiałe. Patrząc jednak na album jako całość - bez zgrzebnej mataforyki Janusowego oblicza jakimi są dwie osobne strony kasety wyrażające dwie osobne metody twórcze - album ten to przedstawienie ewolucji grania od prymitywizmu palca uderzającego obiekt przez eksperymenty formalne i brzmieniowe, których zwieńczeniem jest stworzenie zinstytucjonalizowanej perkusji, ze swoimi technikami, specjalistami, komentatorami, autorytetami, akademiami i nagrodami.


VII. Finalny werdykt - to bardzo dobry album.

Wojtek Kurek
s/t
Pionierska Records
P009
10 wrzesień 2017




czwartek, 1 lutego 2018

Pustostany "2012"



W 2017 w tle słusznie chwalonej płyty Kurws Alarm nakładem wytwórni Sweet Rot Records oraz Pouet! Schallplatten ukazała się reedycja Pustostanów 2012, którą tworzyli muzycy Kurws (jeszcze w składzie z Piotrem Zabrodzkim) z Maćkiem Salamonem (wtedy Gówno, dziś Nagrobki). Gdybym za główne kryterium najlepszego albumu danego roku uznał ilość przesłuchań danego krążka, wówczas płyta projektu-efemerydy, jakim były Pustostany, znajdowałaby się na samym szczycie.

Pustostany powstały przy okazji organizowanego przez wrocławską BWA festiwalu Out of Sth. Zespół skompletował się, zgrał, skomponował piosenki, nagrał kasetę wydaną przez Oficynę Biedota  w ciągu zaledwie paru dni. Te około 15 minut materiału wydanych pierwotnie jest jedną z większych osobliwości polskiego noise punka. Rozumieją to chyba sami Kurwsi, którzy zaliczają ten materiał do oficjalnej dyskografii tria, który w porywach bywał kwintetem. Grupa na "k" jednak nigdy nie dorobiła się wokalisty - sugestywne tytuły i żywe zaangażowanie społeczne przemawiało wystarczająco mocno bez wykrzykiwania sloganów.

Biorąc sobie Maćka Salamona za wokalistę do Pustostanów było posunięciem co najmniej ryzykownym - Gówno, w którym Salamon wówczas śpiewał było raczej przez zaangażowanych, "poważnych" punkowców uznawanych za kabaret i artystowską pozę, która bawiła się w konwencjami punk rocka i niemało w tym było prawdy. Śpiew Salamona - sarkastyczny, gamoniowaty, kampowy, zmanierowany oraz daleki od standardów szkoły śpiewu według Grażyny Łobaszewskiej - wydaje się być jednym z najbardziej charakterystycznych głosów wschodzącego niezalu. Teksty, a przynajmniej te, które pojawiały się na jedynym zbiorczym materiale Pustostanów, czyli płycie 2012 to zlewy naiwnej liryki wygrzebanej z zaczątków buntu podstawówkego zacietrzewienia i nierzadko chełpiące się brakiem semantycznego sensu bardziej skupiając się na zbiorach skojarzeń i kontekście,  programowo organoleptycznym rozumieniu języka punkowej piosenki, jednocześnie zaś rozjaśniając materiał niewymuszoną, naturszczykowską błyskotliwością (wyliczanka antynomii w utworze Szczecin).

Piotrek Zabrodzki, zanim ograł repertuar Kurwsów, którego blask porażał na drugim Kurwsowym longu Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu, zagrał na z Kurwsami i Salamonem w ramach Pustostanów właśnie. Jak przystało na znakomitego chałturnika, który robi i w mainstreamowym popie, jazzie wydziałów jazzu i muzyki rozrywkowej krajowych akademii muzycznych, skrzętnie monetyzowanym niezalu według Lado ABC świetnie odnalazł się w akcie wywodzącym się lub/i dążącym od/do undergroundowej awangardy. Napierdalanie po klawiszku pana od śmisznych kapeluszy to po pierwsze inkrustacja prymitywizmu w stylu Vágtázó Halottkémek lub Savage Republic, po drugie zaś ważna forma, która ma kardynalny wpływ na treść 2012. Glitch noisowe solo w utworze Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu jest jednym z najśniejszych momentów wszechczasów, w jakiejkolwiek dziedzinie, gdziekolwiek. Wykończenie Zabrodzkiego riffów w niemal lub ponad połowie utworów tego zbiorczego materiału nadaje całości wyraz głupkowatej cudowności jak w Devo albo u Pere Ubu. Szczecin, Tylko Ty, Struktura, Tonący statek miłości, w swym rdzeniu surowe, a nawet groźne i wulgarne dzięki Zabrodzkiemu stają się jakieś takie słodko chiptunowe, a nawet o zgrozo twee popowe idąc z stronę eklektyzmu wrażeń i tropów dźwiękowych zapewnianych przez między innymi katalog wytwórni Mutant Swing czy audycje Istoty Ssącej i składanki Kooky Nuts Pop .


Wobec tego co powyżej w kontrze stoi ostatni na albumie utwór Publiczne pieniądze, który jest moim osobistym hymnem odkąd podejmuję pieniądze na życie z sektora budżetowego. Potępieńczy doom noise crust punk, bardziej lofi niż cokolwiek, bardziej wrzaskliwy niż potrzeba, a jednocześnie zbyt prześmiewczy i autoironiczny by traktować go jako hymn, chyba, że jest to hymn prześmiewców i autoironistów, których nikt nigdy nie będzie traktował poważnie, skoro oni sami za takich nie chcą być uznawani, hymn ludzi niewidocznych, niewidzianych, błahych, niereprezentatywnych dla próby, cudaków, lecz nie ekscentryków, nierefermowalnych do monetyzacji, denominacji, choć zdefraudowanych, hymn momentu zlewania się anarchokomunizmu, anarchokapitalizmu oraz anarchokomizmu.


A zresztą i tak co by się tu nie napisało, Salamon A.D. 2012 ma do was przesłanie - "chuj mnie obchodzi co tym myślicie" (Struktura).



czwartek, 11 stycznia 2018

Arkadiusz Entropia - SUPERPOSITION


Arkadiusz Entropia, "Superposition", źródło: bdta.bandcamp.com/album/superposition

Wychodzi na to, że album mało znanego Arkadiusza Entropii o tytule Superposition będzie jednym z ostatnich, o ile nie ostatnim albumem wydanym przez legendarną wytwórnię BDTA. Złośliwi mogliby rzec, że BDTA wypuszczając materiał niemal debiutanta, a w dodatku kolegi wycofuje się z rynku małych labeli bezszelestnie i wstydliwie. Nieco bardziej wnikliwi zaś usłyszą w Superposition przytup, a może i łabędzi śpiew zamykanej wytwórni, której wielu świetnych artystów zawdzięcza niegdysiejszy rozgłos. Miejmy nadzieję, że dla Arka rozpoczyna się z chwilą wydania tego materiału zasłużona rozpoznawalność.
Akurat przy okazji mojego zapoznawania się omawianą tutaj płytą miałem okazję za sprawą paru gorących dyskusji wysłuchać najnowszej płyty Errosmitha Superlative, która osobiście nie wydała mi się ani dobra, ani pożyteczna, ani też w żaden sposób zabawna. Produkcja jak z Fruity Loops nie pomagała albumowi, rzekome poczucie humoru, jakie miała przedstawiać płyta Erika Wieganda to prędzej zbiór dalekich od błyskotliwości sucharowych i slapstickowych dad jokes na temat IDM-u. Krótko cięte sample i ich nawały wydawały się intrygujące na samym początku i tylko wtedy. Krótkie, footworkowe cięcia to także domena Arka, jednak nie było tak zawsze.

Debiut Arkadiusza Entropii, wydany w 2016 roku w Jasieniu Light Cones zupełnie nie zapowiadał stylu, który został podjęty przez muzyka na ostatnim albumie. Syntezatorowe smugi, szczątkowe melodie, atakowanie ścianą analogowej syntezy, zgrabny taniec między zgrzebnymi szumami, a ambientowymi czystościami był zwyczajnie akuratny, muzakowy, intrygująco wycofany, nieosobliwy, solidny, a jego słuchanie to była  z pewnością przyjemność, lecz nie z gatunku guilty pleasures, a porównywana raczej z satysfakcji dobrego wykonania rutynowego obowiązku domowego jak ugotowanie smacznego obiadu albo dokładne umycie umywalki z zacieków po paście do zębów.



Zupełnie inny a już zdecydowanie bardziej autorski jest Superposition. Footworkowa maniera w cięciu drobnych instrumentalnych sampli to jedno, drugie to ciężka regularna stopa naturalnie zachęcająca do tańca, trzecie to produkcja i nadzwyczajne wykorzystanie stereofonii idące w stronę doświadczenia binauralnego. Kaseta ta słuchana na słuchawkach atakuje natarczywymi dźwiękami to jedno to drugie ucho (Pulses) środek zostawiając ambientom, które tutaj w przeciwieństwie do Light Cones znajdują się w odwrocie, na rzecz, idąc w ślad z tytułem jednego z utworów, błędów powtarzanych w nieskończoność tak długo, aż w powtarzalności odnajdzie się wzór, metodę oraz strukturę. Szumowość i industrialność płyty widać z bardzo daleka, wiksiarskie zapędy jednak (Richard Feynman's Celebrity Status) nie przesłaniają czułości i przejrzystością pozwalająca wybrzmieć tremolom kwadratowych fal i hałasowi kumulującemu się wokół bitu (Noise Corrutpion of Pure Heart l.1 & l.2). Zorganizowany i zrytmizowany nojz przypomina agresję, która towarzyszyła najbardziej syntetycznemu albumowi RSS B0YS HDDN, kompozycyjna dbałość o otwory zbliża Entropię do Palcolora, a oszczędna dawka szaleństwa przywołuje na myśl abstrakcyjne łamańce qebrusa idące pod ramię z nowoszkolnym EBMem co w połączeniu, jak wynika z relacji naocznych i nausznych świadków, świetnych umiejętności scenicznych Arkadiusza Entropii daje nadzieję na projekt, któremu będzie należało się więcej uwagi w przyszłości.

Arkadiusz Entropia
"Superposition"

BDTA ‎– BDTA CXLIX 
22 grudnia 2017