czwartek, 17 maja 2018

Co nowego na Kulturze Staroci

Od nowego roku na Kulturze Staroci niewiele się dzieje. Blog wyhamował w najbardziej nieprzewidzianym momencie - wtedy gdy pojawiły się propozycje pisania do drukowanych periodyków oraz względna rozpoznawalność. Jest to spowodowane kilkoma czynnikami. Oprócz powodów natury osobistej przyszły momenty przewartościowania tego co się na blogu dzieje. Muzyka nadal jest dla mnie ważna, od niedawna sam zacząłem publikować swoje własne nagrania w swoim labelu. Label stworzyłem dla self publishingu, bo po pierwsze bardzo żenuje mnie myśl, abym przesyłał do innego labelu swoje demo. Po drugie jako recenzent nie chciałem popadać w zależności labeli, o których nagraniach pisze. Tylko jakimś przypadkiem wyszło na to, że publikuję więcej muzyki innych artystów niż swoich własnych.

Na Kulturze Staroci nie usłyszycie o moim labelu. Nie chciałem łączyć swojej działalności wydawniczej i recenzenckiej. Pragnę zachować jakiś obiektywizm. Wiadomo, że muzyka, którą robię i wydaję musi mi się podobać, a moje upodobanie będzie zakrzywione przez ilość pracy, którą muszę w tą działalność włożyć. A ciężka praca nie zawsze równa się doskonała jakość, więc z trudem nie mieszam tych dwóch działalności.

Ciągle otrzymuję od muzyków i labeli masę doskonałej muzyki, za co dziękuję i jestem bardzo wdzięczny. Nie jestem w stanie wszystkiego przerobić, bo jest tego sporo i jest tego zapewne dobrze, co potwierdzają recenzję portali i blogów, które często czytam. W ostatnim czasie ukazało się kilka książek o muzyce i popkulturze po polsku - wspomnę tylko o "Nagraniach terenowych" Filipa Szałaska, które chciałbym uzupełnić także o kontekst tego, że sam field recordingiem się zajmuję, "Nuż w uhu. Koncepcje dźwięku w poezji polskiego futuryzmu" Beaty Śniecikowskiej, czy w końcu "Retromanię" Simona Reynoldsa. Zamierzam się z nimi zmierzyć, pisanie o muzyce bywa często trudniejsze od samego muzykowania.

Do pisania o muzyce tęsknię, stanowiło to dla mnie autoterapię, bo zawsze miałem potrzebę transkrybowania swoich doświadczeń. Owszem przybierają one formę myśli nieuczesanych/strumienia (nie)świadomości, nie wiem czy będę potrafił pisać bardziej standardowe teksty. Nie raz deklarowałem, że konwencja wulgarnego punkowego zina zawsze mi bardzo imponowała, ciężko się od tej estetyki uwolnić; być może najlepiej jest ją sobie oswoić.

W tym miejscu proszę o wybaczenie wszystkich tych, którzy wysyłają mi swoje nagrania w oczekiwaniu, że napiszę recenzję. To może śmieszne, ale czuję odpowiedzialność i zobowiązanie wobec ludzi, którzy dzielą się z mną swoimi nagraniami/nagraniami swoich wytwórni. Może to nieodpowiedzialne, ale nadal słucham mocy nagrań z ubiegłego roku, ciągle wracam do archiwów. Osobiście nie uważam, że najlepszy recenzent to ten, który słucha wiele i ciągle jest na czasie. Niewykluczone, że duża część recenzji z tego roku będzie dotyczyła nagrań z lat ubiegłych. W końcu nazywam się Kultura Staroci, a myślom nad nagraniami należy dać dojrzeć. Mój opór wobec zainteresowania rzeczami tylko dlatego, że ukazują się tu i teraz jest coraz większy. Wszak nazywam się Kultura Staroci, a to do czegoś zobowiązuję - więc archiwalnym nagraniom także będę się częściej przyglądał.

Milczenie też często bywa recenzowaniem. Nie działanie także bywa działaniem. Proszę zatem o cierpliwość, bo masa tekstów dojrzewa na moim dysku. Gdy ogarnę problemy natury obiektywnej i egzystencjalnej oraz wszystkie lęki postaram się powrócić. Także z tekstami bardziej interaktywnymi - wywiadami oraz relacjami z koncertów.


poniedziałek, 30 kwietnia 2018

KROTOCHWILE



Wydobyć siły libidalne, napiąć człona do wzwodu aby przebić szklany sufit, ciągle niepamietać o kompromitacji patriarchalnych a genitalnych paraleli; pompować do czerwoności mięśnia, czytając archiwalnego Flexa, wysmarować się brązerem i ubrać lateksowe slipki, wetrzeć we włosy pomadę, lecz zapomnieć o twarzy, i prezentować mięśnie szczerząc w bólu zęby; grymas przebiegł po aż po udach spękanych żyłkami i delikatnej stopie wygiętej w akrobatycznym plie, po to by pierdnąć donośnie i sucho, a później tym pierdnięciem obnosić się przy wszystkich sposobnościach, w tym rodzinnych imprezach i biznesowych spotkaniach; próbować się utowarowić, lecz wyparować z rynkowych logik z uwagi na zbyt wiele charakteru własnego, skazy w przekorze i szczerego zaangażowania w strojenie min, robieniu jakichś niepotrzebnych w rezultacie gówien; wysztukowanych krotochwil, pięknie opakowanych, kunsztownie zaprogramowanych, lecz gówien niemożebnych, zawstydzających  świetnie imitowanym sawantyzmem.


Fin de siècle trwający już grubo ponad wiek, wyczerpał się w patosie grozy, więc nie sposób nie zrozumieć, że ktokolwiek robi, a ktokolwiek słucha muzyki opartej na melodyjkach dziecięcych zabawek, monofonicznych dzwonkach pierwszych komercyjnych, ludowych telefonów komórkowych, syntezatorowych przeróbkach hitów dla dorosłych na infantylną dziecięcą modłę, muzaki w drodze do przedszkola i z przedszkola na basen. Niedorzeczne, zapomniane lub wymarłe już gatunki - euro dance, swing, dubspet, k-pop, illbient, drum 'n bass, hard bas oraz 8-bitowe melodie klasycznych gier Nintendo i Segi, brassowe, kwadrowe brzmienia klawiszy Casio, i customowe rytmy tychże - waltz, beguine, disco oraz mambo. Zresztą wókół takiego estetycznego idiomu wytworzyły się już dawno gałęzie przemysłu muzycznego - patrz produkty Teenage Engineering (w szczególności seria Pocket Operatorów) czy słodziutkie, maluśkie i fikuśne synthy Bastl Instruments.

Najbardziej niedorzeczne mariaże gatunkowe, tak durne, że aż genialne, d
ekonstrukcja, ironia, absurdalne czerpanie z gatunkowych klisz; lo-fi i hi-fi w jednym stojące domu, a także staranie o jak najbardziej zdumiewającą i zaskakującą selekcję to praca, którą od dekady podejmuje Marcin Przyłęcki - niezłomny propagator chiptune'u, didżej, twórca audycji, podkastów, znany jako Istota Ssąca oraz DJ Ubu Noir. W ostatnich latach Marcin przenosi swoją zwyczajowo wirtualno-internetową działalność także na nośniki CD w postaci dwóch składanek V/A "Kooky Nuts Pop". Nie dziwny jest wybór nośnika muzyki, który obywa się bez pośrednictwa serwerów wielkich korporacji, które wcześniej czy później zostaną zamknięte. Zresztą, wedle elementarza teorii komunikacji medium is a message. Gdy myślenie w perspektywy apokalipsy nie jest już słabością umysłu, lecz pragmatyzmem realisty, istotne stają "fizyczne" formy przetrwalnikowe twórczości, nawet tak ulotnej jak zamysł kuratorski masterminda składanki playlist. Wartością dodaną składanek "Kooky Nuts Pop" jest to, że utwory powstały na zamówienie Istoty Ssącej, a przesłuchanie ich w całości za jednym posiedzeniem to wyczyn z kategorii "spróbuj zachować pozory recenzenckiej godności i wysiedź do końca challenge". Pewnie, że "Kooky Nuts Pop" zarówno pierwsza, jak i druga część bywają nierówne, bo zdecydowanie zbyt eklektyczne, niemożliwe w swym rozmachu. Lecz jeśli czegoś należy wymagać to rozmachu właśnie, żądania niemożliwego i upadku w dążeniu do tego czegoś. Być może patos nie bardzo pasi do tego typu muzyki, no ale kurde, tu nic nie pasuje do niczego, utwory są wewnętrznie sprzeczne, sprzeczają się między sobą i zostawiają oniemienie w miejscu resztek apriorycznej pewności czegokolwiek, takie oto postmodernistyczne piekło i niebo zarazem.




Przeważają na składankach tych artyści z Francji, USA i UK, jest też paru reprezentantów Polski, z czego jestem dumny, zważywszy, że niewielu obywateli z tymi samymi paszportami co ja może pochwalić się światowymi sukcesami. Mchy i Porosty, który dał głos na drugiej części "Kooky Nuts Pop" jest narodowym skarbem, słodkim niczym Kamil Stoch, dopóki ten ostatni odnosi sukcesy (jebać Piotra Żyłę, joł). Tutaj robi krzywe techno, niewystarczająco osobliwe, choć pocieszne, jednak nie tak dobre jak płyta dla Brutażu, która jest słodka jak ibuprom. Wybaczcie zatem, że robię oto ranking nagrań Bartosza Zaskórskiego, który cieszy mnie swoją bytnością na polskiej scenie, jak mało co. Geniusz to na miarę Tytusa de Zoo i Jerzego Urbana, mający na uwadze tylko i wyłącznie dobro klienta czaruje mnie niezmiennie od czasów gdy tasowałem się do "Wsi", a teraz tasuję się do Mchów i Porostów w splicie z Torpurem. Torpur to niby inna bajka, ale niezupełnie. Moje uwielbienie dla tego squadu, mieszanki grindu, stoneru, szugejzu i surfu, sprowadzającego na nasz piękny płaski i okrągły kraj estetykę środowiska AntF.K.A. Jimmy. (A melting pot of D.I.Y. rock 'n' roll schmutz. Come in with low expectations and even lower standards). To takie granie, że z jednej strony nie napiłbyś się piwa, bo gobliny są niskie, mają po 14 lat i nikt by im piwa nie sprzedał, ale za to mógłbyś z Torpurators (to fani grupy Torpur) iść na miasto i upierdalać jakimś głupim ryjom łapy kurwa maczetami. Torpur to taki Postal w świecie niezaangażowanego rock 'n rolla, dobry do beszczeszczenia zwłok i moczenia nóg
 zgniłej od smogu wodzie przy zachodzącym letnim słońcu przebijającym się przez chmury wydobywające sie z zakładów ArcelorMittal. Więc Torpur jest zajefajny, pożyteczny niczym gnojowica na polu i gile w nosie i bąki w dupie. A co do dupy:

Drugą stronę splita z Torpurem wypełniają Mchy i Porosty i muza ta kwasi gówno w dupie. Czuję, że gniję od środka i wyjebało mi wydech w stronę systemu nerwowego gdy słyszę noise punka, robionego z jakichś sprzężeń sprzeżeń, nadmiaru gainu, werbla tak złego, że ten na St. Anger Metalliki to jak Anna Maria Jopek feat. Popek, to myślę, że najlepsze co może mnie już spotkać to 5% podwyżka płacy zasadnicznej po 5 latach wysługi bądź szybka i bezbolesna śmierć.  Zakopmy się w ziemi bądźmy glizdami? Starożytni cynicy mieszkali w beczkach i kpili ze wszystkiego, a Mchy i Porosty zachęcają do spulchaniania ryjcem ziemi beznamiętnym głosem, prawie niczym Waldemar Pawlak, wielokrotny laureat Srebrnych Ust radiowej Trójki (trujki xD). Pawlak miał w sobie tę reptiliańską siłę, która trafiała w podświadomość komunikatem obey, consume, reproduce, repeat, wiec ja nie pytam zbyt wiele, tylko w hipnotyzujący riff pełen cziptunowych inkrustacji (mam flashbacki z ulubionej płyty Pustostanów). Jeśli pytanie mam to tylko jedno - czemu ta POLSKA (więc nieco upośledzona, hehe) ODPOWIEDŹ NA LIGHTING BOLT I BLACK PUS do tej pory nie dostała dożywotniej renty? Czemu Mchy i Porosty z Torpurem nie prowadzą programu na TTV HD? Czemu gastrozoficzne motywy z numeru RADOŚĆ nie stało się dotąd podstawą żadnego doktoratu?



Czuję się zmiękczony, zblendowany (Blenders najlepszy polski zespół, serio), zdrobniony jak drobne są angielskie słowa goofy, wacky, spooky, petit. Wszystkie one mają głoskę "i", "IIIIIIIIII" czasem mówi się o takim przeciągłym dźwięku, że dzwoni on w uszach (takie extratone'owe dzwonienie raczej, c'nie?) albo przeciągły dźwięk pulsoksymetru, gdy przychodzi już anielski orszak.

Na "Kooky Nuts Pop" pojawiło się także WSZYSTKO, czyli Mikoł Tkacz, który zrobił chyba najlepszy utwór całej składanki. "Nie wierzę w to co słyszę" zawiera wszystko to, co krotochwila póżnego internetu powinna zawierać: cloudowe trapy, sample miałczących kotków i szczekających szczeniaczków, lecz więcej jest w tej imitacji muzaku niepokoju niźli być powinno. Od pierwszych chwil, gdzie muzyka pozwala zwizualizować gifa z keyboardem catem lub wczuć się w klimat Meow the Jewels, by przejść do obrazu okrucieństwa dziecka zrzucającego małego pekińczyka ze schodów w nadziei, że piesek się wzniesie do góry i poleci niczym smok Falkor, fortepianu 
preparowanego  nętrznościami kotów mordowanych przez PETA lub co gorsza dźwięków młodych bocianów nagranych na cudownych nagraniach terenowych Izabeli Dłużyk.

Co by nie mówić, a powtarzać raczej za Tkaczem, muzyka i tak nie ma sensu, choćby posłuchać Blenders i Groovekojada i plwajmy z tarasu na Big Cyca.

sobota, 3 lutego 2018

wojtek kurek




I. Chryste Panie!

II. Problemem są albumy i projekty, skazane na sukces. Już w momencie zapowiedzi tak dobre, że nie cierpiące krytyki w momencie okazania. Najlepiej zaś autorecenzujące się, zawczasu wymyślające namechecking. Najlepiej zaś, aby odwołanie się do jakiegoś wzorca było odwołaniem pozytywnym. Czyli nikt nie napisze w blurbie takiej płyty "kpimy sobie z krautrocka, a Xenakis może nam najwyżej uprać uwalone po ciotce gacie". Idąc dalej - zabiegają takie albumy, a żeby nie metaforyzować, bo albumy, nawet te chujowe, swej chujowości nie są winne, tylko wszyscy ci, którzy ten album wydobyli na barki słuchających - więc ci Oni stareńcy i asekurancy, zasuszeni i nobliwi, taktycznie wyręczają pismaka i jego chuci twórczego podejścia do tematu; a nawet jeśli nie twórczego to wiernego pasji i obsesji wsłuchiwania się. Bo tak jak w polityce wszyscy dążą do zgody, bo zgoda buduje, niezgoda rujnuje [PIERDOLENIE, przypomnienie moje, do tekstu mojego, amen], a niewłaściwym jest wyrażać niezgodę na nieintencjonalny pastisz tego, co nazwano krautrockiem, który przez działania takie jak powyżej staje się coraz bardziej śmieszny, tam gdzie Genesis, Yes i inne neoklasycyzujące typy czyste żenady w kolorze White Anglo Saxon Protestant.

III. Boże uchowaj mnie przed coverem Za ostatni grosz kIRka, skoro nie uchowałeś Za ostatni grosz przed kIRkiem.

IV. Jako że jestem socjalizującym demokratą, a moim świeckim świętym jest Piotr Ikonowicz i jako że nie potrafię petryfikować podziałów ani na poglądy na społeczeństwo i poglądy na muzyczkę (choć muzyczka rzecz jasna nie jest rzeczą najważniejszą dawg), to tak samo jak więcej czasu poświęcam na myślenie o niesprawiedliwościach świata i na ludziach, którzy są ciemiężeni i pozbawieni przywilejów, tak bardziej ponad płyty-celebrytów strojących się w piórka undergroundu [co za obmierzłe słówko fuj, btw], wolę takie właśnie albumy jak solowy self titled Wojtka Kurka, który lepi swoje ekspresje z materii dźwiękowych, które mogłyby zostać uznane za niechciane, brzydkie, suchotnicze i nieważne. Kompozycje, w które te dźwięki zostały wprzężone nie są jednak żadną biblią pauperum dającą wejście w świat dźwięku niechcianego. To zamożni tudzież wykształceni fetyszyzują ohydę tego świata (it's ugly until Rihanna decides it's not), jednak dźwięki z których buduje na pierwszej stronie kasety Wojtek Kurek nie są nawet ekwiwalentem dźwiękowego upodlenia, które dobrze by wyglądało w publicystycznych utyskiwaniach. Bo czyż może być coś bardziej mizernego od uderzenia drewnem w inny kawałek drewna? Kurek wychodzi od aplifikowanej deski do krojenia oraz oplecionych przetwornikami piezo misek - to jest właśnie ta przesławna muzyka kuchenna, która jest nieco dalej w ewolucyjnym rozwoju od muzyki z przedrostkiem bedroom - archetypowe kuchnie są bliższe praktykom zbiorowym i społecznym, sypialnie czy alkowy są intymne, indywidualne, sprzyjają introwertyzmowi, są naturalnym habitatem zboczeń w rodzaju Shakaiteki Hikikomori.

Gdy pisałem patetyczny tekst na temat o patetycznej momentami płycie Melatony perkusjonisty Huberta Zelmera, zachwycałem się nad początkowym uderzeniem i pogłosem idącym za nim, mówiąc o pełni i jedni tego jednego dźwięku. I pisałem te frazy mając w pamięci album Wojtka Kurka, którego materie dźwiękowe są programowo niewystarczające, wydarzające się z konstruktu jakim jest cisza a następnie zamierające w sztuczności jaką dają mikrofony kontaktowe, obce od ludzkiego doświadczenia, zniechęcające do siebie, tworzące spore bariery wejścia. Miałem porównywać te narastania niewystarczających puknięć i stuknięć do czegoś mistycznego, jak kołatki grające w Wielki Czwartek, tyle, że one również niewystarczające, zupełnie inne od euforycznych dzwonów, zapowiadają grozę tortur oraz okrutnej śmierci. A groza i trwoga to ciągle jakieś ludzkie uczucie, choć niezwyczajne i przewrotnie świąteczne, a puknięcia i stuknięcia Wojtka Kurka znobilitowane na tym albumie, zestawione ze sobą w jakimś porządku, nie pochodzą z uczucia lub wyrachowania, ani nawet uczuć nie wywołują. Te uderzenia, w początkowym stadium płyty, są ahumanistyczne, atranshumanistyczne, pochodzą jakby mimowolnie, jakby ze źle zorganizowanej nudy, pukania jedną dłonią w laminowany blatu szkolnego stołu, podczas gdy druga sięga pod stolik po smartfona.

V. Można by spekulować co niezwyczajny eksperymentalnej perkusjonistyki słuchacz może powiedzieć o tej płycie. Spekuluję, że poza nudą i pospolitością nie wysłyszy tego, co się w eksperymentach wysłuchuje, gdy się nie ma na ich temat nic do powiedzenia - czyli interptetacja dźwięków przez ich ilustracyjną użytkowość. Ten album nie jest ilustracyjny, nie jest "dziwny", "straszny", "nadający się do horroru". Początkowe fazy utworu są tak nijakie, że ktoś mógłby uznać, że największy wysiłek jaki został tu podjęty ten przez wydawcę, a nade wszystko przez słuchacza.

A wszystko to co powyżej jest tylko o początkowym fragmencie albumu, który trwa mniej niż 25 minut.

VI. Kurek sukcesywnie zagęszcza atmosferę, uderzeń pojawia się więcej, aleatorycznie pojawiają się ich różne rodzaje ziemistych, krótkich strzałów, później zaś ich cuty i elektroniczne przekształcenia szybkiego delaya, by nie eksplodować w jakiejś katarktycznej nawale polirytmów, lecz wyciszyć się w sekwencji eai 2, gdzie pojawiają się elektroniczne, niskie, lecz ciągle rwane klocki wzbogacone o bardziej szkliste i metaliczne stuknięcia, które po raz wtóry zagęszczają się by rozluźnić się w elektronicznym ambiencie i coraz rzadszych uderzeniach. Druga strona kasety z kolei skłania się z kolei w nieco bardziej ortodoksyjne eksplorowanie zestawu perkusyjnego (struktura ta pojawia się już na albumie kontrabasisty Jacka Mazurkiewicza Mneme), które zapoczątkowane jest przez jednostajne rytmicznie tremolo, by przekształcić się w naturalistyczny dla instrumentu muzak, który zdaje się jest uzasadnieniem dla poprzednich szaleństw, nagrodą dla tych, którzy oczekiwali albumu na perkusjonistę solo oraz wytchnieniem dla tych, którzy po pierwszej stronie albumu spodziewali się, że nie mamy tu do czynienia z formalnie świetnym muzykiem, lecz kolejnym hochsztaplerem jakich wielu (a którzy ciągle robią masę dobrej muzyki imho), który skrywa się za żelbetem wzmocnionym awangardą.

Dla wielu będzie to zarzut, że Kurek nie brnie przez całość albumu w radykalizm, będzie to dla mnie zrozumiałe. Patrząc jednak na album jako całość - bez zgrzebnej mataforyki Janusowego oblicza jakimi są dwie osobne strony kasety wyrażające dwie osobne metody twórcze - album ten to przedstawienie ewolucji grania od prymitywizmu palca uderzającego obiekt przez eksperymenty formalne i brzmieniowe, których zwieńczeniem jest stworzenie zinstytucjonalizowanej perkusji, ze swoimi technikami, specjalistami, komentatorami, autorytetami, akademiami i nagrodami.


VII. Finalny werdykt - to bardzo dobry album.

Wojtek Kurek
s/t
Pionierska Records
P009
10 wrzesień 2017




czwartek, 1 lutego 2018

Pustostany "2012"



W 2017 w tle słusznie chwalonej płyty Kurws Alarm nakładem wytwórni Sweet Rot Records oraz Pouet! Schallplatten ukazała się reedycja Pustostanów 2012, którą tworzyli muzycy Kurws (jeszcze w składzie z Piotrem Zabrodzkim) z Maćkiem Salamonem (wtedy Gówno, dziś Nagrobki). Gdybym za główne kryterium najlepszego albumu danego roku uznał ilość przesłuchań danego krążka, wówczas płyta projektu-efemerydy, jakim były Pustostany, znajdowałaby się na samym szczycie.

Pustostany powstały przy okazji organizowanego przez wrocławską BWA festiwalu Out of Sth. Zespół skompletował się, zgrał, skomponował piosenki, nagrał kasetę wydaną przez Oficynę Biedota  w ciągu zaledwie paru dni. Te około 15 minut materiału wydanych pierwotnie jest jedną z większych osobliwości polskiego noise punka. Rozumieją to chyba sami Kurwsi, którzy zaliczają ten materiał do oficjalnej dyskografii tria, który w porywach bywał kwintetem. Grupa na "k" jednak nigdy nie dorobiła się wokalisty - sugestywne tytuły i żywe zaangażowanie społeczne przemawiało wystarczająco mocno bez wykrzykiwania sloganów.

Biorąc sobie Maćka Salamona za wokalistę do Pustostanów było posunięciem co najmniej ryzykownym - Gówno, w którym Salamon wówczas śpiewał było raczej przez zaangażowanych, "poważnych" punkowców uznawanych za kabaret i artystowską pozę, która bawiła się w konwencjami punk rocka i niemało w tym było prawdy. Śpiew Salamona - sarkastyczny, gamoniowaty, kampowy, zmanierowany oraz daleki od standardów szkoły śpiewu według Grażyny Łobaszewskiej - wydaje się być jednym z najbardziej charakterystycznych głosów wschodzącego niezalu. Teksty, a przynajmniej te, które pojawiały się na jedynym zbiorczym materiale Pustostanów, czyli płycie 2012 to zlewy naiwnej liryki wygrzebanej z zaczątków buntu podstawówkego zacietrzewienia i nierzadko chełpiące się brakiem semantycznego sensu bardziej skupiając się na zbiorach skojarzeń i kontekście,  programowo organoleptycznym rozumieniu języka punkowej piosenki, jednocześnie zaś rozjaśniając materiał niewymuszoną, naturszczykowską błyskotliwością (wyliczanka antynomii w utworze Szczecin).

Piotrek Zabrodzki, zanim ograł repertuar Kurwsów, którego blask porażał na drugim Kurwsowym longu Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu, zagrał na z Kurwsami i Salamonem w ramach Pustostanów właśnie. Jak przystało na znakomitego chałturnika, który robi i w mainstreamowym popie, jazzie wydziałów jazzu i muzyki rozrywkowej krajowych akademii muzycznych, skrzętnie monetyzowanym niezalu według Lado ABC świetnie odnalazł się w akcie wywodzącym się lub/i dążącym od/do undergroundowej awangardy. Napierdalanie po klawiszku pana od śmisznych kapeluszy to po pierwsze inkrustacja prymitywizmu w stylu Vágtázó Halottkémek lub Savage Republic, po drugie zaś ważna forma, która ma kardynalny wpływ na treść 2012. Glitch noisowe solo w utworze Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu jest jednym z najśniejszych momentów wszechczasów, w jakiejkolwiek dziedzinie, gdziekolwiek. Wykończenie Zabrodzkiego riffów w niemal lub ponad połowie utworów tego zbiorczego materiału nadaje całości wyraz głupkowatej cudowności jak w Devo albo u Pere Ubu. Szczecin, Tylko Ty, Struktura, Tonący statek miłości, w swym rdzeniu surowe, a nawet groźne i wulgarne dzięki Zabrodzkiemu stają się jakieś takie słodko chiptunowe, a nawet o zgrozo twee popowe idąc z stronę eklektyzmu wrażeń i tropów dźwiękowych zapewnianych przez między innymi katalog wytwórni Mutant Swing czy audycje Istoty Ssącej i składanki Kooky Nuts Pop .


Wobec tego co powyżej w kontrze stoi ostatni na albumie utwór Publiczne pieniądze, który jest moim osobistym hymnem odkąd podejmuję pieniądze na życie z sektora budżetowego. Potępieńczy doom noise crust punk, bardziej lofi niż cokolwiek, bardziej wrzaskliwy niż potrzeba, a jednocześnie zbyt prześmiewczy i autoironiczny by traktować go jako hymn, chyba, że jest to hymn prześmiewców i autoironistów, których nikt nigdy nie będzie traktował poważnie, skoro oni sami za takich nie chcą być uznawani, hymn ludzi niewidocznych, niewidzianych, błahych, niereprezentatywnych dla próby, cudaków, lecz nie ekscentryków, nierefermowalnych do monetyzacji, denominacji, choć zdefraudowanych, hymn momentu zlewania się anarchokomunizmu, anarchokapitalizmu oraz anarchokomizmu.


A zresztą i tak co by się tu nie napisało, Salamon A.D. 2012 ma do was przesłanie - "chuj mnie obchodzi co tym myślicie" (Struktura).



czwartek, 11 stycznia 2018

Arkadiusz Entropia - SUPERPOSITION


Arkadiusz Entropia, "Superposition", źródło: bdta.bandcamp.com/album/superposition

Wychodzi na to, że album mało znanego Arkadiusza Entropii o tytule Superposition będzie jednym z ostatnich, o ile nie ostatnim albumem wydanym przez legendarną wytwórnię BDTA. Złośliwi mogliby rzec, że BDTA wypuszczając materiał niemal debiutanta, a w dodatku kolegi wycofuje się z rynku małych labeli bezszelestnie i wstydliwie. Nieco bardziej wnikliwi zaś usłyszą w Superposition przytup, a może i łabędzi śpiew zamykanej wytwórni, której wielu świetnych artystów zawdzięcza niegdysiejszy rozgłos. Miejmy nadzieję, że dla Arka rozpoczyna się z chwilą wydania tego materiału zasłużona rozpoznawalność.
Akurat przy okazji mojego zapoznawania się omawianą tutaj płytą miałem okazję za sprawą paru gorących dyskusji wysłuchać najnowszej płyty Errosmitha Superlative, która osobiście nie wydała mi się ani dobra, ani pożyteczna, ani też w żaden sposób zabawna. Produkcja jak z Fruity Loops nie pomagała albumowi, rzekome poczucie humoru, jakie miała przedstawiać płyta Erika Wieganda to prędzej zbiór dalekich od błyskotliwości sucharowych i slapstickowych dad jokes na temat IDM-u. Krótko cięte sample i ich nawały wydawały się intrygujące na samym początku i tylko wtedy. Krótkie, footworkowe cięcia to także domena Arka, jednak nie było tak zawsze.

Debiut Arkadiusza Entropii, wydany w 2016 roku w Jasieniu Light Cones zupełnie nie zapowiadał stylu, który został podjęty przez muzyka na ostatnim albumie. Syntezatorowe smugi, szczątkowe melodie, atakowanie ścianą analogowej syntezy, zgrabny taniec między zgrzebnymi szumami, a ambientowymi czystościami był zwyczajnie akuratny, muzakowy, intrygująco wycofany, nieosobliwy, solidny, a jego słuchanie to była  z pewnością przyjemność, lecz nie z gatunku guilty pleasures, a porównywana raczej z satysfakcji dobrego wykonania rutynowego obowiązku domowego jak ugotowanie smacznego obiadu albo dokładne umycie umywalki z zacieków po paście do zębów.



Zupełnie inny a już zdecydowanie bardziej autorski jest Superposition. Footworkowa maniera w cięciu drobnych instrumentalnych sampli to jedno, drugie to ciężka regularna stopa naturalnie zachęcająca do tańca, trzecie to produkcja i nadzwyczajne wykorzystanie stereofonii idące w stronę doświadczenia binauralnego. Kaseta ta słuchana na słuchawkach atakuje natarczywymi dźwiękami to jedno to drugie ucho (Pulses) środek zostawiając ambientom, które tutaj w przeciwieństwie do Light Cones znajdują się w odwrocie, na rzecz, idąc w ślad z tytułem jednego z utworów, błędów powtarzanych w nieskończoność tak długo, aż w powtarzalności odnajdzie się wzór, metodę oraz strukturę. Szumowość i industrialność płyty widać z bardzo daleka, wiksiarskie zapędy jednak (Richard Feynman's Celebrity Status) nie przesłaniają czułości i przejrzystością pozwalająca wybrzmieć tremolom kwadratowych fal i hałasowi kumulującemu się wokół bitu (Noise Corrutpion of Pure Heart l.1 & l.2). Zorganizowany i zrytmizowany nojz przypomina agresję, która towarzyszyła najbardziej syntetycznemu albumowi RSS B0YS HDDN, kompozycyjna dbałość o otwory zbliża Entropię do Palcolora, a oszczędna dawka szaleństwa przywołuje na myśl abstrakcyjne łamańce qebrusa idące pod ramię z nowoszkolnym EBMem co w połączeniu, jak wynika z relacji naocznych i nausznych świadków, świetnych umiejętności scenicznych Arkadiusza Entropii daje nadzieję na projekt, któremu będzie należało się więcej uwagi w przyszłości.

Arkadiusz Entropia
"Superposition"

BDTA ‎– BDTA CXLIX 
22 grudnia 2017