środa, 30 grudnia 2015

Kamil Szuszkiewicz - Robot Czarek

źródło: http://woundedknife.bandcamp.com/album/robot-czarek

Androidy nie tylko śnią o elektrycznych owcach, ale także chodzą do pracy, jeżdżą komunikacją miejską, mieszkają na blokowiskach, zakładają rodziny i czują strach.

poniedziałek, 21 grudnia 2015

POTRÓJNY STRZAŁ - Maciek Sienkiewicz "F", Philipp Bückle "Blanket For A Cold Seabed", X-NAVI:ET "Vox Paradox"


 X-NAVI:ET "Vox Paradox", Philipp Bückle "Blanket For A Cold Seabed", Maciek Sienkiewicz "F", źródło: własne.

Wounded Knife, podobnie zresztą jak spora część wystawców przygotował na Bożonarodzeniowy Kiermaszu Płytowym, dla słuchaczy potrójną, a jak się później okazało nawet poczwórną premierę. Oprócz wymienionych w tytule kaset, w ostatniej chwili ukazał się, we współpracy z Bołtem, audiokomiks Kamila Szuszkiewicza "Robot Czarek", któremu w przyszłości poświecę osobny artykuł.

czwartek, 17 grudnia 2015

Scott Stain - Valerian

źródło: scottstain.bandcamp.com

Pamiętacie Scotta Staina i jego ubiegłoroczny debiut z wydawnictwem, którego graficzną reprezentacją była artwork z piękną, nagą kobietą? Kultura Staroci pamięta. W grudniu 2015 roku Scott Stain wydał nowe, długogrające wydawnictwo, które nie zapowiada przełomu, ale jest na tyle intrygujące, że trudno mi przejść koło niego obojętnie.



wtorek, 15 grudnia 2015

NOTKA: Muzyka bardziej niż polityczna - muzyka słowiańskia

Okładka debiutu stylizowana na kurpiowską wycinankę jak i nazwa projektu Starej Rzeki stała się źródłem nieporozumienia między artystą, a odbiorcami. Dla tych ostatnich wycinanka miała świadczyć o odwołaniu
się do kategorii "słowiańskości" w twórczości artysty, podczas gdy ten "słowiańszczyzną" się nie inspirował.
Źródło: instant-classic.8merch.com/

Do przemyśleń zawartych w tej notce wpłynęło kilka rzeczy. Po pierwsze w ostatnich paru latach pojęcie "muzyka słowiańska" staje popularnym określeniem sporego zbioru bardzo różnych nagrań, także tych zupełnie wyjątkowych jak Starej Rzeki lub Księżyca. Kategoria "słowiańszczyzny", czy "słowiańskości" w odniesieniu do tych wykonawców pojawia się w opracowaniach recenzenckich i innych tekstach. [1] Przy czym sam Kuba Ziółek odżegnuje się od określenia jego muzyki "słowiańską". Nie zgadza się także na stwierdzenie, że jego muzyka inspirowana jest "słowiańszczyzną" [2]. Również członkowie grupy Księżyc w bardzo konkretny sposób określają swoje, nie tylko ludowe, inspiracje nie odwołując się do tej mętnej kategorii. Do tego wszystkiego dochodzi dodatkowo fakt, że sam przedrostek słowiański ma silne polityczne i ideologiczne konotacje. 



Nagrobki - Stan Prac

źródło: http://bdta.bandcamp.com/album/stan-prac 

Dobra, dobra powiedzmy sobie szczerze - zrywny entuzjazm z jakim powitano pierwsze single i premierę "Stanu Prac" spowodowana była nie wiarą w to, że kolejny materiał Nagrobków jest cudowny i nadzwyczajny, lecz dlatego, że okazał się on być znacznie powyżej czyichkolwiek oczekiwań. 

środa, 2 grudnia 2015

Mchy i Porosty - Bardzo ciepłe lato

źródło: pointless-geometry.bandcamp.com

Przykro mi to stwierdzić, ale "Bardzo ciepłe lato" nie będzie płytą roku 2015, bo Bartosz Zaskórski nagrał w tym roku materiał, który o to miano może śmiało konkurować. Niemniej "Bardzo ciepłe lato" zasługuje na bardzo ciepłe przyjęcie.

Wspólnym idiomem wszystkich dźwiękowo-muzycznych kreacji Zaskórskiego (nie tylko Mchy i Porosty, ale także Wsie, Annna i instalacje dźwiękowe pod własnym nazwiskiem) jest ich przerażająca zajebistość. Upatrują ją w skutecznym przemycaniu nojzu nawet do hałsów z nadmorskich kurortów (pozdro M. H. Turnusowcy). 

piątek, 27 listopada 2015

Łukasz Ciszak - The Locked Room

źródło: jasien.bandcamp.com


Wystarczającym strzałem w mordę dla osób obserwujących twórczość Łukasza Ciszaka jest jego udział jako pełnoprawnego członka indie punkowego Test Prints. Ja się tam gówno na gitarowym indie znam niemniej mój odbiór zarówno "Hell For Beginners" jak i ostatniej EPki "Always The Same" jest więcej niż życzliwy. Cieszę się jednak, że Ciszak powraca z gitarą jako generatorem hałasu. Ale po kolei.

niedziela, 22 listopada 2015

MB/RS - Black Box Recordings

źródło: instrumentsofdiscipline.bandcamp.com

Tym razem Robert Skrzyński wraz z Michaelem Bjellą prezentują program rozrywek, który raczej nie spodobałby się ministrowi Piotrowi Glińskiemu. Choć sądząc po tytule to tymi nagraniami mógłby się prędzej zainteresować Antoni Macierewicz. Jednak z tego artystycznego zderzenia odprysnęła deformacja, która jednak nie musi świadczyć o czyjejś winie. Czasem po prostu musi zostać udostępniona na dowód zdarzenia, i tyle.

środa, 18 listopada 2015

RELACJA: Biedopad, dzień 3



Ostatni dzień Biedopadu przypadał na sobotę, to i ludzi nawaliło do Neon Side w opór. Mówię to ze sporym smutkiem, ale w tym dniu nie widzialem wielu twarzy, które przewijały się w dwa poprzednie dni. Na początku miałem obawy, że impreza tabędzie sformatowana pod tych wstrętnych casuali, którzy mają tę jedną zaletę, że zostawiają za barem hajsy. Moje obawy okazały sie być co najmniej głupie, bo trzeci dzień, na którym grane było techno, nie było smutnym afterparty co pełnoprawną częścią całej imprezy, która zakończyła się z przytupem jakiego nikt się chyba nie spodziewał.

wtorek, 17 listopada 2015

RELACJA: Biedopad, dzień 2


Motywem przewodnim drugiego dnia Biedopadu miała być muzyka rzeźbiona za pomocą gitar. Dlatego na scenie wystąpiły Kolega Doriana, Przepych, Kaseciarz, Stara Rzeka i Złota Jesień. Dzień  drugi cieszył się zauważalnie wyższą frekwencją i zainteresowaniem publiczności niż dzień pierwszy. Zróżnicowanie stylów zaprezentowanych w piątek 13-ego było spore. Nie wiem na ile to było świadome organizacyjnie i koncepcyjnie, ale projekty najbardziej odstające od rozumienia muzyki gitarowej zagrały odpowiednio na początku (Kolega Doriana) oraz na końcu (Stara Rzeka). Choć co do tego, że Kuba Ziółek zagra na końcu przemawiał fakt, że, i tu bez grama złośliwości, była to gwiazda. Choć powiem szczerze, że nie tylko Stara Rzeka błyszczała jak należy.

poniedziałek, 16 listopada 2015

RELACJA: Biedopad, dzień 1


Pierwsza edycja Festiwalu Muzyki Niezależnej Biedopad miała swoje miejsce w Klubogalerii Neon Side we Wrocławiu w dniach 12-14 listopada. Nie bez powodu napisałem, że to była pierwsza edycja, bo wszystko wskazuje na to, że impreza ta odbędzie się również w przyszłym roku. Poza tym, od stycznia co miesiąc w tym samym miejscu mają odbywać sie imprezy sygnowane właśnie nazwą Biedopad. Najwidoczniej organizatorzy stwierdzili, że tegoroczny festiwal się udał. A co na ten temat ma do powiedzenia widownia?

poniedziałek, 9 listopada 2015

Iron Noir - "Renversé" EP





W momencie gdy miałem już ułożony top najlepszych płyt 2015 roku przychodzi do mnie wiadomość, że Iron Noir po prawie dwóch latach powrócili z nowym wydawnictwem i w ten sposób rozwalili mi całą roczną działalność. Dzięki chłopaki.

Iron Noir to projekt Łukasza Dziedzica i Wojciecha Kucharczyka. Pierwsza i jak i do tej pory jedyna płyta duetu wydana w lutym 2014 roku wzbudziła zarówno spore zainteresowanie jak i oczekiwania dotyczące następnego wydawnictwa. Iron Noir na jakiś czas zamilkł, lecz reaktywował się najpierw zapowiadając występ na Biedopadzie, a teraz wydając tę EPkę.

czwartek, 5 listopada 2015

Split - Karmiciel Wszy/Sindre Bjerga

źródło: bdta.bandcamp.com

Jak zabieram się za słuchanie splita to mam prawa oczekiwać, że wrzucenie wytworów dwóch wykonawców na jedno wydawnictwo ma jakieś uzasadnienie. Np. takie, że wykonawcy robią podobne rzeczy, że wykonawcy nagrywają utwory razem w synergii, albo że wypożyczają sobie nawzajem piosenki i aranżują po swojemu. Ale tu ni chuja, nie ma tu nic wspólnego z niczym, ciężko jest cokolwiek ze sobą porównać.

poniedziałek, 2 listopada 2015

Ampacity - Superluminal

źródło: instantclassic.bandcamp.com/

No to zróbmy tak: w historii muzyki gitarowej nigdy nie było Velvet Underground, ale za to byli Hawkwind, zaś najlepszym dokonaniem rocka był wszystkie progresywne grupy, które w późniejszym czasie zaczęły grać AOR. A, i nie zapominajmy, że w tym uniwersum najlepszą płytą Deep Purple jest "Perfect Stangers". Weźmy jeszcze tylko do tego gotującego się kotła boru Boston, Toto, Kansas, Asię, King Crimson i każmy im wszystkim improwizować na "Desert Sessions", wywalając przy tym wszystkie wokale.

piątek, 30 października 2015

Centralia - Discipline

źródło: bdta.bandcamp.com
Najpierw projekt Pawła Starca ładnie pokłonił się słuchaczom utworem otwierającym składankę Kaleidofon wytwórni Jasień. Teraz zaś szczuje cycem z okładki EPki wydanej nakładem wytwórni BDTA. Centralia wykopuje w ten sposób z grobu muzycznego trupa, który wydawał mi się być już dawno pogrzebany, słusznie opłakany, odżałowany i w końcu zapomniany. A tu jednak ktoś jeszcze temu trupowi robi usta-usta. Niesmaczne to i niekoniecznie podążające za trendami we współczesnych eksperymentach, ale co z tego kiej mnie żre.

czwartek, 29 października 2015

John Lake - Strange Gods - Tutorial do bengiera

źródło: mikmusikarchive.bandcamp.com/album/strange-gods

Mówi się, że kto daje i odbiera ten się w piekle poniewiera. Prawdopodobnie w uniwersum bogów Łukasza Dziedzica i religii stworzonej na użytek ich wyznawców tego powiedzenia się nie zna albo nie respektuje.

John Lake na facebooku sam nazywa się Jankiem Jeziorko co niechybnie prowadzi mnie do skojarzeń z Jańciem Wodnikiem lub jak kto woli Jańciem od Posłusznej Wody. Jak dobrze pamiętamy w filmie Jana Jakuba Kolskiego Jańcio zostaje obdarzony przez Boga darem uzdrawiania ludzi, co sprowadza nie niego i jego najbliższych same nieszczęścia. Następnie ten dar zostaje mu odebrany, co także nie jest dla niego i jego rodziny zbyt korzystne. John Lake wystawia słuchaczy tym albumem na ciężką próbę jakby sam był jakimś bożkiem [byle nie Jakubem Bożkiem, huehue]. Z początku prowadzi narrację, która w moim przypadku wywołała reakcję, że "aha, ok, słyszałem coś podobnego na Carcosie czy Sun Worshipers", czyli chłodną masę dźwiękowego lodu, muzyczne środowisko zbytnio nie sprzyjające zamieszkaniu. Nie chodzi mi jednak o to, że traktowanie materii dźwiękowej przez Dziedzica jest wtórne w stosunku po poprzednich wydawnictw, a raczej chciałem pochwalić, że od pierwszych chwil spędzonych ze "Strange Gods" wiadomo było kogo słucham. Mam wrażenie, że John Lake wypracował swój styl, a "Strange Gods" jest próbą przesunięcia oczekiwań słuchaczy w rejony, które wcześniej w jego twórczości nie były dominujące.

Na początku pisałem o powiedzeniu o odbieraniu i dawaniu. Od samego początku John Lake w "Canto I" i w pierwszej częśći "Vitun Voimalla - Power of Cunt" daje nam znajomą dramaturgię, KTÓRA NASTĘPNIE ZOSTAJE ZABRANIA I PRZYKRYTA ŚCIANĄ ORDYNARNEGO BITU, PROSTO W RYJ! I serio tak zrazu pomyślałem. Ale później uświadomiłem sobie, że to chyba nie jest przypadek, że to nie błąd w tłoczeniu, tylko, że to TAK NA SERIO. Później odkryłem o co chodzi. Chodzi o właściwości dydaktyczne krążka. "Bo widzicie dzieci" - zdaje się prawić Dziedzic "techno to nie chujowa muzyka dla chujowych ludzi, bo oto za tym bitem kryje się niebywałe bogactwo, bo wicie rozumicie - dobry bengier to nie bit, bo to umi każdy. Dobry bit to pretekst żeby się wwiercić komuś w głowę i zainfekować go brudem, zimnem, noisową szarpaniną i industrialową podłością, falującą i parującą psychodelią unoszącą się nad horyzontem." Strategia z dawaniem noisu i odbierania go technoidalną ciemną materią jest głównym sposobem na budowanie dramaturgii utworów. Oczekiwanie na bit w "Uwan - Nothing but Sound" nie ma nic wspólnego z umiejętnym odwlekaniem dropu, to jest walcowanie klienta tak przewlekle chorą intensywnością, że ten nawet nie ma siły na to, aby cokolwiek zrobić "potem", bo "potem" bit wygasa, dźwiękowa magma zalewa wszystkie otwory twarzy, tylko po to by później powracający bit rozbił powstałą przedwcześnie przedśmiertną maskę.

Agresywny bit, chłód grający po kościach, industrialna swada, nadludzka siła wdzierająca się każdym porem skóry - to rzeczy, które daje nam "Strange Gods". Płyta ta dała mi sporo wrażeń, odebrała zaś na pewien mowę. Może  zabójca z "Nayenézgani - Slayer of Strange Gods" dopełnił gdzieś swojego dzieła, ale nie zdążyć zabić mojej żarliwej wiary w to, że John Lake popełnił okrutnie dobrą płytę.

John Lake
"Strange Gods"
Mik Musik/Fundacja Kultury Audiowizualnej Strefa Szarej
31 sierpnia 2015

Kupże płytę kiej dobra -> bandcamp Mik Musik 


niedziela, 25 października 2015

Stara Rzeka - Zamknęły się oczy ziemi

źródło: instantclassic.bandcamp.com

Starorzekowa odyseja zdążyła się zakończyć już po tym jak zachwyt z jakim przyjęto "Cień chmury nad ukrytym polem" się wypalił. "Zamknęły się oczy ziemi" to jednak nie "requiem dla samego siebie", cytując klasyka, ale zupełnie normalna kolej rzeczy, którą przyjąłem ze spokojem i ulgą.

I tak jak się nie wchodzi do tej samej rzeki tak i projekt Stara Rzeka naznaczony jest eklektyzmem inspiracji oraz płynną dyscypliną w wydawaniu nowej muzyki przez Kubę Ziółka w ramach swojego solowego projektu. Pierwotnie "Cień chmury nad ukrytym polem" został wydany w dwóch zupełnie różnych wersjach przez Few Quiet People i Instant Classic, później jeszcze wydana została EPka nakładem Infinite Grayscale. Po drodze ukazał się jeszcze split Starej Rzeki z Innercity Trio i ARRM (nagrania ST z tej kasety znajdują się na najnowszej płycie). Nie lada gratką dla fanów było zaś wydanie w tym roku winyla na którym znalazły się wszystkie utwory z pierwszych wydań debiutu Starej Rzeki. No i w końcu niniejsza płyta, na której znalazły się zarówno utwory z EPki jak i ze splitu Wounded Knife. Czy jest to płyta pożegnalna? Tak. Wspominkowa? Jak najbardziej. Wtórna?

No nieszczególnie, choć ogólne oczekiwania wobec tej płyty zostały pokryte z nawiązką. Oczekiwania te wyrosły przede wszystkim ze wszystkich tropów i znaczeń, o których mówił Ziółek, jak i tych otrzymanych awansem przez słuchaczy. A jest ich aż zbyt wiele. Aby wymienić tylko niektóre są to:  kosmische musik, black metal, folk, neofolk, a nawet dziwaczny konstrukt w postaci muzyki słowiańskiej. Na dodatek nie pomagał sam Ziółek, wszak niektórzy zbyt się przejęli deczko pretensjonalnym manifestem brutalizmu magicznego. "Zamknęły się oczy ziemi" to ta dla mnie przede wszystkim probież tego jak się powinno robić world music, bo i tak traktuję tę płytę jako przedłużenie Ossjanowskiej tradycji "teatru dźwięku i ciszy". Gatunek world music, skądinąd słusznie dogorywający gdzieś na rubieżach słuchalności, upadł bo w swym buńczucznym przekonaniu chciał syntetyzować tradycje ludowe z całego świata. Jednak Stara Rzeka nie odnosi się do jakiejkolwiek konkretnej tradycji, bo jest to tradycja wymyślona, w której bardowie przemierzający Appalachy mają taki sam wkład w rozwój muzyki świata i jej wrażliwości jak eksperymentatorzy z Monachium czy Dusseldorfu. 

Na "Zamknęły się oczy ziemi" Ziółek rezygnuje z tradycji surowego, norweskiego black metalu (który w niektórych swych formach odwoływał się do "powrotu do natury", powrotu do "pierwotności") skupiając się na akustycznym brzmieniu gitary i głosie jako instrumentach pierwszego planu. Tak, głos nieprzypadkowo traktuję nie tylko jako nośnik werbalnych treści, ale jako instrument budujący oniryczną i introwertyczną atmosferę. Nie doświadczymy tu black metalowej swady, a wartość międzyszczytowa amplitudy doznań zmniejszyła się na tej płycie w stosunku do debiutu. No może oprócz otwierającego "Nie zbliżaj się do ognia", bo on faktycznie bazuje na ognistych i szorstkich gitarach elektrycznych, przypominający nieco "Późne królestwo" Alamedy 3. Dobór środków wyrazu wykazuje się większą dyscypliną niż na debiucie. Syntezatory łkają perliście, zaś mniej tu industrialowego brudu. Więcej jest za to wiejskich field recordingów jak np. świerszczy i ptaków w "W szopie, gdzie były oczy".

Choć po części niektóre z tych kompozycji pochodzi ze wcześniejszych wydawnictw "Zamknęły się oczy ziemi" wydaje się być bardziej spójny od swojej poprzedniczki. Jest również bardziej introwertyczny i wyciszony. Naładowanie oczekiwań wobec projektu Stara Rzeka oraz niewątpliwa waga jej obecności na polskiej scenie nie doprowadziły do definitywnego zakończenia istnienia Starej Rzeki. Kuba Ziółek będzie jeszcze koncertował ze swoim projektem. Będziemy mieli jeszcze przyjemność oglądać tego alchemika siedzącego przy stole ze swoimi loop stacjami i syntezatorami, ze swoimi akustycznymi gitarami, ze swoim pełnym piękna głosem, z opowieścią o świecie wymyślonym. A co najważniejsze - siła Starej Rzeki, nie ważne czy w wydaniu koncertowym czy na albumie polega na budowaniu indywidualnej więzi z każdym odbiorcą. Być może malkontenci mają rację, że patenty Starej Rzeki przedwcześnie zestarzały się, jednak jest to zdarzenie się piękne i szlachetne, ja zaś będę do nich wracał częściej niżbym się do tego przyznawał,

Stara Rzeka 
Zamknęły się oczy ziemi
Instant Classic
22 października 2015

piątek, 23 października 2015

Thaw - St. Phenome Alley

źródło: thaw.bandcamp.com/album/st-phenome-alley-2

Jako wierny fan tego zespołu nie mogłem przepuścić niniejszego materiału, którym Thaw rozpycha się łokciami nie tylko wśród black metalowych hord, ale także wdziera się w bardziej mroczne zakamarki sceny eksperymentalnej.

Thaw ma prawo się szarogęsić. Ten sosnowiecki skład zarówno swymi długograjami jak i splitami udowadnia, że mimo braku stylistycznych wolt dryfuje po znanym sobie i fanom bajorze, w którym korzuch glonów na jego powierzchni dusi życie na jego dnie, ale to wszystko gnije w sposób frustrująco piękny. 

"St. Phenome Alley" nagrany został w 2013 roku, a więc jeszcze przed wydanym w 2014 roku i słusznie chwalonym "Earth Ground". Różni się jednak od wszystkiego co do tej pory kapela nam serwowała, choćby na ciekawym numerze "Earth Grounded" ze splitu z Echoes of Yul, bardziej zaś kieruje się w stronę solowych eksploracji gitarzysty grupy Artura Rumińskiego. "St. Phenome Alley" to przede wszystkim misternie tkana ze zbiorowej improwizacji atmosfera powściąganej histerii, lołfajowej mgły i niemożebnie rozciągnięta na bolesnym basowym dronie magia. Muzyka ta to przestrzeń, która onieśmiela, olśniewa i osacza, wybucha co raz niespodziankami, które niby będące częścią całości obrazu, ale jakby z tego obrazu wychodziły. Dźwięki te mimo statyczności tworzą iluzję ruchu, który jednak nie wywołuje zmian. Jest w tym nagraniu podskórna agresja, próba dominacji nad słuchaczem, złapania go za serce po to, aby je zatrzymać na milisekundy, które może życia nie odbiorą, ale postraszą ostatecznym rozwiązaniem. Nie ma tu dosłownej i dosadnej dźwiękowej przemocy jak u Sunn O))), jest za to przejmujący passive-aggressive, który zasysa i torturuje. A później robi się tylko coraz głośniej. Bo głośność i intensywność to klucz do zrozumienia Thaw nie tylko tego koncertowego, ale także tego obecnego na nagraniach. Gdy z "n/a/k" wyłania się, a w zasadzie daje o sobie w szczątkowej formie znać, gitarowy motyw, który jest zbyt rachityczny by pozwolić sobie na rozpychanie się to nagle ustępuje wydobywającym się niskim głosom potępionych, pogodzonych już z własnym losem tak jakby już wiedziały, że piekło jest najgorszą rzeczą jakie je spotkało, a więc gorzej na szczęście już nie będzie. Albo falujący dron z początku "p/m/g", który wprawia w ruch sprężyny rezonujące werbla uzupełniany przeciągłym płaczem gitar i dziecięcymi cymbałkami, po to aby rozrywać przestrzeń syntezatorowym wiatrem i monotonnym tłuczeniem gitar i bębnów. Jest w tym moc przerażenia, chęć pokazania - my jesteśmy tu, nazywamy sie Thaw, a wy musicie słuchać. I nie ma nawet opcji dla słuchacza, że jak nie chce to może wypierdalać. Zresztą to nie jest takie łatwe - dla jednych kontakt z "St. Phenome Alley" może być hipnozą, która nie pozwala wcisnąć przycisku stop w odtwarzaczu, dla innych zaś to będzie turpistyczna przyjemność stosunku uległości wobec warstw dronów.

Kup płytę kiej taka dobra na stronie wydawcy Unquiet Records

Thaw
St. Phenome Alley
1 październik 2015
Unquiet Records

sobota, 17 października 2015

Potrawka z chrząszcza - Wilhelm Bras "Visionaries & Vagabonds"

źródło: mikmusikarchive.bandcamp.com/album/visionaries-vagabonds

1. Gdy Daniel Menche mówił o tym, że swego czasu wpuszczał owady do sprzętu rejestrującego być może nie spodziewał się, że ktoś pójdzie o krok dalej i będzie na owady robił bengiery. 

2. Chciałem nazwać tę relację z odsłuchu "Sekretne życie muzyczne cybernetycznych owadów", ale wydała się ona zbyt długa i pretensjonalna. Ale jakże dobrze oddaje to czego właśnie doświadczyłem. 

3. Płyta co prawda ukazała się już jakiś czas, posiadaczem fizycznej kopii zaś jestem od całkiem niedawna. Samą płytę znam co najmniej od kwietnia tego roku, ale jakoś nie pozwalała się ona zbytnio oswoić. Po prawdzie nie jest oswojona w ogóle. Robi co chce, jest jak krnąbrne dziecko albo jak rój pszczół. 

Prawnicy poprawcie mnie, ale zdaje się, że jedyne usankcjonowane prawem nieuzasadnione wzbogacenie osoby może nastąpić tylko w jednym przypadku - gdy się niezarojony ul zaroi i pod warunkiem, że właściciel lub posiadacz tego roju co się namyślał wyroić nie ścigał tego roju. Płyta ta mimo, że stoi u mnie na półce już jakiś czas wraca i odchodzi kiedy chce. Irytuje to strasznie, choć jednocześnie strata jaką jest niejednokrotne rzucenie tą płytą ze złością w kąt rekompensowana jest przyjemnością jej powrotu, wraz z całym bogactwem jakie może zapewnić. I właśnie w ten sposób dowiedziełem się na czym może polegać syndrom sztokholmski.

Jeśli uważasz, że samo to, że Paweł Kulczyński buduje swoje syntezatory i że są one, jak pisze na stronie wydawca, pierwotnym źródłem dźwięku, mocno wpływa na wyobraźnię to chyba nie miałeś do tej pory doczynienia z "Visionaries & Vagabonds". Trudno jest mi traktować album Wilhelma Brasa jako techno. Tak, jest tam technoidalny rytm, który stawia granice harshowym szarpnięciom, power electronicsowi w stanie gazowym oraz efekciarskim, w dobrym znaczeniu tego przymiotnika, wykorzystaniu olbrzymiej wyobraźni twórcy. Bit tak naprawdę to dobra wola artysty, który nie pozwala słuchaczowi utonąć w nojzie. Bo to noise jakich mało, rozbijający co chwilę przyzwyczajenia, czający się niespodziewanymi wybuchami wściekłych owadów, zasiekający w twarz brzęczącymi, rachitowymi pancerzami. "Visionaries & Vagabonds" to liofizowana przyjemność, której wartości odżywcze mogą zostać wchłonięte tylko wówczas gdy zostaną zroszone łzami słuchacza.

Jako domorosły recenzent jestem bezradny wobec tej płyty - nie jestem w stanie porównać tej płyty do niczego co słyszałem kiedykolwiek do tej pory. Dźwiękowa materia wykorzystana na tej płycie przypomina nieco dokonania radzieckiego muzycznego uczonego Jurija Morozowa (tu płyta gdzie podobne dźwięki wydobywane są), ale poza tym nic mi nie przychodzi do głowy. Serce jednak podpowiada, że jest płyta nie tyle dobra co wielka.

Wilhelm Bras
Visionaries & Vagabonds
Mik Musik 2015

Strona Pawła Kulczyńskiego


piątek, 9 października 2015

MAZZMELANCOLIÉ - s/t

źródło: woundedknife.bandcamp.com

Długo zwlekałem z napisaniem czegokolwiek o tym nagraniu. Przede wszystkim dlatego, że mimo statecznego wieku i sporej ilości rzeczy, które przesłuchałem w życiu ciągle mam kisiel w majtach gdy docierają do mnie wieści o wspólnych projektach super gwiazd, w tym gwiazd niezalu. Z drugiej zaś strony wiem, że dream teamy nie zawsze działają i czasem produkują co najmniej rozczarowanie, a czasem srakę.

Lecz ponownie bez wahania zakupiłem kasetę wydaną przez Wounded Knife i po raz kolejny próbowałem udowadnić sobie, że przecież to MUSI żreć. Próbowałem, próbowałem i nie mogłem się zmusić, bo samo zażarło i niemało zaskoczyło.

Ja doskonale wiem, że MAZZMELANCOLIÉ to przede wszystkim projekt korespondencyjny, a złożenie do kupy wszystkich tych dźwięków to głównie zasługa Roberta Skrzyńskiego. Sprawia to, że Skrzyński gra na materiale pierwsze skrzypce. Czy ze szkodą dla materiału? Niezupełnie, choć oczekiwałbym w tej kolaboracji większego udziału Jerzego Mazzolla.

Skrzyński przez ostatnie poznane przeze mnie wydawnictwa, że wspomnę tylko "Contour Lines" czy "Low Cakes" rzeźbił w mocnym bicie i perkusyjnych właściwościach wokalnych sampli. Mazzoll na dobrze przyjętym "+" w ramach projektu MazzSacre dawał momentami ognia, a na pewno nie pozwalał o sobie zapominać jako wykonawca, wokół którego kręciła się cała muzyczna narracja. Omawiana dziś płyta, mimo potencjalnie siarczystych temperamentów artystów tworzących ten projekt jest spokojna, wręcz ambientowa, może poza finalnym "7", które pozostaje moim ulubionym momentem płyty. Uznaję to z wielki plus, wszak zbyt często w formacjach typu all-stars spotykamy się z próbami dominacji jednych uczestników takich projektów nad drugimi lub przynajmniej z niefortunną ilością nadpobudliwości twórczej, która stwarza zupełnie niestrawny produkt finalny. Tu między klarnetem Mazzolla, a wszystkim innymi innym Skrzyńskiego jest ziemia niczyja, która nie została na siłę zapchana wrażeniami. 

Gdy Mazzoll zadmie to nie jest mi wszystko jedno, niemniej siłą rzeczy wiecej wrażeń wydobywa Skrzyński. Oprócz ambientowych teł, produkuje skrobnięcia, glicze, rozwodnione harsze, tłuczone szkło, śpiewające ptaki, spadające obiekty. Czasem odnoszę wrażenie jakby udział obu artystów w MAZZMELANCOLIÉ to przypadek, bo poza jednią nagrania nie ma tu ani jednego czasu, przestrzeni i nastrojów. Gdyby jeszcze to powodowało rozjechanie się nagrania na dwie nałożone na siebie ścieżki to jeszcze miałoby to jakieś uzasadnienie, ale efekty tego są czasem zdumiewające jak w "4", gdzie klarnetowy, sygnałowy, baśniowy temat konfrontowany jest z walcującym się nawałem ambientowego mroku.

Sami wydawcy chwalą się, że jest to jedno z najbardziej unikalnych nagrań, jakie wydali. Mi nie pozostaje nic innego jak tylko to zdanie potwierdzić.

MAZZMELANCOLIÉ
s/t
Wounded Knife
CUT#25
27 września 2015.




piątek, 25 września 2015

Tape Alienz

źródło: http://tapealienz.bandcamp.com/album/tape-alienz

Gdy w 1969 zaobserwowano pierwsze pulsary, wówczas wysnuwano domysły jakoby regularność z jaką wysyłają one promieniowe radiowe nie była rzeczą naturalną lecz była powodowana jakąś pozaziemską cywilizacją. W 1971 roku podjęto pierwsze próby nawiązania kontaktu z kosmitami, gdy na pokładzie sond Pioneer 10 i 11 zamieszczono płytki z informacjami o Ziemi i ludziach. W 1979 roku w ramach programu SETI wysłano z Arecibo wiadomość radiową w przestrzeń kosmiczną z nadzieją na uzyskanie odpowiedzi. Oczywiście nie należy zapominać również o Voyager Golden Record - płyt wysłanych przestrzeń kosmicznych, które można odtworzyć za pomocą gramofonu. Na wiadomość zwrotną musieliśmy czekać aż do tego roku.

Niedawno na mojej skrzynce pojawiła się wiadomość  "pozdrowienia z kosmosu :::::". Patrząć na dwukropki najpierw pomyślałem, że to Trzecia Fala znowu spamuje, ale okazało się, że to coś zupełnie innego. Otrzymałem sygnał, którym był singiel "I Like Your Lo-Fi Ass" od Tape Alienz. Zaintrygowało mnie, że alieny mają facebooka, ale skoro tak to pewnie mają też bandcampa. I faktycznie mają konto na bc skąd zdoiłem dobrą płytę, którą teraz chciałbym rozszyfrować.



Tape Alienz produkują swoje techno house'y z sygnałów marokańskich, indyjskich, kongijskich rozgłośni radiowych po to, aby robić wixę bez wixapolu. Mocno opierają się na wokalnych samplach. Z pojedynczych fraz wydobywają ich perkusyjne właściwości, które nawet bez mechanicznego beatu zachowują odpowiednie BPM ("T-02"). Czasem TA z wokali wydobywają ich zwierzęcą naturę jak ma to miejsce w "T-03" - ten numer z kolei bardziej niż do potuptania w śliskim dresie nadaje się na downtempowy kodeinowy spęd w jakiejś spelunie, gdzie bad tripy to chleb powszedni. W "T-05" Tape Alienz wytworzyli ścieżkę, która nadałaby się za podkład dla jakiegoś srogiego nawijacza. W "T-07" słyszę swadę Deep Forest, lecz nie słyszę dużej dozy pretensjonalności, którymi wykazują się z perspektywy czasu nagrania francuskiego duo. Z niektórych miejsc tryska testosteronem i basem (co faktycznie jest mało możliwe, bo w kosmosie nie ma takiej substancji jak testosteron) jak np. w uberkozackim, zgliczowanym "T-10". Klamra tego długograja jest eksperymentalny "T-11", gdzie bit gdzieś znika pod podmuchami gwiezdnego pyłu.

Z początku gęste i częste użycie wokalnych sampli przypomniało mi ostatnie nagrania Micromelancolie, zaś instrumentale z bliskowschodnich taśm przywodziły na myśl Muslimgauze lub też znakomitego Souvenir de Tanger. Singiel "I Like Your Lo-Fi Ass", który poznałem zanim zapoznałem się z pierwszym pełnogrającym materiałem Tape Alienz i poprowadził mnie on w stronę Snowida i nie chodzi mi tutaj bynajmniej o muzykę, co o wywoływanie w związku ze swoją twórczością określonych wyobrażeń i klisz. Jeśli przyjmiemy roboczą hipotezę, że Tape Alienz są ludźmi lub też, że jest to jeden człowiek, wówczas musimy stwierdzić, że jest bardziej ostrożny w szafowaniu konwencjami. Dla mnie jako dla odbiorcy, cały koncept jest bardzo ciekawy, choćby dlatego, że do końca niedopowiedziany. Tape Alienz nie rzucają w twarz milionami inspiracji (co owszem robi Snowid), ale budują wokół siebie mgiełkę tajemnicznego smrodku, który mi się pododa. Wydobywam z tej muzyki najtisowe brzmienia, gdzieś tam czuję posmak elektronicznego New Age, ale jest dozowane w sposób co najmniej ostrożny, a na pewno elegancki.

Czy Tape Alienz zwojują wszechświat? A czy androidy śnią o elektronicznych owcach? 


wtorek, 22 września 2015

3FoNIA - Jacek Mazurkiewicz - Mneme


Po słusznie chwalonej i różnorodnej płycie Jacka Mazurkiewicza jako 3FoNIA przyszła pora na drugą płytę, a w zasadzie kasetę wydaną przez Pawlacza Perskiego czyli "Mneme".

Nie sposób uniknąć porównań z ubiegłorocznym "Chosen Poems", płytą z równie fatalną okładką jak dobrą zawartością, w której mieszały się zarówno impresje wokół folku ("Południca") jak i ekspresje w jądrze noisowego ekstremum (tribute w postaci "Mr. Karkowski"). Na "Mneme" Mazurkiewicz rozrywa narrację znaną z "Chosen Poems" na dwa utwory, które znajdują się na przeciwnych stronach taśmy. Utwór "Mneme I" ze strony pierwszej i "Mneme II" ze strony drugiej kasety są od siebie na tyle różne, że bez podpisu artysty i jego projektu można by uznać za split dwóch różnych wykonawców. Mazurkiewicz nie stosuje na "Mneme" półśrodków w przetwarzaniu kontrabasu lub też w podawaniu kontrabasowej surowizny. Czy to jest jakiś przytyk? Tutaj kategorie wewnętrznej spoistości albumu, który składa się z dwóch numerów ma taki sens jak rozważaniu relacji społecznych między dwoma osobami - można, lecz czy ma to jakikolwiek sens?

Nie ukrywam, że pokrywałem spore nadzieje "Mneme", lecz zamiast usłyszeć komendę "młyńcem bij!" dostałem "tylcem-bij!". Tak czy siak - jestem kontent. Atmosfera wytworzona na "Mneme II" jest bardzo duszna i zimna jednocześnie. Szorstkie skrawki falującego dronu rozbijały się o moją twarz jak prąca z naprzeciwka śnieżyca. Lecz początek tego nagrania to nie początek drogi przez mękę, a raczej początek agonii w zimnej zamieci. Jest to moment, w którym członki czuje się coraz słabiej, w którym zmysły zaczynają szwankować, w którym umysł stara się jeszcze coś doświadczać, ale myli się raz po raz, źle interpretując bodźce i zostawiając coraz to kolejne obszary najbliższego otoczenia na niezrozumienie, choć te zrozumienia wymagają. Jakby w ostatnim marznącemu ciału udaje się uchwycić nieprzetworzone kontrabasowy kontur czegoś znajomego, jakiegoś punktu odniesienia, lecz i to okazuje się być fantasmagorią malejącego życia. Po tym pojawiają się już tylko halucynacje. Gdy nie wiadomo gdzie jest góra i dół, gdy nie wiadomo, czy członki są jeszcze żywe czy już martwe, gdy nie słyszymy nikogo nagle pojawia się uporczywy łomot, który czasem zwalnia, czasem przyspiesza, czasem nawet ustaje. Umęczony kadłub kładzie się na śniegu. Patrzy w dół, patrzy w górę - co za różnica. Teraz się odchodzi słodko, jest jak w niebie, pieniądze tracą sens. Milknie wszystko, w zrezygnowaniu. Dobra, śmierci tym razem wygrałaś, zdarza się tobie wygrywać zawsze. Jeszcze czasem falami wzbiera do nas nieczuła zima, ale nie złośćmy się na nią, ona nie winowata, ona taka była zawsze. W głowie są jeszcze resztki pamięci o życiu. Ciekawe czy ktoś będzie pamiętał o kadłubku po jego śmierci. Może kadłubka nigdy nie znajdą i będzie on figurował w kartotekach jako zaginiony, a nie zmarły. A jeśli go już wyciągną ze zmarzliny to ileż będą go opłakiwać? Rok? Dwa? Sto? Ile będą dawać za niego na wypominki? 

A co do "Mneme II" - zaczyna się dziko jak "Gogoszary" Namysłowskiego, a brzmi jak strojenie instrumentu przez rozstrojonego nerwowo muzykanta, któremu bliżej było do altówki niż do wielkiego jak kościół kontrabasu. Momentami kontrabas brzmi jak preparowana tuba Zdzisława Piernika i porównanie to jest zdaje się nieprzypadkowe - Piernik również wykorzystuje instrument wielce niesolowy do wydobywania z niego zupełnie nieprawdopodobnie niemuzycznych dźwięków. Mazurkiewicz mści się na swoim instrumencie niemożebnie, próbując na swoim instrumencie przesuwać bezpieczne granice BDSM, brzeszczotem strasząc ogłupiałe struny, aby przejść do do dronu, którego rytm wyznaczany jest li tylko przez długość smyczka i szybkość jego lotu po strunach. W "Mneme II" Mazurkiewicz testuje możliwości kontrabasu jednak robi to zupełnie inaczej niż w "Mneme I". Nie korzysta z elektroniki ani a samplerów - jest tylko muzyk, instrument, mikrofon i improwizacja jak się zdaje, nagrana na setkę. To pierwsza część "Mneme II", w drugiej zaś muzyk pozbywa się smyczka na rzecz techniki palcowej. I jest to jednocześnie moment, który sprawia, że chciałbym przewinąć dalej, ale kończy się na tyle szybko, że nie zdążam.

Kupże kasetę, bo dobra jest, Pawlacz Perski jest wporzo.

3FoNIA
"Mneme"
Pawlacz Perski Tapes
ppt33
9 września 2015




środa, 16 września 2015

Sierść - Spoko, że wszyscy umrzemy

źródło: własne, magnetofon po odmulaniu i odprawieniu egzorcyzmu. Sierść, "Spoko, że wszyscy umrzemy".


Pierdolę, nie piszę żadnej recenzji. Nawet bez słuchania tego materiału wiem, że coś tu jest nie tak. Już od przeczytania tytułu, którego nie ma oczywiście na okładce kasetowego wydania, bo najlepiej być tajemniczym pojebem, skończywszy na faktycznym tytule, który można było wydobyć dopiero z discogsa, a który trąci skiśniętym moczem. "Spoko, że wszyscy umrzemy"? Serio? Chcieliście mieć kontrowersyjny i perwersyjny tytuł płyty? Dobra, wyjaśnijmy sobie jedno - to zupełnie mało spoko, że wszyscy umrzemy. Ja wiem, że trzeba być pojebem i mieć nierówno pod sufitem, żeby grać w takiej kapeli, kupować jej kasety i czytać historie takie jak o Jonestown. Ale kurwa, że spoko? Fajnie? Klawo? Nie no, kurwa, nie mogę już.

Ale chuj, zacząłem to i skończę. Wiecie, na czymś co można nazwać bardzo ironicznie "longplayem" grupy, który chce być blackowa, ale wychodzi o to to, była sobie postać, która robiła seppuku. Na "Spoko, że wszyscy umrzemy" ta sama postać już ma wywleczone flaki na zewnątrz, a to ze wstydu, że musi brać udział w tym wszystkim. "To wszystko" to autentycznie groźna atmosfera miasta terroru, po którego ulicach biegają dzieciaki z nożami, przestery zalane piwem skrzeczą jakbym miały się zaraz zesrać kondestatorami i same popełnić rytualne samobójstwo. O wokalach chciałbym napisać, że "o wokalach już nie wspomnę", ale nie, kurwa, bo to nie jest istota ludzka co te dźwięki generuje, to jest zaprogramowane wokalne zniszczenie flory bakteryjnej żołądka, antybiotyk na wszelkie formy życia, które zostawiają kurewsko wielki ślad ekologiczny. Sierść powinna być sądzona przez międzynarodowe trybunały za zniszczenie Jeziora Aralskiego, dzięki wielkie. Bębny niestrojone ("a co ja kurwa, gitarzysta jestem żeby coś stroić, przychodzę, rozkładam się i gram" - powiedział mirek odpowiedzialny za utrzymywanie rytmu) albo tylko się tak wydaje, bo tu nic nie gra jak należy, może też dlatego, że to nawet nie jest normalne nagranie, tylko zgrywane to było przez piezo przytknięte od rury w kiblu przy której akurat usadowiono zespół, bo to bulgocze, świszczy i trzeszczy jak w sraczu. Zresztą poziom łajna, które znajdziemy na tym nagraniu jest taki, że spierdoliła mi się głowica w moim odtwarzaczu i musiałem zamawiać usługi wywozu nieczystości aby wyczyścić magnetofon. Dzięki, kurwa.

Materiał został nagrany tak, aby każdy Damian w dresie adidasa w komunikacji miejskiej mógł sobie to puścić na telefonie bez obaw, że choćby jedna część z tego nagrania została pominięta przez niedomagający sprzęt, bo basista nawet jak jest to go nie słychać, elo. Lecz taki Damian musi mieć na uwadze, że soniczna katastrofa może spowodować:
1. spuchnięcie i pęknięcie baterii,
2. wywołanie szatana z dupy,
3. wpierdolem od współziomków*

*chociaż to ostatnie to nie, bo ziomki by się Damiana przestraszyli, a sam Damian zostałby archetypowym shoegazowym lamusem, który jednak nie byłby pozbawiony zdolności sprawiania fizycznego bólu.

Bardzo żałuję, że nie mogłem być obecny na koncercie, bo chciałbym sie zapytać operatora gitary w jaki stroju się stroi i dlaczego gra tak żebym nic nie słyszał. Chciałbym zobaczyć dlaczego wokalistka tak cierpi i tak wszystkich nienawidzi, chyba dlatego, że po grzybobraniu noga utknęła jej we wnykach. Chciałbym zobaczyć motorykę perkusisty, bo coś czuję, że walenie pałkami w bębny za głowy to szkoła napierdalania Bamm-Bamm Rubble'a. I w ogóle chciałbym tam być, kopnąć szatana w dupę w pogo, rozbić pokala na siatce, która izoluje muzyków Sierści od ludzi i walić w rytm kolejnych numerów głową o żeliwny kaloryfer.

Kurwa, jak tak "Spoko, że wszyscy umrzemy" to weźcie mi to na łożu śmierci puście, żebym wiedział, że nie mam czego w życiu żałować.  

Sierść
"Spoko, że wszyscy umrzemy"
BDTA LXXX
19 września 2015.

Kup kasetę albo digitala na bandcampie Biedoty i schowaj głęboko w szufladzie, tak żeby mama nie widziała. Chyba będzie też na serpencie, bardzo to możliwe. 

wtorek, 15 września 2015

Baldruin - Portal

źródło: http://woundedknife.bandcamp.com/album/portal

Zacznę od rzeczy cokolwiek nieprozaicznej, bo od oprawy graficznej. Chyba nikogo nie zaskoczę swoim każdorazowym zachwytem nad wydawnictwami Wounded Knife, są one bardzo ładne, a poza tym stylistycznie spójne. Winyl Baldriuna jest przezroczysty, z delikatnymi żółtymi akcentami (nie chcę pisać, że w kolorze niezdrowego moczu, ale tak mi się przypomniał winyl zrobiony z ludzkich sików -> czekirałt w linku), z pięknym labelem i obłędną okładką wydrukowaną na papierze z szorstką fakturą i cudownym liternictwem. Nawet karteczka na której znajduje się kod do pobrania digitala z bandcampa jest ładna. Ale przecież nie tylko dla ładności wizualnej kupuje się winyl. Jest także muzyka.

Baldruin, czyli niemiecki artysta Johannes Schebler, wydał dla Wounded Knife do tej pory jeden pełnogrający materiał pt. "Im Delirium" oraz split wraz z Micromelancolie. Baldruin prezentuje się tu jako artysta, który chce czerpać z wielu źródeł i w większości są to próby bardzo udane. Eksploruje muzykę konkretną/field recording, elektronikę z pogranicza szorskiego, szumowego noisu oraz ambientu, doprawiając przy tym całość rodzynkami w postaci spoken word, innym razem wdraża wręcz piosenkowy nastrój. Ponadto zauważam bardzo mocne inspiracje kosmische musik jak w "Tanz der Elektronen" lub w Kraftwertkowskim "Elektrobahn auf Abwegen". Na uwagę zasługuje również ilość utworów (aż 15!), a co za tym idzie ich długość. Nie wiem czy Baldriun chciał dostosować wszystkie swoje pomysły do winylowego formatu, ale żaden z utworów nie jest dłuższy niż 4 minuty. Z jednej strony żywię wobec takiego zabiegu szacunek, wszak 90% muzyki eksperymentalnej męczy niemiłosiernie długimi utworami. Tu jednak Baldruin w kilka minut ścisnął bardzo wiele wrażeń. I choć niektóre z utworów opierają się na pętlach, tak nie trwają one w nieskończoność. Nie jest to z mojej strony żaden przytyk, jednak niektóre momenty "Portalu" mają dobry, transowy potencjał i dobrze by było go wyeksploatować w dłuższych numerach.

Aby wejść w świat Baldruina należy najpierw zmierzyć się z lochem "Im Verlies", a jest to ambient podszyty mrokiem, który nie jest reprezentatywny dla całej płyty, raczej stanowi trzęsienie ziemi, które zwiastuje kolejne uderzenia ziarnistego strachu. Zresztą "Portal" to też nie jest to też żaden koncept ani spójna narracja. Chciałbym zwrócić uwagę na to w jaki sposób generowane są dźwięki na tym albumie, a w zasadzie ciągle wątpliwości dotyczące ich pochodzenia. Syntezatory momentami brzmią niezwykle organicznie i w świetny sposób wytwarzają nadrealistyczne wrażenia dźwiękowe. Instrumenty akustyczne, jeśli są stosowane, są przetworzone. Wpadłem w konfuzję słuchając "Auf der Lauer" - mimo tytułowego zegara słyszę tam guiro brzmiące jak rechocząca żaba, w tle zaś słychać basowe mruczenie kota. Niektóre z momentów płyty, jakkolwiek ciekawe tak odstają od niepokojącej choć baśniowej atmosfery "Portala". Ma to miejsce choćby w "No Escape", gdzie soniczna przemoc w postaci wokalu wypatroszenego jak w powerelectronics znęca się nad słuchaczem. W innym miejscu zaś Baldruin nie szczędzi nam czegoś w rodzaju futurystycznego etno, które brzmi momentami podobnie do "Ducha tornada" Alamedy 5 (tudzież do "II" Innercity Ensemble), jak w "Durchs Dickitch" lub w "Faulnisie". 


"Portal" faktycznie spełnia swoją funkcję i przeprowadza słuchacza do równoległego świata, lecz tyle samo w nim sielanki, co grozy. Baldruin prowadzi nas w świat baśni braci Grimm, lecz sprzed ich ocenzurowania przez dbających o spokój dziatków. Tak czy inaczej "Portal" to na pewno moja bajka w której chciałbym się zatrzymać na dłużej.

Baldruin
"Portal"
Cut#23
5 września 2015.

sobota, 5 września 2015

Nac/Hut Report "Schizm No Symmetry"

Nac/Hut, "Schizm No Symmetry", Double Hallucinative Rec., źródło: http://nachutreport.bandcamp.com/. 


"O chuj"... tak na pewno nie powinienem zaczynać tej recenzji, ale tak pomyślałem już od pierwszych dźwięków tej płyty i tak mi zostało aż do końca. 

Nac/Hut Report to włosko-polski zespół, który założony został w 2008 roku w Krakowie przez Brigitte Rousell oraz Li/ESE/Li. Zespół przeniósł się w 2009 roku do Włoch. Do tej pory Nac/Hut Report wydał dwie płyty "Angel-likeContraction Reverse" z 2013 roku oraz tegoroczny "Schizm No Symmetry", obie we włoskim labelu Double Hallucinative. 

Pamietacie może reklamy sklepu Mango, które sprzedawały pasy na brzuch, które grzały, trząchały i gwarantowały wspaniałą sylwetkę oraz utratę tkanki tłuszczowej bez ruszania dupska z fotela? Tak właśnie czuję się siedząc i słuchając po raz wtóry tego materiału. Lecz zamiast topionego brzucha czuję wyrywanie kolejnych fragmentów masy szarej z głowy. A jeśli już coś gdzieś poleciało to nie pot i tłuszcz, ale ciepły mocz po nogawce. Ale, ale, płynny dźwiękowy ołów zostawił z mózgu przedwzgórze, które stymulowane jest w sposób zapewniający niebywałą roskosz.

Tegoroczny całograj Nac/Hut Report to przede wszystkim twarda konsekwencja w tworzeniu kolejnych numerów z podobnej sobie materii dźwiękowych. W pierwszych sekundach otwierającego płytę "Ah Ah East" mamy delikatne dźwięki janczarów, które są bezwględnie niszczone przez noisowo-industrialny ciężar, który okazuje się być głównym tematem dopełnionym następnie  przez jazgoczące gitary przypominające ni to wprawki do funeral doomu, ni to do odtwarzania dźwięku hamującego tramwaju. A to wszystko już w pierwszych 20 sekundach płyty. Następnie z utworu wyłania się wokal (wszystkie numery na płycie są wokalne), który zupełnie pozbawiony jest ciężaru wszystkich innych dźwięków. Wokal Brigitte jest delikatnie znudzony, coś między Nico, a Elizabeth Frazer. W niektórych momentach wykorzystywana są także elementy muzyki konkretnej, jak choćby na początku "Wolf the Saint"

Nac/Hut Report niemogąc zdecydować się czy grać jak wykonawcy ze stajni 4AD czy może narobić hałasu jak Einstürzende Neubauten albo My Bloody Valentine, postanowił pójść w każdym z tych kierunków jednocześnie przy czym absolutnie nie rozmienił się na drobne. Mimo to konsekwencja w tworzeniu utworów jest zadziwiająca - utwory przechodzą od noisowego intro, po którym można spodziewać się wszystkiego najgorszego/najlepszego, aż do rytmicznej struktury oraz do dreamowego wokalu (moża poza najbrudniejszym, ostatnim na płycie utworze pt. "Rdza). W "Schizm No Symmetry" każdy zgrzyt, rzęch i każde sprzężenie staje się elementem rytmicznej układanki, realizując tym samym naczelne funkowe hasło, że "wszystko jest rytmem" - na szczęście jednak funku nie ma tu wcale. Jednocześnie na uwagę zwraca brak wykorzystania tradycyjnych perkusyjnych dźwięków i instrumentów, przez co utwory, mimo braku improwizatorskich zapędów stają się utworami bardziej przestrzennymi i otwartymi - uważam nawet, że użycie perkusyjnych rytmów sprawiłoby, że cała misterna budowla zapadłaby się pod własnym ciężarem. Wydaje się, że operowanie to ciężarem antymuzycznego industrialu i noisu z dream-popowymi motywami to banał, ale jakże on został tu dobrze wykorzystany. Największą siłą tego albumu jest z jednej strony wściekłe atakowanie noisem z drugiem układanie delikatnych gitarowych dronów, na których spoczywają wokale. To jak hartowanie gorącej stali w lodzie - mogło się to nie udać, ale z jakichś powodów wyszło wyśmienicie. 

Płyta ta zapewniła mi zamknięty świat przedstawiony pełen steampunkowej dystopii, równoległego świata, gdzie noise i industrial nie stanowią celu samego w sobie, ale materię służącą do zespawania z nich smutnych piosenek. "Schizm No Symmetry" brzmi jak lato tuż po Apokalipsie, gdzie ludzie ze skrawków cywilizacji chcą odtworzyć nowe, dobre życie. Horror zniszczenia i melodramat zgody na zniszczenie idą ze sobą w parze. Jak dla mnie - najlepsza płyta tego roku w swojej klasie.

Nac/Hut Report
"Schizm No Symmetry"
Double Hallucinative Rec.
2015

piątek, 4 września 2015

Nice try Kolego Doriana - s/t

Kolegia Doriana s/t, BDTA 2015, źródło: własne.

Byłem bardzo ciekawy, co takiego znalazło się w materiale Kolegów Doriana, że został wydany akurat przez BDTA. Label ten rzadko, a może nawet nigdy, zwraca się w stronę free improv, więc spodziewałem się ostrego napierdolu na dwa baty. Okazało się, że dostałem materiał w innym stylu, ale wciąż solidny, w sam raz na debiut. 

Być może nie przeżyłem podczas słuchania Kolegów Doriana objawienia, ale to wcale przyjść nie musiało. Już od pierwszych dźwięków "Podobny do nocy" zespół wprowadza nas w krainę łagodności, opartej na dwóch akordach, które targane są syntezatorowym wiatrem. Jak na intro - nice try i choć jest bardzo proste, inkrustrowane pociągnięciami saksofonu i sporadycznymi gitarowymi trzaskami, to ma 15 MINUT. Nie nuży jednak i mimo ambientowych zapędów bywa mroczne i mocne. Następnie zespół płynnie przechodzi w "Leventhal", w którym żaden z instrumentów grupy, w której stałym składzie jest saksofonistka, gitarzysta i perkusista obsługujący również elektronikę, nie jest wiodący. Brzmi to jak drzewo, z którego jednego pnia wyrastają gałęzie, które nie wyrastają w taki sposób, aby złapać jak najwięcej słońca, ale splatają się w ciasnym i suchym uścisku i pnąc się tak o siebie w górę wzrastają niemal bez końca. "Leventhal" zresztą jest jak zdobywanie szczytu w Himalajach, gdzie nie da się wejść na partyzanta na górę, lecz przed atakiem finalnym trzeba zakładać obozy, aklimatyzować się, wychodzić wyżej, schodzić spowrotem. I choć robi się dwa kroki naprzód to dla bezpieczeństwa należy zrobić krok w tył. I tu instrumenty pną się w górę, to schodzą w dół, aby przyzwyczaić słuchacza na atak szczytowy, który następuje w końcówce utworu. "3" proponuje gitarowe intro jak ze "Siesty", gdyby ta była prowadzona przez Kydryńskiego na zwyczajowej niedzielnej bani i kacu, po to żeby jebnąć nieprawdopodobnym saksofonem, gdzie klapy furczą, ustnik się pali, a marynary latają. I jest to mój ulubiony fragment, a kulminacyjny punkt płyty.

Nie oznacza to jednak, że dalej nie ma już czego słuchać. Kolejny "1" przenosi nas organoleptycznie wykonywany smooth jazz. Jest tam Jarek Śmietana nagrany na taśmie, która została wciągnięta w magnetofon, na której dograno dodatkowo próbę z perkusyjnych wprawek do swingu, który szarpie się jak zgniły szpagat. Nie doszukuję się tu nawet saksofonu, który jest przedmuchiwany bez zupełnego entuzjazmu. Całokształt utworu zaś to moja uśmiechnięta buźka, Glenn Branca by pokiwał głową. "Finalny 138" przynosi pseudo-jazzowe outro, które w szczycie improwizatorskiej zabawy kończy się zupełnie nagle i brutalnie.

Pojednyncze utwory debiutu Kolegów Doriana nie są wystarczającym powodem aby dać okejkę i przybyć piątkę. Natomiast cała płyta odsłuchana od początku do końca jest już o wiele ciekawsza, Nie serwuje rozkurwu, jak wydany przez Wounded Knife zespół Lounge Ryszards, ale też wypina się na etnoezoteryczno-ambientowe trututu (jak w stylu Alchimii). Tak czy inaczej - szanuję, debiut dobry, słuchałbym na żywo.


Kolegia Doriana s/t, BDTA 2015, źródło: własne.

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

Rytuał dźwięku i ciszy i pustej hali - Zorka Wollny&Anna Szwajger - The Greatest Hits

źródło: super-label.bandcamp.com

Już nie raz powiątpiewałem w zasadność wydania ścieżek dźwiękowych z instalacji dźwiękowych,  z muzycznych performensów, czy wystaw. Nie oznacza to bynajmniej, że jestem zagorzałym przeciwnikiem wydawania takowych - raczej chodzi o to, że cenię sobie odbiór performensu jako całości, lubię je przyjmować z całym dobrodziejstwem inwentarza. Muzyczne ilustracje do dzieł, które są ponadmuzyczne lub nawet ponaddźwiękowe niejednokrotnie nużą niemiłosiernie i dopiero rzetelne creditsy są w stanie dać ten spokój związany ze zrozumiałym odbiorem pewnych muzycznych doświadczeń (o ile zrozumienie jest potrzebne). 

Te i inne obiekcje w większości nie mają zastosowania do "The Greatest Hits" Zorki Wollny i Anny Szwajgier. Co mnie bardzo ucieszyło przy okazji odbioru tego najnowszego wydawnictwa labela -Super- ze Szczecina i Łodzi to przystosowanie zarejestrowanych wrażeń dźwiękowych do muzycznego formatu. I tak o ile w przypadku wydawnictw muzycznych to żaden wyczyn, a podstawowy wymóg, tak w przypadku próby rejestracji i przekazania wrażeń dźwiękowych wydawca tudzież odpowiedzialne za "The Greatest Hits" artystki zracjonalizowały potrzebę przekazania tych wrażeń selekcjonując najciekawsze z nich i tworząc swoistą składankę.

Jednocześnie zaś " The Greatest Hits" mogłyby zasługiwać na nazwę "Miniatury", ale ta została już wykorzystana, wszak jedne ciekawe "Miniatury" zostały już wydane w tym roku przez Eugeniusza Rudnika. Starego mistrza wywołuję nie bez powodu, bo niektóre z "utworów" wykorzystują niechcianą soniczną materię by złożyć ją w jedną całość. Posłuchajcie zresztą "Songs of the Sublime for nine performers and the architecture of Turner Contemporary" - to nic jak pocięte fragmenty najlepszych dźwiękowych wrażeń z tytułowego performensu. Od początku oderza minimalizm wykorzystanych środków jakimi jest słowo oraz inne dźwięki wydawane paszczą, wszystko przetworzone przez obłędne naturalne echo budynku, który stanowi jeden z głównych instrumentów. Inne dźwięki również są niezwykle intrygujące. W niektórych momentach chciałoby się słyszeć syntezatory, ale to prawdopodobnie pręt zbrojeniowy ciągnięty po betonowej posadzce. Czasem się słyszy cyfrowe ziarno białego szumu, ale to raczej syczący chór. Chór czasem przywodzi na myśl "Pasję według świętego Łukasza" Pendereckiego gdzie jakieś dziady robią "łuuu", a z drugiej jakieś dziadule robią "łiiiii", ale to na szczęście nie jest takie proste. Niezależnie od źródeł dźwięku są one co najmniej intrygujące. Całość wzmaga przejmująca cisza, w której zatopione są zarówno dźwięki wydawane przez publiczność (o ile taka tam była - kroki, rozmowy, chrząknięcia, śmiechy) jak i perforemów. Dlatego też można odbierać "The Greatest Hits" nie tylko jako dźwiękową rejestrację wydarzenia, ale jako swoisty field recording z wydarzenia. Poza tym wykorzystanie (prawdopodobnie) niezamplifikowanych obiektów, braku syntezatorów, oparciu się na dźwiękach akustycznych przywodzi na myśl filozofię nagrań awangardowej grupy Osjan, która przez jej twórców nie była nazywana tyle grupą muzyczną lub zespołem co "teatrem naturalnego dźwięku", której jedna z płyt zatytuowana była "Rytuał dźwięku i ciszy".

"The Greatest Hits" są ważne przede wszystkim z jednego powodu - podkreślenia znaczenia przestrzeni nagrania - to nie tylko industrialne, (choć nie industrialowe) przestrzenie hali w supermarkecie, ale także kaplica czy nawet wzgórze, które gra świerszczami. Przestrzeń nagrania nie jest traktowana tylko jako pretekst do zamieszczenia go w tytule utworu. Artystki podkreślają, że przestrzenie i architektura również mogą stanowić instrument jak również element przetwarzający dźwięk, choćby przez naturalny pogłos. Jednak nie ma polskiej muzyce zbyt wielu wydawnictw, które podkreślałyby jako źródeł dźwięku przestrzeni i architektury.

I o ile moja finalna ocena tego materiału jest lepsza niżbym się spodziewał, tak ciągle czuję niedosyt mojej nieobecnośći podczas zarejestrowanych na kasecie wydarzeń. Oprócz słyszalności przestrzeni, jej swoistej akustyki to niektóre z nich mają zdolność psychoaktywnego wpływania na uczestników, przede wszystkim w momentach generacji rachitycznych i naturalnych sobie dźwięków. Niemniej obiekcje te kieruję tylko względem siebie. Pozostawiam słuchaczom, w tym sobie, kolejne chwile z wydobywania wrażeń z "The Greatest Hits", które są mi miłe i bliskie.

Zorka Wollny&Anna Szwajgier
"The Greatest Hits"
-Super-

poniedziałek, 24 sierpnia 2015

Micromelancolié - Contour Lines

źródło: http://audilesnow.bandcamp.com/


- O panie, ale to dobra płyta jest - powiedział randomowy słuchacz najnowszego materiału Roberta Skrzyńskiego. Choć w sumie znając produkcyjną napobudliwość Micromelancolié to w momencie gdy randomowy recenzent publikuje te słowa, to niewykluczone, że najnowsze dzieło już takie najnowsze nie jest. 

Mogę się mylić, ale wedle moich obliczeń Micromelancolié wydał w tym roku od groma nowych rzeczy, a jego strona facebookowa kipi od kolejnych utworów. Jasne, że obawy wobec jakości może budzić częstotliwość pojawiania się coraz to nowych rzeczy, lecz tutaj możemy być spokojni.

Ostatnio Micromelancolié zachwycił mnie "Low Cakes", który ukazał się nakładem BDTA. Na wydanym przez Audile Snow "Contour Lines" artysta kontynuuje to co zrobił na "Low Cakes", lecz naświetla dźwiękową materię z innej strony. Począwszy od "Arc", wprowadza w zupełnie osobne uniwersum dźwięków wyznaczanych przez delikatne, a mające industrialowe rodowody dźwięki tworzące szkielet rytmiczny. W numerze tym jak i przez całą płytę sample wokalne, nieprawdopodobnie szarpane powinny wzbudzać niepokój, wszak co jak co, ale masakrowanie wokali kojarzy się z masakrowaniem osób, które wydobywają te dźwięki. Pomimo to zapomina się o ludzkim, jeśli nie zwierzęcym pochodzeniu tych głosów i stają się one częścią syntetycznego trip-hopowego beatu, jak to ma miejsce w centralnym i kulminacyjnym momencie numeru otwierającego to wydawnictwo. Trip-hopowe dzieło uwarzone z ambientowej zupy, doprawionej pieprznym chopped&screwed to także udział kolejnego na płycie "Radiusa". "Diameter" do ambientowy glitch i napierajaca fala wokalnych sampli. Ponad to wybija się "Cube", w którym łagodności ustępują w dużej mierze nieprzetworzone wokale rapujące i wyśpiewujące całe kwestie, które muszą zmagać się z szorstką arytmią sprzężeń i strzałów. "Sphere" to glitch, sprzężenia, pingpongowe uderzenia, Moroderowski puls i postkrautowy smród i jednak najmniej zaskakująca część "Contour Lines". Ostatni "Piramid" to zglitchowany field recording ciepłej dżungli . Tak mógłby brzmieć ukryty poziom w pierwszym "Tomb Riderze", gdyby nie suchy beat w centralnej części tej piramidy.

Co tu dużo mówić - to kolejna bardzo dobra płyta, która przy dużej spoistości i konsekwencji, ale również w ambientowym wyciszeniu tłumi nadzwyczajne bogactwo. W powyższej relacji z odsłuchu przez wszystkie przypadki odmieniałem ambient, glitch i wokalne sample, ale jest tam znacznie więcej, jak choćby jazzowe wstawki. Tak czy inaczej, bo tak pierdolić to można bez końca - Micromelancolié z każdym nowym materiałem przerasta samego siebie i ciągle daje powody do zachwytu i zdumienia. 

Micromelancolié
"Contour Lines"
Audile Snow
sd#4
19 sierpnia 2015

niedziela, 16 sierpnia 2015

Paweł Kulczyński - Utter Irrelevance

źródło: strona FB Pawła Kulczyńskiego

Dawno temu instruktor tańca i śpiewu ludowego, z zespołu do którego chodziłem powiedział, że dawne czasy bardziej sprzyjały tradycyjnemu śpiewowi. Za przykład podał instytucję kośby, kiedy mężczyźni ze śpiewem na ustach, jeszcze przed świtem wyruszali skosić swoje pola, ze śpiewem pracowali i ze śpiewem wracali do domów. Wszystko jednak miało się zmienić wraz z postępującą mechanizacją, kiedy to już ciężko było śpiewać z ciągnika (swoją drogą: polecam ciekawy album zdjęć Łukasza Skąpskiego ze zdjęciami i opisami niesamowitych samoróbkowych ciągników z Podhala - DIY zawsze w modzie). Paweł Kulczyński w swoim performensie wyrwał przynależne ciszy koszenie trawy kosą, niczym Hasior wyrywający z ziemi rzeźby. 

Wydarzenie miało miejsce 15 sierpnia w przestrzeni koło Galerii Hasiora, w ramach programu Otoczenie. Nie sądzę by sam występ Kulczyńskiego miał jakikolwiek ścisły związek z postacią Hasiora. Luźnych związków dopatruję choćby w tym, że dziełem Hasiora, które funkcjonuje najbardziej w zbiorowej pamięci populacji są tzw. Organy na przełęczy Snozka, które pierwotnie były instalacją muzyczną. Ponadto Hasior zafascynowy był sztuką ludową, a same ostrze kosy często wykorzystywał w swoich rzeźbach. Poza tym uważam, że występ Kulczyńskiego pt. "Utter Irrelevance" był najjaśniejszym punktem programu "Otoczenie" oraz najciekawszym wydarzeniem muzycznym w Zakopanem w tym sezonie letnim.

O występie dowiedziałem się z strony FB Mik Musik, w której to wytwórni Paweł Kulczyński wydał w tym roku bardzo dobrą płytę pod pseudonimem Wilhelm Bras "Visionaries & Vagabonds". Utwierdziwszy się w przekonaniu, że występ był otwarty dla publiczności udałem się ze swoją małżonką na miejsce, po czym dowiedzieliśmy się, że muzyczny performence można zobaczyć tylko z zaproszeniem. "O kurwa", pomyślałem i zacząłem się wykłócać, po czym obsługa stwierdziła, że jak się taki padalec rzuca to nic się nie stanie jak wejdzie i posłucha. Jako, że było dużo czasu to udałem się jeszcze do Galerii Hasiora (nie byłem w niej od czasów liceum) i pierwsze co zauważyłem to to, że ekspozycji (świetnej) towarzyszy muzyczne tło w postaci muzyka Eugeniusza Rudnika (o!). Lecz nic to, po przejściu po galerii udałem się na tył budynku, gdzie powoli zaczęli zbierać się ludzie, z początku geriatria, później zaś trochę więcej młodzieży. W rogu zarośniętego zieleńca, który był miejscem wydarzenia, rosło kilka liściastych drzew podłego i pospolitego gatunku, gdzie rozstawiony był sprzęt muzyczno-grający. Mimo napływu osób w wieku młodzieńczym i tych w wieku sile dominowała ludzka starzyzna, która zapewne woli normalne wernisaże od tego co się wktótce miało wydarzyć. 

Kulczński swój występ oparł na dźwiękach generowanych przez mikrofony kontaktowe przymocowane do całości kosy (zarówno do ostrza i kosiska), które pod wpływem trgań generowały dźwięk. Występ zaczął się niepozornie - Kulczyński zaczął od ostrzenia kosy osełką, co generowało krótkie śliskie dźwięki, po to, aby przejść do koszenia. Podczas koszenia działy się ciekawe rzeczy, bo w zależności od wysokości trawy, składu gatunkowego roślin poszczególnych części zieleńca generowane były różne dźwięki. Najciekawsze, i najbardziej niepokojące wrażenie wywoływały koszone duże liście łopuchów - bardzo organicznie, niczym żywe mięso odrywane od kości. Więcej białego szumu wywoływała niska i drobna trawa. Jak to bywa podczas kośby, czasem kosiarz trafił na oporną kępę, która metalicznie zadudniła, innym razem zaś trafił na kamień, który wydobywał z siebie brzmienie elektronicznego werbla. Całość zaś skąpana była w dronie, który zbudowany był (o ile się nie mylę) na dźwięku Sheparda

Koszenie jako czynność fizyczna jest szalenie zrytmizowana i taka być musi, aby efekt, w postaci skoszonej trawy był osiągnięty. Kulczyński, mimo ekstrawanckiego źródła dźwięku, nie był ekstrawaganckim kosiarzem - bardzo noise'wy i głośny rytm wyrażał się w powtarzających sekwencjach uderzenia w trawę i zabrania kosy spowrotem. Zadziwiająca była intensywność dźwięku - wydawałoby się, że koszenie trawy może generować rachityczne doświadczenia dźwiękowe, ale odpowiednio wzmocnione i przetworzone generowały wściekły wrzask.

Cały występ skończy się równie nagle jak zaczął. Kulczyński nie został po swoim występie nawet zaproszony przez organizatorów, którzy opowiadali głupoty o tym, że występ ten odnosi się jakoś do uroczystości Matki Boskiej Zielnej (gdy to usłyszałem to śmiechłem). Chociaż z drugiej strony artysta był tak zmęczony, że nie byłby chyba w stanie wyjaśnić o co chodziło z całym tym koszeniem. Natomiast paru osobom, które stały koło mnie należałoby wytłumaczyć na czym polegają takie występy, bo ich komentarze świadczyły, że w dupie byli i chuja widzieli. 

Pozdrawiając środkowym palcem tych nielicznych malkontentów, którzy stwierdzili, że jedynym plusem koszenia zamplifikowaną kosy jest skoszona trawa arbitralnie stwierdzam, że występ bardzo mi się podobał. Performance Kulczyńskiego był bardzo minimalistyczny - nie odtwarzał zachowania, lecz je realizował nadając mu inne znaczenie soniczne. Od tego momentu gdy tylko przypomnę sobie o kośbie nie będę sobie wyobrażał ludzi pracy wracających z pola i śpiewających swe pieśni, lecz przygarbionego Kulczyńskiego, który tchnął w zatęchłe zakopiańskie powietrze ciekawsze niż zazwyczaj wibracje. Życzyłbym sobie, abym mógł doświadczać takich występów "u siebie" częściej.