poniedziałek, 22 grudnia 2014

Kixnare - Rotations

Na zakończenie tego roku chciałbym wyrazić wdzięczność Kixowi za to, że nagrał płytę, która podoba się zarówno mi jak i mojej żonie. Dlatego ja, jako hegemon muzyczny w tym domu po pierwsze nie musze wysłuchiwać, że zaś puściłem coś dziwnego, po drugie jako główny odpowiedzialny za ścieżkę dźwiękową mojego domu jestem dumny, że w końcu cała sala tańczy. 

Nowa płyta Kixa to trzymanie się stylu zapoczątkowanego przez "Digital Garden". Muzyka niezwykle odprężająca. Można się w nią wsłuchiwać i szukać smaczków. Równie dobrze siąść w fotelu i dać się ponieść. 

Płyta wydana na fizycznym nośniku dostępna jest tylko na limitowanym winylu. Uważam, że warto wydać tego grosza i na pewno nie tylko z uwagi na kolekcjonerski wymiar płyty.


niedziela, 16 listopada 2014

"Najlepsze płyty XX wieku PORCYS" według mnie

No i skończyła się publikacja rankingu, który redakcja robiła przez ostatnie 12 lat. Oczywistym punktem odniesienia dla tej listy był głośny ranking 200 najlepszych piosenek wg screenagers. W obu przypadkach efekt jest zdumiewający. Po wielu momentach zwątpienia i buntu przeciwko listom rankingowym przychodzi jednak  refleksja ogólna - umiejętność zrobienia dobrego ranking (a oba takimi są) to mistrzowstwo.

Nie śpieszę jednakże zawiadomić, że oto polubiłem Papa Dance, które zostało niezwykle uhonorowane przez obie redakcje. Chodzi raczej o to, że ranking taki ma za zadanie trochę ruszyć zastane przekonania, które świetnie wyraża trójkowy Top Wszech Czasów. Gdy się dobrze zastanowić, to mamy w Polsce mnóstwo muzyki od awangardy po pop, od undegroundu po mainstream, która warta jest poznania. A nawet jak nie warta, to można z czystym sumieniem powiedzieć - "przesłuchałem Papa Dance, ale i tak są do dupy".

Także szacun dla PORCYS i choć z druga płyta w rankingu powoduje podniesienie brwi w zdumieniu lub przyspieszenie w nerwowości tętna to naprawdę ranking jest małym dziełem sztuki. Nie będę mówił o tym, że szacun, bo jakiś tam album jest wysoko, bo akurat go mam i go słucham sobie czasem. Szacun za odwagę, bo pierwsze miejsce jest tylko jedno - i w finalnym produkcie nie ma albo-albo. Żeby podpisać się swoim imieniem i nazwiskiem pod czymś tak wspaniałym jak ten ranking, należy mieć jaja na swoim miejscu, głowę nie od parady i dupę ze stali.

A o gustach się dyskutuje. Cały czas.

PS. Poza podium, na czwartej pozycji jest płyta z tą piosenką.

 

środa, 12 listopada 2014

Najlepsze polskie płyty XX wieku wg PORCYS

źródło: porcys.com
I to kolejny wspaniały produkt polskiej myśli rankingowej. Po burzycielskim rankingu 100 najlepszych piosenek wg Screenagers, portal PORCYS prezentuje zestawienie 100 najlepszych albumów XX wieku. Ja lubię się denerwować, polemizować i odkrywać - bo też temu służą takie dzieła sztuki jak rankingi. Z czystym sumieniem polecam. I nie mogę się doczekać dalszego ciągu.

LINK O TU

piątek, 7 listopada 2014

Holloee Poloy - "The Big Beat"

W poszukiwaniach muzycznych staroci siedzę obecnie we wczesnych latach '90. Już pomijając niezwykle ciekawe wydarzenia polityczne był to interesujący czas dla polskiej fonografii, która wyzwalając się spod państwowej kurateli wpadała w wolny rynek, o którym nie miała zielonego pojęcia. Główne polskie wytwórnie nie wydawały polskich wykonawców. Np. w katalogu Polskich Nagrań "Muza" większość płyt wydanych w 1990 roku to były reedycje zachodnich albumów (Led Zeppelin, Slayer itp). Wśród płyt Muzy z tego roku wyróżnia się zespół Holloee Poloy. Album "Big Beat" był ewenementem na rodzimej scenie - obecnie nie pamięta się o tej płycie. Tym bardziej jest to ważny zespół, bo jest on długogrającym debiutem Edyty Bartosiewicz.

Co do samej Bartosiewicz powiem tak - ostatnia płyta jest tak kiepska, że aż szkoda mojej pisaniny na gorzkie słowa. Pierwsza natomiast to był kosmos, coś co w polskim popie nie ma precedensu.

Popu nie słucham, zresztą nie wiem jaka mogłaby być definicja tego gatunku. Cuda w rodzaju avant-popu są zaś dla mnie ciągle wielką niewiadomą. Bo jakże to za pomocą radykalnych środków robić słodkie piosenki? Albo za pomocą piosenkowych środków robić radykalna muzykę? Zadanie to doprawdy należy do kategorii niemożliwe. A jednak tutaj się to udało nie popadając ani w śmieszkowatość ani patos ani zwyczajną głupotę na skraju słuchalności.

Udało się na tej płycie połączyć delikatny głos Edyty (który nie uwalnia swojego chrypkowego potencjału do końca) z muzycznymi dziwactwami. Brzmienie syntezatorów, automatu perkusyjnego (edit: tam są żywe bębny, tylko brzmią tak syntetycznie) i dziwne sprzężenia gitar kieruje nas od brzmienia Big Black do naiwności polskiego rock 'n rolla lat '60. Zupełnie niepiosenkowych kompozycji słucha się napięciu na to, że może przyjdzie w końcu refren lub, że wiernie zostanie powtórzony gitarowy riff. Czasem włączy się artystom dream pop a czasem shoegaze. Jazgotliwe noisy są ważone przez delikatne ambienty. Czasem wyjdzie coś nieporadnie, ale na pewno nie pospolicie.

Chyba niewiele zespołów inspirowało się takim graniem. Po pierwsze płyta w fizycznej formie stanowi rzadkość. Nigdy jej nie wznowiono. Z tego co wiem, mają wyjść reedycje wszystkich płyt Edyty Bartosiewicz, lecz dyskografie ma otwierać album "Love" (dosyć przeciętny swoją drogą). Zresztą czas początku lat '90 nie sprzyjał eksperymentom. Z jednej strony szalał grunge, z drugiej łeb podnosił potwór disco-polo. Holloee Poloy rozwiązał się w tym samym roku, w którym ukazał się debiut grupy. 

Holloee Poloy 
Big Beat
Polskie Nagrania Muza
SX 2911
1990



poniedziałek, 3 listopada 2014

Orange the Juice - Messiah is Back

Tu nie będzie recenzji. Będzie tylko kilka podejść, które poczyniłem w opisywaniu tego dzieła. Zamieszczam je, bo uważam, że świat powinien dowiedzieć się o tym monstrum. Mesjasz powrócił.

1. Płyta powstała po to, aby pognębić recenzentów w ich niewiedzy dotyczącej gatunków muzycznych. Muzycy zdają się mówić, "my znamy je wszystkie, ba! potrafimy je wszystkie zagrać. Naraz! W jednym numerze!"

2. Płyta ta do danie instant. Otwierasz opakowanie i masz wszystkie składniki muzycznej uczty podane na złotych półmiskach. 

3. W dzisiejszym zakręconym zaganianym świecie nie ma czasu, żeby słuchać wszystkiego, choć każdy chciałby miec choć fragmentaryczną wiedzę o każdym z gatunków. Kupując tę płytę możesz to osiągnąć! 

4. Lecz tak naprawdę słuchając tej płyty, wspaniałego skrzącego się ornamentyką dla samej ornamentyki dzieła musisz przyznać - podoba ci się ten przepych, podoba ci się to specyficzne poczucie humoru i klęczysz nabożnie przed sprawnością intrumentalną tudzież producencką nieziemskich istot będących odpowiedzialnych za tę płytę. Sprowadzanie "Messiah is Back" to żartu nie jest poważne a kolaż i mariaż nie jest sumą składających się nań części - jest czymś o wiele więcej.

W zrezygnowaniu potwierdzam. Zajebista płyta.

niedziela, 2 listopada 2014

Cydhie Genoside - As a Goblet of Gore

Płytę winylową kupiłem jakieś dwa lata temu tylko dlatego, że kosztowała 6 złotych. Nic mi nie było wiadomo o tym, co i jak zespół gra. Okazało się, że Cydhie Genoside gra paździerzowaty metal z otchłani przełomu lat '80/'90 w sposób, który przyprawia o stwardnienie rozsiane. 

Ja rozumiem, że lata zmiany ustroju w Polsce były latami dzikimi. Ale żeby wydawać kurioza w rodzaju takiego krążka to zbrodnia. Zapoznając się z ówczesną prasą dochodzimy do wniosku, że był to bardzo niesprzyjąjący czas dla rodzimej fonografii. Państwowe wytwórnie dogorywały, prywatne ledwo co zipiały. Nikogo nie było stać na wytłoczenie płyty CD, z którą wówczas wiązano wielkie nadzieje lecz również nikt nie chciał wydwać winyli, które uznawano za staroć. Wydawnictwa kasetowe to była norma - tanie w kopiowaniu i produkcji, nie pozostawiały jednak wiele miejsca na jakość. I w tym kipiszu, kiedy nikt nie wiedział już jak robić muzykę ktoś przez przypadek zostawił niedomknięte drzwi do studia nagraniowego. Wpadli tam byli troglodyci, którzy wszystkich nam miejscu zgwałcili, porozbijali instrumenty i przez przypadek włączyli magnetofon, tak, że całe zajście się nagrało. Ekipa ze studia była pod takim wrażeniem seksualnej sprawności jaskiniowców, że postanowili to nagranie wydać ku przestrodze. Tak przynajmniej tłumaczę sobie fakt istnienia tej płyty.

Z drugiej strony, mimo całkowitego wstrętu jaki żywię wobec "As a Goblet of Gore" zdaję sobie sprawę jakiej dekonstrukcji dokonali wielbiciele rodzimego metalu. Wiem, że w niektórych kręgach płyta ta uznawana jest za kultową. Prymitywne brzmienie nienastrojonych instrumentów, kulawa perkusja i rozhiseryzowane śpiewanie dupą może się podobać w czasach kiedy muzycy siedzą w studio rok i każdy akord dogrywają osobno, żeby było cacy. Tu nie jest cacy, tu jest żywioł z klubu zagubionego w jakiejś galicyjskiej pipidówie. W momentach takich, jak słuchanie tej płyty czuję wstyd, że jestem wychowany od maleńkości w metalu. Jednak, psiakrew jedna, słucham dalej. Czy ktoś mi wyjaśni dlaczego?

środa, 22 października 2014

Nietoty - Radio Kraków

Fragment komiksu Kuby Wojnarowskiego na podstawie
słuchowiska "Nietoty".
Gdy ostatni raz pisałem o tym słuchowisku "Nietoty", był to raczej pretekst aby wykazać ignorancję lokalnych polityków wobec kultury. Sam słuchowiska wówczas nie znałem, lecz gul mi wyskoczył gdy przeczytałem wypowiedź starosty tatrzańskiego. Mówił, że mimo tego iż on sam z dziełem się nie zapoznał to i tak jest przeciw, bo szkalowanie górali, szarganie świętości i inne bzdety. Wykorzystanie na plakatu parzenicy, który ani nie jest świętym symbolem, ani nawet znakiem towarowym chronionym przez prawo miało wywołać takie same kontrowersje jak i tytuł mojego tekstu pt. "Parzenica hamuje kulturę". I jak uważni odbiorcy tekstów kultury zauważyli ani mój skromny komentarz ani wymowa sztuki nie była antygóralska. Okazuje się, że poza górami jest jeszcze większy świat - w którym mamy nie tylko do czynienia z doświadczeniem zmysłowym, ale również obcujemy ze światem abstrakcji. A ten ostatni nie jest nam tak daleki - w końcu jesteśmy aż ludźmi.

Jakaś bardziej szczegółowa recenzja tej sztuki, którą z dniem 21 października usłyszałem w Radio Kraków jest już w zasadzie niepotrzebna, choćby z uwagi na to, że jest ona już dostępna w fizycznej formie na płycie CD wraz z dołączonym doń komiksem. Mnie na taki drogi zakup (65 zł) nie stać, ale jak ktoś ma wystarczająco dużo pięniędzy to zachęcam. "Nietoty" autorstwa Sebastiana Majewskiego to opowieść snująca się w świecie symboli, dla której punktem wyjścia jest egzekucja "Wacusia" Krzeptowskiego i wydanie wyroków śmierci na kolaborantów, którzy realizaowali ideę Goralenvolku. Wśród zabitych zdrajców wisi na haku Vitalis Wieder, który jest figurą uniwersalnego kolaboranta, zbrodniarza, zdrajcy. Wśród postaci pojawiają się również Wolna Elektrona oraz Lenin. Cała sztuka okraszona jest specyficznym poczuciem humoru, który obcy jest mainstreamowemu dyskursowi - bo jakże można choćby przez gorzki humor opowiadać o Kambodży Pol Pota czy stanie wojennym w Polsce? 

Wydaje mi się, że sztuka ta spełniła hasło Radia Kraków - "nadajemy do myślenia". Tekst słuchowiska w reżyserii Jana Klat jest  niejednoznaczny i daje więcej pytań niż odpowiedzi. Czym jest zdrada i kto jest zdrajcą? Czy oby nie za szybko ferujemy wyroki wobec mniej lub bardziej wydumanych kolaborantów? Czy zawsze jesteśmy uczciwi wobec swojej historii? Czy nie jest tak, że zbyt często wypieramy z pamięci zbiorowej momenty niechlubne i eksponujemy tylko glorie? Aby wydawać sądy i mieć absolutną pewność trzeba najpierw odbyć lekcję pokory. Bo ludzie to nie tylko bohaterowie - częściej grzesznikami.

Sztuka ta dała mi do myślenia lecz jednocześnie jakoś mną nie wstrząsnęła - chyba jestem zanurzony w myśleniu krytycznym i staram się na bieżąco i uczciwie odbrązawiać pomniki historii i nie oceniać nikogo zbyt pochopnie.

 Uwaga OFF TOPIC!

Formuła jaką jest słuchowisko wydaje się być dosyć archaiczną. Już samo tradycyjne radio wydaje się tracić racje bytu. Lecz z drugiej strony pomyślmy - gdyby taka sztuka wymagała wystawienia w teatrze, wówczas jej oddziaływanie na społeczeństwo byłoby mniejsze (teatry nie wszędzie docierają, bilety nie należą do najtańszych). A tak mamy dążenie do ideału wolnego dostępu do kultury, który łączy inkluzywność (wymogiem odbioru słuchowiska jest posiadanie odbiornia radiowego albo dostępu do internetu) oraz doskonały produkt - w tym przypadku są to "Nietoty".

Przygotowanie takiej sztuki, adaptacja tejże do formatu słuchowiska to również osobna praca, którą można wykonać dobrze lub też spartaczyć. Wydaje mi się, że słuchowiska uwrażliwiają nie tylko reżyserów, ale również słuchaczy na fonosferę i tak naprawdę wymagają niebywałego skupienia. Tym bardziej, że ten format wpływa tylko na jeden nasz zmysł, czyli słuch.

wtorek, 21 października 2014

Giełda Staroci - Kazimierz - Plac Nowy

Giełda Staroci - Kraków, Kazimierz, Plac Nowy.

Mówiąc o kupowaniu staroci w Krakowie, nie sposób poza Giełdą na Balickiej i Halą Targową nie wspomnieć o Giełdzie na Placu Nowym na Kazimierzu. Co prawda nie jest to miejsce jakoś nad wyraz eksponowane na mapie krakowskich staroci, ale choćby z uwagi na otoczenie pięknej dzielnicy jest warte zobaczenia. No i dla mnie w tym najbliższym otoczeniu ważne miejsce zajmuje z powodu świetnych koncertów Alchemia. Wracając jednak do rzeczy - warto się na Kazimierz wybrać. Po pierwsze giełda staroci odbywa się tam niemal codziennie. Wybór być może nie powala (najwięcej stoisk jest w lecie, gdy kręci się tam najwięcej turystów) przeważają bibeloty, stare zdjęcia pocztówki, repliki nazistowskich noży, monety itd. jednak można się natrafić na ciekawe rzeczy. Na uwagę zwraca pewien Pan sprzedający galanterię skórzaną w postaci, toreb, pasków, walizek itp. Doprawdy rzadki to talent, aby mieć tak jednolite pod wzlędem asortymentu stoisko na starociach. Nie muszęchyba dodawać, że większość tych rzeczy są rzeczami używanymi. Co nie zmienia faktu, że ma doskonały wybór i jeśli ktoś szuka takich rzeczy, to wydaje mi się, że warto zerknąć. Oprócz tego jest tam również jedno stoisko z książkami (które jest zawsze) oraz co najmniej jedno stoisko z płytami winylowymi (w porywach nawet do czterech). Prawie zawsze jest tam przemiły Pan, zdaje się, że z Bośni, lecz mówiący po polsku niczym native speaker. Płyty przez niego wyselekcjonowane doprawdy imponują. Głównie są to wydania zachodnie bardzo popularnych płyt - Led Zeppelin, Pink Floyd, Doors oraz mniej popularnych, choć ciągle znakomitych jak np. krautrocki Can czy jakieś rzadkie krążki z progresywnym rokiem. Oczywiście - dominuje tu muzyka rockowa, ale jest też jazz czy blues. Ceny wydają się być wysokie, lecz po pierwsze wydaje mi się, że nigdzie w Polsce nie dostanie się ich taniej (stany na ogół są doskonałe) a po drugie sprzedawca jest skory do dawania zniżek. Z dala od winylowego dziadostwa.

Jak już powiedziano powyżej - często zdarzają się inne stoiska, ale opis starocie to opis temporalny oddający chwilę. Raz handlarz jest, później go nie ma. Pamiętam był tam raz jegomość sprzedający swe płyty po 10 zł. Wszystkie, niezależnie od tego czy to były jakieś rare czy zupełne pospoliciaki. Ale takie strzały zdarzają się raz na rok. Więc możecie wyczekiwać szczęścia. Giełda na Placu Nowym czeka.

poniedziałek, 20 października 2014

"Afrykańskie" płyty Muzy



Na początek mała dygresja. Strasznie mnie wkurza, gdy wszystkie rzeczy, które nie są związane z europejską tradycją muzyczną, a które są intrygujące, niejako z automatu przypisuje się do jakiejś awangardy. Ja rozumiem, Awesome Tapes From Africa i inne takie są cenne i fajnie sobie posłuchać czegoś spoza europejskiej muzyki. Ale, do cholery, jak można się spuszczać nad tą muzyką jako nad czymś nadzwyczajnym? Ja rozumiem - to wszystko jest cholernie intrygujące, dla nas może być dziwne i obce. Ale przy wmuszaniu tego w awangardową szufladką ci wszyscy awangardyści tylko obnażają swój bardzo niskich lotów europocentryzm, często nie rozumiejąc, że to co dla nas jest nadzwyczajne gdzieś dla tych ludzi z drugiego końca świata jest czymś zupełnie normalnym. Warto czasem spojrzeć na niektóre rzeczy z większą pokorą i bardziej otwartym umysłem.

Dobra po biadoleniu na ludzi otwartych tylko na własne samozodowolenie przychodzi czas na politykę. Antykolonialna poprawność polityczna Polski Ludowej, pozwoliła słuchaczom w Polsce zapoznać się z muzyką Czarnego Lądu. I jeszcze jedna dygresja - wiem, że te płyty łączą różne tradycje muzyczne. I znów nie bądźmy zadufanymi w sobie Europejczykami - muzycy tworzący na świecie nie żyją gdzieś w dżungli i mają dostęp do muzyki zewsząd. Więc jak i my bawimy się w synkretyczne formy - pozwólmy to robić wszystkim.

I wydaje mi się, że z tej poprawności PRL wypłynęły ciekawe nagrania. Pierwszym jakie przychodzi mi na myśl jest "W rytmach Jamaica Ska" Alibabek i Tajfunów (Veriton, 1965), czyli prawdopodobnie pierwszy przykład białego ska w historii w ogóle. EPka ta ma charakter zabawowy, bo ska nie jest to konteplowania spraw życia i śmierci, tylko do celebracji tego co teraz. Nie muszę dodawać, że posiadanie tego singla wywołuje zazdrość i pożądanie płci wszystkich we wszystkich konfiguracjach. 

Ja jednak wolałbym się skupić na płytach długograjacych zagranicznych artystów wydanych w Polsce przez wydawnictwo Muza. Pierwszym krążek to Cymande "The Message". Płyta grupy, której członkami są muzycy pochodzący z Gujany, Karaibów i Jamajki wydana została pierwotnie w 1972 roku w USA przez Janus Records. W 1979 roku Muza Polskie Nagrania wydało tą samą płytę. W Polsce rodzime wydanie płyty jest raczej pospolita i wydaje mi się, że niezbyt poszukiwane przez kolekcjonerów lecz za to jest rarytasem na Zachodzie. Nie wiem czy są jakieś różnice w tłoczeniu (polskie wydawnictwo jest dobrze zrobione, nie wiem jakie są zachodnie), co powoduje takie zainteresowanie tym wydaniem. Na pewno okładka jest ciekawsza. Jeśli zaś chodzi o muzykę, to jest ona magiczna. Zachować proporcje między funkowym napięciem, reaggowym rytmem a łagodnością jest doprawdy bardzo trudno. Tutaj zostało wszystko to doprowadzone do doskonałości. Nie ma tutaj gwałtownego ataku, nikt nas do niczego nie zmusza. Muzyka to jest to zachęta to relaksu, miłego i leniwego spędzania czasu. Nie jest to jednak muzak, muzyka do windy albo poczekalni u dentysty. Bo jakby ktoś akurat nie chciał siedzieć na kanapie i kurzyć jointa to może śmiało tańczyć do "The Message". Może też rapować - jest to jeden z najchętniej samplowanych albumów.

Idąc za ciosem Muza wydaje następną "afrykańską" propozycję "Disco Play" Ashantis. Płyt oprócz egzotycznego pochodzenia muzyków i funkowego rytmu dzieli sporo. Tu nie ma miejsca na refleksję, stanowczo nie jest to kraina łagodności jak Cymande. Od pierwszych sekund zmusza nas do podniesienia dupska z kanapy i czy chcemy czy nie - sprawia, że poruszamy swoimi członkami do "disco happy sound". Chcesz mieć udaną imprezę w stylu disco? Nie musisz już polegać na Bee Gees lub Boney M. Puść Ashantis, tym bardziej, że utwory są niezwykle bogato zaaranżowane. Szczególnie naszą uwagę zwraca zabójcza sekcja dęta, tempo, które nie zwalnia. Słuchając tej muzyki mam wrażenie, że jest ona dziełem dyktatora funku, który stoi gdzieś za zespołem z karabinem maszynowym gotowym do strzały w razie gdyby ktoś nie chciał się bawić. Smutasów tu nam nie trzeba. Zabawa albo śmierć.

Było też kilka innych płyt zagranicznych muzyków wydanych za komuny, którzy inspirowali się Afryką lub nawet z niej pochodzili. Swojej płytotece mam również składankę Africa Simona - muzyczka skoczna i zabawna, lecz reprezentująca raczej dosyć proste muzyczne gusta. Była też płyta soulowych diw - Marshy Hunt oraz Saleny Jones. W serii "afrykańskiej" pojawił się też album Goobay Dance Band. Piszę o tej płycie tylko z powodu kronikarskiej uczciwości. Nad resztą zamilczę.



Cymande "The Message"
Polskie Nagrania Muza
SX 1769

Ashantis "Disco Play
Polskie Nagrania Muza
SX 1856

sobota, 18 października 2014

Furia - Nocel

Najpierw był trailer gadany przez Krystynę Czubówną, który był tak dziwny, że rany. Następnie numer singiel "Zamawianie drugie" niepodobny do niczego wcześniejszego od Furii. A później się ukazał się  cały materiał na bandcampie.

Kurcze! Nie spodziewałem się, że czwarty krążek Furii będzie o - taki. Nagrany bez dyrdymałów, bez sztuczek, przekazu podprogowego, elektronicznych bzdetów. Najnowsze wydawnictwo wali prosto w ryj dobrym riffem, blast beatem, darciem ryja, czasem hamuje ciszą i obniża gardę po to by znowu zadać atak. Chociaż tak naprawdę to po przesłuchaniu płyty czuję się bardziej jak po sparingu w stylu starych mistrzów boksu niż po napierdalance a'la MMA. Teksty, jak to teksty Nihila, pozostają pokręcone i ciągle najlepsze w polskim metalu. W zasadzie ta płyta sprawiła mi sporą dawkę zabawy. "Nocel" jest bezpretensjonalny, dobrze wybrzmiewa, wydaje się być doskonałym materiałem granym na żywo, nie przynudza. 

Wybaczcie, dziś pisze krótko. Jestem na gorąco po przesłuchaniu płyty. Może to nie jest krążek roku, ale jest mocny. Mocno polecany. Jak będzie winylowa kopia to kupię. Na koncert się jak najbardziej wybieram.

piątek, 17 października 2014

Czas pogodzić się ze składankami - cz. 3



Tak się zdarzyło, że te składanki ukazały się w Polsce. I dobrze się stało. Oto dwie płyty na licencjach - Czerwona Fala - Epoka dla Nas oraz Lonely is an Eyesore. Zacznę może od Czerwonej Fali. Nabyłem ją jako pierwszą nie wiedząc w zasadzie co się na niej zawiera. Zdecydowało chyba to, że na okładce jest Piotr Wielki oraz to, że nagrań dokonał Leningradzki Klub Rockowy. Leningradu nie ma, klubu zapewne też lecz pozostaje muzyka. I choć polskie wydawnictwo Wifon wypuszczało zazwyczaj płyty kiepskiej jakości technicznej, tak ta jest wytłoczona całkiem sensownie, nawet biorąc pod uwagę zróżnicowanie stylów. Nie wiem czy ma sens omawianie poszczególnych numerów. Choć rosyjskiego nic nie znam, to język ten wydaje się być bardzo plastyczny wobec wymogów muzyki, która ma jednak korzenie na zachodzie. Znajdziemy tu i punka i twory punkopodobne, świetny numer trash metalowców z Frontu, liryzm Awiji, przez bardziej alternatywne granie aż po zaangażowane politycznie new romantic. Moimi ulubiony numerami pozostają  "Zwyciężymy" Frontu, "Powietrze" Alisy, "Hymn Wilkołaka" A. Wiszni oraz "Spokojna noc" zespołu Kino. Co tu dużo gadać - płyta jest naprawdę ciekawym wydawnictwem. Zadaje kłam przekonaniom, że za żelazną kurtyną nie działo się nic ciekawego. Tymczasem zarówno u nas jak i braci Moskali pojawiała się dobra muzyka. Zresztą radzieckie syntezatory i rosyjska mowa brzmią unikalnie w skali całego świata. Zalecam zakupić, bo tanio można dostać.





Z drugiego krańca Europy mamy składaka wytwórni 4AD, której przedstawiać nie muszę. A jak ktoś nie zna to wyszukiwarka i do roboty, bo to kawał ważnych, alternatywnych rzeczy. Płyta nosi tytuł Lonely is an Eyesore i jest fajna, z kilku powodów. Po pierwsze jest wspaniała, bo drugie niezwykła, po trzecie magiczna. Też ją można tanio dostać (polska licencja - Tonpress), bo był spory nakład. Fajne w tej składance jest też to, że prawie wszystkie numery są nagraniami zrealizowanymi specjalnie dla tego właśnie wydawnictwa. Wydaje mi się, że wydanie w Polsce czegoś takiego za komuny musiało niejednego słuchacza nieźle wstrząsnąć. Co prawda, żelazna kurtyna nie była nieprzemakalna, ale dla jakiegoś bidoka z prowincji taka płyta to była możliwość zapoznania się z najlepszymi trendami w muzyce. Daję tej płycie okejkę, bo choć żyję w świecie, w którym dostęp do takiej muzyki jest nieograniczony, to jednak ciąglę mam ciary na plecach gdy słucham właśnie tego:





Various - Czerwona Fala - Epoka dla Nas
Wifon LP 142
1989

Various - Lonely in an Eyesore
Tonpres SX-T 145
1987



poniedziałek, 13 października 2014

Blogowe wątpliwości - jedziemy dalej!

Bloga założyłem pierwotnie po to, by pokazać jak niewielkim kosztem można cieszyć się legalnymi nośnikami kultury - szczególnie używanymi książkami, gazetami, płytami itp. Zamieszczam tu recenzje, które są raczej stanami świadomości niż przemyślanymi i "obiektywnymi" sądami. Pojawiają się tu również poradniki - jak zachowywać się na bazarze, jak nie dać się wylulać przez licznych winylowych i książkowych dziadów. A wszystko to imię poszanowania praw autorskich oraz szerokiego dostępu do dóbr kultury, który może być hamowany przez brak pieniędzy.

Lecz zacząłem powiątpiewać. Nie, nie chodzi o to, że kończę z pisaniem. Dopiero teraz widzę, że jakość kolejnych wpisów wzrasta. Widzę też większe zainteresowanie wraz z rosnącą liczbą tekstów. Wątpliwości, które mnie ogarnęły są dwojakiego rodzaju. Po pierwsze - zachęcam do legalnych źródeł, lecz jednocześnie wiem, że np. legalne płyty z wtórnego rynku i ich nabycia nie jest żadną gratyfikacją dla artysty. Kupując legalną płytę na rynku pierwotnym mówię do artysty - lubię/doceniam/podoba mi się co robisz, rób to dalej itd. Kupując ją u winylowego dziada wynagradzam tylko i wyłącznie dziada. Jednak dziad dziadowi nierówny - niektórzy z nich traktują sprzedawanie placków z należytą pasją i nie jest to li tylko pasja handlarska.

Boć wiadomo - kupowanie muzyki uruchamia snobizm. Każdy, nawet taki biedak jak ja, chce poczuć choć namiastkę luksusu. Jednocześnie z rynkowym prawem jakoby potrzeby były nieograniczone mimo tego, że hajs nie zawsze się zgadza, mam dylematy. Druga wątpliwość jest następująca - czy kupić kolejny używany krążek( UNIKAT!!!1, NEAR MINT!!!1, Biały Kruk!) i w ten sposób zadowolić swoje zbierackie żądze, czy też wynagrodzić młodych artystów, którzy zaczynają robić fajne rzeczy. Staram się w swych ordynarnych finansowych dylematach to pogodzić. Oczywiście ceny nowych płyt są raczej sztywne, ale radość z wynagrodzenia komuś jego pracy jest tym większa. Z czasen człowiek dorasta do takich deklaracji.

Dlatego też nie pogniewajcie się, gdy pod szyldem Kultura Staroci ukażę czasem coś, co ze starociami nie ma zbyt wiele wspólnego. Nowości też są fajne a spuszczanie się nad starociami bywa czasem pretensjonalne. Ogólnie mój blog staje się blogiem muzycznym. Z nazwy nie rezygnuję, jak również nie zrezygnuję z wizyt w sklepach muzycznych i starociach - bo jednak tam zaopatruję się w muzykę i książki najczęściej.

Jeśli podobają Wam się moje teksty i chcielibyście mnie jakoś nakręcić do dalszego szukania, eksplorowania rozszerzania świadomości na temat sonosfery i ciekawych rzeczy w otoczającym nas świecie, to zachęcam do obserwowania mojego bloga. Nie zakładam strony na facebooku, bo to wymaga ciągłego wrzucania kontentu. Nie chciałbym aby jakość tekstów była podporządkowana naukom o social mediach. Nic nie będzie mnie tak zadowalało jak rosnąca liczba wyświetleń i Waszych uwag oraz przede wszystkim to, że może zainspiruję kogoś do czegoś.






wtorek, 7 października 2014

Inkwizycja - ... na własne podobieństwo...

W oczekiwaniu na nową płytę Inkwizycji nabyłem sobie debiutancki krążek krakowskiej grupy. Cieszę się, że mam pierwsze wydanie, nie tylko dlatego, że jest to pierwsze wydanie. Płyta ta to kawał historii polskiej fonografii. Przede wszystkim jest to pierwszy polski winyl wydany przez prywaciarza. Po drugie przez swój radykalizm stał się forpocztą dla nowoczesnego, polskiego hardcoru, który jest wściekły, ciężki i niestrawny. Ale po kolei.

Z czym kojarzy się Kraków, jeśli chodzi o muzykę rozrywkową? Stąd pochodzą Zbigniew Wodecki, Andrzej Zaucha. Stąd jest Maanam i Marek Grechuta. Z mniej znanych i również znakomitych zespołów mamy Świetliki, Ogród Wyobraźni, Dupę (fonetycznie "dipą", moja klawiatura nie obsługuje umlautów), Ossiana. I nagle wyskakuje taka Inkwizycja. Antyestetyka jest estetyką tej grupy. Realizacja pierwszego nagrania jest strasznie do dupy. Perkusista gra nierówno, ale gitary za to stroją nieczysto. Ale to tylko drobne szczegóły, bo jest to nadal świetna płyta. 

Ex Pert cedzi słowa, ryczy, czasem porywa się na wokalny liryzm, bo to by zmieszać słuchacza z błotem. Teksty to żelazny punkt grupy, świetnie współgrają z agresywną muzyką. Śmierć, rozkład, alkoholizm, władza fanatyków nie mają zbyt wiele wspólnego z "wiosna, ach to ty". Wściekłość na umysłową ciemnotę, nadużywanie alkoholu, konsumpcjonizm i konformizm wyraża się tu w zwielokrotniony sposób. Raczej ta płyta nie daje nadziei, nie jest programem dla przyszłości. Raczej w systematyczny i bardzo bolesny odrywa kolejne warstwy codzienności od siebie by wybebeszone pokazać publiczności. Bardzo pod tym względem przypomina mi tegoroczny album blackmetalowców z Odrazy "Esperalem tkane". Widać, gdzieś w tym Krakowie klimat intelektualny sprzyja również gniewowi i zupełnie niepozytywnemu przekazowi.

Lo-fajowe produkcje bardzo są  mi w smak. Tym bardziej, gdy jest to album punkowy. Brzmi punkowo. Okładka i wkładka są punkowe. Stan płyty, którą posiadam jest całkiem niepunkowy ( parę papierówek i tyle). Zresztą co bym nie gadał o tej znakomitym albumie, nic nie odda muzyki Inkwizycji tak świetnie jak słowa Ex Perta. Poniżej znajduje się wyśmienity wywiad przeprowadzony z wokalistą i tekściarzem grupy.

W ubiegłym roku doczekaliśmy się reedycji pierwszego albumu. Brzmi on lepiej (za remaster odpowiedzialny jest Marcin Dymiter, grający niegdyś w Ewie Braun, obecnie znany jako Emiter) co nie zmienia faktu, że pierwsze wydania mają swój klimat. 

Inkwizycja, "...na własne podobieństwo...", Nagranie zrealizowano w studio ZPR w Teatrze Stu w Krakowie w dniach 12, 13 X 90r. i 2, 3 XI 90 r. Wydawca - Nikt Nic Nie Wie, Anatema.


czwartek, 2 października 2014

Pierwszy numer magazynu M/I

Oto pismo analogowe M/I. Pod spodem analogowa
płyta elektronicznego Bilińskiego.
Było mnóstwo zajawek, akcja na polakpotrafi.pl i w końcu oto jest papierowy numer magazynu, którego właściwej nazwy po pierwsze nie potrafię wymówić a po drugie nie potrafię zapisać. Dlatego też uparcie będę obstawał przy zapisie M/I, bo taki występuje też na stronie facebookowej pisma.

Już od razu przyznaję się, że w momencie pisania tych słów nie mam za sobą całej lektury kwartalnika. Przeczytałem jakieś 3/4 pisma i powiem, jedno - podoba mi się. Nie wiem czy to odpowiedni komplement od osoby, która w muzyce poszukującej siedzi od niedawna. Pismo mi spasowało, teksty dobrze się czyta, ich dobór nie jest przypadkowy. Na dużą uwagę zwraca fakt iż ma M/I ma niebywałą wartość edukacyjną. Muzyka i zjawiska okołomuzyczne, o których mowa w tym piśmie, siłą rzeczy siedzą gdzieś w undegroundzie i są bardzo introwertyczne. Magazyn zachęca do eksploracji, nie atakuje wybujałymi ambicjami redaktorów i jest w stanie dotrzeć nawet do mniej "dotartego" w zakresie musique concrete, field recording, noise, drone i innych tego typu wynalazkach. 

Treści jest tu wystarczająco aby poruszyć temat i zachęcić do poszczególnych poszukiwań i jednocześnie na tyle dużo aby przynajmniej w jakiejś części poszerzyć swoją wiedzę. Szata graficzna jest klarowna, łamanie i edycja zachęca do dalszego czytania. 

Oczywiście, wydawanie papierowego pisma o takiej muzyce w dobie internetu, który znacznie ułatwia sprawę i jest przede wszystkich nie tak wymagający pod względem finansowym to spora ekstrawagancja. Podobna zresztą jak wydawanie muzyki na fizycznych nośnikach. Ja nośniki fizyczne bardzo lubię i cieszę się, gdy mogę cieszyć się z kulturą poza dostępem do neostrady. Papier ma też tę zaletę, że nie potrzebuje nawet dostępu do prądu. Dziwią mnie zatem niektóre głosy malkontentów, w szczególności zarzut, że to głupota aby wydawać pismo na papierze. Oczywiście ma to swoje zalety i wady, lecz poważniejsze zarzuty to zarzuty do merytorycznej zawartości tekstów, z którymi się niespotkałem. 

Wiernopoddańczych peanów dziś zatem nie będzie, żeby pisma słodkością nie zdziadzić. Na razie redakcji M/I życzę jak najlepiej i czekam z niecierpliwością do kolejnego wydania.   

niedziela, 28 września 2014

Relacja z One Louder niby-fest II

Moją świecką tradycją jest zrywanie plakatów
po koncercie po to, by sobie je mieć jako
trofea w domu.
Właśnie wróciłem na swoją dziedzinę z wydarzenia, które miało mną wstrząsnąć. Zawczasu zaspojleruję - wstrząsnęło. Głupio powiedzieć - jestem zadowolony, lecz ten skromny opis stanu mej temporalnej świadomości znaczy naprawdę wiele.

Impreza z 27 września, która odbyła się w krakowskiej Alchemii intrygowała mnie od początku. Odkąd na stronie organizatora, czyli wytwórni Instant Classic pojawiła sie informacja, że gwiazdy, któe wydają u nich muzykę wystąpią podczas jednodniowego festu już wtedy postanowiłem, że nawet w ciemno kupię bilety. 

Line-up nie zawiódł. Po kolei występowali Artur Rumiński, X-Navi:Et, Stara Rzeka i zwieńczenie czyli wspólny występ wszystkich wyżej wymienionych wykonawców wraz z zespołem Thaw w ramach jednorazego projektu Thaw Ensemble))). Warto już teraz to powiedzieć - występy były bardzo spójne pod względem stylistycznym, choć zupełnie różne artystycznie. Co tu dużo gadać - dominowały dronowe i noisowe klimaty. Zresztą klasyfikacje nie mają tutaj znaczenia, bo wszystko było na swój sposób doskonałe.

Artur Rumiński grający w Thaw rozpoczął imprezę. Półgodzinny występ to melancholijne wydobywanie dźwięków z gitary sprzężonej z syntezatorami i samplerami. Dźwięki z początku łagodne i kojące nawartstwiały się w coraz bardziej gęste formy. Występ okazał się być świetną przekąską dla następnych cudów. X-Navi:Et (niech mi ktoś powie jak się to czyta - błagam) wyrywa nas z melancholijnego nastroju po czym wrzuca nas w okrutny żywioł. Słyszałem w nim burzę, gradobicie, wojnę, spadające w ciemność kamienie. Muzyka ta nie dała nawet cienia nadziei - na One Louder niby-fest zostaliśmy sprowadzeni na pewną śmierć. Muzyka X-NaVI:et sukcesywnie oddzielała ciało od kości, zgniatała w rozżarzony imadle czaszki tak iż nie było widać siniaków. Koniec występu to nie tylko ulga po torturach - lecz emocje, które pozostają w pamięci na długo.

Na występ Starej Rzeki czekałem z niecierpliwością. Głównie z powodu, że Kuba Ziółek ma tyle samo zwolenników jak i przeciwników. Ci ostatni złośliwcy kpią sobie z niego, że stał się gwiazdorem. Ja w tym nie widzę nic złego, bo kimś na rodzaj idola jest i zasłużył na to zupełnie. Kontrapunktem dla przygnębiającej i tajemniczej atmosfery sampli i dźwięków generowanych przez syntezatory był przetworzony i delikatny śpiew oraz raczej nieudziwnione brzmienie gitar akustycznych. Sprawność z jaką Ziółek tworzył kolejne ścieżki gitary i obsługiwał elektronikę była doprawdy zdumiewająca. Występ zaliczam do niezwykle udanych i różnorodnych. 

A teraz Thaw Ensemble))) jako zwieńczenie wieczoru. Thaw Ensemble))) to Thaw + wszyscy poprzednio występujący muzycy. Nie ukrywam - na ten występ oczekiwałem najbardziej. Thaw widziałem wcześniej raz podczas koncertu z Morowe i Mord'A'Stigmatą. Wówczas zespół zrobił na mnie kolosalne wrażenie. Ściana dronów o nieludzkich częstotliwości miała wówczas wywoływać wymioty. Wymiatanie metalowe i darcie ryja wtedy stanowiły większą część koncertu. Wczoraj było inaczej. Było więcej muzyki z najnowszej płyty, która ma premierą 10 października. Było więcej surowego dronu. Poprzednie występy skrzyły się wieloma kolorami. Muzyka Thaw to surowe i prymitywne granie wyniosione wprost z wnętrza Ziemi. Monotonne i proste dudnienie, ascetyczne kompozycje mogły doprowadzić niejednego trzeźwego do solidnego tripu. Zakapturzeni muzycy Thaw byli jak hajerzy z Germinala Zoli - wbrew niszczącemu zdrowie i życie taranowi dźwięków robili swoje, uodpornieni na wszelkie razy zadawane przez bolesne decybele. Kreatury z "właściwego" Thaw nic sobie nie robiły z potwornego hałasu sprzężeń i rzężeń. Kuba Ziółek i Rafał Iwański zatykali na scenie uszy. Najbardziej ten ostatni - nie robił nic li tylko kulił się na scenie włożywszy palce do uszu. 

Podsumowawszy: muzyka, której doświadczyłem była bardzo introwertyczna. Dało się to też odczuć w publiczności, która z entuzjazmem powstrzymywała się do zakończenia każdego z występów. Podczas występów indywidualnych Rumińskiego, Iwańskiego i Ziółka ludzie siadali lub kładli się na parkiecie i zamykali oczy. Dopiero przy Thaw Ensemble))) wszyscy powstali na baczność. Niezależnie od pozycji słuchacze pozwalali na to, aby muzyka ich bez reszty pochłonęła. Nie doszukiwali się jej sensu, bo morału z tej muzyki nie było żadnej. Były silne emocje, których logiką rozum nie pojmie. 


czwartek, 25 września 2014

Ewa Braun - Love, Peace, Noise a czas i tak nabija wszystkich w butelkę




Teraz słuchać, bo będzie bardzo poważnie. Jakkolwiek bym nie podchodził do tej płyty próbując ją zrecenzować to i tak moje próby będą kalekie. Jest tak dlatego, bo to jedna z najważniejszych płyt mojego życia. Jest to płyta, po zapoznaniu się z którą nic nie jest już dla mnie takie samo. 

Gdy Love, Peace, Noise się ukazał miałem zaledwie dwa latka. Przesłuchałem ją wiele lat później i zrobiła na mnie piorunujące wrażenie. Gdybym kiedykolwiek umiał grać na jakimś instrumencie grałbym właśnie taką muzykę. Po każdym kolejnym przesłuchaniu utwierdzałem się w przekonaniu, że ta muzyka jest jak najbardziej częścią mnie. I już od razu odeprę zarzuty, że późniejsze albumy Ewy Braun były lepsze. Jednak to właśnie od energii, agresji, buntu, brudu, naiwności pierwszego studyjnego albumu się zaczęło. I jeśli miałbym szukać metafory dyskografii EB to porównałbym to do granatu wrzuconego na spokojne jezioro - najpierw jest wielkie bum! po czym tylko zostają piękne regularne i ciche koła, które rozchodzą się dalej i dalej po to by zniknąć w ciszy. Ale za nim nastąpiły minimalistyczne arcydzieła w postaci Esion czy Sea Sea pojawiło się pierdolnięcie.

Pozwolę sobie powtórzyć historię powstania płyty - w 1994 roku centrum polskiego undergroundu był Nowy Targ i wytwórnia Nikt Nic Nie Wie. Kto wydawał tu płyty ten się liczył. No i trio ze Słupska, które wcześniej wydawał zupełnie asłuchalne i całkiem dobre dema dostało szansę na nagranie płyty dla NNNW. Nagrali płytę na setkę i to gdzie! w samej Złotej Skale, studiu nagraniowym Roberta Brylewskiego, który wziął na siebie ciężar produkcji. Płyta jest wyprodukowana surowo i oszczędnie. Bez zbędnych sztuczek, bez nie-wiadomo-ile-ścieżek, tylko na setkę i na żywioł. Na wkładce płyty jest zresztą nawiązanie do kanonicznego dla historii polskiego hałasu czarnego albumu Brygady Kryzys. O ile na krążku z 1982 roku napisana jest instrukcja SŁUCHAĆ GŁOŚNO to na Love, Peace, Noise jest nakaz SŁUCHAĆ JESZCZE GŁOŚNIEJ. Należy się do tego dostosować - a jakże. Z płyty zewsząd dochodzą do nas burza, trzęsienie ziemi a one potrzebują dobrego wzmacniacza. Zdyscyplinowany bas szarpie flaki, napierdalanie pięścią po strunach gitary przejmuje nas dreszczem euforii, bębny pojawiające się w dziwnych lecz nie głupich momentach powodują podniecające drgawki. Wszystko jest na swoim miejscu - idealnie.

Teksty są wspaniałe. Zeszły piątek z huraganem bębnów, skandowanych słów zbuntowanego nastolatka, który ucieka z wiatrem przed rzeczywistością, porywa poetyckimi niuansami. Prawdziwy, wręcz piosenkowy Stąd do wieczności jest najbardziej znanym numerem z całego repertuaru Ewki. Midnight Express to jakaś niewyrażona tęsknota za czymś czego może już nie ma lub nigdy nie było.

Druga strona atakuje nas Ogniem - piosenką o naiwnych anarchistach. Zmartwychstanie miażdżącym riffem i tekstem zmusza nas wykroczenia poza nasz codzienny, antropocentryczny, ciepły gnojek. 1692 to zapętlony tekst:


Jestem 
dzieckiem wszechświata
znalezionym 
w kościele w Baltimore
Jestem Desideratą

czy może być coś piękniejszego?


Elektrownia atomowa to dla mnie trudny temat. Po prostu ten utwór płynie - i już to samo mnie zadowala. Napawam się tym, że nie wiem o czym piosenka jest. To jeden z powodów, dla których często do płyty wracam. Ziemia to wręcz oniryczna ballada, która sprowadza nas na ziemię przesterowanym  i monotonnym basem i tekstem, który może znaczyć wszystko.

Co tu więcej mądrego powiedzieć... To piękna płyta. Zgadzają się tu wkurwienie i liryzm. Punk i zupełnie niepunkowe podejście do kompozycji. Hałas i wielka przestrzeń - wiatr, który dmie przez instrumenty i ucieka nieuchwytny. Przy tej płycie się, kurwa, wzruszam.

W tym roku NNNW wznowił płytę, którą można kupić zarówno na CD jak i LP. 

Ewa Braun, Love Peace Noise.

Vinyl Swap - Rybnik

Takie akcje to ja lubię. Nabywanie kultury nie tylko kupowanie rzeczy, ale również dzielenie się nimi z innymi. To nie tylko wymiana gotówkowa, ale i barter. Dlatego też takie akcje bardzo popieram i im mocno kibicuję.

12 października (niedziela) o godzinie 12 w Zakątku pod Teatrem w Rybniku odbędzie się Vinyl Swap. Będzie można na nim kupić i sprzedać oraz wymienić się nagraniami. Każdy z oferentów (lepszeg słowa nie znalazłem, więc sorry) ma zapewniony darmowy stolik oraz gramofon do odsłuchu. Także zachęcam szczerze do udziału i zapoznania się ze stroną fb organizatora (link na dole).


poniedziałek, 22 września 2014

Warszawskie sklepy płytowe


Sweet Smoke - "Just a Poke" - krautrock,
psychodela i funk w jednym.
Mój króki pobyt na szkoleniu w Instytucie Spraw Publicznych dobiega końca. Niestety czasu na zwiedzanie miałem niewiele, więc z ciężkim sercem odpuściłem sobie zwiedzanie Stadionu Narodowego i Starówki i pobieżyłem na winyle.

Na szczęście mieszkałem na Solcu skąd bardzo blisko miałem na Powiśle, które roi się od sklepów płytowych. Ubolewam, że nie odwiedziłem wszystkich sklepów w tym rejonie. Żal mi, że tych, które odwiedziłem nie przebadałem zbyt dokładnie. 

Najpierw udałem się na ulicę Tamka, gdzie są aż trzy antykwariaty. Tak naprawdę w jednym zostałem trochę dłużej. O pozostałych nie wspominam nie dlatego, że mi się nie podobały. Po prostu uważam, że każdy sklep muzyczny wymaga szczególnej uwagi a nie "recenzji" na łapu capu. Na Tamce 45b jest antykwariat książkowo-płytowy - czyli jak dla mnie raj. Posiedziałem trochę w płytach, trochę pogadałem z jegomościem, który wydawał się być władcą tegoż przybytku. Okazał się być dla mnie bardzo miły, choć ja początkujący digger z wąsem dziewiczym mogłem być po prostu przez niego zbyty. Na zdjęciu  jest płyta, na którą chorowałem od dłuższego czasu. Krążek "Just a Poke" Sweet Smoke był o wiele tańszy niż na allegro.

Side One
W tym antykwariacie dominowała muzyka rockowa. Było dużo klasyki oraz zacna półka z jazzem. Oczywiście nie zabrakło też miejsca dla polskich nagrań.

Odwiedziłem też Side One na Chmielnej. Niestety fundusze nie pozwalały mi nic zakupić. Ogólnie sklep specjalizuje się w rapsach, elektronice, funku, muzyce ilustracyjnej. Osobiście bardzo mnie ucieszyła obecność płyt Aphex Twina i ścieżki dźwiękowej z filmu "Shaft". Mimo tego, że sklep jest niewielki, to ciągle jest w nim ruch i doprawdy ciężko było dopchać się do płyt.

Mam nadzieję, że jeszcze będzie mi dane odwiedzić stolicę w poszukiwaniu staroci.





czwartek, 18 września 2014

Merkabah - Moloch

Skoro poprzednio pisałem o Instant Classic to teraz napiszę zatem o najnowszej płycie Merkabaha pt. "Moloch". W całości instrumentalny album nie przypomina mi nic co do tej pory słyszałem. Gdybym jednak miał porównać do czegoś tę muzykę wówczas postawiłbym na fuzję grupy Kinsky z Kobongiem i jeszcze do tego wrzuciłbym Mikołaja Trzaskę. I wybaczcie za przekleństwa, ale one nie są nie na miejscu. Merkabah to srogie napierdalanie od którego głowa puchnie przetykane momentami, które są ledwie muśnięte cieniem radości. Podskórnie zaś jest to gniew, który ma zabić, zgnieść. Saksofon, który zazwyczaj nie kojarzy się raczej z ciężką i mroczną muzyką nie ogranicza siły rockowego kwintetu (dwie gitary, bas i perkusja), lecz wzmaga przekaz. A czy jest tu jakiś przekaz? Srogie napierdalanie bez ani słowa komentarza jest bardziej wymowne niż cały "Ulisses".
Genialny projekt Kuby Sokólskiego

Na szczególną uwagę zwraca również sposób produkcji tej płyty. Gitara wypełnia tło, migocząc za mgłą swoje partie. Dominuje nad całością saksofon oraz perkusja (szczególnie blachy), która wraz z surowym basem rzuca nas na kolana i poniewiera strasznie. Wszystko brzmi bardzo przestrzennie i napawa grozą. 

Nic też dziwnego, że Nergal zaprosił zespół w roli supportu na Polish Satanist Tour 2014. Jednak, żeby było ciekawiej Merkabah równie dobrze mógłby występować na scenach metalowych, shoegazowych, alternatywnych i jazzowych.

W moim prywatnym rankingu polskich płyt wydanych w tym roku płyta ta plasuje się naprawdę wysoko. Prawdopodobnie gdzieś w okolicach pierwszego miejsca.

środa, 17 września 2014

One Louder niby-fest II

Z muzycznych nowości niezwykle cenię sobie te wydawane przez wydawnictwo Instant Classic. Z
ciekawością obserwuję to co wytwórnia wytwarza. Jeśli mam to przedwsięwzięcie opisać gatunkami muzycznymi, które wydają muszę naprawdę się nieźle nagimnastykować intelektualnie. A i trud mój będzie daremny. Lecz czynię to, bo wypada mi napisać. Są to zatem: noisy, drony, trzaski, zgrzyty. Ale z drugiej strony jest normalny beat, zwrotka-refren-zwrotka-solo. Jest eskploatowanie klimatów retro i poszukiwanie dźwięków ulotnych. Są rzeczy, który się słucha choć są asłuchalne i są rzeczy, które są dobrymi piosenki. Jest i agresywna sierść i dzwoneczki i glitch i duszna atmosfera.

Świadomie, nie używam słowa alternatywa, bo to już nic nie znaczy. Duże znaczenie ma natomiast to, że wiele rzeczy wydawanych przez Instant Classic to formy doskonałe. Artyści wydawani przez wytwórnie eksplorują nie tylko najdalsze rubieże świata, co tworzą swoje mikrokosmosy, które nie korespondują z niczym i do niczego konkretnego się nie odnoszą. Wydaje mi się, że to wielki komplement, tym bardziej, że już od dawna wieszczy się, że niezal iz ded. Ale on nie zdechł, tylko się ukrywa, czasem oddając ludzkości to co najlepsze.

Zespół zaczął ambitnie, bo zdaje się, że najpierw wydali koncertówkę Pana Merzbowa. Później wielki sztos jakim jest "Cień chmury nad ukrytym polem" Starej Rzeki, czyli Kuba Ziółek i jego geniusz. Nie będę już nudził o Starej Rzece, bo Kuba Ziółek, który tworzy tysiąc innych projektów i zespołów więcej nudzenia o sobie nie potrzebuje (choć nie ma o nim wpisu na Wikipedii a Maryli Rodowicz niestety jest). 

Wracając jednak do Instant Classic - wydaje mi się, że jak ktoś lubi być zaskakiwany w muzyce, wówczas wartałoby się wybrać na OneLouder niby-fest II. W powyższym linku znajdziecie wszystkie informacje na temat imprezy, której gwiazdami będą artyści ze stajni Instant Classic. Line-up jest doprawdy imponujący i wspomnę choćby o THAW ENSEMBLE))), czyli Thaw + tajemniczy goście oraz nowe premierowe kompozycje. Impreza odbywa się 27 września w Klubie Alchemia w Krakowie. Ja już swój bilet kupiłem i spodziewam się najlepszego. Po powrocie z imprezy zamieszczę tutaj niewielką recenzję. 

sobota, 13 września 2014

Beksińscy - portret podwójny

Recenzja by to była niewczas, więc nie będzie recenzji. 

Z zamiarem przeczytania tej książki, jak zwykle zresztą w odniesieniu do nowości, obnosiłem się od dawna. Wysoka cena nowego wydawnictwa odstraszała mnie jednak i gdyby nie interwencja mojej żony, która bez głębszych budżetowych wykmin postanowiła mi książkę zasponsorwać, nigdy bym jej zapewne w tak krótkim czasie po wydaniu nie przeczytał.

Magdalenia Grzebałkowska dokonała dzieła niespolicie i nieprzyzwoicie dobrego. Książka reporterska opisująca losy Tomasza i Zdzisława Beksińskich to kalejdoskop osób, zdarzeń, relacji i miejsc. Czyta się ją od razu za jednym zamachem. Czytając coraz to dalej czytelnik daje się wciągnąć w codzienne przyzwyczajenia, zboczenia, truizmy dnia codziennego oraz wydarzenia niezwykłe - czyli w pasjonującą historię czyjegoś życia. Historia ta opowiedziana jest nie tyle słowami dziennikarki co bohaterów książki oraz wszystkich, którzy mieli coś do powiedzenia na temat losów rodziny Beksińskich.

Książka nie nudzi, nie daje wytchnienia. Czyta się ją niczym powieść sensacyjno-obyczajową. I mimo tego, że wiemy jak się ona skończy - a historia rodziny kończy się tragicznie - to do samego końca, dzięki wartkiej akcji mamy nadzieję, że losy może jednak zmienią.

Jednak, mimo, że książka jest fascynująca niczym dobrze wymyślana opowieść, fikcją nie jest. I to jeszcze wzmaga wrażenie wyjątkowości zarówno dzieła jak i życia i śmierci bohaterów.

Nie wiem, czy też tak macie, że zapoznając się z prawdziwymi losami, prawdziwych ludzi w jakiś sposób odnosicie ich indywualności, charaktery, sposób bycia, systemy wartości również do Was samych. Mnie ta książka zmusiła to zastanowienia się nad tym jaki jestem. Czy podzielam z bohaterami ich zalety i wady. Jakie mam przyzwyczajenia, które mogą razić inne ludzi. Książka ta zmusiła mnie do refleksji nad samym sobą. I dlatego jest dla mnie taka wartościowa.

Po tym jak przeczytałem ją po raz pierwszy postanowiłem, że przeczytam ją po raz drugi.

czwartek, 11 września 2014

Paradox - Drifting Feather

Płyta ta chodziła za mną odkąd po raz pierwszy zobaczyłem ją za jakąś kosmiczną kwotę na giełdzie na Birkelunden w Norwegii. Co może zabrzmieć głupkowato, zanim pokochałem muzykę z tej płyty polubiłem jej okładkę. I choć do peanów zawartych na okładkach podchodzę z dystansem, tak tutaj nie mogłem pozostać obojętny.

Intryguje już sam skład kapeli. Instrumenty, które wypełniają tę płytę to tradycyjne jazzowe puzon, saksofon altowy, kontrabas, ale również nie tak oczywiste dla jazzu przełomu lat '60 i '70 jak gitara klasyczna i wiolonczela. "Razi" tutaj brak instrumentów perkusyjnych chociaż takie się czasem pojawiają (kastaniety). Sekcję rytmiczna świetnie uzupełniają wszystkie instrumenty od czasu do czasu dając pole dla solowych popisów poszczególnych instrumentów. Świetne wrażenie sprawia "współgra" wiolonczeli i kontrabasu.

Zespół balansuje. Będąc w awangardzie podlizuje się mainstreamowi i muzyce ludowej. Poszukując zagłębia się w muzyczną psychodelę. Ponad całym albumem unosi się mgiełka luzu i zabawy. Przedziwne poczucie humorów nie staje się naszym udziałem nie tylko poprzez tytuły ("Intymne życie wuja Leona"). Miesza się tu znienawidzony przeze mnie swing z krótkimi dźwiękami funku. Solówki to nie jakieś poruszające się dziwadła na wykoncypowanych skalach - są zgrabne, ale nie zgrzebne i milion-razy-ograne.

Powstaje zatem pytanie - czy płyta ta należy do głównego nurtu czy jest to skok w bok, błąd przy masowej produkcji a może wygłup? Dla mnie jest to jedna z najbardziej urokliwych płyt jaką mam w swojej kolekcji. Jest to płyta, którą bardzo chciałbym usłyszeć na żywo. Z jednej strony jest bardzo zwiewna z drugiej gdzieś czai się w niej nerwowy groove. Są momenty easy, ale jest też psychodela, przy której raduje się moja dusza.

piątek, 29 sierpnia 2014

Właśnie dostałem w swoje łapy pierwszy numer Noise Magazine...

... i momentalnie wylazła ze mnie sierść, którą chowałem przed światem już za długo. Dobrze, że Łukasz Dunaj, redaktor naczelny zamieszania, wyjaśnił czym dla niego jest hałas i jak go opisać. A robi to dobrze i to nie sam, bo z gronem największych renegatów i degeneratów polskiego dziennikarstwa muzycznego.

Pokrótce - Noise to nie rurki z kremem tylko fanzinowska pasja, profesjonalny skład, świetne teksty i wywiady, które naprawdę robią wrażenie. Recenzje są sto razy lepsze od moich. Papier ładnie pachnie... papier, papier, PAPIER. Bo o to tu chodzi. Nie potrzebujesz prądu, internetu LTE....

Co ja zresztą pierdzielę. IDŹ I KUP TO PISMO, CZŁOWIEKU!

Noise Magazine można kupić podobno w każdym empiku (w kiepsko zaopatrzony zakopiańskim empiku był, więc gdzie indziej też powinien być) oraz na stronie:

niedziela, 24 sierpnia 2014

Easy! nie zaś takie łatwe - Wojciech Karolak, Easy!



Nie mam nic przeciwko chałturzeniu, jeśli ktoś robi to w sposób zawarty na tej płycie. Oczywiście polscy jazzmani popełnili kilka wielkich błędów - największymi są bodaj dwie części SPPT Chałturnik pod wodzą znakomitego przecież Ptaszyna. I nawet przegadany ironiczny tekst na rewersie okładki Chałturnika nie zmienia faktu, że te chałtury nikomu na dobre nie wyszły.

Wojciech Karolak w opisie płyty oszczędza słowa. Pisze, że miał zamiar stworzyć płytę z muzykę rozrywkową stworzoną przez muzyków jazzowych. I udało się to doskonale. Na początku atakuje nas psychodeliczny funk "A Day in the City" z nieobliczalnym solo w konwencji free w wykonaniu Stańki. Drugi numer to luźny lecz trzymający w napięciu swing  "(DACP 796) Endless Transit". Dużo ciekawszy jest "Instant Groove" - leniwie płynąca lecz z pewnością nie nudna jazz-funkowa maszyna do rozjeżdżania jeszcze do albumu nieprzekonanych. Stronę A zamyka utwór przodownika orkiestry wspomniany już wcześniej Ptaszyna.

Drugą stronę otwiera tytułowy "Easy" - bardzo przyjemny utwór z ciekawymi tułającymi się gdzieś w tle ambientowymi organami oraz ze szkolna, co nie znaczy, że nie urokliwą solówką Namysłowskiego. Następny numer "Why not Samba" ma największy potencjał taneczny. W tym utworze zachwyca niezwykle motoryczna sekcja dęta oraz piękne wokalizy Novi Singers. Płyta wychamowuje przy trochę banalnym "Seven Shades of Blue" po to by przejść do "Goodbye", który jest na początku nudny jak niedzielny kac, po to by przejść do bardziej stanowczego zakończenia zatopionego w smyczkach i subtelnych muśnięciach dęciaków.

"Easy!" Karolaka to dzieło perwidne. Z jednej strony - to chałtura grana przez śmietankę polskiego jazzu, która miała stanowić muzykę dla niewybrednych słuchaczy. I doprawdy wprowadza niezbyt wyrafinowany klimat, po to aby nagle zaatakować słuchacza dźwiękami w stylu psychodelicznego elektrycznego pianina lidera bandu lub grą Stańki. "Easy!" uczy jak zachęcać ludzi do sięgania po dobrą muzykę bez straszenia ich tym, że czegoś nie zrozumieją. Tak jak DJ, który w klubie puszcza mniej wyrafinowane acz popularne kawałki po to, aby niepostrzeżenie zagrać utwór, który jest muzycznie lepszy tak Karolak podstępnie zaprasza nas na fajfę aby nagle zaatakować jazz-funkiem i fusion najwyższej półki.


piątek, 15 sierpnia 2014

Pieśń pochwalna na cześć GAD Records

Zapewne gdyby nie krakowski sklep Record Dillaz i GAD Records powyższych płyt nigdy bym nie przesłuchał i nadal siedział w tym zatęchłym rocku.

Audycja zawiera lokowanie produktu, lecz póki co nikt mi jeszcze za to lokowanie nie zapłacił. I nawet tego nie oczekuję, bo moje przemyślenia na temat działalności tego wydawnictwa piszę z czystą przyjemnością.

Zanim zacznę na dobre - kilka konkretów:

A teraz niekonkrety, tylko moje przemyślenia. 

Działalność wydawnictwa mocno koresponduje z tym, czym zajmuję się hobbystycznie - czyli wykopywanie staroci i próba przywrócenia ich światu. Moje próby są raczej marne i ograniczają się do pisaniny. W przypadku GAD Records jest to prawdziwa pasja, która otwiera słuchaczy na rzeczy zupełnie stare i jednocześnie zupełnie dotąd nieznane.

Wielkim uproszczeniem byłoby napisanie, że GAD zajmuje się tylko reedycjami. Zajmują się odkopywaniem starych nagrań, które towarzyszyły bardzo znanym sesjom nagraniowym, bądź też wykopują skarby, które nigdy w swej epoce nie mogły się ukazać. Dlatego też reedycje są zawsze bogato skomentowane w starannie wydanych bookletach i zazwyczaj do nagrań, które można znaleźć choćby na starych winylach dołączone są skarby w postaci utworów, które za jakichś przyczyn nie pojawiły się na longplayu. Dlatego jak czujesz podnietę, bo masz w swojej kolekcji np. "Zderzenie myśli" Alex Bandu i wszystkie single tego zespołu to wiedz, że nie masz wszystkiego - ale przecież wszystko to co zaginione zapewni Ci GAD.

Absolutnymi bestsellerami wydawnictwa stały się muzyka z programu edukacyjnego Sonda (nakład winylowy nie był dostępny już w pół godziny po pojawieniu się go w sklepie) czy też "Punkt styku" funkowego składu Show Band. Niesłabnącym powodzeniem, jak się zdaje, cieszą się płyty wydane w serii Milian Tapes (jak choćby nakoksowany bonusami "Bazaar").

Chyba najwyższy czas wyjaśnić jaką muzykę GAD Records wydaje. Otóż z uwagi na kryterium gatunków muzycznych wyróżniłbym parę grup:
- muzyka elektroniczna (el music)
- muzyka filmowa
- muzyka ilustracyjna
- easy listening
- jazz
- rock progresywny
- funk

Oczywiście jest to luźny podział, a granice między tymi gatunkami zacierają się we wszystkich możliwych konfiguracjach. Muzyka wydawana przez GAD jest po prostu intrygująca i uwarunkowana osobliwym gustem założyciela. Ten osobliwy gust jest bardzo inspirujący i mocno wpłynął również na moje muzyczne poszukiwania. GAD Records wraz ze swoją ofertą, że tak powiem górnolotnie, otworzyli mi oczy na muzykę, której bym wcześniej nawet nie tknął. Dlatego też chciałbym podziękować wszystkim, którzy stoją za tym wydawnictwem za ich działalność - ja im w swojej pasji zawdzięczam bardzo dużo.

wtorek, 12 sierpnia 2014

Reedycje, wznowienia, wersje deluxe i refleksje

Będę traktował o paru obserwacjach, które czynię przy okazji prężnie powracającego na rynek wydawnictwa MUZA Polskie Nagrania oraz nie mniej prężnie podbijającym rynek starych-nowych nagrań GAD Records.


Oba wydawnictwa łączy zamiłowanie do staroci. Muza wydobywa ze swoich archiwów stare nagrania, po to aby odświeżyć je pod względem technicznym i ponownie wypuścić na rynek w tradycyjnym, winylowym wydaniu bądź też jako CD lub mp3. GAD Records nie ustępuje Muzie a wręcz ją wyprzedza - nie poprzestaje na prostym wydawaniu reedycji, lecz poszukuje w starych archiwaliach by wydobyć nie tylko rzeczy uznane za klasyki, ale przede wszystkim aby odkryć dla świata zapomniane i niedostępne wcześniej nagrania. 

Chwała Muzie za to, że gdy dokonuje reedycji rzeczy trudno dostępnych jak np. "Krywań, Krywań" Skaldów. Lecz również wstyd, że reedycje są tak biednie wydane. Np. "Krywań, Krywań" oryginalnie
wydane był w okładce gatefold, w reedycji zaś okładka to zwykła koperta. Od reedycji, szczególnie w cenie, która pozwoliła by na znalezienie pierwszego wydania rzeczonej płyty w świetnym stanie, wymaga się czegoś więcej - książeczki, zdjęcia, plakatu. A w szczególności nowe wydanie, w miarę możliwości, powinno być uzupełnione przez bonusy w postaci niepublikowanych wcześniej nagrań związanych z konkretną płytą. Tego Muza nie robi prawie wcale.

Jak się pewnie domyślacie, aktem pro forma będzie wyznanie wielkiego szacunku dla wydawnictwa GAD za pracę, której nie wykonuje Muza. GAD Records nie uprawia prostego pasożytnictwa na starociach, lecz nadaje im nową-starą formę przykładając jednocześnie dużą uwagę do wszystkich szczegółów. Wystrzega się wydawania kuriozów w stylu "Sukces" Niemena (żebym nie był zrozumiany źle - to jest całkiem dobra płyta, tylko, że na rynku wtórnym jest jej tak wiele, że w zasadzie nie wiem po co ją wydawać po raz kolejny), ale wydaje rzeczy ciekawe i trudno dostępne jak np. "Jej portret" Nahornego czy "Sweet Beat" Ptaszyna i uzupełnia je przez nie wydane dotąd nagrania z epoki. Ponadto poszukiwania dają doskonałe efekty w postaci absolutnych bestsellerów takich jak "Punkt Styku" Show Bandu czy hit sezonu jakim jest muzyka z programu Sonda. Pozwolę sobie jeszcze dodać, że Jerzy Milian oddał do dyspozycji GAD wszystkie swoje dotąd niepublikowane nagrania, które sukcesywnie wydawane są w ramach Jerzy Milian Tapes.

Muza dała sobie szansę przez bardzo głośne licencjonowane wydawnictwa jakimi były kompilacje z serii Polish Funk czy inne nad, którymi pieczę sprawował zespół z Soul Service. Późniejsze kompilacje to zupełnie pozbawione wyrazu zbieraniny przebojów, jak to np. ma miejsce w serii 40 piosenek... Rozczarowująca polityka powstającej Muzy i kunktatorstwo decydentów, brak wizji i przede wszystkim odwagi sprawi, że stanie się z Muzą to co z reaktywowanym w kapitalistycznej Polsce i w końcu ponownie zamkniętym Tonpressem a jej wydawnictwa będą leżały w koszu w Saturnie w dziale "Wyprzedaż 5 zł".

Aby nie być starym, brzydkim hejterem nie pozostaje mi nic innego jak nawoływać Polskie Nagrania do zmiany polityki a w stosunku do GAD Records złożyć wielkie podziękowania za wspaniałą pracę.

Alex Band, "Zbiegowisko" - numer wydany zarówno przez Muzę w ramach Polish Funk 3 jak i GAD Records na reedycji płyty Alex Bandu "Zderzenie Myśli.

czwartek, 7 sierpnia 2014

Czas pogodzić się ze składankami cz. 2

Następny rzut polskich składanek lat '80, z którymi warto się zapoznać. Na pierwszym miejscu plasuje się składanka Fala (Polton, 1985). Płyta ta pojawiła się już na blogu, gdy wrzucałem moje ulubione okładki Alka Januszewskiego. Okładka faktycznie ma w sobie coś odrzucającego i fascynującego jednocześnie, a jej zawartość jest również niejednoznaczna. Płyta zawiera polską muzykę zaangażowaną - punk, hardcore punk, reggae i folk. Zresztą wymienianie gatunków muzycznych jest bezcelowe gdy mamy do czynienia z listą artystów, którzy zaszczycili tę kompilację. Siekiera (z czasów gdy jeszcze była fajna), Dezerter, Kultura, Izrael, Kryzys, i wspaniały rodzynek w postaci Józefa Brody - budują niezwykłą atmosferę płyty, która jest jednocześnie dokumentem epoki i jarocińskiego festiwalu wolności. Nagrania to najczęściej wersje demo, koncertówki lub bardzo słabej jakości nagrania studyjne. Jednak niedostatki techniczne nadrabiane są niezwykłą energią i szczerością muzyki. A i jeszcze jedno - do okładki dołączony jest genialny plakat. Uwaga! Oglądać go tylko przy okazji największych rodzinnych, państwowych i religijnych uroczystości.





Następny krążek, który chciałbym zaprezentować to Radio Nieprzemakalnych (Wifon 1988). Również mający swe "jarocińskie" korzenie prezentuje podobnie jak powyższe wydawnictwo polską alternatywę. Nie zachwyca mnie, jak zwykle zresztą, twój Tomka Lipińskiego jakim jest Fotoness (Tilt z okresu, gdy wydawał longplaye to też sraczka). Mój największy entuzjazm wzbudza Milion Bułgarów z piosenką "Czerwone Krzaki" oraz 1984 ze "Sztucznym Oddychaniem". Bardzo ciekawe są też Kosmetyki Mrs Pinki z "Ciągle w ruchu". Na drugiej stronie płyty największą porażką staje się zespół Opera (sraczka) a wyróżniają się Process, Sztywny Pal Azji i przeurocza piosenka Voo-Voo "Stanie się tak, jak gdyby nic nie było". Atmosfera płyty jako całości jest jednak duszna. Odnoszę trochę wrażenie, że twórca płyty (redakcja płyty: Bożena Sitek) nie brał pod uwagę względów stylistycznych utworów, a raczej starał się wrzucić do jednego wora różnorodne style całkiem odmiennym artystów, co w późniejszym odbiorze jest odrobinę męczące.

Jako, że Radio Nieprzemakalnych zawsze pojawia się w necie jako awers ja wrzucę okładkę z rewersu. Okładka genialnego Kaina Maya.