wtorek, 20 grudnia 2016

KTO NIE MOŻE PISAĆ O METALU - O dobrych nie-metalowych nagraniach

Sierść, Guiding Lights, Torpur, Low Standards.


Życie polskiej krytyki muzycznej doprawdy jest miernej jakości. Gdy już opadną kurze po cyklicznych guldoburzach, a każdy rozejdzie się do swoich prywatności utwierdziwszy się zawczasu o swojej nieomylności trudno szukać sporu, który się sięgałby dalej poza niemądry tekst jednego człowieka i poza histeryczną reakcję społeczności zaangażowanej w muzykę, która byłaby czymś innym niż facebookowym wysrywem płonnego zaangażowania niegodnego dalszego wywodu.

Cyprian Łakomy, jest osobą zarówno o muzyce piszącą, jak i muzykę tworzącą. Postanowił on wypowiedzieć się o recenzji Witolda Tyczki zamieszczoną na Porcysie dotyczącą płyty Księżyc milczy luty Furii w następujący sposób:


Z jednej strony beka, bo, hehe, Porcys, z drugiej strony zaś beka, bo, hehe, ktoś ze swoim tekstem wykracza poza Kejosowo-Nojzowy name-checking, beka także, bo, hehe, ktoś pisze jakby więcej czasu spędził nad doktoratem ze studiów kulturoznawczych niż na dobrych gigach, bo, hehe, to pewnie jakaś pizda, która w imię poprawnego pisania powinna zostać reedukowana w instytucji o silnej hierarchii, stosującej przemocowe środki w celu zmiękczania pedalskiego uwielbienia do zdań wielokrotnie złożonych, wyszukanych metafor i słownictwa spoza językowych sztanc. Tak się to się zaczyna i tak kończy, gdy myśli się o pisaniu recenzji nie jako o dziedzinie humanistyki, ale jako o twórczości, która zawsze będzie wsteczna i służebna wobec opisywanej rzeczy, która w żadnym razie nie może stanowić wartości literackiej samej w sobie.

Reakcja Łakomego na, będąc tu zupełnie poważnym, brawurową literacko (przynajmniej na tle wielu innych recenzji), poprawną merytorycznie, metodycznie zaś przekonującą recenzję Tyczki z Porcysa została uznana za godną polecenia przez Piotra Weltrowskiego prowadzącego sławnego peja o sporym followingu. I jak zwykle to bywa nie chodziło tu o, o wybaczcie tę metaforę, spór o inwestyturę w pisaniu o muzyce, ale o zwyczajowe wykpienie, bo, hehe, Porcys, bo beka itd. I po raz kolejny powtórzę - takie są skutki tego, gdy myśli się o tekstach o muzyce jako o tekstach o charakterze użytkowym, a nie o sztuce. A jaka powinna być sztuka? Zacytuję tu Łakomego, który jako muzyk-artysta wydaje się formułować wypowiedzi mądrzejsze od Łakomego jako recenzenta-krytyka muzycznego:
Otóż to.

***

Zatem ja, jako osoba najpewniej nieuprawniona do pisania o metalu, nie napiszę dłużej o tym, co odróżnia mnie zapewne zarówno od Łakomego jak i od Tyczki - a mianowicie od stosunku do nowej płyty Furii, która nie podoba mi się aż tak bardzo - nie napiszę jednak dlaczego, bo jestem miękką pałą obawiającą się wojskowej musztry, jak i obawiającą się intelektualnie przewyższającego mnie o kilka tęgich głów ciała redakcyjnego Porcysa. Wspomnę tylko, że ostatni projekt Nihila, który naprawdę mnie porwał i do którego wracam regularnie, a który pozostaje niesłusznie zapomniany to Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void. Bardzo cenię sobie także pierwszą płytę CSSABY, drugiej zaś słuchem ze zdumieniem, bo jak można na poważnie grać taki archaiczny industrialny metal w tak nowych czasach? Jeśli zaś chodzi o Sarsa, wartałoby posłuchać arcyciekawej płyty pt Świat jest wszystko jedno Wędrowców-Tułaczy-Zbiegów - przynajmniej w przeciwieństwie do Furii kolejne wydawnictwo W-T-Z jest lepsze od poprzedniego (btw, pisałem recenzję tej płyty, za co przepraszam wcale). Artur Rumiński zaś, jako lider drone metalowego ARRM, który intrygował już od momentu ukazania się na splicie ze Starą Rzeką i Innercity Trio (Wounded Knife, 2014) intryguje ciągle na wydanym niedawno albumie wydanym w Instant Classic - nie wspomnieć zaś o solowych nagraniach Rumińskiego i napędzaniu przez niego Thaw byłoby sporą przewiną. Koniec jednak o metalu - jak już powiedziałem powinienem czuć się zupełnie nieuprawnionym do pisania o metalu, więc jako przedstawiciel nauk społeczno-humanistycznych, który za jedyny przykaz bierze sobie utrzymywanie stan normatywnej równowagi i podtrzymywanie stabilności w obrębie społeczności nie chciałbym u nikogo wywoływać anomii i zabierać chleba tym, co się trv, kvlt i krieg mienią, więc już kończę pierdolić o jednym i tym samym, by zacząć prezentować nie-metal. Kolejność rekomendacji przypadkowa.



***
Sierść, it's easy, źródło: siersc.bandcamp.com

I. Sierść jest jednym z projektów, nad którym znęcałem się już dwukrotnie, lecz muszę wyjaśnić jedno, wszak niektórzy nie wiedzieli, o co chodzi mi w recenzjach wydawnictw zespołu - otóż Sierść skrycie wielbię, jest to jeden z moich ulubionych projektów metalowych ostatnich lat. Dokładnie tak - metalowych, przynajmniej dla mnie, prywatnie. Nie wiem, czy członkowie grupy malują twarze, czy krzyżują nagie kobiety na koncertach, czy rzygają na scenie krwią lub czy profanują zwierzęce truchła, a czy po godzinach uprawiają rodzimowierstwo. Bo ja sram, gdzie to leci, ważne kurwa czym jest - cytując za humanistą-prawnikiem Smarki Smarkiem, a zgniłość wypluwana z każdego momentu tego krążka pogrąża słuchacza w czarności myśli, marności żywota. Prymitywna skuteczność szugejzowo-lołfajowej gnojówy, sieka blastów i po wielokroć przesterowanych przesterów, a nade wszystko wyjęte z dna człowieczeństwa wokale pozostawią obojętnych zapewne tych, co są najszczęśliwsi - czyli pewnie tylko martwych.



Sierść
"it's easy"
25 sierpnia
enjoy life 

Recenzje poprzednich wydawnictw Sierści:
"SIERŚĆ, SIERŚĆ, SIERŚĆ"
"Spoko, że wszyscy umrzemy"


Guiding Lights, Cut and Run/Second Hand Shame, źródło: guidinglights.bandcamp.com.

II. Skoro już o sierści mowa - w kategorii bardzo fajne, fancy i funky wydawnictwo kasetowe, które nie dość, że dobrze gra to jeszcze wygląda jak ta lala (podgląd powyżej) wygrywa całkiem fresh grupa Guiding Lights, w których pierwszą i jedyną gitarę dzierży Łukasz Ciszak, sprawca chociażby symfonii sprzężeń umieszczonych na The Locked Room. Ale czy tak całkiem funky i fresh jest sam materiał zawarty na tym ulotnym wydawnictwie będącym zapowiedzią czegoś lepszego, to ja nie wiem, co zdają się sugerować tytuły zaledwie dwóch piosenek. Cut and Run - to od odcięcia kuponów od poprzedniego projektu Ciszaka, Test Prints. Second Hand Shame - być może chodzi o świadomość robienia rzeczy w podobie, choć jednocześnie zahaczając nieco bardziej o piterskiego rocka Sonic Death.



Jakby jednak nie było Guiding Lights, które brzmi jak nieco szybsze, bardziej zgrzytliwe i głośniejsze Test Prints, nie powinno być inne. Świat potrzebuje epigonów TP - aby było do czego pląsać, choć jednocześnie do Ciszakowego wokalu płakać. Ja się przy Cut and Run/Second Hand Shame bawię zaś wybornie.



Guiding Lights
"Cut and Run/Second Hand Shame"
wydawnictwo własne
14 lutego 2016

Recenzja płyty Łukasza Ciszaka:
"Locked Room"

Torpur, dungeon rock demo, źródło: torpur.bandcamp.com

III. Skoro recenzja to forma użytkowa, pisana nie przez pasjonatów-obsesjonatów, lecz przez tłukących gówno za gównem media workerów i copywriterów to może i muzyka może być śmiało formą użytkową. Krakowski zespół Torpur powstał przede wszystkim po to, aby móc do jego surowych dźwięków stojących w szerokim rozkroku między szwedzkim napierdolem, grindem, zretardyzowanym punkiem promowanym przez Jimmiego, a surfem jebać elfy, roznosić zarazę goblińskiej propagandy oraz jeździć na desce, wkurwiać nobliwych obywateli i deprawować młodzież. Furiacka euforia towarzyszy każdemu obcowaniu cielesnemu z tą kasetą - nie ukrywam, że oddaję się światowi wyobrażonemu Torpura, słuchając zaś tego dema przeżywam młodość, której nigdy nie przeżyłem, pełną beztroskiego opierdalania się po miejskich placach, dni wypełnionych po brzegi tanim szampanem i słońcem koloru wczesnej jesieni.

Powinowactwo Torpura z krakowskim Kaseciarzem jest zupełnie nieprzypadkowe - i bardzo, kurwa, dobrze. I choć to zespół lokalny, to brzmi bardzo światowo, amerykańsko wręcz, tym bardziej, gdy weźmiemy poprawkę na to, jaki wstrętny gobliński babol zajął najwyższy państwowy urząd w tym kraju.



Torpur
"dungeon rock demo"
wydawnictwo własne
29 października 2016

Low Standards, Joy of Life, źródło: lwstndrds.bandcamp.com

IV. Podobno zabrzańska grupa pozamiatała na tegorocznym Make Some Noise - co do tego faktu opieram się głównie na relacjach naocznych świadków. Sporym walorem twórczości grupy jest jej wyrozumiałość dla każdego, komu nie chce się rozeznawać jaka jest różnica między grindcorem, powerviolence, a powerelectronics, boć LWSTNDRDS grają dokładnie wszystko naraz. Gargantuicznie chorobliwa hybryda elektronicznych sprzężeń, blastów, power chordów, przedniego darcia mordy na każdym z wydawnictw grupy skondensowana jest do krótkich albumów - w sam raz do posłuchania podczas mszy świętej, gdy ludzie ustawiają się w kolejce do przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Radykalizm krótkości Joy of Life potęgowany jest minimalistycznym i nieśpiesznym brutalizmem przesterowanych dronów w końcówce utworu Seeds, czy w utworze tytułowym obdartego z widzialnego rytmu. Low Standards pokazuje wam, żeby wy macie się pierdolić, a wy drudzy macie chujki tańczyć.



Low Standards
"Joy of Life"
wydawnictwo własne
27 września 2016



poniedziałek, 12 grudnia 2016

BYĆ JAK STARA RZEKA - Vysoké Čelo, Przed Państwem Rara, Odmieniec


Odmieniec, Imago, Vysoké Čelo, Liście na Księżycu, Przed Państwem Rara, W//\TR

Jakub Czyż, nagrywający i grający jako Odmieniec, tytułując swoją najnowszą płytę Imago, zwraca uwagę na to, że osiągnięcie przez owada doskonałości, jaką jest przeobrażenie się w dojrzałą formę zdolną do prokreacji jest naznaczone tragedią, ponieważ dorosły owad wkrótce po osiągnięciu dorosłości umiera. W stosunku do człowieka zaś, jak dowodzi w opisie swojej płyty Odmieniec, doskonała forma imago ma się nijak, ponieważ ludzie doskonaląc się całe życie i tak umierają niedoskonałymi. Zarówno w owadzim, jak i w człowieczym losie widoczny jest wymiar tragiczny, choć, jak pokazuje rzeczywistość, tragizm nie jest rzeczą nieuniknioną. 

Na przykład, Kuba Ziołek definitywnie kończąc z wydawaniem płyt pod szyldem Stara Rzeka postąpił najmądrzej i najlepiej jak tylko mógł (pisałem o tym także w recenzji "Zamknęły się oczy ziemi"). W szczycie popularności swojego najbardziej znanego projektu, który nie wiadomo czy zawdzięczał estymę środowiskowej podniecie, entuzjastycznym recenzjom z całego świata, czy też kreacji unikalnej jakości artystycznej niezależnej od marudzenia malkontentów lub hołdów apologetów postanowił pożegnać się w momencie dojścia do ściany, która wynikała z samej natury Starej Rzeki przeładowanej po swoje brzegi znaczeniami i tropami, które sprawiały, że konstrukcja projektu trzeszczała i mogła zapaść się w każdym, losowym momencie. Sukces Starej Rzeki, który zbiegł się dodatkowo z głośną reaktywacją OBUHowej legendy w postaci Księżyca nie pozostał bez echa wobec tych estetyk. Paru epigonów postanowiło zaprezentować swoje okołostarorzekowe wytwory.  Doprawdy odbyło się to z różnym powodzeniem.


Odmieniec, Imago, źródło: odmieniec.bandcamp.com/album

Odmieniec jeszcze musi przejść kilka linień zanim projekt ten stanie się czymś więcej niż prostym post-rockowym graniem imitującym ambient. Pierwsza płyta Odmieńca pt. Taniec Ducha (BDTA, 2014) była przyjęta przeze mnie bardzo ciepło, a artysta stał się wierzycielem wielkiego kredytu zaufania i przekonania, że następnym razem będzie już tylko lepiej. Chciałbym wierzyć w postęp, lecz  Imago na tle zróżnicowanego i z pewnością mogącego być z powodzeniem porównywanym do pierwszych wydawnictw Starej Rzeki Tańca Ducha wypada co najmniej wstecznie. Poza ciekawymi momentami w agresywnej i rzężącej Czerni i zmysłowym Motylu nie odnajduję w Imagu żadnej zapamiętliwej atrakcyjności, której nie pomaga także lołfajowa produkcja. Imago jest prefabrykatem imitującym pełnoprawną płytę - lecz nawet z tych wymęczonych i męczących półproduktów ciężko byłoby nawet przy większej dbałości o aranżację wydobyć cokolwiek więcej.
 


Odmieniec 
"Imago"
wydawnictwo własne
1 grudnia 2016 


Przed Państwem Rara, W//\TR, źródło: zoharum.bandcamp.com

Przed Państwem Rara to zespół, który jest mocno powinowaty ze Starą Rzeką, także personalnie. Członkami grupy są Mikołaj Zieliński, mający swój niewielki udział w utworze Korona Starej Rzeki, a także grający z Ziołkiem w Alamedzie 3 i 5, Rafał Skonieczny (Hotel Kosmos) oraz Michał Pszczółkowski. Album W//\TR został zaszczycony także drobnym udziałem samego Kuby Ziołka w utworze Szepty w głowie Elly Brandt. Ponadto W//\TR jest dowodem na bardzo wiele rzeczy. Niestety sporo momentów tej płyty to negatywne punkty odniesienia.

Niemożność utrzymania spójnej dramaturgii była już udziałem starorzekowego albumu Zamknęły się oczy ziemi - co jednak równoważone było przez poszczególne utwory, które stanowiły spójne mikromokosmosy. W//\TR podnosi tę niemożność na wyżyny niemożliwości. Opener tego albumu, Echo planety to najprawdopodobniej najlepsze 10 minut całej płyty. Dostojnie sunące pasma bezlitośnie spłaszczających przestrzeń dronów, intensywnie emanujących brutalną audialną przemocą zwiastują jedną z lepszych płyt roku. Rodzący się zachwyt jest jednak szybko rozwiewany, gdy pojawiają się Pasażerowie Wiatru, absurdalna hybryda hard bassu, electro, nieudolnego drive'u Tangerine Dream. To coś na kształt wyniesionego na wyżyny powagi, choć źródłowo prześmiewczego NATO Laibachu, brzmiący niczym wixiarskie minimal music. W tym utworze zawarty jest dowód numer jeden - w eklektyzm trza umić, bo inaczej wychodzą potworki śmieszne jak filmie The Thing. Nie ukrywam, że moment tego zmutowanego i przerażająco niestrawnego grania zaintrygował mnie, wszak lubię i hard bass i electro, lubię także Tangerin Dream i szanuję Laibach, a Wixapol S.A. to moje spirit animal, jednak po tym utworze schodzi pompa, bezszelestnie, bez dropu i pojawia się to, do czego przyzwyczaiła nas Stara Rzeka - mamrotanie przez pogłos, mariaż akustycznych instrumentów z elektroniką, nihil novi i choć to powtórka z miłej rozrywki to siląca się na wydobycie ekstraktu z intensywności. Udaje się to drobinami chwil poprzez basową pracę Zielińskiego, udaje się także w przebłyskach poprawności w Genie Planety, gdzie Ola Bilińska, tak bardzo niepodobna do siebie, a tak bardzo do Patti Smith mamrocze do jedynego piosenkowego motywu na płycie - a na pewno wychodzi jej to lepiej, niż w niezbyt przekonującym reverbie, który skutecznie dusi wokalny impakt Oli na Przynieś to z nocy. Finalnie zaś drugim najlepszym utworem na płycie jest pokornie wypełniony field recordingiem i nagą gitarą oraz głosem Ziołka utwór Szepty w głowie Elly Brandt - jest to dowód numer 2 mówiący, że czasem mniej znaczy więcej.

Przed Państwem Rara z tym krążkiem właśnie stał się mutantem czerpiącym z starorzekowej estetyki, nie mając jednak za nic umiaru, dowodem na to czym Stara Rzeka już na pewno się nigdy nie stanie. W//\TR mógłby być co najmniej dobrą płytą, gdyby nie miała pretensji do bycia płytą nadzwyczajną.




Przed Państwem Rara
W//\TR
Zoharum
ZOHAR 125-2
17 lipca 2016


Vysoké Čelo, Liście na Księżycu

Takich pretensji jak Przed Państwem Rara nie ma projekt Vysoké Čelo. Pierwsze wrażenie z Liści na Księżycu to nienachalna prostota, która  zupełnie nie kłóci się z przekonaniem o kompozytorskim i aranżacyjnym kunszcie, wysmakowaniu, które czerpie z akustycznego transu Popol Vuh, wirtuozerii Klausa Schulze, tęsknoty Za Siódmej Góry, ale także z naśladownictwa soundscape'u dziecięcych sennych marzeń, kołysanek i bajek dla dzieci. Być może słuchając Vysokiego Čela wiem na czym polegał sukces Starej Rzeki - na Ziołkowym zaśpiewie, pięknym męskim wokalu, którego próżno wiele szukać w polskiej muzyce. Tajemniczy duet posługuje się tym najbardziej z pierwotnych instrumentów jakim jest głos, jednak w sposób nieco odmienny. Moje skojarzenia kierują się w stronę voice actingu i parlando Davida Tybeta, ledwo przebijającego się przez mgławicowe ambienty elektroniki unoszącej się nad gęstymi namorzynami, jak w Zniknął cały las. Vysoké Čelo obiecuje atmosferę niesamowitości i tej obietnicy dotrzymuje. Jest to niesamowitość dziecięcego zachwytu, płyta, której z powodzeniem mogę słuchać ze swoją córką, nie usłyszawszy od niej, jak to zwykle bywa, że "to jest brzydka muzyka, taka dla chłopców". Vysoké Čelo to jakby zobaczyć w negatywie gatunek atmospheric black metal - tam gdzie jest u innych jest czerń, tak u VC jest jasność, tam gdzie w black metalu jest melancholia pełna grozy, tak tu jest melancholia pełna nadziei. Zresztą jak już o black metalu mowa - nie mogę się oprzeć wrażeniu jak bardzo do ostatnich dwóch utworów z Filozofem Burzum podobny jest zamykający ten album I chmury odsłoniły księżyc z kostropatym tłem z fieldu burzy i deszczu, płynący niespiesznie w czasie.

Vysoké Čelo
"Liście na Księżycu"
 wydawnictwo własne
17 października 2017






poniedziałek, 28 listopada 2016

"To nie wypada" / Bartek Kujawski - Daily Bread

Bartek Kujawski, Daily Bread, źródło: materiały promocyjne

I. Jeśli układanie katalogu labelu jest pewnego rodzaju sztuką to rok 2016 dla Mik.Musik.!. zamyka się klamrą kompozycyjną którą wyznaczają dwa wydawnictwa Bartka Kujawskiego. A kto jest słaby, niech jada jarzyny z początku roku wedle Bartka Nowickiego z bloga 1uchem/1okiem była murowanym kandydatem na płytę roku. Ta nieco pochopna opinia wydawana na początku roku nie tylko nie przewidziała, że do końca grudnia ukażą się inne płyty, ale przede wszystkim nie wzięła pod uwagę, że Kujawski może zaskoczyć słuchaczy jeszcze raz. Żeby była jasność - jestem wielkim fanem A kto słaby... i wydaje mi się, że zrozumieniu Daily Bread sprzyja poznanie poprzedniego dokonania łodzianina. Zabiegi wywoływania audialnego dyskomfortu i nieustającej konfuzji zostały na Daily Bread względem poprzedniczki znacząco udoskonalone. Kujawski, parafrazując niego samego za metodę obiera aby mieć w dupie wulgarne minimale (choć jednocześnie z lubością eksplorując dronowe konstrukcje) i przystępuje do nie byle jakiej akcji.

II. Duży zakres tolerancji dla kreacji artystycznej zawsze wydawał mi się moim osobistym przymiotem, a rozszerzanie tego zakresu uznawałem za powinność osoby myślącej. Euforycznie niepoprawny Daily Bread przy plądrofoniczno-mikstape'owym zacięciu i kuglarskiej pysze to atencyjny i wymagający zlepek niedorzeczności, patchworkowa fantazja na tematy zarówno wstydliwe, komiczne oraz poważne. Masa tropów na Daily Bread staje się pulpą, która do tej pory mocniej kojarzyła się z autystycznymi kreacjami youtubowych celebrytów i anonów, którzy, jeśli ktoś zauważył, posługują się dźwiękowo-muzyczną paletą nastawioną na nieustanne napierdalanie dynamicznymi zmianami dla samej zmiany - kurwa, współczesny polski rząd jak żywo. Już pomijam typowe dla kompilacji Vine'ów earrape'y, airhorny, wszechobecny efekt distortion, które, jak ktoś zauważył, sprawiają, że nieświadomie nojz staje się częścią internetowej kultury. Daily Bread wydaje się świadomie czerpać z tej przekory i stawania okoniem do oczekiwań nawet wobec fanów Wypas muzyczna Grupa. W postironicznej erze śmieszków wyrażonych prędzej zgrabnym emoji niż skurczem mięśni twarzy Kujawski zestawia ze sobą przeżywające renesans gatunki, które zawsze istniały poza nawiasem dobrego smaku, jak wszystkie odmiany muzyki dance, przez hard bass (hard bass i hard tech w erze memicznej to temat osobny tekst) skończywszy na podniosłych organowo-dzwonowych motywach, field recordingach, melodiach midi i kwaśnych syntezatorach z samego centrum klubowych estetyk lat '90.

III. Obśmiać by tu można wszystko, bo archetypiczna muzyczna powaga, jak w nawiedzonych chórach przesyconych dodatkowo efektem chorus w Perpetual Failure jest podatna na atak, choć z drugiej strony powaga ta jest wyraźnie przerysowana, a strach i trwoga jest porównywalna ze Scoobie Doo. Znane z A kto słaby... dropy zwiastujące nieuchronną wixę wyrwane z tanecznego kontekstu  i wrzucone w progresywne formy po raz kolejny przedstawiają sugestywną siłę wywołującą ciarki i bynajmniej nie chodzi tu o cringe fest. Zresztą nie chcę tu za nikogo wydobywać z tej płyty momentów olśnień i zdziwień. Utwory Kujawskiego są nich pełne, samodzielna eksploracja nieskrępowanej kreatywności sprawia zaś wielką frajdę. Przypomnę tylko o polifonii rozkoszy, którą przenika mnie za każdym razem gdy słyszę przetworzone vocoderem wokale w Losing Confidence. Charakterny, a zabawowy klimat przypomina nieco Disco 3000 Sun Ra albo pastiszowe podejście do popu przez Franka Zappę, niemniej wszelkie podobieństwa do faktycznych zajść są przypadkowe, a wielość skojarzeń będzie uprawniona. Słuchając tej płyty ciągle dawałem się zaskakiwać i choć zabrzmi to jak okoliczność obciążająca mnie jako recenzenta to powiem, że często przyłapywałem się na myśli, że "to nie wypada". Ale przecież Daily Bread jest, istnieje, mleko się rozlało i ja go doświadczam. Rozlewa się zaś pięknie, swoiście, osobno, oryginalnie, genialnie.

Nie wiem, czy płyta ta znajdzie się w zestawieniach rocznych. Wiem natomiast, że jest to płyta na lata. Nieznajomość tej płyty zaś dyskwalifikuje każdego, kto nazywa się fanem polskiej muzyki. A ja idę słuchać dalej, bo to nie koniec tej przygody.

Bartek Kujawski
"Daily Bread"
BDTA/Mik.Musik.!.
28 listopada 2016





CZYTAJ TAKŻE RECENZJE:
Bartek Kujawski, A kto słaby niech jada jarzyny
Wojciech Kucharczyk, BRAK
RSS B0YS, M0NKYY BL00D 

 

czwartek, 24 listopada 2016

Bogusz Rupniewski / Zweiheitsmusik


Bogusz Rupniewski, Zweiheitmusik,


Oto przed wami jedna z najciekawszych, o ile nie najciekawsza płyta płyta z muzyką improwizowaną, która ukazała się tego roku. Oto Zweiheitsmusik duetu Bogusz Rupniewski.

Smyczkowe duo tworzą wiolonczelistka Małgorzata Bogusz (Wiedeń) oraz skrzypek Michał Rupniewski (Wrocław). Ci związani z Łodzią muzycy są aktywni w zespołach Dźwięk-Bud, Hybrida Conclusio oraz projektach Muzyka Litzmannstadt Getto oraz FREEvolous Improvisations. Tytuł tego albumu to Zweiheistmusik i jest neologizmem, który da się przetłumaczyć jako muzykę podwójności. Nazwa projektu zaś sugeruje jakobyśmy mieli do czynienia z jedną osobą. 

Na osi dwoistości i jedności odbywa się eksplorowanie możliwości brzmieniowych instrumentów. Od technik standardowych po te zupełnie rozszerzone udaje się instrumentalistom wydobyć wielość kolorów, faktur i kształtów z analogowych instrumentów, które bogactwo możliwości przejawiają niezależnie od potrzeb amplifikowania wszystkiego wśród wielu innych, znanych improwizatorów. Co ważne, poszczególne utwory nie są li tylko kuglarskim popisem, a same improwizacje wyradzają się w kompozycje, których się słucha, także, a może nawet przede wszystkim, emocjonalnie. 

Od chrobotów, stukotów, eferemycznych szarpań, wydobywania hałaśliwych alikwotów, po ambientalny wręcz minimalizm Zweiheitsmusik zachwyca, czemu sprzyja produkcja albumu wydobywająca wszystkie detale, przede wszystkim w momentach gdy dźwięki wyłaniają się znikąd w ciszy. Skrzypce i wiolonczela czasem brzmią tu bardzo elektronicznie jak u Davida Tudora (utwór 1), momentami niemal tak ostro jak u Zeitkratzera (Sen), czasem zaś instrumenty zdają się być dętymi drewnianymi. Dada dziecięcej ręki nieumiejętnej w trzymaniu smyczka miksuje się tu ze strojeniem góralskiej kapeli oraz wytwornością smutnej kameralistyki Miasto Nie Spało (Pasakal ia). Każda pomyłka, każdy dysonans momentalnie staje się konsonansem, doskonale zaś słychać, że dwoistości osób Bogusz Rupniewski istnieje niesamowita jedność porozumienia. 

Ta intymna Kammermusik, przygoda tak wielka, że lepiej o niej myśleć, niż mówić jest w stanie łączyć tak odległe zdawałoby się tradycje jak muzyka klasyczna, muzykę kapeli Byrtków czy muzyczne performensy Judy Dunaway grającej na balonach solo. Poza tym jest muzyka bardzo organiczna, żywa, reagująca na swoje wewnętrzne uwarunkowania, nierozróżnialna i niemożliwa to opisania przez poszukiwanie źródeł dźwięku jakimi są poszczególne instrumenty.




niedziela, 20 listopada 2016

Urok - Nagawor

Urok, Nagawor, źródło: mozdok.bandcamp.com


Myślenie magiczne, systemy parapsychologiczne, teorie spiskowe, wiara czerpiąca bardziej z przekonania o prawdziwości i obiektywności stanów emocjonalnych niż z scentralizowanych systemów religijnych to ersatz racjonalnego myślenia. Racjonalne myślenie zaś jest ersatzem dla tych, którzy mają zbyt wiele cynicznego podejścia do nieusystematyzowanych systemów myślowych, których finalna artykulacja wielce nienaukowym językiem jawi się jakoby była zwierzęcym zawodzeniem. Lecz być może to w głęboko zakorzenionych prawdach niemających empirycznego potwierdzenia w rzeczywistości tkwi prawda o nas samych, o naszych lękach, potrzebach i aspiracjach. Jeśli jednak szukacie tej prawdy w pełnym magicznych tropów Nagaworze, to raczej jej nie odnajdziecie.

Płyta projektu Urok, czyli Roberta Skrzyńskiego (Micromelancolie) oraz Michała Turowskiego (Gazawat, Mazut, CEO w BDTA) na poziomie semantycznym, czy wizualnym odwołuje się do amalgamatu tropów. Rewelacyjna jest czarno-biała okładka, Eros-Tanatos, życie-śmierć, dzień i noc, manichejska kosmologia, tak piękna, tak prosta, tak pociągająca, tak groźna. Po jednej strony panny-śmierci, kuszącej powłoką, by utopić nieszczęśnika, jest krzyż świętego Andrzeja, który w podrygach nadinterpretacyjnego szału odnosi się do idei panslawizmu, Wielkiej Slavii tudzież Lechii, które przeniknięte są myśleniem magicznym, a nawet spiskowym. Po drugiej stronie jest zaś uśmiechnięte słoneczko, jakby chodziło tu o jebaną dyskotekę Pana Jacka. Tytuły utworów to nazwy uroków i klątw, których być może bały się nasze babki, a które wywoływały uśmiech pobłażania u naszych matek. Sample z ezoterycznymi tekstami mogły być brane poważnie pod uwagę przez nasze matki w momentach duchologicznej niepewności (sporą część Duchologii polskiej zajmuje właśnie ten temat) przez ich córki traktowane były jako brednie. Samorozwojowe przemowy motywacyjne zaś, które tak bardzo motywowały do spełniania marzeń już teraz traktowane są z należytym brakiem szacunku. New Age, miesza się na Nagaworze  z pospolitą magią czasów przedindustrialnych i sekciarskim MLM. 

Skrzyński i Turowski wskazują kierunek poszukiwań, dowodzą prawdy, że niezależnie od czasów poszukiwania nadprzyrodzonych i pozaracjonalnych wyjaśnień rzeczy są udziałem wielu i wielu się im poddaje. Dźwiękowo-muzyczne kreacje duetu dosyć dosłownie czerpią z retrofuturystycznej zabawy nie pozostawiając jednak za sobą osobistych artystycznych kreacji. Charakterystyczne chroboty Micromelancolie wybrzmiewają na dark-ambientowych tłach, znanych z projektu Gazawat. Ponadto obaj członkowie duetu znani są z zamiłowania do wokalnych sampli nadających im pracom dodatkowej głębi - tutaj wykorzystywane są zarówno przez perkusyjne właściwości słowa, jak i ich semantykę. Tropy vaporwavowe nie są wulgaryzowane, bardziej podkreślane są wyobrażone brzmienia ambientowego New Age'u i elektronicznego ambientu zerżniętego w dużej części z późnego Tangerine Dream, który lśni kolorami Aniołów Nieba. W żonglerce nawiązań nie chodzi jednak Urokowi o nic więcej jak o post-nowoczesne kuglarstwo i nieustanne puszczanie oka. Jest w tym więcej wytwarzania nieokreślonej atmosfery niesamowitości w stylu Musick to play in the dark Coila szczególnie zaś podobne do części drugiej (ach te narowiste syntezatory w Nawieji, które są kompozycyjnym środkiem albumu), być może także jadowitość Sugarmorphoses Psychic TV, a także odnajdziecie tu soft porn-loungowe szeptania Fabio w After Dark (swoją drogą to ostatnie jest szczytowym osiągnięciem cywilizacji europejskiej).

Urok jest uroczy, łapie skojarzenia, niczym kotek łapiący podlotki, wkłada do swojej klatki i patrzy na to, jak się ze sobą w klatce parzą, nie oczekując rozwiązania, ani nie mając celu eksperymentu. Nagawor jest popisem świadomości, choć nie puentuje, ba, bawi się nawet swą niedookreśloną, mgławicową formą, podążając za anielskim głosem mentora z Liediei, który mówi "I'm more than physical body, because I'm more than physical matter".


UROK
"Nagawor"
Mozdok
MOZD 003 CD
22 lipca 2016







poniedziałek, 14 listopada 2016

Hiroshi Hasegawa / Rez Epo - Tidal Disruptions

Hiroshi Hasegawa / Rez Epo - Tidal Disruptions, źródło: własne.

Dzień pierwszy

Drogi Pamiętniczku!
Doprawdy mój umysł jest cudownym mechanizmem, który potrafi przetworzyć i rafinować z najbardziej podłych empirycznych doświadczeń, skojarzeń i faktów pomysł i myśl, która nie doczeka się praktycznej realizacji, wszak ruszam dupę tylko wtedy, gdy każe mi coś zrobić żona lub przełożony. Otóż byłem całkiem niedawno w zakopiańskiej dyskotece Morskie Oko, która oprócz oczywistości jaką jest bycia skurwieliną życia nocnego to posiada przynajmniej trzy sale, na których puszczana jest różna muzyka, wedle preferencji gości. Na nic się jednak zdaje akustyczna separacja sal (jakieś kurwa pleksi z gówna), bo dokładne doświadczenie słuchowe fenomenalnie dobranej przez prezenterów dyskotek (ulepione na podobieństwo i obraz gości utwory z baboli z woskowiny usznej będącej wymowną metaforą ogólnego braku poszanowania dla uznania doświadczenia audialnego za całkiem fajne) może być niezakłócone tylko i wyłącznie przez siedzenie w domu i słuchanie odpowiednio posh housowej, disco polowej lub euro dancowej listy przebojów. Innymi słowy, muzyka zlewa się ze sobą, podłoga lepi się od piwa, dodatkowo w toaletach także od moczu, a ja w przypływie iluminacji myślę sobie, że doświadczam właśnie wyjątkowej instalacji muzycznej, która nie dość, że jest ekonomicznie samofinansująca, to jeszcze dochodowa, co więcej zaś obywająca się bez publicznego mecenatu. Po instalacji można swobodne przemieszczać się, a przez ruch i położenie ciała zmienia się sposób doświadczania dźwięków. Superpozycja fal dźwiękowych w Morskim Oku powoduje przede wszystkim odruchy wymiotne i chęć zakończenia żywota ludzkości, a wyjście z klubu to moment, kiedy zaczynasz doceniać, sytuację geopolityczną i skutki globalnego ocieplenia. Czy kpię, zapytasz Pamiętniczku? Oczywiście, ale to dopiero początek.

Okładka kasety duetu Rez Epo i Hirosji Hasegawy jest makietą ilustrującą muzykę zawartą na nośniku. Interferencje wielości fal dźwięków potraktowane deleyem przenikają się wzajemnie wydobywając nowe przestrzenie. Intensywna ściana dźwięków wyklucza, aby Tidal Disruptions mogło być dobrze doświadczane słuchane na normalnym poziomie głośności. Z drugiej strony słuchanie tych dźwięków na poziomie dającym wczuć się w niuanse jest trudne, zważywszy nawet na osobisty wysoki poziom adaptacji patologicznej na napierdalanie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu (być może od czasów How not to play guitars and other instruments duetu Miegoń/Witkowski, czy A kto jest słaby, niech jada Bartka Kujawskiego) słuchając Tidal Disrutions mam wrażenie cielesnej przestrzenności dźwięku, a może dźwiękowej rekonstrukcji kształtu, faktury, koloru obiektu o bardziej zdecydowanej fizyczności niż dźwięk. Takie wrażenie wzmaga pozbawienie utworów zajmujących obie strony kasety właściwości narracyjnych, a dynamika utworów nie istnieje, o ile odrzucimy, że nieustannie chłoszczący audialny wiatr jest w mikrokosmosie Tidal Disrutpions stanem neutralnego bezruchu. 

Dzień drugi

Drogi Pamiętniczku!
Nie byłbym sobą gdybym i dziś trochę nie pomarudził. Strasznie przeszkadza mi, gdy ktoś mówi o doświadczeniu "psychodelicznym", "narkotycznym", "kosmicznym" w odniesieniu do muzyki krańców świata, muzyki etnicznej ludów ziemi. Wyraża się w tym niechęć do podjęcia wysiłku i sprawdzenia nie tylko zasad muzycznych stojących za niesamowitą muzyką Innego, ale także za poznaniem systemu wartości, religii, społecznych hierarchii i politycznych uwarunkowań i całej cywilizacji, której wytworem jest kultura muzyczna. Dla przekonanych o swojej wyższości Brytyjczyków pierwsze zetknięcie ze złożoną muzyką hinduską było kakofonicznym potwierdzeniem wyższości europejskiej kultury nad całą resztą. Dla współczesnych, uchowanych na chlebie pieczonego z równości i szacunku dla innych i apriorycznego przekonania, że może jesteśmy różni, ale że w tej wielości jest możliwe zachowanie człowieczej jedności doświadczenie to będzie "psychodeliczne". Jedno i drugie podejście łączy ważna rzecz - a jest nią ignorancja i niechęć wiedzy. A może będąc nieco bardziej sprawiedliwym powinienem pochylić się nad pierwszymi wrażeniami o psychodeliczności - być może z intuicji ignorantów można wynieść jakąś prawdę. Może dla nas żyjących tu i teraz, nasza perspektywa, której ciężko jest się wyzbyć sprawia, że kultura i w jaki sposób ona wpływa na cudze myślenie jest to nas, nomen omen, nie do pomyślenia, dlatego wydaje się, że jest to inny stan świadomości.

Wersja kinowa filmu Obcy - ósmy pasażer Nostromo pod względem projektowania dźwiękowo - muzycznego znacząco przypomina serię gier Dark Souls. Wytwory te różnią się od innych przez to, że starają ograniczać się dźwiękowo-muzyczny soundtrackowy muzak na rzecz ciszy zakłócanej li tylko przez dźwięki otoczenia a muzyka pojawia się w czółówce i tylko niektórych momentach walki z bossem. Najgłośniejszym momentem filmu Obcy jest przejście zwiadowców przez księżyc Acheron. Księżyc ten porywany jest wiatrem, wybuchem gejzerów i nieustannym szumem. Podobieństwa środowiska dźwiękowego Acheronu do Tidal Disruptions są rażące, przy czym to ostatnie wydaje się być pornograficznie multiplikować i amplifikować niedostępną atmosferę odległego i nieprzyjaznego kosmosu. Dlatego muzyka ta jest kosmiczna, jest wyobrażeniem niedostępnego, wyobrażeniem, które nie mogąc posiłkować się pierwowzorem, może być czymkolwiek tylko artysta zapragnie. Jest to także muzyka psychodeliczna, ale nie odwołuje się do żadnych znanych sposobów odurzania się, lecz odwołuje się do stanów świadomości wywoływanych sztucznie przez zewnętrzne okoliczności. I po raz kolejny są to okoliczności wyobrażone, a więc i stany psychodeliczne mogą być tu kreowane w sposób dowolny. Co by jednak nie mówić - bad trip to raczej udział każdego posiedzenia z Tidal Disruptions, a na zjazd nie ma żadnego panaceum.

Dzień trzeci

Drogi Pamiętniczku!
Materia muzyczna zawarta na Tidal Disruptions onieśmiela. Jest nieczłowiecza, groźna, zlepiona z molekułów, które słyszałem na Strange Gods Johna Lake'a. Bezlitosna, twarda i niemal trójwymiarowa mogłaby doskonale spisywać się na systemach kwadrofonicznych. Tu nie ma ściany dźwięków, lecz bryła dźwięków wypełniająca horyzont, wraz z każdym powtórzeniem opóźnionego dźwięku wbijająca się w głowę. Rekomenduję tę kasetę bardzo, lecz słuchacie jej na własną odpowiedzialność.

Hiroshi Hasegawa / Rez Epo 
"Tidal Disruptions"
[CHSN019]
Chaosynod
21 października 2016






INNE RECENZJE:

MIEGOŃ/WITKOWSKI, HOW NOT TO PLAY GUITARS AND OTHER INSTRUMENTS
BARTEK KUJAWSKI, A KTO JEST SŁABY, NIECH JADA JARZYNY
JOHN LAKE, STRANGE GODS 



wtorek, 8 listopada 2016

GRZYBOWE MELODIE - Mikroporosty

mikroporosty - s/t, źródło: audilesnow.bandcamp.com



"Lemingi są chyba najradośniejszym, co można zobaczyć w tej krainie" powiedział pewien XIX-wieczny badacz o zmarzlinach europejskiej i zachodnioazjatyckiej tundry. Osobliwa to opinia, lecz nie mniej osobliwe było życie niegdysiejszych mieszkańców tych obszarów. Nieńcy, Saamowie, Samojedzi, Chantowie, Kurkowie i inni udając się na trudną północ, tą bezlitosną Arktykę zostawili na ciepłych południach swoich słabszych braci. Podczas gdy słabi bracia dzięki łagodności okoliczności przyrody byli w stanie uprawiać ziemię, wznosić stałe zabudowania, dzielić i rządzić, tworzyć skomplikowane hierarchie, gromadzić zbytki i dokonywać zbrojnych napadów na inne grupy wówczas ich bracia, którzy udali się na północ zdecydowali o innej strategii. Zamiast adaptować nieadaptowalną zmarzlinę na swoje podobieństwo sami upodobnili się do krainy. Przemieszczali się tam, gdzie właśnie udawały się ich stada. Przystawali w wędrówce wówczas, gdy wiatr nie pozwalał iść. Nie rąbali w ziemi znaków swej bytności, lecz z jej znaków nauczyli się czytać co robić by przeżyć, jak zarządzić nieustannym stanem kryzysowym i nie dać się zastraszyć bezimiennym warunkom zewnętrznego świata.

Mikroporosty to Micromelancolié, czyli Robert Skrzyński oraz Mchy i Porosty, czyli Bartosz Zaskórski. Znając dotychczasowe dokonania Skrzyńskiego oraz Zaskórskiego nie sposób nie doszukiwać się elementów, które artyści wnieśli do tego wspólnego nagrania. Zaskórski w ubiegłym roku zasłynął jednym z najlepszych słuchowisk, jakie miałem okazję słyszeć kiedykolwiek, jakimi były Wsie, gdzie nieodmiennie statyczne i lo-fi tła zapadały się w melancholii pod ciężarem beznamiętnego voice actingu Konrada Materka (Rez Epo/Chaosynod). W tym roku zaś Wsie znalazły swojego duchowego kontynuatora w postaci nagrania I wtedy okazało się, że umarłem. Wokalne opowieści, wykłady o grzybach, sample z programów kulinarnych, naukowych i popularnonaukowych wydają się być zatem wkładem Zaskórskiego w Mikroporosty. Hiperaktywny Skrzyński w tym roku kalendarzowym wydał zdaje się tylko jeden solowy materiał dla Czaszka Records pt. Leaving Hades, pozostałe zaś w duetach z Strom Noir, Antoniną Nowacką oraz Michałem Turowskim w ramach projektu UROK. Trudno jest mi określić wspólny idiom nagrań Roberta, niemniej nadal pamiętam doskonałe wrażenie jakie wywołały u mnie jego ostatnie solowe nagrania, takie jak Low Cakes i Contour Lines, które zachwycały inwersją w stosowaniu wokalnych sampli bezlitośnie przetwarzanych, tak aby nadać im wartości rytmiczne, czerpiące wprost z It's gonna rain Steve'a Reicha, na tle których odbywały się inne dźwiękowe cuda.

Mikroporosty mocno kojarzy się z nieustanną prowizorką improwizacji, która jest stałą metodą, lawirowaniem między żywiołami dwóch niebywale twórczych i charakterystycznych osobowości w oślepiającej bieli sonicznego, beznamiętnego i obojętnego bezruchu. Na materiale wydanym przez Audile Snow odbywa się kulawy taniec, który dla sytego południowca żądnego nieustającego fajerwerku będzie jawił się jako pokurczony i niewyraźny. Eksploatacja dźwiękowego niebycia przebijanego szpikulcem efemerycznych dźwięków towarzyszy słuchaczowi ciągle, powracające motywy, choćby przez powinowactwo wokalnych sampli, daje wrażenie ciągłości materiału. Ta improwizacja, nie jest logiczna jeśli weźmie się pod uwagę swoje wewnętrzne warunki i zdaje się być wywoływaniem duchów i szamańskim rytuałem. Wartałoby jednak wyjść z siebie i wejść świat zjaw, wyszukać w tej improwizacji aptekarskiej precyzji, takiej samej jak w Phonemes Davida Tudora - skojarzenie do podświadomie prowadzi zaś do jego kolegi Johna Cage'a, wybitnego, amerykańskiego mykologa.

W opowieściach europejskich podróżników, którzy starali się przesunąć granice ludzkiego poznania przez samotne przemierzanie niedostępnych lodowych krain wyłania się bogaty dźwiękowy obraz - od nieustannych chrobotów zamarzniętego śniegu pocieranego przez narty, przez nieustannie wyjący wiatr, którego wszechobecność staje się z czasem ignorowana tak jak ignoruje się dźwięki przelewającej się w ciele krwi i świszczącego po oskrzelach powietrza. Ta nieustępliwość przerywana jest przez huk pękającej kry, zderzających się lodowych gór, osypujących się lodowych nawisów. Mikroporosty w statyce zimnego bezruchu ze swoimi niektórymi dźwiękami wydają się być jakby drobnymi czarnymi postaciami, który przycupnęły oczekując na poprawę warunków, czasem wywracając kompozycję w ten sposób, że podobnie jak w zamieci ciężko jest rozeznać, gdzie znajduje się gór, a gdzie dół. Zbliża to całe doświadczenie do przebywania w komorze deprywacji sensorycznej, zachęca do odrzucenia podziału na świat zewnętrzny i wewnętrzny, na przeszłość i przyszłość. Co do przeszłości - Mikroporosty w dozowaniu oszczędnych sampli, w zrywanej co chwilę ambientalności zbliżają się niebezpiecznie do swojskiego vaporwave'u, przypominającego muzyczne kreacje Krainy Grzybów TV, odwołujące się do easy listeningu programów popularnonaukowych i muzyki tła epoki duchologicznej.  Zresztą słuchając Mikroporostów miałem wrażenie, jakbym czytał National Geographic z czasów, gdy jeszcze nie położył na nim swoim skalanych pieniądzem łap Rupert Murdoch. Jakbym wgłębiał się z melancholię, która towarzyszyła kwiecistym opisom niebywałych ludów i cudów ziemi, istniał w świecie wyobrażonym, zatracając przy tym punkty odniesienia, oślepiony i onieśmielony tym, jak z prostoty elementów można wykoncypować pustkę tak pełną piękna i strachów.

PS
Dla wszystkich szmaciarzy, którzy mają jakieś wątpliwości, czy warto płacić za muzykę, której się słucha, niech zachętą w przypadku Mikroporostów będzie to, że wydanie fizyczne, na karcie microSD wzbogacone jest o klipy do każdego z utworów. Klipy te są dokładnie takie jak muzyka. Moim ulubionym jest klip na podstawie lets playa z gry Lemmings. Wszak pamiętajmy, że "lemingi są chyba najradośniejszym, co można zobaczyć w tej krainie".





piątek, 4 listopada 2016

3 x wrong dials

3 x wrong dials. Od lewej: Future Perfect in the Past, wyd. Audile Snow, Unnecessasyry but True, wyd. Pointless Geometry, Życie smutne też jest wesołe, wyd. Dym.


wrong dials czyli Mateusz Rosiński to DJ, producent i promotor z Gorzowa Wielkopolskiego, który dał się już niejednokrotnie poznać tworząc inne projekty. Jako aktywny muzyk, organizator koncertów i założyciel niezależnych wydawnictw płytowych Please Feed My Records i obecnie Dym Records skutecznie promuje lokalną scenę. Rosiński jest również współtwórcą i jednym z filarów działalności klubu CKN Centrala w Gorzowie Wielkopolskim. Projekt wrong dials oscyluje wokół nieszablonowych brzmień i nie jest ukierunkowany na konkretny styl czy gatunek.



1. Unnecessery but True, 18 lipca 2016, Pointless Geometry

Naczelną zasadą tego wydawnictwa jest postępujące erodowanie, a porowata struktura to powód do mistycznych uniesień. "Post-" w kontekście kasety wydanej przez Pointless Geometry to nie tylko przedimek wyrażający werbalną niemoc w stosunku do teraźniejszych mutacji rzeczy zaprzeszłych, ale także niską kaloryczność nagrania, gotowanego na płynnym popiele, a nie na krowim mleku z czerwonego kartonu. Z drugiej strony suche glitche i chroboty starają się być zatłuszczone przez tłuste basy, przy czym tłuszcz ten jełczeje. Ja pozostaje zaś jak niepyszny, niemogący poradzić sobie z wyrażeniem  wrażeń z tego syntetyzowanego świata nieznajomego. Bo skoro już słowo "post" padło - to jest tu i post-footwork (Holy Nothing, Pop Song), post deep house (Good Wrong Way), a przede wszystkim twórcze testowanie pętli dźwięków stojących na granicy estetycznego chcenia/niechenia, modulowania dźwięków i wydobywania z nich jednorazowych rozbłysków geniuszu. Sample lecąc w czasie, grając wobec siebie nawarstwiając się i rozwarstwiając, unikając dłużyzn długich dźwięków i banałów dronów i eksperymentują z wrażliwością odbiorcy, wywołując niechciane afekty, intrygując a irytując w nieprzeniknioności, którą potęgują pojedyncze kliki ciszy wyjawiające się w momentach gdy kulejące, synkopowane sample i industrialne uderzenia nagle ustępują przed samymi sobą zostawiając pustą źrenicę i uczucie nieustannego zdziwienia




2. Future Perfect in the Past, 26 sierpnia 2016, Audile Snow

Hasło tego wydawnictwa to niezdecydowanie. Eklektyzm stylów łączony jest przez brutalne doświadczenia, industrialne uderzenia, basową szorstkość, przytłaczającą płynność. Począwszy od (post)hip-hopowego Radio Neighbor z perkusyjną frazą sampla "never" po tech-deep-house'owe Fuzzy Dreams Mateusz Rosiński nie ucieka od odpowiedzialności i nie bawi się w kotka i myszkę,  jak w Unnecessery but True gdzie wizja była zdehumanizowana, bardzo osobna i wielce oryginalna. Future Perfect in the Past prezentując wizję pełną dosłowności, a może nawet skrzętnie dozowanego naiwnego liryzmu wyrażającego się w dronowo-ambientowych samplach a'la Basinski (White Ninja), który może przerodzić się w (post)drum 'n bass (Lost Tracks). Nieoczywista atmosfera bezcielesnego i bezkształtnego Nessecarry but True konfrontowana tu jest z industrialowych chłodem i nojzowymi momentami dronami, tempami zbliżonymi od bicia ludzkich serc, nawet jeśli te serca są już zupełnie czarne.





3. Życie smutne też jest wesołe, 16 października 2016, Dym Records

Życie smutne też jest wesołe z jednej strony atakuje ekshibicjonistycznym wyznaniem, że materiał ten powstał w stanach depresji i trwogi przetykanych przebłyskami radości. Nie jestem pewien, na ile te okoliczności wpływają na odbiór tego wydawałoby się tak osobistego materiału, wiem natomiast, że jest to rzecz odmienna od dwóch pozostałych. Utwory-kolosy zbudowane są przede wszystkim na bazie wpływów Disintegration Loops. Wielkie, czarne cielska tych utworów, które wyrażają cierpienie sunące powoli po niebie jak zeppeliny apokalipsy targane są nojzowym wiatrem,a ich kształt niemożliwy jest to zdefiniowania przez lołfajowe mgły, tym bardziej szczelnie otulające horyzont, o ile słucha się kasetowego wydania Życia... . Intensywna jednorodność nagrań znajdujących się na tym wydawnictwie jest naruszana przez oszczędne dozowanie field recordingu, plądrofonicznego brudu jak w fenomenalnym B2, a kończy równie dobrą, co niezwykle prostą pętlą z B3, w której przez ciężką melancholię loopa przebija stonowane światło.





piątek, 28 października 2016

Marcin Dymiter - Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej

Marciny Dymiter, Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej, źródło: marcindymiter.bandcamp.com


Gdy mam do czynienia ze ścieżkami dźwiękowymi, które uprzednio stanowiły część większej artystycznej całości wychodzę z przekonania, że wydawca takich nagrań uznał, że nagrania te stanowią unikalne, autoteliczne i autonomiczne dzieło wywołujące doświadczenie niezależnie od poznania źródła tych nagrań. Innymi słowy muzyka filmowa/baletowa/teatralna czy ogólnie otoczenie dźwiękowe będące pierwotnie częścią całości stanowią wartość niezależnie od znajomości swojego zasadzenia w pierwotnym kontekście. Taka jest też moja metodologia słuchania - nie wynika ona bynajmniej z lenistwa i niechęci poznania kontekstów, hipertekstów i odniesień, ale stanowi dobry sposób, który pozwala lepiej jest rozpoznać wartość nagrania, które nie jest wykrzywione przez pryzmat innego dzieła kultury, tym bardziej jeśli jest to dzieło w jakiś sposób do nagrań komplementarne.

Inną zmienną, która może w znaczący sposób wpływać na ocenę dzieła jest wymiar dokumentalny pierwotnego kontekstu nagrania. Tak z pewnością jest w przypadku interdyscyplinarnego projektu Ludomira Franczaka, Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej, z której pochodzi ścieżka dźwiękowa Dymitera o tym samym tytule. Niestety, ale w tym roku zapoznałem się z dziełami muzyczno-dźwiękowymi, które zasłaniały swoją ogólną nędzę przez odniesienie do wybitnych biografii - z wrodzonej łagodności nie wspomnę jednak, o co mi dokładnie chodzi. Więc i w tym wypadku należałoby odrzucić interpretację muzyki poprzez biografię tytułowej Janiny Węgrzynowskiej. Należałoby gdyby nie jeden szczegół - że o samej Węgrzynowskiej ciągle wiadomo niewiele.

Nie mając dostępu do stojącego na pograniczu dokumentalistyki, teatru, performensu i sztuk audiowizualnych projektu Franczaka postanowiłem jednak zrobić research informacji, które odnosiłyby się zarówno do Życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej, jak i do życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej. I oto okazuje się, że osoba, o której traktuje sztuka i nagrania jest wydobywana powoli z nieistnienia w świadomości i pamięci, choć istnieje w podświadomości przede wszystkim jako dizajnerka i twórczyni sztuki użytkowej, ale przecież nie tylko, bo była również przedstawicielką op-artu. Janina Węgrzynowska, choć przez swój talent, ciężką pracę i wszechstronność powinna być skazana na sukces, która powinna mieć regularne autorskie wystawy lub przynajmniej pośmiertne honory w postaci czarno-białego zdjęcia na stronie startowej ogólnopolskiego portalu nie doczekała się nawet notki na Wikipedii.

Szukając informacji o Janinie Węgrzynowskiej nie sposób nie zauważyć, że najwięcej odnośników z wyszukiwarki o zapomnianej artystce, której ponoć jedyną przewiną było kiepska zdolność gromadzenia kapitału towarzyskiego, dotyczy sztuki Życie i śmierć... . Rodzi to oczywiście podejrzenie, czy aby Franczak nie stworzył postaci wybitnej artystki, o której informacje są rozproszone, a której większość dokonań została zaprzepaszczona w niejasnych okolicznościach. Jednak zdaje się, że w tym przypadku tworzenie osoby i jej przywracanie jest rzeczą tożsamą - zresztą projekt Życie i śmierć... nie jest jedynym projektem przy którym pracowali Franczak i Dymiter, który ma za zadanie przywracać pamięć.

Mowa tu o projekcie Odzyskane bazującym na biogramach niemieckich mieszkańców Słupska/Stolpa czasu końca wojny i powojennej zmiany granic. Podobnie jak przypadku Życia i śmierci... osobno ukazała się kaseta Dymitera ze ścieżką dźwiękową pt. Odzyskane. Nie sposób nie znaleźć w obu materiałach Dymitera podobieństw - jednak wynikają one raczej ze stylu artysty niźli z autoplagiatorskich ciągot. Przedmioty pozostawione przez Węgrzynowską - dokumenty, książki, zdjęcia, płyty, kasety są dla Dymitera partyturami. Wydawca lub/i artysta zdecydowali się nie tytułować poszczególnych utworów na kasecie prezentując zblokowane przez strony kasety dwudziestominutowe molochy. Łatwo jest jednak wyodrębnić poszczególne części, co rozróżnia Życie i śmierć... od Odzyskanego, które w swej ambientalności miało wiele ze spektralizmu. Zważywszy na braki w możliwości prześledzenia biografii artystki, obecnej niemożności w regularnej archiwizacji jej życia i dorobku zarówno słuchaczowi jak i artyście z pomocą przychodzi wyobraźnia. Począwszy od klamry kompozycyjnej jakimi są ciepłe i głębokie porykiwania jelenia na rykowisku, przez naznaczające piętnem estetyzowanej lołfajowej kostropatości trzaski płyty winylowej brzmiącej niekiedy jak trzaskanie ognia, niczym w Concrete PH Xenakisa kaseta Życie i śmierć... stanowi niezależnie od pierwotnego swego zastosowania dzieło dające dobre doświadczenia. Na uwagę zwracają nie tylko field recordingi, ale także zastosowanie słowa żywego, jakim jest głos aktorki recytującej wiersz oraz słowa "martwego", użytkowego znalezionego na taśmach/płytach z lekcjami języków obcych. Dymiter posługuje się detalem, lecz nie boi się repetycji tych detali. Nie boi się gwałtownych zmian w kompozycji, choć jednocześnie utrzymuje nastrój melancholii potęgowanych przez echa, rozmyte faktury i niejasne źródła dźwięków. Oprócz dźwięków znalezionych oraz tych generowanych elektronicznie pozwala wybrzmieć obojowi, który swoim ciepłem dorównuje nawoływaniom jelenia. Z jednej strony więc Dymiter w jakiś sposób na podstawie swojej wiedzy o osobie, o której pamięć jest nie tyle przywracana, co tworzona, pragnie przywołać otoczenie dźwiękowe, w której osoba ta mogła żyć. Z drugiej zaś strony wobec pamięci zaklętej w ograniczonych źródłach dokonuje twórczej rekonstrukcji - estetyzuje w ten sposób braki w biografii, a przez to biografię tworzy.

Jak więc widać moje pierwotne podejście uległo uelastycznieniu, tak samo jako uelastycznienia wrażliwości wymagało przedstawienie życia i śmierci Janiny Węgrzynowskiej. A może nie tylko przedstawieniu, co wyobrażeniu, twórczemu przeobrażeniu. Delikatność z jaką została potraktowana materia dźwiękowa jest tu jednoznaczna z empatią, z jaką podchodzi się do materiału badawczego - wszystkich szpargałów, które zostały po zmarłej w samotności osobie. Bo wychodzi na to, że mimo zapewnień poetów o pomnikach twardszych niż ze spiżu czasem ważniejsze i bardziej żywotne od nas samych są codzienne sprawy po nas zostawione - listy, notatki, książki, płyty, wyciągi z rachunku bankowego, ślady załatwionych i odwleczonych zobowiązań. Największym walorem tej kasety jest to, że zmusza ona nie tylko poszukiwań na łonie wytworów humanistyki, co do namysłu nad praktykami życia z innymi i wobec innych. Dymiter dotyka do Żywego, lecz żywego nie narusza, stawia przed nami osobę, nie wywołuje zaś manekina z niepamięci, kreuje, lecz jednocześnie nie narzuca. Daje możliwości poznania, ale także zachęca do eksploracji.

Marcin Dymiter
Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej
Fundacja Kaisera Söze
13 października 2016










środa, 19 października 2016

Mirt - Random Soundtrack

Mirt, Random Soundtrack, mirt.bandcamp.com

Nazwanie czegokolwiek soundtrackiem co uważniejszych napawa niepokojem, że oto mierna jakość będzie usprawiedliwiona tworzeniem rzekomego soundscape'u świata wyobrażonego, a co bardziej pokornych uśpi w przekonaniu, że uważne słuchanie dzieła nie musi być koniecznością.

Bo jeśli już przy soundtrackach jesteśmy, to Random Soundtrack jest cyberpunkowe, baśniowe, skupione na sobie. Na moją uwagę zwracają hi-endowe fieldy, ich współistnienie w kompozycji - nie wplatanie, nie wykorzystywanie, lecz współistnienie z dźwiękami wydobywanymi w sposób bardziej kontrolowany, niż przez niekontrolowalną rzeczywistość. Igranie z pastiszem, o ile ma tu miejsce, zmienia się w długich dźwiękach w skryty hołd dla Crockett's Theme Jana Hammera. Sztuczny jedwab nie tylko lśni, ale także szeleści tu w deszczu, w ambientowych chmurach wznoszonych na sztucznym dymie, dźwiękach wydobywających się rynien, piwnic, ludzkich głosów. Jeśli o ludziach zaś mowa - w dźwiękowym świecie Mirta są oni tłem dla tła, detale, choć istnieją, skupiają się na drobinach niemożliwych do doświadczenia w separacji od swoich empirycznych sąsiadek. Mokre dźwięki deszczu, kroki ludzkie, klaksony i krzyki nie należą ani do tych, którzy je wywołali, nie należą nawet do samych siebie - należą do utworów, długich dźwięków bez melodii, rytmu bez tańca, tańca bez zabawy, zabawy bez końca, tęsknoty za początkiem i końcem, za jasnymi zasadami, wyraźnymi bohaterami, jednoznacznymi wyborami.

Impresje Tomka to wielowymiarowy impresjonizm, próba stworzenia rzeczy, na którą spogląda się z także z dystansu - dlaczego też nie miałby to być dystans tego, kto nie zna pojęć i nie jest przygotowany do słuchania angażującego? Nie twierdzę przez to, że Mirt jest w jakikolwiek sposób easy listeningowy, bo jest twórcą światów wymagających, lecz oto soundtrack jest słowem wytrychem, które pozwala na robienie więcej i wkradanie się tam, gdzie nikt tego nie oczekiwał, ba! tam gdzie nawet nikt by niczego nie chciał szukać. Random Soundtrack to zbiór detali, w których poszczególne detale nie mają znaczenia, to artefakt złożony z małomistycznych klocków, choć klocków Mirtowych, to pewne.  

Mirt wraz z Random Soundtracks nie zawodzi i kontynuuje wędrówkę po wrażliwości znanej ze swoim poprzednich nagrań, że tylko wciąż zachwycające Afrikanische Volker i Vanishing Land wspomnę, podkreślając mocniej rolę nagrań terenowych. Z właściwą sobie wrażliwością Tomek nie umuzycznia fieldów, ani nie stawia syntezatorowych dźwięków poza produkcyjną czystością w ulicy w Hanoi lub na proteście w Bangkoku. Ponownie tworzy świat, który jest usprawiedliwieniem dla samego siebie, a Random Soundtrack to gogle do wirtualnej rzeczywistości, w której cienie zamrożone są w neonowym świetle, a powolność i zachwyt nad fakturami, detalami i chełpienie się w produkcyjnej czystości to choć eskapizm, to jednak eskapizm pożyteczny, a może i nawet i jakaś odwaga w czasach, gdy łatwo jest robić rzeczy brzydkie, oddające w kronikarski sposób  smutną rzeczywistość.




piątek, 14 października 2016

Фанни Каплан/Fanny Kaplan - s/t

Fanny Kaplan, zdjęcie dzięki uprzejmości zespołu.


Oczami radzieckiej zabawki Konstatnego Usenki, która stanowi w skali Polski najbardziej znane kompendium o radzieckiej i rosyjskiej kulturze muzycznego undergroundu towarzyszy następujący leitmotiv - jakikolwiek punkowy, czy post-punkowy etos by nie był, to na Zachodzie nie przybierał aż tak radykalnych form jak za żelazną kurtyną, o Związku Radzieckim nie wspominając, z którego perspektywy nawet PRL wydawał się być wyspą demokratycznych swobód, w tym swobody twórczości artystycznej. Może Simon Reynolds w swoim Porzuć, wyrzuć zacznij jeszcze raz biadolił na ciemne lata rządów Margaret Thatcher, ale za to myśmy mieli nie tylko pałowanie górników, ale także mordy polityczne i czołgi wyprowadzone przez Jaruzelskiego i biedę nieporównywalną z szokiem neoliberalnej poetyki, która dotknęła klasy pracujące. Z radzieckiej perspektywy to i tak nie było źle, wszak wychodziły u nas, nawet w stanie wojennym, wydawane przez państwowe wytwórnie płyty jawnie krytykujące władzę (jak czarna Brygada Kryzys), a w miastach i miasteczkach ZSRR członkowie subkultur obawiali się morderstw ze strony klasy robotniczej pobłogosławionej przez władzę, uzbrojonej w wihajstry, pręty  która w reglamentowanej wobec punkowców przemocy kompensowała sobie realny brak podmiotowości.

Fanny Kaplan, self-titled, źródło: nofannykaplan.bandcamp.com/

Nie mi oceniać krzywdy indywidualne i zbiorowe - każdy ma prawo czuć się w określonych warunkach źle. Jednak powyższy ustęp napisałem dlatego, że podobna dialektyka wyczuwalna jest materiałach prasowych, które przesłała mi powstała w 2012 roku rosyjska grupa Fanny Kaplan, podkreślając swoją inność od rozpieszczonych powinowatych grup z Zachodu. Odwołanie się grupy do lewicowych i feministycznych tradycji (począwszy od samej nazwy przywołującej niedoszłą zabójczynię Lenina, którego oskarżała o działanie na szkodę rewolucji) to w brunatniejącym z każdą piędzią ziemi w krajobrazie czasu to wyraz cywilnej odwagi. Wyrażanie potrzeb, krzywd i poglądów poprzez sztukę undergroundu to nieoczywisty, choć dla niektórych konieczny sposób działania, gdzie oficjalne kanały komunikacji są reglamentowane, bądź ich wykorzystanie wiąże się z określonymi niebezpieczeństwami. Jednoczesne robienie sztuki i polityki i jednoczesne utrzymywanie wysokiego poziomu przynajmniej jednej z tych składowych to rzecz praktycznie nieosiągalna. No chyba, że jesteś trio Fanny Kaplan - zespołem, który znalazł unikalną ścieżkę wyrazu, który nagrał jeden z najlepszych albumów w swojej kategorii w tym roku.



Choć Fanny Kaplan w protekcjonalny sposób odnoszą się do swoich kuzynów na dalekim Zachodzie, to jednak moskiewska grupa może być porównywana z kapelami zachodnimi właśnie - i to z tymi najlepszymi. Eklektyzm to podobno wartość sama w sobie - Fanny Kaplan żongluje zaś skojarzeniami w sposób umiejętny, łącząc wszystko w piękną całość.  Otwierający płytę povod nakrit'sya łączy stonerowo-punkowy basowy drive (Nick Oliveri z Kyussa łamane przez Woble'a z PIL łamane przez basistów Breakoutu - tak, tego z Nalepą), wręcz funkowy groove perkusji, która w wirtuozerii niemożności utrzymania rytmu 4/4 i precyzji jest twórczym rozwinięciem dyscypliny Marka Puchały z Klausa Mittfocha oraz szaleństwa Briana Chippendale'a z Lightning Bolt i uczyniła znak rozpoznawczy grupy (która swoją drogą FK występowała jako support przed amerykańskimi nojz rockerami). A to wszystko co napisałem powyżej czerpię zaledwie z jednej piosenki. Nie sposób także nie wspomnieć o nawiedzonych klawiszach, które raz są momentami drapieżne i monotonne jak w Suicide, czasem także psychodelicznie nawiedzone jak w Pere Ubu i Devo - a najczęściej zaś są i takie i takie, w jednym momencie.

Piosenkowe, krótkie formy wyłamują się piosenkowej struktury stanowiąc psychodeliczno-progresywne artefakty - robi to nie wchodząc w mielizny Kolaborantów czy Miliona Bułgarów. Na tle moskwianek niby stylistycznie podobne, a chwalone NOTS wypadają rozczarowująco nijako. Paradoks goni groteskę, zmiana struktury goni przebojowość i choć nagranie to, to zaledwie sześć piosenek, a cały album to ledwie minialbum to jego siła wynika z mistrzostwa konsekwencji. Konsekwentne na tym albumie jak nic są teksty - śpiewane po rosyjsku wyrażają ból istnienia, są poetycko niedokładne, rozmyte, niedopowiedziane, mazają się bo uszach rozwodnionymi akwarelami, choć ich kierunek jest jednogłośny i jednowektorowy. Ucieczka, niemoc, strach i paraliż - to główny temat liryków. Cóż za straszna perwersja by skurwysyństwo świata nobilitować poetycką frazą! Zrazu słuchając minorowego nastawienia do świata Fanny Kaplan skierowałem swoje skojarzenia w stronę Ukrytych Zalet Systemu - które jednak wydają się być muzycznie w stosunku do FK konserwatywne i grzeczne, a tekstowo stanowczo bardziej zasadzone w kontekście i konkrecie.

Nie sposób także nie zwrócić uwagę na solowe poczynania członkiń grupy - choć Fanny Kaplan wydaje się być ich najbardziej przystępnym polem wyrażania swojej wrażliwości, to jednak ich inne projekty zagłębiają się w większy radykalizm. Basistka grupy, Karina Kazarian tworzy industrialno-dark ambientowy KP Transmission oraz czarownie lo-fi shoe-punkowy kenneth anger. W keneth anger bierze udział Lusia Kazarian, która w FK gra na microkorgu i śpiewa, a oprócz tego tworzy nojzowe Margenrot. Perkusistka FK. Diana Burkot, jest twarzą i duszą wideo-muzyczno-słownego Rosemary Loves a Blackberry oraz gra w nojzowym P R I P OY.

Bardzo dziękuję grupie Fanny Kaplan za współpracę w związku z powstaniem powyższego tekstu  oraz za porywającą muzykę/Thank you Fanny Kaplan for cooperation due to this article and exhilariting music, of course















Fanny Kaplan 
self-titled
Racoon's Ass Records
RcAR 1
10 sierpnia 2016

sobota, 1 października 2016

Emma Zunz - s/t

źródło:  bdta.bandcamp.com/album/emma-zunz

Debiut Rafała Jęczmyka w postaci projektu Emma Zunz jest wyjątkowy ze względu na zimną elegancję, choć pozbawioną wyniosłości, a bliską post-punkowi, co wyraża się w marszowym werblu w otwierającym płytę Niðurlæging. Choć z jednej strony electro industrialny chłód repetycji jest na tej płycie dominantą to jednak nie sposób nie odpędzić się od wrażenia jakoby Emma Zunz była w nawarstwianiu się rytmów bardzo szczera, egalitarna i w istocie zapraszająca do słuchania, które może nawet przerodzić się w taneczną zabawę.

Jęczmyk miast atakować synkopami stawia na powolne odkrywanie warstw. Gdy myślę o tej płycie to geologiczne metafory nasuwają mi się najczęściej, bo Emma Zunz wraz ze słuchaczem cierpliwie i metodycznie przedziera się przez kolejne  instrumentalne ścieżki, nienachalnie wprowadzając w odkrywanie wnętrza Ziemi, choć już dawno nie jest to ziemia niczyja. Słyszę to wyraźnie w You Will Know Me By The Black Clothes, gdzie mimowolnie liczę liczbę ścieżek i ich transformacje. Emma odkrywa kolejne pokłady bogactw szlachetnych, nieskażonych efektami przestrzennymi, czy nieregularnościami dźwięków, unikając szokowania, pozwalając zejść do coraz to niższych pokładów. Ciężko jest ukryć, że im głębiej tym gęściej, tym temperatura bardziej nieobliczalna, powietrze ma inny skład i wyczuwalny jest niemal fizyczny ciężar równych symetrycznych warstw, niczym z modeli z podręczników geografii późnych klas podstawówki. 

Emma jawi się zarówno jako stateczna matrona w czarnych sukniach, przyciętych z dokładnie zblokowanych sampli, ale czasem te suknie zrzuca stając się damą nawiedzającą swój zamek by przegonić śmiałków budzących ją ze snu. Hauntologiczne powroty słyszalne są w Ressurected Dead On Planet Jupiter gdzie blenduje się ostry najtisowy acid z tribalowym techno ambientem z serii składanek Soundscapes. Basowe, EBM-owe tremolo, któremu podporządkowana jest spora część albumu, składającego się z czterech około dzięsięciominutotowych kompozycji powraca w zamykającym płytę Gaspar the Pigeon wraz z tlącym się na dnie dźwiękiem konkretnym silnika wysokoobrotowego napędzającego nieokreślone urządzenie tnąco-wiercące - skutecznie tnące i wiercące to-to chwytliwością tematów, a cicho powiem, że niemal przebojowością.

Debiut Emmy Zunz to znakomita, wycyzelowana, wysztukowana płyta, dająca gros satysfakcji w fedrowaniu pokładów nawarstwiających się dźwięków, do pewnego momentu rzecz to bezpieczna, przez regularność uderzeń, z czasem bezwzględna przez nieustępliwą konsekwencję sampli.  

Emma Zunz
"Emma Zunz"
BDTA
1 maja 2016