wtorek, 26 września 2017

KRÓTKIE TRWANIE- DMNSZ, "OUIJA"

DMNSZ, OUIJA, źródło: pointless-geometry.bandcamp.com
Popatrzcie zatem na katalog wytwórni Pointless Geometry - nie ma gdzie szpili wbić, wytwórnia stworzyła monolitycznie i nieodmienne dobry katalog, świetne opracowanie graficzne kaset, wychodzenie z odważnymi inicjatywami, np. wydawanie materiałów audio-video na kasetach VHS, jak niedawna rozszerzona wersja ciągle znakomitych Wsi, czyli projektu Bartosza Zaskórkiego (Mchy i Porosty) oraz Konrada Materka (Chaosynod, Rez Epo). Poza tym świetna jest jakość  techniczna kaset wydawnictwa, co nie jest zawsze standardem. No i najnowsza płyta DMNSZ, czyli Demonszy, czyli Patryka Daszkiewicza, a także trzecia część grupy sumpf. 

Zwidy ujawniające się po kolei na tej płycie to albo pokofeinowy zjazd albo nieustanne telepanie ciała przy przedawkowaniu. Albo zmęczenie podsycane kolejnymi energetykami. Albo euforia zamulana alkoholem. Coś co potencjalnie mogłoby nastrajać do zaśnięcia, złożenia głowy na łonie Abrahama. Coś co rytmem pętli mogłoby dawać ukojenie gorzko się od ciebie dystansuje. Przesz ku temu, ciągnie cię, a jedyną nadzieją, jest trwanie, bo to muzyka do długiego niezmiennego trwania - w czasie niewiele się tu zmienia - zmienia się tak, jak bezludzki krajobraz, od świtu do zmierzchu - niemal naturalnie, jakby bez ludzkiej ręki. A ty obserwujesz swoje bycie w dźwięku - to zmiana następuje w słuchaczu, bo dźwiękowi jest wszystko jedno. Muzyka odpychająca - muzyka przyciągająca. Muzyka zapraszająca - muzyka zamykająca drzwi tuż przed nosem. Muzyka naga, prosta - muzyka tajemnica.

Zdaje się, że Daszkiewicz jako jeden z niewielu w kraju rozumie możliwości minimalizmu, który nie jest jednocześnie minimalizmem kwartetu Reich-Glass-Riley-Le Monte Young. Daszkiewicz celuje w to co robił William Basinski, co słychać w nieustających pętlach, specjalizuje się w skupieniu uwagi na pojedynczości fenomenów akustycznych, jak Alvin Lucier czy Morton Feldman. Jednocześnie podskórna kostropatość wszystkich ścieżek zbliża artefakty, nazywane roboczo utworami na OUIJI  niebezpiecznie do ANW (jak w numerze L) z jego bezwzględnym trwaniem. Jednocześnie trwanie to jest krótkie - po danej liczbie powtórzeń utwór niespodziewanie kończy swój bieg, niedosycając muzakowe oczekiwania, które zazwyczaj stosowane są wobec minimal music.

Ilość ścieżek każdego utworu mieści się na palcach jednej ręki lub brzmi tak jakby była zrobiona na prostym kasetowych czterośladzie. Zamiast wirtuozerskich kawalkad DMNSZ gwarantuje wsłuchiwanie się w mikrodetale. To jest bodaj jeden z największych walorów tego materiału - zachęta do wsłuchiwanie się w prostotę dronów, ambientów, szorstkich pasaży przechodzących w akwarelowo-pastelowe pętle, Boże broń nie popadająca w łatwizny gatunku. Dźwięki technologicznego lo-fi są na OUIJI obecne, ale Daszkiewicz nie nadużywa tej estetyki w ramach retromelancholii. Tym bardziej, że czasem bywa precyzyjne hi-fi, gdy robi subbasy podobne do Andego Stotta (utwory Y oraz E).

Ej, a czy wiecie, że to jedna z najlepszych płyt kończącego się powoli roku?

DMNSZ
OUIJA
Pointless Geometry
3 lipca 2017
 



sobota, 23 września 2017

NAJZIMNIEJSZA Z ZIMNYCH FAL - Piernikowski - "No Fun"/Przemysław Witkowski "Taniec i akwizycja"


Przemysław Witkowski, "Taniec i akwizycja", Robert Piernikowski, "No Fun", źródło - własne.

1. Ulica wbita była klinem między brzeg rzeki, a rząd kamienic, pustostanów w zasadzie, ledwo co napoczętych budynków, z których gdzieniegdzie sterczała zbrojeniowa stal (osiedle pojebane jest). Ulica, co ja zresztą nobilituję tę ścieżynę, która coraz bardziej rwana z asfaltu przeradzała się w piarżysko, wspinała się do góry, powoli ociężale, by ukośnić się, 20% wzniesienia się z tego zrobiło, a ja czułem wchodząc w górę, po klinie wbitym w między coraz wyższy brzeg rzeki, a rząd spalonych na żółto elewacji i nagiej cegły jakbym miał zaraz się stoczyć w gruzowisko, które upadło na dół, tam gdzie byłem przed chwilą. U góry była metalowa brama zaczynała się od ściany budynku, kończyła zaś przy samym brzegu rzeki. Za bramą było już bardziej sterylnie (widok ulicy cieszy mnie), a ja chciałem się tam znaleźć. Lecz w momencie gdy sięgałem po klamkę z naprzeciwka podszedł o ten, w dresie, niebieskim i czerwonym. Zamknął przede mną bramkę (pod klamką był klucz, ten go przekręcił) i zaczął do mnie. Zanim podjąłem ucieczkę, zdążyłem zrobić portret pamięciowy, nie czekaj, całą fizys zapamiętać tego. Twarz zdradzała nieuleczalny alkoholowy zespół płodowy (twarde pięści i cieknące łzy) a rozdęta była od gniewu; gniewna rozdętość powodowała, że głowa tego była okrągła, uszy schowały się gdzieś z tyłu, a włosy niemal zupełnie wypadły. Rozdętość spowodowała także siatkę sinoszarych i różowych rozstępów po całej głowie, aż po grubą szyję - rozstępy zdawały się wpełzać na krótkie ręce, krótkie nogi i gęsty beczkowaty korpus. Gdyby tego było mało, twarz pokrywały ospowe blizny. Ten nie zdążył nic powiedzieć, nie wiem czy był nawet zdolny, bo zacząłem uciekać w tym kierunku, z którego przyszedłem. Tego intencje rozpoznałem dobrze, instynkt zwierzyny łownej mnie nie zawiódł. Moja ucieczka była niedbała i ospała, on maszyneria zrobiona do wpierdolu. Rzucił się na plecy, moje plecy, objął mnie ramionami za szyję i nogami za uda. W ostatnim geście, zanim spadliśmy na ziemię, zdążyłem jeszcze obrócić się o 180 stopni - przygniotłem zatem tego, wgniotłem go dokumentnie do gruzowiska na dole stromego klina. Ważę konkretnie, to i ten, myślałem, że go zniszczyłem na amen. Oswobodziłem się z niego, zresztą jego członki lekko ode mnie się odkleiły, zobaczyłem, że pewnie jeszcze dycha, tylko jest ten trochę przyćmiony, przygnieciony. Lekkim krokiem postanowiłem zejść z powrotem, lecz ten, jak ta bestia, wstał i na mnie znowu. Dobrze, że było blisko do stacji metra zrobionej za unijne pieniądze, wparowałem za szybę peronu, a ten za mną. Było tu sporo ludu, chciałem się wtopić, znalazłem mężczyznę po 50-tce, był wysoki, miał chude nogi, wielki orli nos, wielki brzuch, silne ramiona. Schowałem się za mężczyznę, a ten tylko patrzył przez szybę, zawołał kolegę (przyszli chłopacy, a ja martwię się). EEEEE - pewnie tak mówił szukając mnie w tłumie, a ja przytulony do robola zdążyłem tylko zrzucić z siebie sen - ten sen (pojebane sny wczoraj), który został wywołany przez słuchaną do poduszki No Fun (cisza obudziła mnie)

2. Mam dwie tajemnice - pierwsza z nich to, ta, że pisałem wiersze na konkursy, bo domy kultury powiatowych miasteczek płacą najlepsze wierszówki. Pisałem także dlatego, bo chciałem mieć na nagrobku pod nazwiskiem i datami granicznymi adnotację "anarchista i poeta". Przestałem pisać, bo skończyłem z licealnymi mrzonkami, bo odbiór nagród prawie zawsze wiązał się z obowiązkiem stawienia się na gali, a ja nie lubię wychodzić z domu. Miałem także dość dosyć zblazowanego towarzystwa oraz tego, że nie raz i nie dwa musiałem odmawiać paniom w wieku poprodukcyjnym. Odtąd nie ceniłem poezji, wychodząc z założenia, że chujowy fandom potrafi zohydzić wszystko. Drugą tajemnicą jest to, że nigdy nie nauczyłem się pisać o rapsach. Próbowałem to robić, bo szukałem wymiernych korzyści (rap blink-blink, bragga o hajsach z nieba robiły na mnie spore wrażenie), szukałem wrażeń, próbowałem odkrywać nieznane lądy, chciałem robić to dla frajdy etc. Okazało się jednak, że nie potrafię przekroczyć granic wejścia szczerze zaangażowanego słuchacza, więc jedyne, co potrafiłbym transkrybować to Najebawszy Smarki Smarka, którego obsesyjnie słucham już od zbyt wielu lat. Z osobistej niechęci do poezji (znanego mi poetyckiego fandomu) oraz samorozczarowaniu jakiego zaznałem, nie mogąc pojąć rapsów, zwróciłem się w stronę muzyki instrumentalnej, a ponad semantykę słowa zacząłem doceniać spekulacje na temat semantyki dźwięków - moderowanej przez ledwie tchnienia tytułów, plądrofonicznych cytatów, autocytatów, kolaboracji, okładek, wkładek - istnienie tych co powyżej, bądź też ich świadome nieistnienie - bardziej konteksty, zależności, sieci niźli teksty mnie interesują. Doprowadziło to do szczerze pielęgnowanej nienawiści do blurbów (przez tę nienawiść nie dostąpię królestwa niebieskiego, to pewne) tak samo jak do muzyki samookreślającej (samoozaorującej) się mianem poezji śpiewanej, która prawie nigdy nie jest ani dobrą poezją, ani dobrą muzyką. Wolałem, gdy dźwięki milczały, wybrzmiewały same sobą, dawały wolność interpretacji, dowolność odkodowania znaczeń. To sprawiało, że stawałem się szczęśliwy i namiętnie zainteresowany. No Fun odmieniło moje potrzeby i zatwardziałość w momencie, gdy otworzyłem bookleta z tekstami.

3. Tak jak ołtarz i tron są fundamentem królestwa, tak poezja i muzyką są dziedzinami nierozdzielnymi. Słowo dźwięczące z muzyką i w muzyce, nie jest już tym samym słowem, jeśli byłoby w separacji od muzyki - dźwięki muzyczne są próżną formą bez dźwięczących w niej słów. Dźwięk i słowo wzajemnie się wspierają i wznoszą się w wzajemnie do góry, nawet jeśli osobno są ułomne to razem bliżej im do Ideału. To co powyżej można by uznać za typowe pierdolenie starożytników - lecz w każdym pierdoleniu znajdzie się czasem jeśli nie prawda, to może nawet racja. Dobra piosenka czerpie z tych nauk, choć ja się na piosenkach nie znam zbyt wiele, tak mi się przeto zdaje, że porzucając petryfikację podziałów dobry tekst piosenki, nie jest dobrym tekstem sam w sobie i dobrze istnieje tylko z muzyką, którą do niego pasuje. Odseparowane od siebie te rzeczy kuleją, razem się wzmagają, gdy zaś jedna góruje nad drugą lub gdy chcą się prześcigać w wysztukowaniu najczęściej powstaje z tego jakieś pretensjonalne gówno (robimy swoje gówno... gówno), Hammondy, dzwony, czemu cieniu odjeee(eeeee)żdżasz, no i chuj, no i cześć. Na No Fun funeralno-gitowska artykulacja Piernikoskiego może dystansować od rozumienia błyskotliwych fraz tekstów, pozostawiając posmak dyskomfortu idącego wprost z instynktu, który mówi - tu jest groźnie, tu być masz prawo, jeśli tylko masz siłę. Moja córka usłyszawszy Antari M-10 stwierdziła, że jest "ten pan śpiewa groźnie", mimo zapewnień artysty, że dziecko "patrzy się w ogień, sie nie boi". Gdy odrzucić doświadczenie audialne płyty, booklet z tekstami jest zaskakująco podobny do tomu wierszy Przemysława Witkowskiego Taniec i akwizycja - swoją drogą poecie zawdzięczamy jeden z najbardziej wzruszających aktów ostatnich lat jakim jest materiał Michała Turowskiego 1992/1993 - pod linkiem wyjaśnione jest o co dokładnie chodzi


4. “ Na Taniec i akwizycja znajdziecie kilkadziesiąt krótkich, precyzyjnych utworów poetyckich, które rzadko bronią się pojedynczo, ale jako tom dają do myślenia" - tak o wierszach Witkowskiego pisał blog Kurzojady. Tutaj też pojawia się paralela z No Fun, które jest kinematograficzne jako album, choć jednocześnie mając nad Witkowskim tę przewagę, że utwory z albumu stanowią niebywałe earwormowe (n)evergreeny - co jednak może wynikać z tego, że płyta z muzyką może mieć naturalną przewagę, w postaci medium jakim jest dźwięk. Niemniej No Fun zdaje się być probierzem typu czystego idealnego albumu, spójnego świata dźwięków wywołujących bardzo konkretne omamy wzrokowe. Spoistość wątków, słów-kluczy używanych przez obu artystów nie pozostawia wątpliwości - to jest to samo uniwersum przeniknięte na wskroś zimnofalową trwogą. Piernikowski "zapala znicze, wciąga dym", u Witkowskiego "kobieta wraca z targowiska/w plastikowej torbie niesie/masło chleb znicze". Piernikowski martwi się o ludzi ze swojego bloku i wszystkich innych ludzi - Witkowski jest bardziej bezwzględny, przypomina, że to wszystko "niepotrzebne życia". Zimna fala ("to przecież takie zimne, obce życie), jako gatunek muzyczny kojarzy mi się z lapidarnością Piernikowsko-Bąkowskiego (oj Robert się Penerstwa nie wystrzeżesz i nie rób tego, bo robisz to dobrze) oraz, jak to po raz kolejny ujęły Kurzojady, "Przemysław Witkowski jest poetą najwyraźniej nielubiącym wierszy złożonych z więcej niż sześciu-siedmiu wersów". Piernikoski posługuje się częstą repetycją, podbijając słowem rytm podkładów, Witkowski jest bardziej precyzyjny, nie nadużywa biało-czerwonej oprawy tomu na powtórzenia - transmutując język poezji w cold wave. No Fun oraz Taniec... przywołują na myśl wczesną twórczość Variete, Made in Poland, Madame, Kineo Ra tekstowo także 1984. Diagnoza świata zastanego jest wyraźna - rezygnacja i przemijanie wprawiają w ruch ten cały jebany biznes. Co zdecydowanie różni Roberta od Przemysława to perspektywa - Robert jest maskulinistyczny, w jego świecie istnieją tylko "chłopaki" i "białasy", ewentualnie ludzie, którzy "leżą jak groby". Jest w tym prosty subiektywizm, chłopka-roztropka, który "zbiera na bluzę najka/na Jordany" - widać tęsknoty za najkami wyrażone przez Smarki Smarka ponad 10 lat temu są ciągle palącym problemem - oprócz pokacowych zwidów, braku perspektyw, drożyzny, codziennej przemocy, życiu na krawędzi,  które stało się koniecznością zbyt wielu, a nie wyborem desperatów. Przemysław jest wrażliwym społecznie obserwatorem, poetyckim odpowiednikiem chorego na duszy pracownika socjalnego, który odwiedza najpodlejsze miejsca ludzkiego i zwierzęcego bytowania - być może przypominającego sobie z goryczą te czasy, gdy zaczynał pracę w MOPSie, gdy myślał, że zmieni świat i zbuduje szklane domy. W swej obowiązkowości wyzbywa się samego siebie (Boziu, mam reminiscencje z projektem Wsie), nie mówiąc nigdy w pierwszej osobie (oprócz jednej z niewielu słabości, gdzie Witkowski pisze "Rozdałem karabiny/weszliśmy do biura") - podczas gdy Piernikowski mówi w niemal zawsze w pierwszej osobie. To jest ta jednia o której mówiłem wcześniej - potykający się o okruchy marzeń o lepszym świecie pracownik terenowy MOPSu i zniszczony cywilizacją gitowiec spotykają się. Nikt nie wie co z tego spotkania wyniknie. Może nic, może coś. Lepszego horroru nikt by nie wymyślił.

5. Muzycznie Piernikowski odcina się nieco od tropów, które eksplorował z 1988 na Oriencie w ramach duetu Syny. Stawia na proste, stosunkowo mało zniekształcone popularnym lo-fi, synthy imitujące chóry, damskie wokale i sekcję smyczków, kojarzące się z czołówkami tanich serii filmów grozy i tych o zjawiskach paranormalnych, wywołujące jednak skutek inny od retromanicznego zadowolenia idąc w stronę rozkoszy odnajdywanej w melancholii. Wielość kontrastów odnajduje się we flagowym numerze Trwamy, gdzie długim dźwiękom syntezatorów towarzyszą bębny raz programowane tak, jakby maszyny perkusyjne dopiero wynaleziono, w związku z czym należało jak najbardziej zagęścić kawalkady uderzeń, jak w EBMie, by przejść do czegoś w rodzaju organoleptycznego footworku z agresywnie zacinającym elektronicznym hi-hatem. Funeralny Koniec lata zwiastuje koniec, gdy pomruki wolnych temp pogłębionych, jak groby, pogłosem przypominają Kineo Ra i Variete, podobnież jest w monstrualnym Jutro będzie inaczej. Płyta ta ma dwa grande finale, które wobec problemów poruszanych na płycie nie są ani wielkie, ani też nie finalne - sprawy są otwarte, postępowanie trwa nadal. Martwię się to koślawo-kulawa wariacja na temat piosenki, śpiewanej tak źle, że aż przechodzą ciarki i to nie wstydu, lecz beznadziei i to nie beznadziei z samej piosenki, ale chujni wkoło. Instrumentalne Outro brzmi ni to jak intro do Drukqs Aphex Twina, ni to jak muzakowa propozycji o roboczym tytule Classic music classics played on crooked synthesizer by haunted soul.

Piernikowski
No Fun
Latarnia Records
LA010
27 kwietnia 2017 

Przemysław Witkowski
Taniec i akwizycja
Wydawnictwo Warstwy
2017





wtorek, 5 września 2017

OSWAJANIE - Nac/Hut Report, "Grey Zone Collapse Nostalgia"

Nac/Huc Report, Grey Zone Collapse Nostalgia, źródło: nachutreport.bandcamp.com
To najlepszy moment by wyrazić swe obie obiekcje - rzec nihil novi, lecz powstrzymać się od kategorycznego no pasarán. Dobrze pamiętam swój zachwyt, gdy usłyszałem Nac/Hut Report po raz pierwszy - ta początkowa euforia niepojętości, w której postawił mnie duet, zapewniając przyjemność jakiej nie doznałem długo potem. To była miłość wywołana przez impuls - głupie to, naiwne wręcz, szczeniackie, by nie przebierać w słowach. A słowa, które ledwo dobiły się do mnie spoza słuchanej wtedy muzyki, mówiące o tym, że choć koncepcyjnie Nac/Hut Report jest cudowny, to finalnie nudny i przewidywalny nie docierały do rozumu - ostałem przy swoim, niczym głupiec, nie chciałem falsyfikować prawdy idącej od zewnątrz, bo ta prawda była już moja i była prawdą we mnie - Nac/Hut Report jest cudowny, a ja kocham go po wsze czasy.

I choć przyznam, że dziś wiele recenzji chciałbym napisać na nowo, że czas przydaje trochę sprawiedliwszego osądu, a rzeczy dziś wydają się być inne niż wówczas, tak nadal moje uczucie do tego duetu jest gorące - a przynajmniej wspomnienie pierwszych chwil z nim gorącość wzmaga. To co robi Nac/Hut Report nie różni się od tego, co robił on do tej pory na poprzednich nagraniach - rozpaczliwy ryk gitar jak w MBV splata się i rozplata z rytmem high-endowych nojzowych sprzężeń i trzasków. Ciągle brakuje tu rytmu - choć może lepiej powiedzieć, że rytmem jest wszystko, gdy zapętlone sekwencje frenetycznie rotują i kotłują się w stereo. Pryncypializm grupy w metodzie, niezmienność wobec siebie i słuchaczy może być zarówno rozczarowaniem, jak i rzeczą jakże potrzebną - gdy wymyślanie się na nowo stało się obiektem twórczych westchnień, wtedy robienie rzeczy w koło Macieju, z albumu na albumu, z piosenki na piosenkę daje poczucie bezpieczeństwa  - jakiekolwiek by te piosenki nie były.

A piosenki te są ciągle te same przedziiwne artefakty - z jednej strony zniekształcone wokale o proweniencji Cocteau Twins albo Sinead O'Connor, stojące na granicy zrozumienia słowa, gitarowe plamy shoegaze'owe, potraktowane reverbem, distortion i tremolem. Oraz twarde sprzęgi, trzaski, pohukiwania, etc. - niemal cała galeria hałasów z L'arte dei rumori znalazła tu swoje zastosowanie - wykorzystanie muzyki konkretnej na Grey Zone Collapse Nostalgia jest nieco częstsze niż na poprzednich albumach. Zdaje się, że dotychczasowa twórczość Nac/Hut Report może być najlepszym wprowadzeniem w harsh noise, dla osoby, która jest niedzielnym słuchaczem czegokolwiek - a może to idealne piosenki dla die-hard fanów dźwięków niepojętych. Być może dlatego, że duet nie robi pastiszu z piosenek, wykpiwając je nojzem jak Nurse with Wound, ani nie obnaża także potencjalnych mielizn sztuki hałasu przez konfrontowanie go z uroczymi piosenkami. N/H R traktuje te dwa wymiary śmiertelnie poważnie, a kraina melancholijnej łagodności jest logicznie spleciona z ostrymi cięciami hałasów - jak u Fennesza albo Kazumy Kuboty. Nic dziwnego, że wydawcą tej płyty stała się słynąca z weird popu Crunchy Human Children Records.

Nac/Hut Report
"Grey Zone Collapse Nostalgia"
Crunchy Human Children Records
30 maja 2017 r. 

CZYTAJ TAKŻE RECENZJĘ: Nac/Hut Report, "Schizm No Symmetry"


niedziela, 3 września 2017

NIEPIOSENKI - Panowie, "Zerwane EP"


Panowie, Zerwane EP, źródło: panowie.bandcamp.com

To już nie jest moda, ani nurt, lecz cywilizacyjna choroba, tym już lepsza, że oswojona, nie wstydliwie chowana, bo już nie stygmatyzowana. Retronautyzm zrasta się z tkankami społecznymi, sięga tam, gdzie podług kategorii linearnego postępu - ku przyszłości - sięgać się nie powinno. Zainfekowani chorobą reprezentują wstecznictwo bardziej radykalne od rozsądnie ewoluującego konserwatyzmu muzyki miłego milionuchego słuchacza wydanego przez systematyki badań opinii i gustów. Chorzy, najczęściej nadwrażliwcy, podatni na chłonięcie bakcyla abdykują w twórczej afirmacji życia z odniesień do świata zastanego - nagie życie bywa rozczarowaniem, to fakt, więc czyż nie lepiej więcej by śpiewać i tańczyć do realnie Niebędącego Już w Użyciu?  Rozkosz z wyodnajdywaniu muzyki porywa wielu. Estetyka, w której tańczą Panowie staje się rzeczą, która znajduje neoficki oddźwięk - choć ich EPka Zerwane wyprzedza nieco nowe fascynacje wielkomiejskiego zainteresowania, wszak wydawnictwo to pochodzi z 2014 roki. Pomijając praszczurów krajowego revivalu synthu spod znaku Super Boys and Romantic Boys w latach dwutysięcznych zastaliśmy przynajmniej kilka pierwiosnków uświęcenia syntetyzowanych gatunków muzyki tanecznej - do dziś pamiętam rozmowę na antenie TVP Kultura, gdzie Muniek Staszczyk kajał się, że tak disco polo uznawaliśmy za gówno, dziś już tak nie myślimy - a nie dowierzałem wtedy temu co widziałem, konstatowałem wszystko szeroko otwartymi oczami i niezwerbalizowanym dotąd szokiem - tak samo jak na pierwsze miejsca dla Papa Dance na sławetnej liście najlepszych polskich płyt według Porcysa. Dziś estetyka disco bywa podejmowana lepiej niż wtedy - obecnie gdy czarny staje się nowym czarnym, wówczas dotychczas ubrani w czernie wydobywają na świat takie twory jak Disco Polonię, która od doskonałych pod względem producenckim eurodancowych hitów nazywanych omyłkowo discopolo woli sięgać do duchologicznych wspominek znanych z fanpeja Early Disco Polo, piosenki więziennej i chodnikowej, przemycając pod pompującym Casio-bitem zarówno tekst o miłości, jak i  antykapitalistyczny protest song oraz intrygujące aranże. W nurcie disco-retronautyzmu funkcjonuje także psychodeliczny Duel Top (Jakub Lemiszewski/Mateusz Lampasiak), który sam siebie określa gatunkiem Agro Indie. Panowie znajdują się w konstelacji tych wpływów, choć EP Zerwane stanowi stadium pośrednie między szukaniem krajowej świadomości i tożsamości, a wydobywaniem najlepszego z tego co w szerokim świecie.

Epka zaczyna się od  Zerwanego wychodzącego powoli z szumowego mroku, w stronę pościelowego synthu czerpiące wprost z najlepszej płyty ze spoken word (mówię tu bez grama szydery), jaką jest After Dark od Fabio. Zresztą szum dobrze definiuję tę płytę - niedoskonałości niegdysiejszych nośników widmem witch house'u i vaporwave'u otulają to wydawnictwo. Amatorzy i dupeczki to delikatnie zvaporyzowana wariacja na temat ordynarnych potupaji Andrzeja Zauchy, doskonale spierdolonej produkcyjnie płyty Disco Boutiqe Ewy Kulińskiej, która byłaby najlepszą płytą disco-funkową w historii, gdyby Ewa Kulińska zechciała zamilknąć, a nade wszystko estetyka, także dzisiejszych, dancingów uzdrowiskowych - byłem w tym roku w Restauracji Parkowej w Kudowej Zdroju, było mi tam, jak w niebie. Nad wszystkim zaś w tym utworze królował ponadnaturalnie wielki elektroniczno-erotyczny werbel oraz szara eminencja w postaci szugejzowego wokalu. Mógłbym umrzeć dziś na luzie zaczyna się hałasem, jakby z Trout Mask Replika dalej wyradzając się w synth z tym samym mocnym uderzeniem, które zakleja dziurę między melancholią italo disco, a totalizme belgijskich EBM-ów. Pamięć prawie na pełnej oraz Jej serce wyrżnięte ze szkła próbują zaś udowodnić, że są dziećmi mezaliansu french touch i skażonej słowiańszczyzną estetyki grupy wokalnej VOX - tylko vocodera brak. Ostatni na epce ZOBACZ JAK SKACZĘ, ZOBACZ JAK MOJE SERCE PĘKA (caps lock znajduje się w oryginalnym tytule) to piękna instrumentalna wariacja na temat melancholii - bez mrugania oczkiem, z elektroniczną celestą, rwanymi wokalnymi samplami, męczonymi pogłosami werblami, stawiający na zakończenie płyty New Age'wą kropkę (reminiscencja Croatian Amor) , bądź też biorąca wszystko w cudzysłów. Boć moc tu nawiązań i tropów EPka ta, choć wypreparowana od swych oczywistych pierwowzorów stanowi klajster, pomost do tego, co się robi z tą krainą w zakresie najwidoczniej niezbyt ironicznego przyjmowania w swe warsztaty disco i to w dodatku polo. Ej Panie Brutaż, kiedy coś wydasz w tym gatunku?

Panowie 
"Zerwane EP"
wydawnictwo własne
21 października 2014
 



niedziela, 13 sierpnia 2017

NA CYCKI ŚWIĘTEJ KATARZYNY! - V/A, "Śpiewnik władczyń i władców Polski"

V/A, Śpiewnik władczyń i władców Polski, źródło: naszenagrania.bandcamp.com

Niepewności! - bo czyż rozpaczliwie krzyczącej inwokacji nie trzeba, gdy idzie się idzie zmierzać z taką niebywałą szkaradą? Niepewności! - bo czyż na pewno szkarada ta, jest tym czym się jawi z początku? I kimże ja jestem by oceniać to, czym jest Śpiewnik... i jak wydobyć z menażerii łódzkich osobliwości/osobowości dających do tego variété swoje interpretacje muzyki prywatnej władczyń i władców polskich.  To coś więcej niż historia codzienności/historia społeczna, boć tu mowa o stanach uprzywilejowanych. To coś więcej niż historia, wszak utwory odpowiadające tytułowym władcom wprowadza parytet płci, a więc jest to także herstoria (och, jakże żal mi się zrobiło, gdy na  banknocie 500-złotowych zamiast Jadwigi Andegaweńskiej posadzono Jana Sobieskiego). To coś więcej niż his/herstoria opierająca się na źródłach, lecz archeologia eksperymentalna sięgająca tam, gdzie zuchwałość a niegrzeczność sięgać - do przeżywania jednostkowych dziejów wrzuconych na plansze gier o trony - sięgając zaś do nieprzyzwoitej dosłowności - tam gdzie książęta i królewny chodzą piechotą.

Zuchwałości! naiwności! radości! - takowa się triada złożyła, taka synteza z indukcji każdego z pojedynczych światów, a światami tymi są pojedyncze piosenki pojedynczych projektów biorących udział na tym nagraniu. Łódź dodatkowo spaja wizję - ledwie to miasteczko, które w podczas powszechności monarszego modelu sprawowania rządów leżące obok znamienitszego Piotrkowa Trybunalskiego wyrosło wielkie w czasach rodzącego się kapitalizmu, by następnie cieszyć wstrętne ignoranckie japiszony na pejach o turpistycznej Łodzi, polskim Detroit, osiedlach-nieustających wylęgarni gitwy, gotowych do aplikowania wpierdolu na udeptanej ziemi, pod którą płyną łódzkie cieki napędzające niegdysiejszą przemysłową chwałę. Niekompetentnym jednak i zatem by o mieście tym mówić (zalukajcie zatem do Jakuba Bożka, który muzycznej Łodzi poświęcił cykl tekstów na dwutygodniku - wybrane odnośniki znajdują się poniżej). Tęsknota miasta wolnego, miasta królewskiego, miasta stołecznego wybija się dzięcięctwem swych intencji, jednocześnie krnąbrnie przypominając, że zbiorowa duma i powinowata z nią tożsamość to kategorie o aleatorycznej dynamice.

Suavas Lewy, kuratorujący przedsięwzięcie, przed artystami postawił zadanie napisania piosenek śpiewanych przez władców i władczynie w wolnych chwilach. Zważywszy na to, że prywatne losy władców jakoby mimochodem pojawiają się w źródłach (o ile w ogóle), które najczęściej traktują o historii politycznej, Suavas zaproszonych do projektu artystów (i nie to nie tylko muzyków), działaczy społecznych, politycznych i aktywistów stawia przed zadaniem wyodnalezienia muzyki władców i władczyń.  Jest to zatem projekt powinowaty z wyodnajdywaniem, które także było udziałem znakomitego albumu Życie i śmierć Janiny Węgrzynowskiej Marcina Dymitera, lecz pozbawionym ciężaru jaki niesie melancholia, a za nią powaga. Suavas zorganizował imponujące grono rekonstruktorów, a może bardziej protetyków-fantastów, hipotetyków-spekulantów, którzy biorący na tapetę tę część żywotów, która już nikomu nie będzie dostępna, robią co chcą - szalone (Kazimierz Sprawiedliwy z wersem/przekleństwem "Na cycki świętej Katarzyny!"), profesjonalnie (EBM/industrial/electro we Władysławie Hermanie feat. palatyn Sieciech, chór w Janie Olbrachcie), operetkowe (nieodżałowane Kopyta Zła w Kazimierzu III Wielkim & Esterce Małach), konceptualnie (Bolesław Pobożny, Władysław Laskonogi, Zygmunt III Waza), fantastycznie (Elżbieta Ryksa, Jadwiga AndegaweńskaMałgorzata Brandeburska & Przemysł II), psychodelicznie (Wacław II) z przede wszystkim zaś dadaistycznie (Mieszko I, Michał Korybut Wiśniowiecki, Jadwiga Żagańska) nawet amatorskie, a także nieprzewidywalnie zróżnicowane. Rozmach i fantazja godna szkolnej akademii na cześć, która została wyzwolona z nauczycielskiej cenzury, wielość różnej jakości talentów i Bóg jeden raczy wiedzieć po co, bo chyba jeno dla dobrej zabawy. Jeno i aż, bo ileż mamy dzieł z szytych z grubych a ciężkich płócien, w mitrężeniu strzępów zbiorowego entuzjazmu w cenieniu głupstwa i rozkoszy z głupstw i zgryw płynących. Śpiewnik władczyń i władców ożywia z martwicy ciągłych umartwień, stroi miny do nadętych polityk historycznych.

Może ciągle i nigdy Łódź nie będzie miastem królewskim, lecz po raz wtóry udowadnia, że jest miastem rewolucji, tym razem estetycznej.




http://www.dwutygodnik.com/artykul/5688-czy-warto-tesknic.html
http://www.dwutygodnik.com/artykul/6034-wypelnianie-fabryk-dzwiekiem.html
http://www.dwutygodnik.com/artykul/6626-lodzka-rejwolucja.html

DZIAŁAMY NIEŚPIESZNIE, ALE KONSEKWENTNIE - wywiad z Audile Snow

Wydawnictwa Audile Snow do początku sierpnia 2017, źródło: audilesnow.bandcamp.com/

Audile Snow to wydawniczy duet założony w 2015 roku przez Nerkę Boli oraz Radosława Sirko. Wydawnictwo zasłynęło z wydania muzyki elektronicznej na kartach microSD.


Kultura Staroci: Co stało za potrzebą zawiązania labelu? Za Audile Snow stoją dwie osoby - jak dzielicie się obowiązkami w pracy wydawniczej?

Audile Snow: Za stworzeniem labelu stała chęć zbudowania przestrzeni zbierającej i promującej dorobek artystyczny muzyków elektronicznych i eksperymentalnych, również twórców młodych i mniej znanych. Pomyśleliśmy, że warto byłoby utworzyć rodzaj pomostu: z jednej strony znamy działających od lat niezależnych wydawców i promotorów, z drugiej śledzimy małe netlabele ze stoma lajkami. Audile jest gdzieś pomiędzy.

Wszystkie decyzje wydawnicze zapadają wspólnie. Dzielimy się obowiązkami technicznymi, Nerka odpowiada za projekty opakowań, okładki oraz ich wykonanie, Radek za nośniki, kontakt z artystami i mediami i czasami za mastering. Audile funkcjonuje w sposób powolny i niewymuszony. Naszym celem nie jest wydawanie tylko dlatego, że mamy taką możliwość.

Trudno ukryć, że podstawowym wyróżnikiem Audile Snow jest nośnik, na którym wydajecie. Mam kilka spekulacji na temat karty microSD, którą obraliście za nośnik muzyki, którą wydajecie. Semantyka nośnika staje się dla mnie w waszym kontekście sprawą kluczową. Czy jesteście w jakiś sposób, kompilacjami wytwórni Sahel Sounds, pt. Music from Saharian Cellphones?

Nie byliśmy, bo wtedy jeszcze ich nie znaliśmy, ale dzięki za przypomnienie, to świetny projekt. No tak, fizyczny nośnik zakłada obcowanie z przedmiotem. Nie chcieliśmy wikłać się w dyskursy i techniczne kwestie wydawnicze przynależne trzem najbardziej popularnym mediom muzycznym: winylowi, kasecie audio i płycie CD. Nie uważamy, że nośniki są ponadczasowe, można wręcz odnieść wrażenie, że ich uzus nie posunął się znacząco do przodu. Każdy z nich coś znaczy i ma swoją semantykę, na którą zwróciłeś uwagę. Winyl to przede wszystkim klub, (kompaktowa) kaseta to boombox albo walkman, a CD słuchamy już chyba tylko w samochodzie. Karta microSD przypomina o cyfrowości, o tym, że duże ilości danych dają się zmieścić w obiekcie o niewielkich
rozmiarach.

Kartę microSD można docenić przez jej walor użytkowy (w dodatku do każdego zamówienia dodajecie adapter do karty SD, więc można tę kartę wpiąć w zasadzie do każdego urządzenia/komputera, na czym cierpią chyba tylko użytkownicy iPhonów, bo tam nie ma slotówna microSD ;)).

Tak, to był najważniejszy powód. Na fali powrotu do retronośników microSDki można potraktować w sposób użytkowy, naszych albumów można posłuchać właśnie choćby na smartfonie. Nowe nośniki nie przyjmują się tak łatwo; żeby coś wydawać w takiej, a nie innej postaci, musimy założyć, że użytkownik ma odpowiedni interfejs do odtworzenia wydawnictwa. Obecnie nawet sloty na CD są rzadkością w komputerach, pozostały oczywiście w sprzętach dedykowanych audio. Z naszego punktu widzenia adekwatnym nośnikiem dla muzyki tworzonej cyfrowo jest cyfrowy nośnik. Gdybyśmy chcieli być jeszcze bardziej adekwatni do teraźniejszych sposobów odtwarzania muzyki, to zdecydowalibyśmy się prowadzić netlabel. Ale obecność fizycznego medium zaspokaja także pozamuzyczne - np. kolekcjonerskie - potrzeby. Nośnik, a także jego otoczka w formie opakowania, także mówi co nieco o koncepcie, jaki stoi za wydawnictwem. Liczy się więc również wizualny kod, tym bardziej, że na albumach można czasami znaleźć wideo. Nie uważamy, że wyznaczyliśmy jakiś nowy trend. Porty SD, microSD i USB są jeszcze standardem, ale niewykluczone, że za kilka lat to się zmieni.

Wybór karty microSD jako nośnika może to być związany z alternatywnym podejściem do praw autorskich i pokrewnych - wydając muzykę na nośniku, z którego łatwo jest rzeczy kopiować, zachęcacie wręcz do “piracenia”.

Zakładając label nie skupialiśmy się nadmiernie na kwestii praw autorskich, choć faktycznie nasze podejście zakłada radykalną otwartość w dostępie do dóbr kultury. To, że pobieramy opłatę za albumy, której większość i tak zjada bandcamp [subskrypcja dla labeli na bc wynosi 20 $ na miesiąc przyp. Kultura Staroci] jest podyktowane faktem, że musimy kupić nośniki i wydrukować okładki. Braliśmy pod uwagę to, że taki album można wykasować i zupełnie nam to nie przeszkadza. To już decyzja odbiorcy - kupując muzykę staje się częściowo odpowiedzialny za to, co dalej z nią zrobi. To, że dane są mobilne, może wręcz wzmóc czujność odbiorcy, bo bardzo łatwo taki album skasować przypadkowo.

A czyż może nie jest tak, że przez nośnik chcecie w jakiś sposób “odtowarowić”utowariowoną muzykę, przywrócić kulturę demokratycznemu, choć nieszczególnie zgodnemu znormami obowiązującego prawa, obiegowi?

Fajnie byłoby myśleć w ten sposób, niemniej nasze nośniki też są masowo produkowane przez duże firmy, my je co najwyżej przechwytujemy do trochę innych celów. Choć oczywiście możliwe jest symboliczne odtowarowienie muzyki, to jednak gdy się nad tym zastanowić - nawet prowadząc netlabel na bandcampie jest się uwikłanym w to marksowskie utowarowienie. Jeśli już, to rzeczywiście ta łatwość w skopiowaniu materiału i puszczeniu go dalej zbliża nas do "demokratycznego" obiegu danych. Wychowaliśmy się w kulturze kopiowania, zgrywania i ściągania, więc ok. Funkcjonowanie w pół-oficjalnym obiegu może też być zasugerowane przez nasze ostatnie opakowania, które przypominają pakunki z dopalaczami.

A być może waszą pobudką jest po prostu próżność - chęć wyróżnienia się z grona polskich małych wytwórni?

Tak, ale nie ma w tym nic, czego byśmy się wstydzili. Choć nawet nasi znajomi eksperymentowali już z (innymi niż płyty CD) cyfrowymi nośnikami: Łukasz Rodziewicz wydał album na pendrivie zatopionym w kości, Emil Macherzyński prowadził przez pewien czas label, w którym wydawał muzykę na trzyipółcalowych dyskietkach [Discette Records LTD, przyp. Kultura Staroci] a jeden z numerów Glissanda miał jako dodatek memory stick w postaci karty wielkości dowodu osobistego z wysuwanym wtykiem na USB.
Jak na waszą pracę wydawniczą wpływa to, że o muzyce piszecie, muzykę również tworzycie i zajmujecie się nią naukowo? Czy za Audile Snow stoi jakiś całościowy koncept?

Całościowy koncept wyłania się chyba z naszych wcześniejszych odpowiedzi - świadczy o nim dobór nośnika, formy opakowania, namysł nad dostępem do kultury i przede wszystkim to, że wydajemy elektroniczną muzykę cyfrową. To, że Radek zajmuje się również praktyczną i teoretyczną stroną muzyki i dźwięku to osobny temat, karty microSD były pomysłem Nerki.

Czy zależy wam na budowaniu ciekawego katalogu, czy też po prostu skupiacie się na rzeczach,
które wam się podobają, nie zważając na jakiś wyznaczony wcześniej estetyczny idiom nagrań?
Wydajemy to, co wspólnie uznamy za warte wydania, w stosunku do czego mamy taki sam pogląd. Staramy się trzymać spójną linię estetyczną - zarówno wizualnie, jak i muzycznie. Bywa, że różnimy się między sobą oceną co do tego czy dobrze od tej linii trochę odejść, gdy album jest fajny, ale niekoniecznie współgra z resztą kolekcji.

I czy w ogóle istnieje coś takiego jak wspólny estetyczny idiom poszukiwań jaki stawiacie sobie
jako wydawcy? A co za tym idzie, w jaki sposób szukacie artystów do swojego katalogu - bardziej opieracie się na prywatnych kontaktach i sami zachęcacie cenionych przez was artystów do współpracy, czy też może wybieracie ciekawe rzeczy z demówek, które dostajecie?

Idiom zdążył się wykrystalizować przez te ostatnie dwa lata, my też rozwinęliśmy się jako słuchacze i wydawcy i oczekujemy więcej od materiałów, które dostajemy. Zdarza się, że znajdujemy muzyków w Internecie i proponujemy im wydanie materiału; bywa, że w tak zwanym międzyczasie zaprzyjaźniamy się z artystą i potem wygląda to tak, że wydajemy kolegów, heh. Dostajemy bardzo różne materiały - niektóre odpowiadają preferowanej przez nas stylistyce, ale nie są zbyt ciekawe narracyjnie czy muzycznie. Dostajemy też dobrą muzykę, którą z pewnością należy wydać i która nam się podoba, ale nie pasuje estetycznie do Audile (hip-hop, post-rock, free improv). Gdy nie zgadzamy się między sobą, to najczęściej rezygnujemy - musi być pełna zgodność, bo inaczej nie ma to sensu. Z drugiej strony - podoba nam się muzyka naszych znajomych i nie ma co tego ukrywać - nie będziemy ich nie wydawać, tylko dlatego, że z boku może to wyglądać jak kolesiostwo.

Czy uważacie, że to, że wydajecie nagrania wytwórni na karcie microSD sprzyja lepszemu skupieniu się odbiorcy na dźwięku? Nośnik jest niewielki, wydaje się nie być wprost nośnikiem wielu innych bodźców (duża okładka, wkładka, booklet, zaawansowane opracowanie graficzne), po zgraniu go na dysk może łatwo przepaść. Pomimo tej efemeryczności nośnika i opakowania design waszych nagrań jest bardzo ładny, świetnie wykorzystujecie niewielką powierzchnię zarówno karty jak i opakowania, które jest jednorazowe, które wymagania zniszczenia (otwarcia) by dostać się do zawartości.

Dziękujemy. Czy sprzyja lepszemu skupieniu się na dźwięku - trudno powiedzieć. Na pewno sprzyja większej uwadze przy obchodzeniu się z nośnikiem, bo jest malutki. Natomiast samo brzmienie jest w skali 1:1 tym, co artysta stworzył z myślą o wydawnictwie - dźwięk nie jest "zniekształcony" przez medium (tak jak ma to miejsce w przypadku winyla czy kasety). Na pewno odbiorca ma większy wgląd w zawartość albumu - widzi poszczególne utwory w osobnych plikach, które stanowią osobne obiekty cyfrowe z przypisanymi okładkami - może ten album dowolnie aranżować, nie mówiąc już edycji. Niektóre wydawnictwa wymagały rozerwania opakowania, inne dają się z powrotem złożyć. Album nie musi być duży, ważne żeby wydawnictwo było dobrze wykonane. Ale tak, jeśli nośnik można łatwo zgubić, to proporcjonalnie wzrasta uważność w obcowaniu z nim.

Chciałem zapytać o zjawisko polskiego niezalu, rozumianego jako sieci polskich wytwórni, które bardzo mocno animują najciekawsze zjawiska w polskiej muzyce. Czujecie się częścią niezalu? Czy rozpatrujecie Audile Snow jako część jakiegoś ruchu (krajowego, międzynarodowego), czy jako wydawcy jesteście również odpowiedzialni za kuratorowanie jakichś wydarzeń? Pytam dlatego, bo widzę jak wielu wydawców, którzy zaczęli pracę jeszcze kilka lat temu narzekają na bessę na zainteresowanie polskimi wytwórniami - nośniki nie sprzedają się dobrze, ludzie nie są zainteresowani chodzeniem na koncerty i inne wydarzenia, a targi świecą pustkami. Ogólnie widoczne jest rozczarowanie wieluartystów/wydawców/kuratorów/animatorów.

Sami rzadko używamy określenia "niezal", to termin, który był popularny jeszcze te dwa lata temu, ale teraz coraz mniej osób się nim posługuje. Funkcjonujemy w gronie twórców, którzy się znają i chodzą sobie nawzajem na koncerty i imprezy, grają u siebie nawzajem, wydają się u siebie nawzajem, polecają się sobie nawzajem. Przeważająca większość funkcjonuje bez dofinansowania i nie traktuje tego jako biznesu. Ale każda/y porusza się w trochę innym idiomie estetycznym, dlatego nie wiemy na ile można to nazwać ruchem. Żeby jakoś rozruszać naszą działalność też zaczęliśmy organizować wydarzenia - najpierw showcase'y (wspólnie z Magią i Pointless Geometry),a później też własne imprezy, które nazwaliśmy Umór. W planach jest trzecia odsłona.

Rzeczywiście coraz rzadziej pojawiamy się na targach, ale skoro świecą pustkami, to może jest to sygnał do tego, żeby coś zmienić. To oczywiste, że gdybyśmy przede wszystkim chcieli zarabiać na sprzedawaniu muzyki, którą wydajemy, to musielibyśmy bawić się w dźwięki bardziej funkcjonalne i przyjazne. Poruszanie się w środowisku muzyków i wydawców "niezależnych" pozwala na mniej skrępowaną twórczość i większą swobodę. Jednocześnie może wiązać się z rozczarowaniem z powodu braku zainteresowania. Żeby nie mierzyć się z nieproporcjonalnym stosunkiem effortu do odzewu - działamy nieśpiesznie, ale konsekwentnie.

CZYTAJ RECENZJE WYDAWNICTW AUDILE SNOW:
Mikroporosty, s/t 
3 x wrong dials
Micromelancolié - Contour Lines

 

piątek, 30 czerwca 2017

SPOTKAJMY SIĘ W LICHENIU - Chryste Panie, s/t

Chryste Panie, Chryste Panie, źródło: plazach.bandcamp.com/album/chryste-panie

Bo czyż trzeba niezwyczajnej wnikliwości myśli, by stwierdzić, że jeśli najbliżej jest nam dostępna duchowość w wymiarach naukowo-teologiczno-akademickim, dewocyjno-obskurancko-ludowym, bizantyjskim upodobaniu w użyźnianiu korzeni krzyża tronem, to będzie to duchowość katolicka? Jest tak, czy się to komu podoba, czy też nie - w fakcie tym, nawet próżni oponenci faktów, odnajdą punkt zaczepienia, odniesienia, opokę, twardość, stałość, niezmienność w czasie, wbrew wyśnionej zmianie, mobilności, niestałości. "Wszystko co stałe rozpływa się w powietrzu" - wrzeszczał Maciek Salamon w Pustostanach za Marshallem Bermanem, a może za Karolem Marksem, ale to jedno jakoś się nie rozpływa - ten twardy kawałek żużlu tkwiący w ciepłym cieście stoi okoniem do integralności wyposażenia jamy ustnej, czasem kruszą się od tego zęby, a nawet łamią się szczęki. Byłoby rzeczą okrutnie przerażającą, gdyby nie znalazł się nikt, kto by w czasach panowania wszechkatolicyzmu nie potrafił choćby choćby w ramach pasożytnictwa (nie wartościuje tu jednak, wszak pasożytnictwo jest wyższą formą drapieżnictwa, pasożyt nie zabija głupio swego żywiciela, lecz zależy mu na tym aby ten trwał jak najdłużej) twórczo wykorzystać tej wszechwładzy. Witalne siły czerpała z tego Armia, zespół wybitny, jednak wiele innych jakkolwiek powinowatych z katolicyzmem, biorących go na poważnie tworzyło swego rodzaju muzykę programową, obwarowaną kokonem wartości etycznych i wrażliwości duchowej, który rzekomo uniemożliwiał jakąkolwiek krytykę (oj, to tak samo jak u Siksy, o której pisałem parę postów niżej), bo krytyka wartości estetycznych miała być rzekomo równoważna z krytyką aksjomatów, Bozi i Papieża.

Chrystianizm grupy Chryste Panie nie jest nawet nominalny, ani obrazoburczy, raczej czerpie radość z chłonięciu pustych-znaczących z mowy kazań oraz wywoływania imienia Pana Boga nadaremno, "Chryste Panie" to ani przekleństwo, ani modlitwa, po prostu copywriterska sprawność w stworzeniu arcyciekawej nazwy, która rekompensuje bardzo irytującą muzykę, na spontanie mogącą się nawet podobać większości redakcji Noise Magazine. Z wyrozumiałością podchodzę do wszystkich tych, którzy ulegli powierzchownej atrakcyjności projektu, bo początkowy zachwyt był także moim udziałem. Największą przewiną jest wszędobylski p o g ł o s, który towarzyszy niemal każdemu instrumentowi w każdej chwili tego albumu - na czym cierpi przede wszystkim saksofon, który [chyba] czasem zdobywa się na błyskotliwość. Nadużywanie kompresora, limitera i innych efektów spłaszczających głośności dźwięków w nagraniu uznawałem do tej pory za naganne, dziś nieumiejętne efekty przestrzenne stają się rzeczą, które dołączają do tego niechlubnego towarzystwa. Słuchając tego krążka, za każdym niemal razem, czułem się jak wtedy, gdy podczas wycieczki ze szkoły podstawowej byliśmy w głównym gmachu centrum rozrywek pobożnych w Licheniu - widziałem stropy wznoszące się ponad pojęcie, złote kopuły, które przecinały lot ptaków, w środku zaś nie słyszałem nic, bo kościół został zaprojektowany tak, aby nic nie słyszeć, aby dźwięki odbijały się i interferowały w bulgot, który nie ma w sobie nic pociągającego z nojzowej swady. Co do nojzu - kompozycje tworzone podług zdaje się improwizacji, mają wiele wspólnego z artefaktami dźwiękowymi wytwarzanymi przez sztukę hałasów, nawet z hnw, który nie ma początku i końca, tylko dźwiękowe trwanie. Trwanie tych utworów w czasie - czasem nieustających repet ukrywających niemoc (otwierające album "Przyjście" intrygowało może przez pierwsze 20 sekund), czasem rozpierdolu skrywającego brak podjęcia określonego kierunku muzycznej narracji - stoi w opozycji do tytułów, które nieodmiennie kojarzą się z historią zbawienia i się zbawieniem bawienia,  która jest ruchem, przechodzeniem od wertykalnego do horyzontalnego, od niskiego do wysokiego i nazad and so on, etc, zejściami, wyjściami, przyjściami i innymi.

Chryste Panie by chciało - być krautrockiem i krautrocka naśladowcą, być mainstreamowo-minimalistyczne i wpisać się do grupy krajowych naśladowców tego stylu [w tym sezonie już się tego nie nosi, boiiii]. Chciałoby być być jak Sun Ra i jego Anakestra, ale coś nie pykło, chciałoby by grać spirituale, ale to samo co powyżej. Chciałoby być ezoteryczne, gnostyckie, totalitarnie, szeroką ławą atakować ścianą dźwięków, jak Armia, a przez te cholerne pogłosy, nie ściana, lecz ścianka działowa z regipsu oklejona imitacją kamienia wybrzmiewa. Chciałoby być transowe, tantryczne, new age'owe, ale nie zrozumiało lekcji, którą dał Michael Herr pisząc w swojej jedynej książce pt. "Depesze" tak: A z tym było trochę tak jak z muzyką ezoteryczną - nie słyszałeś w tych powtórzeniach niczego szczególnego, póki dwóch oddech nie zmieszał się z nią, stając się kolejnym instrumentem - i wtedy już nie była to muzyka, tylko doświadczenie. Zobaczcie ile napoczętych skojarzeń przywołuje kwartet - same godne, wielkie, warte uwagi, chcące wejść do klubu Alamedy 5 i Innercity Ensemble, które nieco bardziej skutecznie łączą wymienione powyżej estetyki. Wydaje się, że zachwyty nad Chryste Panie związane są nie tyle z finalnym muzycznych produktem i niebywałym końcowym doświadczeniem słuchacza, lecz z uprzednimi obietnicami, które Chryste Panie w pobieżnych snippetach swojego debiutanckiego albumu składa, a których do końca spełnić nie umie. Potencjalność Chryste Panie - to jest rzecz, która wybija się ponad wszystkie entuzjastyczne recenzje, lecz już nie spożytkowanie tej potencji, bo album brzmi, jakby został sporządzony w gorączce i pośpiechu. Jedną z głównych rzeczy, która sprawia, że album ten mający potencjał wznoszący przylega gdzieś to gleby jest rola syntezatora w nagraniach, którego wbrew jego możliwościom jest zdecydowanie ze dużo. Przepraszam za chwilę okrucieństwa - ale gdyby nie pogłosy i syntezator, album ten byłby o parę klas bardziej słuchalny. Albo gdyby chociaż syntezator zechciał być cichszy (Radek Dziubek, choć zdolna bestia, swoje syntezy w Innercity Ensemble czy na "- +" Mazzsacre umieszczał gdzieś w tłach i to było dobre), albo bardziej oszczędny, czego dowodem jest bodaj najlepszy na albumie utwór "Wyjście" (tu wstaw reminiscencje Kolegi Doriana)- ale tak gdzieś do połowy swego trwania, bo później pojawiają się wkurwiające długie dźwięki, które także zrujnowały piękną perkusyjną pracę w pierwszej części "Przejścia" - daje zaś na luz, ale i na kicz (z Lichenia najwspanialsza jest przecież droga krzyżowa, serio) w drugiej części utworu, który jest zdecydowanie spokojniejszy i ambientalny. Oprócz naprawdę ciekawej pracy dwójki perkusjonistów zastrzygłem uchem wówczas, gdy muzycy zaczęli drzeć mordy, mlaskać, growlować, wydzierać się i implementować ogół dadaistycznego brudu robionego paszczą, co gdyby nie powyższe wady, o których było powyżej mogłoby dawać się porównać z czołówką polskiego intuicyjnego  free improv (Lounge Ryszards, Martwy Chłopczyk [przechuje], Pokusa).

A tak to jest tylko potencjał, gdyby Chryste Panie było osobą, to wyraziłbym zdanie, że zdolny, ale leniwy - i ni to inwektywa, ni to pochwała, a tyle samo nadziei na kolejne dobre płyty, co rozczarowania płynącego z tego pierwszego nagrania.

Chryste Panie
s/t
12 maj 2017
Plaża Zachodnia



środa, 21 czerwca 2017

Nikt Nic Nie Wie - wybór wydawnictw



Gdy Instant Classic reedytowało legendarną płytę szczecińskiego Krzycz o tytule "Trauma" Bartek Chaciński napisał na swoim blogu o tym, że pierwotnie materiał ten został wydany przez legendarną wytwórnię Nikt Nic Nie Wie. Wówczas zacząłem zastanawiać się nad tym, na czym ta legenda miałaby polegać. Niewątpliwie jest to najstarsza najdłużej i nieprzerwanie działająca niezależna oficyna wydawnicza, działająca nawet dłużej od Anteny Krzyku. Z pewnością niesamowite jest to, że przez wiele lat NNNW z siedzibą w królewskim mieście Nowym Targu był głównym wydawcą punk rocka na kraj nie odchodząc na krok od stołecznego QQRYQ, wydając także zagranicznych artystów. Utowarowienie kultury buntu i duże zdolności dystrybucyjne tychże towarów wyraża się zarówno we wszędobylskich tytułach, które walają się po rynku wtórnym obiegu nośników, a także po imponującym katalogu nowotarskiej wytwórni. Czy zatem także katalog jako całość obrósł legendą na miarę nieodżałowanego Obuha? Myślę, że nie za bardzo. NNNW, o ile obecnie cokolwiek wydaje, znajduje się poniżej mediany oczekiwań, jedyną rzeczą, dla której śledzę obecnie katalog tej wytwórni są reedycje. 

Spośród około 200 tytułów wydanych przez oficynę znalazło się kilka płyt wybitnych lub/i intrygujących - z pewnością zaś były to tytuły, które odbiegały od głównego rdzenia wydawanych przez Nikt Nic Nie Wie tytułów. Poniższe zestawienie nie uwzględnia jakiejś szczegółowej systematyki, kolejność tytułów nie ma większego znaczenia.

1. Krzycz, "Trauma", 1998.
Abberacja, błąd systemu, zespół odszczepieniec  - tym musiało być Krzycz w swoim czasie. U nas w kraju nie grał tak nikt albo grało niewielu. Być może w jedynie Krain czy Dump umiały wyjść poza punk rockowe ciepełko - swoją drogą tak, jak nie dziwię się bece z polskiego reggae, tak zdumiewa mnie brak memów z polskim punkiem. Krzycz ustępowało, posługując się metodologią krytyki muzycznej lat '90, która musiała legitymizować byt polskich kapel takimi paralelami, zachodnim kapelom, jednak jako jedna z niewielu grup zachodnie grupy skutecznie doganiało. W owym czasie popularne granie post-hardcore i post-metal wyrażające się w twórczości Neurosis, Assassins of God, Fugazi lub mniej popularnego Shellaca znalazło ujście w twórczości szczecińskiej grupy. Progresywne formy, ostre cięcia motorycznej sekcji dętej,  a do tego obłąkańcze, screamowe wokale Iwanika sprawiały, że grupa wytwarzała ciężką, nieznośnie nieprzystającą do katalogu NNNW aurę.



2. Janusz Reichel/Guernica Y Luno, "Abyś wiedział, że nigdy nie przegrasz", 1995.
O Guernice Y Luno powiedziano już zbyt wiele, dla mnie zespół ten, choć legendarny, muzycznie był dosyć wsobny. Bardziej interesująca jest postać Janusza Reichela, który próbował zrobić rzecz niebywale pokrętną, a swoją sławę zawdzięcza estetyce, która nie mogła znaleźć zbyt wielkiego fandomu. Minimalistyczny songwriting z niczym więcej jak tylko gitarą akustyczną to próba wejścia w buty ni to folkowego revivalu, którego dziećmi byli śpiewający kontestatorzy w postaci Boba Dylana, Joan Baez, Pete'a Seegera czy Neil Younga, ni to Jacka Kaczmarskiego, na którego otwarcie Janusz Reichel się powołuje. Janusz Reichel ze swoimi akustycznymi balladami, które ani nie zachwycają przenikliwością myśli, wdzięcznością frazy, a nawet chwytliwymi zingerami zatracił poczucie czasu i przestrzeni - Jacek Kaczmarski jest zbrązowionym bardem, którego słucha się zrozumieniem tak często, jak czyta się encykliki Papieża-Polaka, a folkowy revival był nam zbyt odległy kontekstowo i kulturowo by zakorzenić się tu na dobre (wspomnę tylko o tym, że swego czasu polską Joan Baez śpiewającą przekłady Dylana była zasadzona w środku peerelowskiego przemysłu rozrywkowego młodziutka Maryla Rodowicz - cóż za ironia). Niemniej ta ślepa i głupia odwaga, tyle samo wsobna co osobna, jest na niezwykle intrygująca. Na tyle, że w ubiegłym roku Pasażer wydał pierwszy self title Reichla na winylu pt. "Pierwsza kaseta na płycie". A poza tym mam osobisty sentyment do Reichela, jako tego, który napisał chyba najbardziej rasistowski tekst w piosence, które miała być antyrasistowska, co mnie za każdym razem bawi:
I choć mój Bóg jest żydowski, 
mój nos jest całkiem normalny



3.Ewa Braun, "Love, Peace, Noise", 1994, "Esion", 1996.
Obie płyty doczekały się reedycji w swojej macierzystej wytwórni i obie płyty darzę wielką estymą. Obecnie wszystkie studyjne płyty Ewki doczekały się zasłużonej legendy oraz eleganckich wydań. Miejmy nadzieję, że nigdy zespołowi nie przyjdzie do głowy, żeby zejść na okoliczność jakiegokolwiek koncertu.





4. Sabot, "Vice Versa", 1994.
Sabot to amerykański duet założony w San Francisco w 1988 roku przez Christophera Rankina (bass) oraz Hilarego Bindera (perkusja). Zespół od 1993 roku rezyduje w Czechach, a muzykę którą proponują jest hardcorowe brzmienie, przesterowany i klagnujący bas, jak u paru znanych grup z Amphetamine Reptile oraz nieukrywane ciągoty w stronę jazzowo zorientowanych form. Przede wszystkim instrumentalnie zorientowane numery potwierdzają ogładę muzyków w realizacji wizji, wizja zaś ta może przyprawiać niekiedy o ból zębów, tak jest źle, czasem zaś progresywne formy i instrumentalna sprawność potrafi nie raz zaskoczyć.




5. Crucifix, "Dehumanization", 1994
Kolejny zespół z Kalifornii w tańcu się nie pierdoli, jest szybki, agresywny, niewymyślny, brutalny, dziś zaś to zespół z kategorii klasyka gatunku zaprawianego crustowym brzmieniem. Grupa założona i dowodzona była przez Sothira Phenga, którego rodzina zbiegła spod terroru Czerwonych Khmerów, dziś jak to niegdysiejsze gwiazdy uskutecznia generyczne popierdywania w Proudflesh.




6. Świat Czarownic, "Hokka Hey"
Sami przyznacie, że mariaż punka i reggae to wyjątkowo niekorzystnie dla estetyki, dobrego samopoczucia i psychicznego komfortu połączenie, bo z tego może się zrodzić coś na kształt gównianego ska, Zielone Żabki i te sprawy . Świat Czarownic, którego członkowie to nie byle jakie cienkie lojtasy, które właśnie wypadły sroce spod ogona, tylko Dósiołek z Aliansu, Kozak wydurniający się obecnie w Piżamie Porno oraz Dariusz "Siwy" Siedlok, napierdalacz perkusyjny. "Hokka Hey" Świata Czarownic łączy te światy w najlepszy możliwy sposób, może nie aż tak dobrze jak robił to R.A.P albo Izrael (btw, Brylewski był miksował i masterował niniejszą płytę), ale jednak nadal jest to absolutnie słuchalne, po pomiędzy surowym napierdolem, gra znośna imitacja roots reggae znana z Kultury lub Ras Luty, doprawiona niesamowitymi dubowymi echami.




7. Hiatus, "El Sueno De La Razon Produce Monstruos", 1995
Belgijski Hiatus wydał w NNNW jeszcze jedną płytę "From Resignition.... To Revolt", ale ta wydaje mi się być cięższa i bardziej agresywna, bo taki też powinien być crust.



8. Usta Syracha, "Kamieniowanie Miastożyja", 1995
Kolejne polskie reggae, słuchając którego zastanawiam się nad dwoma rzeczami: dlaczego, choć to polskie reggae, ten album jest tak dobrze wyprodukowany, po drugie, dlaczego zespół ten nie ma choć jednego przeboju na miarę Daabu, który byłby wałkowany w Trójce przy okazji Polskiego Topu Wszechczasów. Wybaczcie zatem za chwilę uczciwości i słabości zarazem - choć ja się na popowej muzyce nie znam kompletnie, to "Kamieniowanie Miastożyja" brzmi tak jakby miało być "Sunshine Reggae" do słuchania przy tłustym grillu i zimnym piwku. A te kosmiczne syntezatory wypełniające tła sprowadzają na cały album niepokojącego, New Age'owego ducha.






9. Homomilitia. "Twoje ciało - twój wybór", 1996.
To jest ten jeden z niewielu bardzo znanych, starych hc punkowych zespołów, których słucham bez żenady także dzisiaj. Crassowa prowieniencja jednego z bardziej znanych anarcho-queerowych składów wzmocniona jest przez to, że członkowie grupy grali wcześniej w pionierskim dla krajowego grindcore'a Toxic Bonkers.





10. Rhythm Activism, "Blood and Mud", 1996. 
Założony w Montrealu Rhytm Activism sam siebie określał jako "rock 'n rollowy kabaret" w swoim podstawowym składzie liczył 4 członków, na okoliczność niektórych występów było ich przeszło 50, wliczając innych muzyków, żonglerów, tancerzy i akrobatów. Muzyka kolektywu wykraczała dalece poza punkową ortodoksję, eksponując sekcje dętą i skrzypcowe popisy założyciela grupy Normana Nawrockiego, wpływy latoamerykańskiej i żydowskiej tradycji muzycznej, tworząc swoiste world music skupione tekstowo wokół spraw związanych z niesprawiedliwością i emancypacją od tejże. Kaseta "Blood and Mud" była dodatkowo dedykowana meksykańskim zapatystom.
 


11. The Thing, "Rudder", 1997.
The Thing to trójmiejski zespół, który nie doczekał się zasłużonej legendy. Grupa ta w swoim czasie była tak dobra jak Ścianka, grała jak Slint i Rapeman jednocześnie, eksponując nienaturalnie wybijające się ponad inne dźwięki obrzydliwie przesterowany wokal. Jedna z najlepszych nieodkrytych i bardzo mało znanych rzeczy wydanych w NNNW.




12. Tissura Ani, "I don't know", 1999.
Jest to jedyna płyta tej znakomitej, noise punkowej formacji, której członkowie grali później w jazz rockowej Potty Umbrelli. Dziwaczna to płyta, niemogąca poradzić sobie ze swoimi ciągatami w stronę totalnego kurwa rozpierdolu, a między potrzebą wykazania, że, patrzcie, umiemy grać, widzicie, ładnie nam to wychodzi, jesteśmy zdolni, elo. 



13. La Aferra, "Miłość", 1999.
Zdecydowanie najlepsza płyta kaliskiej La Aferry w ubiegłym roku miała także swoją winylową reedycję. Ciężki, smutny, zimny, spowolniony hc w wykonaniu La Aferry był czymś wyróżniającym się na tle rodzimej sceny, a do tego piękna okładka, wyjęta żywcem z Cold Meat Industry.






14. 19 wiosen, "11 zim", 2004.
Zdecydowanie jest to zbyt dobra płyta, jak na ten label. Koniec, kropka.


15. Inkwizycja, "Na własne podobieństwo", 1991.
Expert to przechuj, a Inkwizycja była zajebistym zespołem. "Na własne podobieństwo..." musiało rozpierdalać wtedy, rozpierdala i dziś. Frazy Experta ciągle są ciekawe, szybkość i bezwzględność materiału muzycznego zawartego na debiucie grupy wyprzedzała umiejętności obsługi instrumentów to fakt, jednak żarliwość gniewu rekompensuje technicznie niedoróbki. Jak uda się wam gdzieś zdobyć niezmasterowany winyl "Na własne podobieństwo", wówczas zrozumiecie, o co mi chodzi. Remaster z 2014 może i technologicznie jest nieco lepszy, jednak to surowość pierwszego wydania przemyca prawdziwy Weltschmerz transformacji, o którym jest ten album.



wtorek, 13 czerwca 2017

Jak nie obrazić paru punków i nie zmienić przy tym świata

Bardzo ładna okładka, naprawdę śliczna. źródło: https://siksa.bandcamp.com/album/punk-ist-tot

To będzie post o tym, że poszedłem na punkowy fest, po to, żeby narzekać na to, że grali tam hardcore punka. A także o tym, dlaczego Siksa, wbrew rozczulająco upartej protekcji Jarka Szubrychta, jest chujowa chociaż to tak naprawdę tylko jedna z figur czczego zaangażowania.

Część pierwsza: jak nie obrazić paru punków

Ambiwalentne uczucia jakim darzę wydarzający się w mojej okolicy rok rocznie Ferment Fest w Nowym Targu nie sposób porównać do czegokolwiek innego. Festiwal ten stara się, za każdym jebanym razem, osiągać kompromis między graniem ciekawym, a graniem generycznym - najczęściej zaś jest to kompromis zgniły, gdzie okołopunkowym eksperymentom towarzyszą hc punkowe ekstrementa. Jeśli chodzi o tegoroczną edycję wydarzenia oś między graniem fajnym i graniem niefajnym wyznaczała kalendarz - pierwszego dnia mieliśmy do czynienia z wybitnie zróżnicowanym line-upem, drugiego dnia zaś line-up zdawał się być adresowany do podtatusiałych dziadów lubujących się w estetyce Epitath Records. Z przyrodzonej łagodności nie wspomnę zatem ani o jednym zespole (wyróżniała się tu nieco na plus Baraka Face Junta,, choć dupy nie urwała), ani o jednym koncercie z drugiego dnia festu - chociaż oknem na drugi dzień mógł być występ bielskiego Mooncheese'u, który reprezentował muzakowo-melodyjny hc z ładnie dozowaną poprawnością polityczną i zgrabnym parytetem płci w zespole, przystojnym szołmenem za perkusją, pięknym jak z żurnala - toż to zespół w sam raz, żeby nikogo nie zgorszyć na rodzinnym festynie albo stanowić odpowiednią dźwiękową tapetę do pokazów próżności na tattoo konwencie. Właśnie podczas tego koncertu uświadomiłem sobie, dlaczego tak bardzo punkowe u swego zarania Nagrobki nie chcą mieć z tym gatunkiem nic wspólnego.

Rzućmy jednak wszystko, co złe - bo tego dnia zagrały także zespoły wybitne. Otwierający fest krakowski Torpur był najpewniej najlepszym, co mogło spotkać tegoroczny Ferment - być może przez nie-pozorny eskapizm wyłamujący się, przynajmniej przez semantykę słowa harczanego, punkowemu idiomowi. Jeśli gdziekolwiek w tym kraju możemy szukać egzemplifikacji godnościowej dialektyki "wstawania z kolan", to na pewno znajdziemy ją w mocnej reprezentacji krajowego noise punka. Sierść, Melisa, Złota Jesień, Ugory, nieodżałowana Norymberga, reedytowane niedawno Pustostany, a od niedawna także Torpur - to ciągle niewiele, jak na tak duży kraj, jednak miejmy nadzieję, że to straż przednia dobrych zmian. Torpur zatopiony w absurdalnym anturażu, bliski szwarccharakterom kreskówek i gier komputerowych, prezentuje amalgamat shoegaze'u, grindcore'u, surfu (Kasieciarz, dobry zepsół, polecam) i estetyki wytwórni Jimmy, dla której krakowskie trio dało nawet utwór na jedną ze składanek. Atakując ścianą nienawistnych dźwięków Torpur nie zapomina o nieodłącznym poczuciu humoru - katartyczne doświadczenie hałasu doskonale współgra ze goblinimi harcami - bo elfy to jebane kurwy som.

Kolejnym faworytem tego wieczoru był występ Pochwalone - w moim przypadku spowodowane było to przede wszystkim różnicą między tym, co prezentował zespół na jedynej swej płycie "Czarny War", gdzie sporą rolę odgrywały stare instrumenty ludowe, a surowymi, scenicznymi aranżacjami rozpisanymi na rytmiczną maszynę złożoną z perkusji (Dominika Korzeniecka), basu (Małgorzata Tekiel) oraz głosu Niki. Nie muszę chyba dodawać, że ta druga odsłona supergrupy podoba mi się znacznie bardziej, niż ta folk punkowa. Funkowy groove mieszał się tu z d-beatowym napierdolem, co jest było przede wszystkim zasługą perkusistki, która ze swoją grą bardzo przypomina Brada Wilka. Choć do Pochwalonych podchodziłem jak pies do jeża, to bardzo pozytywnie mnie ten koncert zaskoczył - podobnież było z Alles, który jako zespół nagrywający jawił mi się jako nieobecna na polskim muzycznym grajdole kopia zaangażowanego EBMu/industrialu spod znaków Borghesii, Laibacha, Frontu 242, RAFu i Siekiery. Mimo tych zacnych skojarzeń nie oddałbym niepodległości za zbyt wiele chwil spędzonych na słuchaniu "Culture" - jednak za doświadczenie koncertowe oddałbym wiele. Pochwalone w wydaniu studyjnym naginają tradycyjne instrumentacje do punkowego rytmu - Alles zaś jawi się jako zespół pieśni i tańca rekonstruujący nie dziwiącą nikogo dekonstrukcję znaczeń w łączeniu teutońskich rytmów, z powierzchownym fetyszyzowaniem totalitarnej scenografii oraz tanecznego elektro. Lecz nic to, wszak zabawa była przednia - i choć już niewiele osób z publiczności dotrzymało towarzystwa zespołowi, to nie była to absolutnie wina Alles, jak już coś należy to te czynniki, które doprowadziły do absurdalnego, niemal dwugodzinnego poślizgu względem listy czasu.



A i jeszcze Siksa grała.

Część druga: jak nie zmieniać świata

Na okoliczność występu Siksy udałem się na kebaba, wróciłem do lokalu po pół godzinie jednak okazało się, że akurat organizacja zaliczyła parę niespodziewanych zwrotów akcji, także znalazłem się na Siksie - i tak duet, o którym pisać nigdy bym nie chciał stał się moim nemezis. Przywykłem do tego, że niemal natychmiastowo dokonuję transkrypcji swoich doświadczeń - lecz tutaj będzie mi trudniej niż zazwyczaj, zważywszy na to, że formacja cieszy się zadziwiającą mnie estymą, także wśród ludzi, których szanuję. Jeszcze tylko jeden głęboki wdech i śmielej.

Naturalne jest, że Siksę należy rozumieć w kontekście muzycznym, bo po pierwsze nagrywa materiały dźwiękowe wydawane na powszechnie znanych i uznanych nośnikach muzycznych (trzy tytuły na CC, jeden split na winylowej siódemce, jeden na dyskietce oraz jeden materiał audio-video na VHSie), a występuje przede wszystkim w przestrzeniach koncertowych. Podkreślałem to już u siebie wielokrotnie i powtórzę po raz wtóry - jeśli muzyczny zapis performensu. ścieżka dźwiękowa spektaklu/wystawy/filmu itp. pojawia się w formie materiału muzycznego, wówczas powinien być on oceniany podług prawideł krytyki muzycznej. Taktycznie Siksa tworzy zaporę z antykrytycznego teflonu, aby przypadkiem krytyka muzyczna jej nie ruszyła. W wywiadzie dla Gazety Magnetofonowej (rozmowę prowadził red. nacz. Szubrycht) duet mówi, mówienie, że Siksa jest chujowa, że to gówniana muzyka jest najprostsze. To banał, bo przecież sami się wystawiamy. W ogóle nas to nie dotyka, bo kategorie estetyczne przydatne do oceniania muzyki nie mają tu po prostu zastosowania [podkreślenie Kultura Staroci]. Owszem, mają, bo jak już wykazałem, a nie było to wcale trudne - Siksa jest projektem muzycznym, który, o tempora, o mores! posługuje się, zupełnie tak jak inne projekty występujące na scenie, sztuką performensu (performować, to przecież występować, dawg) oraz sztuką manifestu oralnego mającego ponad 500 letnią historię (historia manifestu w sztuce dźwięku została zgrabnie przedstawiona przez Antka Michnika we wstępniaku do Glissanda poświęconego momentom zbieżnych estetyki i polityki). Wijąca się Alex z Siksy, temporalnie deformująca swój głos i ciało, wychodząc poza narzucone sceniczne oraz codzienne potoczne role, zawłaszczająca scenę, wywalająca czwartą ścianę, poruszająca trudne tematy - wszechwładzę patriarchatu, kościoła i władzy politycznej do rytmu wykuwanego przez monotonny, radykalny no wave Piotra, z którego zostaje tylko nieme no - czy gdzieś już tego nie było, czy radykalne wypowiedzi polityczne nie odnajdywały przypadkiem kiedykolwiek ciekawszych form - odpowiadam, że było, że to nic nowego i wzruszam ramiona na wspomnienie o tej nudzie czającej się w tej brzydocie. Nie mam nic przeciwko obskurantyzmowi i estetyzowaniu tegoż, co próbuje usilnie Siksa, subwersje, transgresje i dekonstrukcje to wielki walor dzieł, nie mam także problemu z lewactwem, bo w tym spektrum wartości tkwię po uszy. Mam problem z tym, gdy przekaz artystyczny ma kiepską wartość samą w sobie, a jego istota jest szwindlem nie prowadzącym do żadnej zmiany, lecz nie-działaniem usypiającym sumienia bojowników o lepszy świat.

Figurą, którą Siksa samozdemaskowała swoją niemoc był cytat z "Hymnu miłości" Guernici Y Luno, którym obszczekała publiczność. W wyżej przytoczonym wywiadzie dla Magnetofonowej Siksa przyznaje, że Guernica Y Luno w swoim czasie także mogła być uznawana za niezłe gówno, wszak muzycznie nie odstępowała od mediany punkowej estetyki oraz semantyki zarówno słowa jak i dźwięku. To co stawiało GYL ponad inne zespoły była plotka o tym, że członkowie zespołu wyjechali w zamorskie kraje podejmować walkę nie tyle polityczną, lecz zbrojną. Zespół muzyczny śpiewający o polityce, czyli o permanementej zmianie makrorzeczywistości, wykroczył poza rolę artysty, stał się organizacją polityczną - przynajmniej w zbiorowej wyobraźni. Jednym z największych kłamstw, tak pięknie kanalizujących szczerą chęć zaangażowania jest przekonanie, że mówienie śpiewanie, performowanie w zamkniętych przestrzeniach klubowych, koncertowych, skłotowych, wśród ludzi podzielających wspólnotę myśli i wartości jest jednoznaczne z działaniem. Że zawsze prywatne jest publiczne, czyli polityczne, a słowa jakimi się posługujemy w dyskursie publicznym mają siłę zmiany świadomości, a przez to rzeczywistości. Że władza nie istnieje tam, gdzie są gmachy, urzędy, wybieralno-obieralni reprezentanci, lecz że władza jest rozproszona, a najlepiej wyrażona w figurze męża-pana domu-gwałciciela. Ja wiem, że plwam do własnego gniazda w myśl tego niby śmiesznego obrazka, ale to kalanie wynikłe z troski, żeby estetycznie i intelektualnie lewica nie została oddana Jasiowi Kapeli, Dominice Dymińskiej, Siksie, Doktorowi Misio czy Przemkowi Guldzie - i żeby literacko-muzyczne estetyzowanie swoich przekonań nie zastąpiło podejmowania działań. Władza polityczna w tym kraju nie blokuje ludziom ust, każdy ciągle może mówić co chce, nawet wbrew odebranej subwencji na wydawanie paru pism, mało kto pacyfikuje niezależne duety łączące zaangażowany spoken word w punkowym basowaniem, dlatego, że nie ma to znaczenia dla podejmowania zmian, bo zmiany może podejmować tylko naga, przemocowa władza realizująca Realpolitik - albo ci, którzy wiedzą, gdzie ta władza realnie się znajduje.

Czyż, kolejną figurą tak bardzo konkretną i tak bardzo przerażającą, konfrontacji ponadznaczeniowej władzy, czyli możności zmuszenia kogoś do tego, czego ty by ten ktoś nie zrobił, gdyby ta władza na niego nie napierała, przytoczenie w performensie Siksy był "psalm" znany pod roboczym tytułem Mariusz, wracaj do domu. W tekście tym (w tekście źródłowym rzecz jasna, choć tu muszę Siksie przyznać honor, że choć w swoim performensie słowa te mocno a skutecznie wykoślawiła, a jego memiczna właściwość wzbudziła heheszki publiczności, co już jednak spostrzeżeniem zbyt wesołym nie jest) wyraża się magiczna, performatywna funkcja języka,  tak jakby oświecenie nigdy nie nastąpiło i wystarczyło abracadabra do sprowadzenia stanów pożądanych. Na szczęście życzenia nie spełniają się tak szybko, nie wszystkie modlitwy dochodzą bożego ucha, nie wszystkie piosenki poruszą milionowe serca i gardła, bo i status niezależnego artysty jest częściej statusem środowisko-towarzyskim niż publiczno-społeczno-politycznym.

Zdecydowanie więcej odwagi w kampowym, obskuranckim, brutalnym rozprawianiu się ze skostniałymi dyskursami widzę w ADU. Kiedyś kręciłem z Ady Karczmarczyk bekę, kiedyś podpisałbym się pod przekonaniem, że oto środowiska hipster prawicy W KOŃCU znalazły w krajowym, ateistyczno-liberalno-lewicowym world arcie swojego jedynego agenta, który nie dość, że wystawia się w galeriach sztuki, to jeszcze jest w stanie przyciągnąć sporą publiczność na YouTubie. Siksa na swoim peju podkreśla, że te punki to szare i nudne są i zachęca, żeby było ładniej i kolorowiej, tylko, że sama jest jednowymiarowo-przewidywalna, znajdującą w spektrum skuteczności tam, gdzie pojawiają się hasztagi #resist i nie ma subwersywnej mocy ADU, która zmusza choć trochę do myślenia. Jeśli więc nie mamy ochotę na konfrontację z nagą przemocą nurzając się w słowach mających podobno niszczyć przemoc symboliczną, lecz tylko szukamy intelektualnego wrzenia własnego ciała, szukajmy jej poza strefami komfortu, które zbudowaliśmy wokół wartości estetycznych i etycznych, szukajmy ich na obrzeżach, szukajmy poza zinternalizowanymi estetykami i etykami. W innym przypadku nie podejmujemy nawet wysiłku w walce o hegemonię między dyskursami, lecz powolnie rozkładamy się w sosie własnym, gdzie puste znaczące pojęcia zastępowane są przez ich synonimy. Siksa jest zupełnie chłodna, a wrzenie, które w okół niej powstało jest tylko dowodem degrengolady środowisk spod znaku chęci sprowadzenia w życiu doczesnym Królestwa Bożego, które szukają kogoś na miarę ADU, a czego nie można znaleźć. W tej perspektywie najgorszą konstatacją na temat Siksy jest to, że jej względna popularność to wynik stosowania niekoniecznie ukrywanej dyskryminacji pozytywnej, a głosy usiłujące bronić wartość estetyczną Siksy warunkowane są wyznawanymi przez nią wartościami.

Idę zatem słuchać Kurwsów, mają fajną muzykę, ładne okładki, świetną nazwę (Siksa też ma, btw), lecz zazwyczaj nie śpiewają nic, tylko wymownie milczą - a wiadomo, że nie grają o niczym. Albo Ukrytych Zalet Systemu, bo ich teksty, choć tak bardzo staroświecko-aktualne, to jednak momentami błyszczą poetycką wrazą (Siksa, beka z Świetlickiego, tu jesteśmy razem w komunii myśli, elo).  Marszałka Piłsudskiego, bo lubię wielkich, brodatych, mężczyzn, z wyglądu seksisty, z przekonań chuj wie kogo. Albo milczącego radykalizmu nojzowych ścian Eurydyki.

Nie odmawiam Siksie robienia tego, co robi, wszak parafrazując Łonę "od chujowego punka jeszcze nikt nie umarł". Niemniej od tego punka nie świat się wkrótce nijak nie zmieni.

środa, 10 maja 2017

TO NIE JEST YASS, Nagrobki, "Granit"


Nagrobki, "Granit", źródło: własne.


CZYTAJ TAKŻE NA KULTURZE STAROCI:
Wywiad z Adamem Witkowskim  
Recenzję płyty Nagrobków "Stan Prac"
Recenzję płyty Wolności 
Recenzję płyty Adam Witkowski + Michał Miegoń, How not to play guitars and other instruments"
Big bit nie jest taki zły - wybór piosenek

Bo jak muzyka 
To dżez
Dżez 
W dobrym tonie jest
Ale smooth 
Nie tam jakaś awangarda
Marek Niedźwiecki
W sobotę przed południem
Lionel Ritchie 
Basia Trzetrzelewska
Ambitny pop
Ni w pizdę ni w oko
Ambitny pop i dżez, wiesz.
Marszałek Pizdudski One Man Band, Łonna Bi, 2015

Gdy jazz stał się symbolem stabilizacji i bezruchu intelektualnego klasy średniej, przyszedł podobno yass, który wyjebał drzwi, wkurwił paru frajerów, a z czasem nagrał kilka zupełnie grzecznych jazzowych płyt, po czym zniknął, by następnie dać się ozłocić, zbrązowieć, opisać, opracować, a nawet i zmonetyzować. Gdy z paru źródeł dowiedziałem się, że Nagrobki restytuują yass w Polsce, podniosłem wysoko brwi, bo na szyderstwo nie miałem w tamtym momencie żadnych możliwości. Okazało się, że szydzić nie ma z czego, bo mówienie o duecie Witkowski-Salamon jako o yassowcach to przestrzelenie z zachwytami i koleżeńska nadinterpretacja. Bo Nagrobkom jak już coś bliżej do schyłkowego, krajowego big-bitu i jego ech i antyech wybrzmiewających w muzyce młodzieżowej aż do lat '90 - choć jednocześnie uspokajam, że podobieństw z retromanicznymi popierdywaniami Ani Rusowicz na "Granicie" nie znajdę.

Udział w sesji nagraniowej Mikołaja Trzaski i Ola Walickiego, muzyków zasłużonych dla yassu, nie należy uznawać za okoliczność łagodzącą w pleceniu andronów o Nagrobkowej yassowości. Ten kto tak twierdzi, nie uznaje jednak, że "Granit" podążając drogą postępu wyznaczoną przez poprzedni "Stan Prac" to album producencki, jak na polską muzykę niezależną bardzo imponujący pod względem featuringów. Paralela z późnym big bitem, który często zatrudniał znakomitych jazzmanów do wykonania aranży, skomponowania piosenek, poprowadzenia orkiestry albo po prostu do dogrania solówki jest aż nazbyt widoczna. Czesław Bartkowski, czy Zbigniew Namysłowski wspierali Czesława Niemena. Tak jak Olo Walicki jest "honorowym" członkiem Nagrobków, tak Włodzimierz Nahorny był członkiem "honorowym" członkiem Breakoutu. Przykładów by można było mnożyć, nie zapominajmy jednak, że Nagrobki to przede wszystkim duet, który bez Trzaski, bunia, Ziętka, Walickiego, Pawlaka zostawia nagich Salamona i Witkowskiego. Gitarę, perksuję i śpiew. I syntezatory, dobre jak chleb.

Otwierający album "Co z nami będzie" zaczyna się od "rycerskich" chórów Trubadurów i Skaldów, by przejść do wyjebanego jak sto dwa, kulawego big bit funku w stylu EPki Maciej Kossowskiego "Z Cyganami w świat" albo "Malowanego dymu" Skaldów po raz drugi, czy absurdalnego ciężaru Niebiesko-Czarnych z EPki "Here We Go Again" Reminiscencje synth big bit punka w wykonaniu 19 wiosen wyłażą z z dziur "To był tylko cień" (chyba moja ulubiona piosenka z płyty), który zaczyna się jakby zaraz miało zaraz zagrać Ride, leci dalej, jakby wstali z grobu Pudelsi z "Psychopopem" - choć do łódzkiej formacji wspomnianej na początku zdania Nagrobkom daleko lirycznie, o czym będę szkalował poniżej. Zaskakująco jest mało na tej płycie szlagierowych evergreenów, którymi szczelnie wypełniony był "Stan Prac" - przebojowość, poza "Nie chcę myśleć o śmierci" i "Co z nami będzie" została amputowana na rzecz patosu w kolorze dark. W "Matce jedynej" ambientowo zorientowane zewy ech i dileyów są w istocie tłem dla klarnetowych popisów (tu Adam udowadnia, że w końcu nauczył się grać na swojej perkusji, podbierając maniery perkusyjne od Krzysztofa Topolskiego, z którym gra w Wolności). Nie sposób nie wspomnieć o eksperymentalnych momentach płyty, jak o niemal w całości improwizowanym "Testamencie moim", swingu, który towarzyszy quasi-free jazzowemu interludium w "Co z nami będzie". Osobliwością jest "Nekropolo (2017)" z uderzeniami elektronicznego metronomu. Gdy filolog E.A. Sonnenschein odpowiadał na pytanie czym jest rytm następującymi słowy:
Rytm jest tą właściwością ciągu zdarzeń zachodzących w czasie, która w umyśle obserwatora wywołuje wrażenie proporcji między czasami trwania różnych zdarzeń bądź grup zdarzeń, z jakich ciąg się składa
nie przewidział zapewne jak brutalnie rozprawią się z jego słowy Nagrobki stawiając ponad wyobraźnię rytmu elektronicznego mordercę, Metronom, który wymierza sprawiedliwość wcześniej pobudzonej wyobraźni niczym Sędzia Dread. Gdyby ten metronom milczał, być może początek byłby bardziej ludowy, poddany rytmowi wspierających się nawzajem muzyków, podporządkowany właściwościom słowa. Co by jednak nie gadać, to fajny numer, czarny panie daj mi siłę, żeby zdzierżyć to słodkie perkusyjne przejście, te tomy pod lekką ręką Adama nie bębnią, one śpiewają.

Co do śpiewu - bardzo doceniam to, że Nagrobki zdzierają sobie gardła w refrenach, że brawurowo aranżują wokale i wokalizy, że wykorzystują techniki od darcia mordy do ględzenia pod nosem. To będzie brzmiało jak szkalunek (on będzie za chwilę, cierpliwości), ale jak ja uwielbiam manierę wokalną Maćka Salamona, to ja nawet nie. Gdy Maciek zapytuje w "Testamencie moim" Adama, Po-wiedz A-dam, gdzie by-łeś wczo-raj oczami wyobraźni widzę jak przy każdej dukanej sylabie porusza rytmicznie głową tak, jak gibają się dzieci w podstawówce wykrzykując na widok wchodzącej do klasy Pani, DZIEŃ-DO-BRY-PRO-SZĘ-PA-NI. No nie wytrzymie. Z drugiej strony za skomplikowaniem warstwy dźwiękowej brak rozwoju lirycznego jawi się jako wstecznictwo. Gdy usłyszałem, że komuś się zaloopowała jakaś myśl, to moja na moją twarz wstąpił gorzki heavy distortion. Naturszczykostwo tekstów piosenek, ich naiwność prostych rytmów i rymów - w tym nie widzę ujmy, wszak "Stan Prac" lirycznie prosty, zachwycał (Nie mam ci dzisiaj nic do powiedzenia, ani dzień dobry ani do widzenia - mistrzostwo, czyż nie?). Mimo oczywistego wykurwu refrenu "Testament mój" (toż to cysty big bit:  sylaba, werbel, akord, hi hat - wszystko na raz) krzywię się słysząc o tym, że chcę-być-skre-mo-wa-ny-a-nie-po-ch-wa-ny - zupełnie tak jakbym słyszał chło-pak-dziew-czy-na-nor-ma-lna-ro-dzina, choć już nie Antifa - łowcy hifa - to ostatnie hasło zaskakuje niespodziewaną synkopowaną frazą, której Nagrobkom brakuje. A o czym Nagrobki śpiewają? Chciałbym znaleźć na to odpowiedź, dużo jednak jest tu wątków autotematycznych, bądź okrągłych eufemizmów. Znalazł się nawet autocytat z piosenki "Chujowa piosenka" Pustostanów (efemeryda Kurws + Maciek Salamon), za który bardzo dziękuję. I w tym także wyraża sie bigbitowość Nagrobków - kanciasta fraza Franciszka Walickiego, piszącego teksty jako Jacek Grań jest nierozłącznym elementem dojrzałej fazy tego gatunku.

Nie zrozumcie, że Nagrobki przyjmuję gorzko, a cierpko - to ciągle znakomita płyta, więc zakończę ją jeszcze jednym spostrzeżeniem. Ostatni utwór na "Stanie Prac" był monumentalny "Dla Grzesia", ze znakomitą liryczną trawestacją? subwersją? utworu Marka Grechuty "Będziesz moją panią", okazał się być także bardziej powinowaty z następną płytą duetu, niż z płytą swego pochodzenia. Chcąc zachować logiczny ciąg rozważań i zdobywając się brawurową predykcję spoglądam na ostatni utwór na "Granicie", jakim jest "Nie będzie już nic". Jezusie Nazareński - te syntezatory brzmią tak, jakby to sam Romuald Lipka zostawił najlepsze fragmenty odrzutów z sesji nagraniowych Urszuli Kasprzak, czy Izabeli Trojanowskiej, po czym oddał je Cool Kids of Death - coś czuję, że parę osób redakcji czy to Porcysa, czy to Screenagers na samą myśl takiego crossa bezwiednie by ejakulowało. I ja ejakulowałem, choć nastąpiło to wcześniej, najpóźniej zaś na syntezatorach w piosence "To był tylko cień" - minorowa melodia naciera tam na nerwowe tremola - ni to italo disco, ni to wczesne Pere Ubu. Widać padło Nagrobkom na podświadomość, gdy grali w Zakopanem w klubie Granit (sic!), na tle ścianki ledowej, gdzie mogli poczuć się Ewa Kuklińska na okładce "Boutique Disco". Powróciwszy jednak do ostatniego kawałka na ostatniej płycie [wytłuszczenie K.S.] chciałbym wierzyć, że syntezatory będą miały swój większy udział w kolejnym longu Nagrobków - o ile ten nastąpi. Powróciwszy zaś to początku recenzji - może dokona się w przypadku Nagrobków taka transformacja, jaką przeszedł cytowany Marszałek Pizduski (btw, Marszałek grał big bit w retromanicznych Pomorzanach) od surowego bluesa na rzecz syntezatorowego post-punka.

A zresztą i tak chuj - bo co z nimi będzie, pokaże czas.  Elo.

Cytaty i parafrazy, o ile nie wskazano inaczej, pochodzą z tekstów z albumu "Granit"

Nagrobki
"Granit"
BDTA CXL
22 kwietnia 2017