Moim pierwszym i nieodmiennie pozostającym w aktualności skojarzeniem związanym z jedynym długograjem Odrazy jest debiut Inkwizycji. "Na własne podobieństwo" oprócz liryk, które z jednej strony piętnowały zorganizowaną religię i ich wyznawców oraz była jedną z pierwszych straight-edgowych polskich płyt w ogóle (przypomnijmy, że poprzednie wcielenie Inkwizycji - Ustawa o Młodzieży była przypuszczalnie pierwszą polską kapelą sxe) z drugiej zaś ukazywały podwórkowe patologie w bardzo dosłowny sposób . Ex Pert jako tekściarz wychodzi poza prostackie "fuck the system" na rzecz naturalistycznego komentarza. A jak wiadomo nie ma większego zaangażowania, nawet bezstronnego obserwatora i badacza, niż wybranie sobie tematu rozważań. Być może nieco inaczej jest na "Esperalem tkane", która to płyta jest próbą stworzenia blackmetalowego musicalu gdzie dramaturgii liryków podporządkowana jest warstwa muzyczna. I jestem tu absolutnie, kurwa, poważny.
Nie twierdzę, że Odraza jest najlepszą płytą jaką słyszałem w 2014 roku. Ba, wiele momentów "Esperalem tkane" przede wszystkim nieszczególnie ciekawych zapożyczeń (swing w "Goryczy" czy blues w "Progu" - czyżby tytuł wzięty od Tadeusza Nalepy?) cały czas powoduje we mnie ciągle nieoswajalny cringe. Daleki jednak jestem od ortodoksji, bo cieszę się, że są jeszcze hordy poszukujące gdzieś w okolicach Ved Buens Ende. Przede wszystkim zaś jest to metal skrojony na naprzemienne smaganie melancholią i grozą, przy czym jedno zmiękcza umysły, a drugie umiejętnie je kruszy. Niewiele tu doświadczymy darcia ryja o Lucyperze albo przedchrześcijańskich wojach, a groza dotyczy patologii, która nawet nie tyle zdaje się być faktem społecznym, co wręcz spersonifikowanym żywiołem immanentnie zrośniętym z tkanką życia i to życie żrącym. Metal o Szatanie był już śmieszny w czasach gdy Master's Hammer wydawał "Ritual", a absurdalność archetypicznego black metalowego anturażu czescy klasycy zdają się potwierdzać przy okazji promocji tegorocznej płyty "Formulae".
Odraza z "Esperalem tkane" wpisuje się w znane popkulturze przekonanie eksploatowane do porzygu w bajkach o Scooby Doo i dojrzałym Stephenie Kingu, czy w rozważaniach o banalności zła Hanny Arendt albo nagradzanej "Innej duszy" Orbitowskiego, że największa złowieszczość kryje się nie w tam gdzie "piekło, labirynty, diabły", ale jest dostępne w zasięgu ręki, tuż obok w melinie na Starym Podgórzu, gdzie sprzedaje się wódkę pod figurką matki boskiej, gdzie chłopcy zostają złodziejami, a dziewczynki kurwami. Nie chciałbym wychodzić z afrontem wobec recenzentów, którzy do tej pory zmagali się z Odrazą, ale większość tekstów, które do tej pory powstały o "Esperalem tkane" starało się konstytuować ten projekt jako trzymający się blisko metalowej ortodoksji, jakby w przestrachu, że Odraza może okazać się być tylko sezonowym, hipsterskim gównem. W recenzjach tych usprawiedliwiano rzekomą progresywizm kompozycji, czego ja nie odczułem jakoś szczególnie, tym bardziej, że te długie kompozycje mają w miarę przejrzysty charakter ronda lub suity. Nie sposób nie wspomnieć z jaką plastyczną swobodą, przy jednoczesnym dokurwie potraktowano riff w "Tam, gdzie nas nie spotkamy". Główny temat, w iście eksperymentalnym stylu przetwarzany jest przez duet Stawrogin-Priest, którzy próbują wydobyć jak najwięcej afektów z dosyć ograniczonej melodii. Mówiąc we wstępie o musicalowym zacięciu "Esperalem tkane" miałem na myśli tytułowy utwór, w którym słowa koherentne są z muzyką, tworząc parasłuchowiskową formę. Jednocześnie nie jest to płyta mająca usprawiedliwiać swoją black metalową proweniencję i mam wrażenie, że swoboda twórcza, choć momentami męcząca (pompa z całej płyty schodzi mniej więcej po "Cichej 8") jest najważniejszą rzeczą, której się tu można wysłuchać.
Przy całym ciężarze skojarzeń, wpływów, za których ambicje bycia naprawdę dobrymi i plugawymi należy się nagroda w osobnej kategorii "teksty" - "Wielki Mizogin" to wkurw dorównujący swobodzie w bluzgach sławetnym wersom Smarki Smarkiego o "pieroleniu gówna z chuja, kurwa". I choć na samym początku wyraziłem przekonanie, że debiut Odrazy przypomina debiut Inkwizycji, to jednak Odraza nie posiada w sobie ni krzty dydaktyzmu klasyka polskiego hardcore'u, lecz topi się w dekadentyzmie i upadku, traktując brutalną i bezwzględną muzykę, gdzie zmiany tempa i melodii odbywają się w sposób prymitywny, pozbawiony zgrabnych mostków, jako rzecz pogłębiającą gorycz istnienia. Dla takich płyt warto przedłużać sobie dalej ziemskie katusze ciągłego życia, mimo paru wpadek i aranżacyjnych niedorzeczności.
Odraza "Esperalem tkane" Arachnophobia Records ARA004 9 listopada 2014
Współprowadzona przez Joannę Szumacher wytwórnia -Super- jest jednym z najciekawszych polskich microlabeli. Być może dlatego, że dotychczasowe wydawnictwa muzyczne -Super- dotyczą dźwiękowej materii bardzo delikatnej i efemerycznej - nagrania snów, domowych improwizacji przetykanych kuchennymi field recordingami to jedno. Inną twarzą -Super- jest nieodłączny konceptualizm nagrań - to wtedy, gdy słucha się materiału, którego partyturą są plany architektoniczne lub fragmenty dźwiękowo-ruchowych performensów. -Super- wydaje swoje nagrania w niskich kasetowych nakładach, a ich oprawa graficzna - monochromatyczna, naiwna, zatopiona częściej w bieli, niż w czerni sprawia, że nagrania te, nawet na fizycznym nośniku, zdają się być ulotne. Joanna poza prowadzeniem arcyciekawego wydawnictwa zajmuje się również organizacją koncertów (cykl "Byle do wiosny"), a także sama tworzy muzykę (BETON, Smutne Kobiety). W roku Joanna Szumacher wraz z Pawłem Cieślakiem (19 wiosen, 11) zadebiutowała albumem-słuchowiskiem "Kopyta zła".
KULTURA STAROCI: Według mnie -Super- jest wytwórnią, która za swoją domenę bierze obrzeża muzycznych rubieży, nisze, które do tej pory nie znajdywały niszy. Mogłabyś napisać jaka myśl, stoi za -Super-?
JOANNA SZUMACHER: Myślą przewodnią było to, że chcieliśmy razem z Mikołajem Tkaczem wydawać muzykę, której nikt nie chce i nie chciał wydawać. Siłą rzeczy na początku zaczęliśmy wydawać muzykę artystów sztuk wizualnych i ich eksperymenty dźwiękowe, bo jesteśmy związani z tym środowiskiem. Oczywiście wydawanie tylko artystów, czy też zawężanie labelu tylko do tej grupy nas nie interesuje, bo zamykanie się na jakąkolwiek muzykę, czy działania jest bez sensu. Ale masz rację, interesuje nas nisza nad nisze. Mamy wielu znajomych, którzy tworzą różne dźwięki, bardziej lub mniej skomplikowane lub tworzą jakieś sytuacje dźwiękowe, które w moim mniemaniu warto zatrzymać. Niekoniecznie jest to muzyka, ale jak np. w przypadku Gosi Goliszewskiej słowa, które wypowiadała przez sen. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej kasety. Jeśli chodzi o genezę powstania -Super-, to było mniej więcej tak, że szliśmy z Mikołajem Piotrkowską w Łodzi i zastanawialiśmy się, czemu wydaje się tak mało takiej muzyki. Stwierdziliśmy, że skoro nikt nie chce jej wydawać, to my będziemy to robić. I jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Oczywiście trochę to trwało, zanim wydaliśmy pierwszą kasetę, bo na przykład musieliśmy znaleźć miejsce, skąd je kupimy,zastanowić się nad kosztami, wydrukować okładki i tak dalej. Bardzo fajne było to, że mieliśmy wspólny cel, i że nasze pomysły się pokrywały.
Większość nagrań wydawanych przez Super to sztuka mocno osadzona w jakimś koncepcie, mam tu na myśli fragmenty performensów Anny Szwajgier i Zorki Wollny czy Ansicht von Osten. Dlaczego i czy uważasz za sensowne wydawanie nagrań, które stanowią w istocie część całego aktu twórczego, a ich dźwiękowa reprezentacja pomija niedźwiękową i niemuzyczną resztę?
Jeśli chodzi o Ansicht von Osten, to Piotr Tkacz i Hubert Wińczyk grają do planów architektonicznych. My te plany dołączamy do kasety, więc wydaje mi się, że w tym przypadku można powiedzieć , że odbiorcom dostarczamy całość, czyli ich dźwięki i to, co jest inspiracją dla tych dźwięków, czyli plany architektoniczne. Rzeczywiście, jeśli chodzi o Zorkę i Annę, to ich muzyka zazębia się z ruchem. Co do "The Greatest Hits"my z Mikołajem i zresztą same Zorka i Anna zdecydowaliśmy się na wydanie kasety audio, a nie kasety VHS - uważamy, że ta muzyka sama się broni. Oczywiście w tym przypadku działania performatywne są kluczowe i bardzo istotne, ale przecież połową tych performance stanowią dźwięki. To są też kompozycje muzyczne, które są rozpisane, mające partytury, a w tym przypadku partytury graficzne. Moim zdaniem tutaj mogą swobodnie funkcjonować bez obrazu, zresztą istnieją teraz na kasecie. Można tego słuchać bez oglądania strony wizualnej performansu i można sobie wyobrazić, słuchając tych kompozycji, czy wywnioskować na podstawie pojawiających się różnych przypisanych konkretnym działaniom dźwiękom, jak taki performance wygląda. To też ciekawa sytuacja dla odbiorcy, że może popracować ze swoją wyobraźnią.
Z jednej strony wydajecie materiały świadomych kompozytorów/kompozytorek, z drugiej zaś muzycznych/dźwiękowych intuicjonistów. Jest jakaś różnica między współpracą z jednymi lub drugimi? Czy w ogóle uznajesz takie podziały?
Różnic nie ma, wszyscy są bardzo mili. Ja nie uznaję podziałów, chociaż wiem, że są, ale zapewne dość naiwnie chciałabym, żeby ich nie było. Bo ludzie zamykają się wtedy na siebie i muzykę. Naprawdę nie jest racjonalne ograbiać się z części rzeczywistości. Czy ktoś gra na syntezatorze, laptopie czy trąbce - jest mi to obojętne. Grasz tylko na abletonie? Dla mnie super. Tylko na klarnecie? Super. Czy naprawę po Cage'u jest warto się nad tym zastanawiać i tworzyć podziały? Mnie interesuje jedynie wynikowość działań. To, co ktoś jest w stanie zrobić z urządzeniem czy instrumentem, które ma dostępne.
W odniesieniu do Super intryguje mnie jeszcze jedna rzecz, o której jako tako podczas słuchania staram zbytnio nie rozmyślać. Myślę tu o oprawie graficznej waszych kaset. Czy waszym założeniem (tj. twoim i Mikołaja), jako osób wywodzących się z ASP było stworzenie wytwórni, która wydaje kasety spójne pod względem estetyki graficznej/projektowej?
Od początku powstania -Super- zakładaliśmy spójną estetykę naszych kaset. Umówiliśmy się z Mikołajem, że wszystko będzie w skali szarości. Plusem tego rozwiązania są czasami tańsze druki, ale nie to było decydujące. Chcieliśmy, żeby -Super- się wyróżniało i żeby każdy wiedział, że to są właśnie nasze kasety.
Od powstania Super, aż do dzisiaj wydaliście 5 wydawnictw. Czy to przypadek, że parytet płci w katalogu -Super- jest zachowany na bardzo przyzwoitym poziomie?
Z jednej strony to przypadek, a z drugiej bardzo mi na tym zależy, tym bardziej, że jest przecież wiele artystek, które tworzą muzykę - Kasia Justka, Olga Szymula, Martyna Poznańska, Aleksandra Grünholz. Muzykę zaczęła też robić Iza Smelczyńska z Glissando. Fanstastyczną DJ jest DJ Morgiana i na ostatnim Przeglądzie Sztuki SURVIVAL zaprezentowała się super. Jest wiele innych kobiet i dziewcząt. Ponadto muzyka elektroniczna ma przecież silną kobiecą tradycję: Delia Derbyshire, Daphne Oram, Suzanne Ciani, Bebe Barron. Tak uważam, że to ważne żeby wydawać kobiety. Jestem feministką.
Może przejdźmy teraz do twojej twórczości muzycznej. Przyznam, że znając twoje wcześniejsze nagrania (czy to jako w duecie Beton, Smutne Kobiety czy też z różnych nagrań rozproszonych na soundcloudzie) zdziwiłem się, gdy usłyszałem twój albumowy debiut jakim są "Kopyta zła". Innymi słowy wychodzisz z nojzowego eksperymentu na rzecz cokolwiek eksperymentalnego, ale jednak pełnego przepychu wodewilu. Ba! utwory promujące "Kopyta..." to konkretne sztosy na wiksę. Byłbym wdzięczny gdybyś opowiedziała nieco o genezie powstania tej płyty i odniosła się do moich spostrzeżeń.
Chodzi o to, że ja te wszystkie rzeczy traktuję jak projekty. W takim sensie, że wychodzę od pewnego założenia i potem to realizuję sama albo z innymi. Ale najpierw zazwyczaj jest koncept - nie zawsze oczywiście mój, bo są wspólne projekty, w których uczestniczę. W jakimś pomyśle sama lub z innymi określam założenia i ramy tego, co ma być. Jaki ma być rodzaj muzyki, jak to wszystko ma wyglądać. Jaki ma mieć kolor. Dla mnie to zabawa, pewna konwencja, żonglerka formą. Z "Kopytami zła" też tak było. Na początku miałam gotowy plan i projekt. Oczywiście, w toku pracy, jak już się coś robi, plany ulegają przekształceniu, dochodzą nowe elementy, coś się zmienia, ale zawsze na początku jest pewien plan. Przyglądam różnym zjawiskom, biorę je i przekształcam. Można powiedzieć też, że pasuje mi być poza stylem. To też jest jakaś nisza.
Trudno było znaleźć wydawcę tak osobliwego materiału, opartego na dosyć patetycznej historii, która choć w waszej interpretacji jest pełna energii i sił witalnych to bynajmniej nie kończy się happy endem?
Pierwszy label, do którego się zgłosiliśmy, nie chciał wydać "Kopyt". Pewnie ze względu na tę skomplikowaną i dość niejednoznaczną formę, ale przy drugim, czyli Requiem skończyło się, jak wszystkim wiadomo, bardzo dobrze. W creditsach “Kopyt…”widnieje, że ty odpowiadasz za libretto oraz muzykę, a Paweł za samą muzykę. Czy prezentując Pawłowi pomysł na "Kopyta zła" miałaś także pomysły w jakiej muzycznej/dźwiękowej formie zawrzeć tę bajkę?
Przede wszystkim nie chciałam, żeby to było smutne, bo ja mam jakąś naturalną skłonność do robienia ze wszystkiego takiego ciężaru, że samą mnie potem to aż zawstydza. Wszystko robi się szare i czarne, jak tylko tego dotykam. Więc chciałam uciec od tego. Przyniosłam Pawłowi parę kawałków, które mi się podobały, ale koniec końców to, co zrobił Paweł, na pewno nie było tym, co mu przyniosłam na początku. W moim wyobrażeniu miało być więcej szumu i nojzu. Przyniosłam swoje syntezatory i coś tam pograłam nawet i ślady tego minimalne można znaleźć na Kopytach, ale Paweł chciał coś bardziej barwnego i miał rację. Tekst na płycie przecież nie jest jakiś strasznie poważny. No i po prostu ja Pawłowi zaufałam, a on zaufał mi.
To, że pojawiły się piosenki, to był przypadek. Nie było ich w pierwotnej wersji tekstu. Nawet już sama nie pamiętam, jak to się stało, że się pojawiła ta pierwsza. Na pewno jednak miała być czymś w rodzaju przełamania w tekście. "Pierwsza pieśń konia" ma też dość zabawną formę i lekki tekst. Jest tu duet. Pan robi rapsy, a Pani śpiewa. To standard. To rozwiązanie pojawiło się również ot tak, no... może troszkę wynika z tekstu i z mojego i Pawła poczucia humoru. Tę piosenkę trzasnęliśmy w godzinę. Następne pojawiły się w konsekwencji tego, że powstała pierwsza. Ta druga musiała być już oczywiście bardzo smutna. Jest moją ulubioną na tej płycie ze względu na tekst. W założeniu każda piosenka miała być zupełnie inna. W każdym razie czerpaliśmy z popkultury garściami przy robieniu tego słuchowiska. Paweł zrobił świetną robotę dźwiękową. Jest niesamowicie zdolny i elastyczny. Kluczem w naszej współpracy było też to, że nam podoba się wszystko. Zresztą współpraca z nim otworzyła mi też oczy na to, czym tak naprawdę jest eksperyment muzyczny. To było bardzo cenne spotkanie. Można powiedzieć, że wyluzowałam względem tego, co sama jestem w stanie zrobić, jeśli chodzi o muzykę.
Słuchając tej płyty mam wrażenie, że oprócz słyszalnego ogromu pracy i zawarcia tylu muzycznych i dźwiękowych tropów w tej płycie, to całość procesu twórczego polegała na prześciganiu się w urzeczywistnianiu ogromu pomysłów naraz. Wydaje mi się też, że powstał w ten sposób materiał na tyle osobliwy, że więcej jest tu zgody i synergii niż kompromisów wynikających z rozbieżności wizji Twojej i Pawła.
To zasługa Pawła, że "Kopyta zła" są takie, a nie inne. Nie było między nami konfliktów. Każdy wykonywał swoją pracę jak najlepiej. Przychodziłam do jego studia, nagrywaliśmy, potem omawialiśmy krótko i tak tydzień po tygodniu. Pracowało nam się lekko, gładko i przyjemnie. Obydwoje jesteśmy małomówni, więc dużo też ze sobą nie rozmawialiśmy. Naprawdę, każdy mniej więcej wiedział, co ma robić. To chyba naprawdę kwestia zaufania.
Mogłabyś mi zdradzić jakie są twoje kolejne plany jako wydawczyni/artystki dźwiękowej? Czy w ogóle w tym zakresie stawiasz sobie długofalowe cele? Kiedy i czy doczekamy się nagraniowych debiutów Smutnych Kobiet i Betonu?
Jeśli chodzi o mnie samą, to mam kilka planów. Muszę pokończyć rozgrzebane sprawy, nagrać moją własną kasetę. Można powiedzieć żartobliwie, że szukam swojego miejsca dosłownie i w przenośni. Jeśli chodzi o -Super-, to będą dwa nowe wydawnictwa. Mam nadzieję, że już całkiem niedługo. Jeśli chodzi o Beton, to ja i Mikołaj mamy teraz Korgi Monotriby, więc zespół będzie nieco weselszy. No i ustaliliśmy, że na jesieni postaramy się coś wydać. A ze Smutnymi Kobietami to sprawa bardziej skomplikowana. Działamy od przypadku do przypadku, więc chociaż bardzo chcemy wydać płytę, to może być tak, że nigdy się to nie uda. Już nawet miałyśmy to zrobić, ale zawsze coś nas powstrzymuje. To zresztą taki zespół dość efemeryczny i skomplikowany w wyrazie, bliski idei kobiecego zespołu The Shaggs. Czasami w takich przypadkach może nie warto nawet nagrywać dźwięków, bo nie tylko one się liczą. Smutne Kobiety robią różne rzeczy, nawet ostatnio zrobiłyśmy film. I to nie dźwiękowy.
Na zakończenie mam do ciebie prośbę o zaprezentowanie trzech albumów/utworów/piosenek, których chętnie słuchasz/które na ciebie mocno wpłynęły/którymi chciałabyś się podzielić.
Chyba nie ma takiej płyty, która jakoś szczególnie na mnie wpłynęła. Ogólnie podobają mi się różne estetyki. Stąd też się tak ślizgam po wszystkim. Nie stawiam sobie granic muzycznych. Lubię bardzo dużo i ciekawi mnie, w którą stronę to wszystko pójdzie. Czekam zawsze na to, co się zdarzy. Cieszy mnie gdy pojawia się coś nowego.
Ostatnia piosenka, która mi sie bardzo podobała, to piosenka PRAYERS, "From Dog To God". Ma trzy lata, ale dopiero niedawno ją odkryłam.
BONES -"Heartagram adios" z tekstem "Bitch, you can neva make noise". Zabawne.
EASTER - "Rabbit" to też jest bardzo fajne. Podoba mi się wschodni akcent w jego angielskim.
Za każdym razem wracam też do smutnego chłopca z pięknym głosem SPOOKY'IEGO BLACKA i jego płyty "Black Silk",
A no i jakiś czas temu byłam na koncercie THE KURWS. Podobała mi się bardzo perkusja w tym zespole. Wyszło trochę więcej niż trzy albumy/utwory/piosenki, ale to chyba ok?
Być może jest to tekst kompensacyjny, bo podjąłem wiele wysiłków słuchając tej płyty. Być może jest to próba zmierzenia się ze słabością płyty, choć w tym przypadku każde kolejne słowo będzie podkreślało także i moją słabość jako recenzenta. I w końcu być może każde kolejne zdanie powinienem rozpoczynać od zwrotu "być może". Lecz oto koniec mazgajenia się, bo skoro napisałem aż tyle co powyżej, oznacza, że stanąłem przed nie lada problemem - a to być może oznacza, że warto się spuszczać dalej.
Gravitsapa to pochodzący z Lwowa ukraiński zespół grający przede wszystkim z przyzwyczajeniami. Gdy usłyszałem pierwsze sekundy otwierającego "DEMO-2" Tonika pomyślałem jakobym słyszał jedną z przesławnych solówek Cliffa Burtona, by następnie otrzymać jedną z najbardziej irytujących płyt jakie mi przyszło wysłuchiwać tego roku. Irytujących rzekłem? Nie, przesłyszeliście się - miało być intrygujących.
Jeśli mamy tu do czynienia z cudem narodzin, to są to narodziny pierdolonego ksenomorfa. Zespół, który sam się określa jako zespół math rockowy jest w istocie matematyczny, o ile przypomnimy sobie, że aleatoryzm także czerpie z metod matematycznych. Choć słychać tu momentami Slint, to "DEMO-2" brzmi jakby zespół z Louisville kolaborował z Jandkiem, toną azbestu i dadaizmem . Ale nie farbowanym dadaizmem, ale tym branym na serio, kurwa tak serio, że między kolejnymi uderzeniami w bęben nie słyszy się czasem nic, a między zmiażdżonym przesterem sygnałem nie ma dodatkowych sprzężeń. Niektóre z kłujących partii gitary mają w sobie coś z sesji dźwiękowego ASMR, są napastliwe i pojedyncze - przy tym Nac Hurt Report czy Shellac brzmią jak mistrzowie aranżacyjnego przepychu i, aby było przewrotnie, w eksploatowaniu przestrzeni ciszy niemal dorównują "Freedom" Neila Younga.
Napisałbym coś o dekonstrukcji muzycznych przyzwyczajeń, ale wystarczy posłuchać partii instrumentalnych puszczonych od tyłu - jak perkusji na reversie w "Millipedes Reservation" do której partie gitar dograne zostały już normalnie - mimo, że "DEMO-2" to caveman rock pełną gębą momentami brzmi bardziej syntetycznie niż "Electric Cafe" Kraftwerku. Choć większość płyty Ukraińców brzmi jak mamrotanie w delirze, to potrafią też w stylu Ministry industrialnie dogęścić atmosferę, choćby za pomocą "Laughter As Defence Reaction". Po apatyczno-naiwnym wydobywaniu z gitar rzęchów zaskakuje konkretnie "10div3=8", który przynajmniej trochę przypomina coś z przedrostkiem "math", idąc stronę udżezowionego 30 kilo słońca.
Nazywając tę płytę "DEMO-2" Gravitsapa chciała podkreślić intencjonalne wybrakowanie muzycznego materiału - bijącego w twarz ostentacyjnym przedstawieniem dźwiękowej surowizny. Część tych dźwięków to nawet nie prefabrykaty, nie zaczyn i nie zacier, to jakby cząstki elementarne, rozrzucone w twórczym bałaganie po pokoju różnokolorowe klocki, a każdy z tych klocków pochodzi z innego zestawu, więc se chuja ułożysz, pójdziesz spać, będziesz myślał o "DEMO-2", będziesz jadł będziesz się zastanawiał czym "DEMO-2" jest. Bo nie jest żartem, to nie są Stańczykowskie podrygi, ani też patetyczne nawoływanie kapłana, to rozpierdol rozpierdolu, wydelikacone brudy, postawione na podstawce w galerii sztuk wszelakich, niezwyczajność i cudaczność, irytacja (czyżbym znowu powiedział coś i irytacji?), sztuczne oddychanie, serce zaraz stanie.
Mazut to Michał Turowski i Paweł Starzec. Zdjęcie: Maciek Bielawski.
W ogródku Klubu Betel było tłoczno. Wydawałoby się, że większość osób przyszło zobaczyć osobliwości, które tego dnia miały tu wystąpić w ramach festiwalu Wianki. Bartek Kujawski i duet Mazut, bo to o nich mowa, największe poruszenie wywołali jednak w grubym akustyku, który latał koło mikserów artystów (sic!), jakby występy artystów wywołały zarówno spalenie cewki głośników jak i zapalenie cewki moczowej grubasa. Poniekąd wieczór ten był smutny, bo niewielu zdecydowało się wbrew upałowi na bytność wewnątrz klubu. Bartek Kujawski, prezentując materiał z powszechnie chwalonej płyty "A kto słaby, niech jada jarzyny" wychodził od dźwięków wiksy, by zaprezentować materiał, który finalnie był bardzo gorzki. Całość brzmiała niczym zlepek najbardziej archetypicznych wejść do utworów tanecznej elektroniki, by tak naprawdę na tym zaprzestać. Budowanie i rujnowanie przez Bartka napięcia nie miało nic wspólnego z seksem tantrycznym, a raczej perwersją jaką ktoś może odkrywać w obietnicy orgazmu, którego partnerowi się nigdy nie daje. Odnajduję zarówno w opisywanym występie, jak i "A kto słaby..." spory potencjał dydaktyczny. Mi przynajmniej Bartek otworzył oczy na to, że najciekawszym artystycznie momentem muzyki tanecznej, nawet tej lumpenpopularnej, jest budowanie napięcia, które ma kumulację w dropie.
Mazut, tworzony przez Pawła Starca i Michała Turowskiego podejmuję trochę inną optykę - wychodzi od gorzkiej refleksji, by przejść do niczym niezapowiedzianego rozpierdolu. Podczas występu w Betelu za intro do agresywnego techno służyło coś w rodzaju dźwiękowej wiadomości nagranej od męża przebywającego na obczyźnie dla swojej żony. O te dziwne taśmy, i nie tylko popytałem trochę Michała Turowskiego - założyciela wytwórni Oficyna Biedota i BDTA, który ostatnio rozwija się także jako twórca występujący zarówno w Mazucie, jak i solowo, jako Gazawat.
****
Większość małych labeli zostało założonych przez ludzi, którzy nie mieli gdzie wydawać swoich nagrań. Ty dosyć późno od rozpoczęcia działalności wydawniczej zacząłeś wydawać swoją muzykę. Nie miałeś potrzeby, aby robić to wcześniej?
U mnie to tak naprawdę przyszło z bardzo dużym opóźnieniem i gdy zakładałem label zupełnie się tym nie kierowałem. Owszem, coś sobie dłubałem od czasu do czasu, jak większość małolatów zafascynowanych muzyką, ale nie były to rzeczy którymi chciałbym się komukolwiek chwalić i pod którymi byłbym gotów się podpisać. Impulsem do założenia Biedoty było to, że kilka lat pracowałem w firmie Rockers we Wrocławiu, raczej na niskim szczeblu, ale codziennie miałem kontakt z produkcją, z dystrybucją, z promocją. Wówczas w firmie było jeszcze trzech wspólników, każdy z nich miał wydawnictwo, każdy z nich miał zupełnie inny charakter, zainteresowania, podejście. Naprawdę wiele się tam nauczyłem i któregoś dnia w końcu odważyłem się, żeby przekuć te wszystkie zdobyte wiadomości w czyn i wystartować z czymś na własny rachunek. W międzyczasie Oficyna Biedota przekształciła się w BDTA, ja wydałem w sumie ponad 160 płyt, było parę czysto werbalnych pomysłów na jakieś granie samodzielnie, ale to nigdy nie było nic poważnego. Tak naprawdę Mazut powstał już około 2013 roku, ale przez ponad dwa lata byliśmy skupieni z Pawłem głównie na pierdoleniu o tym, jak fajnie byłoby mieć wspólnie zespół, a dopiero jak obaj się przeprowadziliśmy do Warszawy i obaj się czuliśmy w jakimś tam stopniu wyobcowani w tym mieście, to zaczęliśmy coś grać i nagrywać. I tak naprawdę to dopiero Mazut i te doświadczenia ze wspólnego grania z Pawłem ruszyły jakąś blokadę, którą wewnętrznie czułem i zacząłem też coś robić w wolnych chwilach i na własny rachunek. Co nie zmienia faktu, że wciąż absolutnie nie czuję się muzykiem, wszystko jest bardzo intuicyjne i dzieje się jakoś poza kontrolą w pewnym stopniu, ale na końcu tej drogi – jakie to ma znaczenie? Nie piszę piosenek dla Margaret albo Dawida Podsiadło, zupełnie nie zwracam uwagi na to ile osób tego posłucha, ile przyjdzie na koncert. To wszystko jest oczywiście bardzo miłe, nie będę udawał jakiegoś twardego jak kamień skurwysyna, ale nie jest to w żaden sposób motywacja tych dźwiękowych działań. To jest przede wszystkim sposób na nudę i chwilową ucieczkę od pracy i wszystkiego innego od czego czasem mam ochotę uciec.
Nie bez powodu zacząłem od tego, że wydawcy często wydają swoją własną muzykę, bo twoja twórczość, szczególnie solowa, przypomina mi nieco rzeczy, które robił Atrax Morgue w swoim Slauther Productions. Nie chodzi mi tu nawet o gatunkowe skojarzenia, co o przygnębiający nastrój i całą otoczkę twoich nagrań (tytuły, okładki, sample). Chodzi o fascynację cierpieniem, wojną i ciemną stroną ludzkiej natury? Prowokujesz? Zmuszasz do myślenia? Bawisz się słuchaczem? Uzewnętrzniasz swoje lęki i stany emocjonalne?
Nie stoi za tym jakaś górnolotna idea. Nie staram się ani prowokować ani zmuszać do myślenia czy do czegokolwiek innego, zresztą co miałoby mi dać prawo do stawiania się wyżej od słuchacza i narzucania mu czegokolwiek? Nie jestem teraz w stanie znaleźć źródła i zacytować tego dokładnie, ale jeden z muzyków kiedyś w odpowiedzi na zarzuty o gloryfikacji przemocy odpowiedział, że nie da się gloryfikować przemocy, gdy samemu było się jej ofiarą. I jest to zdanie, które moim zdaniem trafia w punkt. Na pewno różne rzeczy przez które przeszedłem w życiu, to że od kilku lat raczej z przymusu, niż z chęci nie dotykam alkoholu ani innych używek, że leczę się psychiatrycznie, co nie jest żadną tajemnicą, to wszystko ma wpływ na rzeczy w które jestem „twórczo” zaangażowany. Nie da się tego odseparować przecież, pewnie gdyby nie to wszystko to Gazawat wyglądałby zupełnie inaczej albo wcale, może nie byłoby konceptu na nagrania Bolesława Wawrzyna, i tak dalej i tak dalej. Rozwodzenie się nad tym nie ma dla mnie najmniejszego sensu, ani wewnętrznie we własnej głowie, ani tym bardziej w jakiejkolwiek rozmowie czy wywiadzie. Z jakiegoś powodu takie rzeczy od czasu do czasu wyrzyguję i gdzieś tam pewnie tkwi tego przyczyna.
Poza tym wydaje mi się, że jesteś mocno zafascynowany historią, z której czerpiesz nazwę Gazawat, tytuły albumów i utworów. Jak pisałem recenzję Gazawatu to wspomniałem również o tym, że jesteś mocno duchologiczny. To także pytanie o inspiracje - czy inspirujesz się jakimś konkretnym wykonawcą, jakimś stylem muzycznym, czy też źródło twojej twórczości ma odniesienia pozamuzyczne?
Inspiracje są bardziej konceptualne niż muzyczne. Bardzo mi się podobają na przykład rzeczy Organum, niektóre rzeczy z katalogu Posh Isolation, na przykład „Genitalia Garden” Croatian Amor to jest jeden z moich ulubionych i najbardziej inspirujących albumów ostatnimi czasy. Albo rzeczy które robi Daniel Menche, czy z krajowego poletka Micromelancolie. Być może gdzieś tam to słychać w moich nagraniach, chociaż wątpię. Pewnie gdybym wiedział co robię i był bardziej samoświadomy w tym dłubaniu to inspiracja jaką czerpię z muzyki byłaby większa, ale nawet jeżeli coś robi na mnie ogromne wrażenie, jakaś struktura, jakiś patent, to i tak nie umiem tego odtworzyć w żaden sposób. „Gdybym kurwa umiał, to bym tak grał” to chyba jeden z moich najczęściej powtarzanych bon motów jeśli chodzi o Gazawat. Staram się sporo czytać, jestem z pewnością zafascynowany historią, często wsiąkam w jakiś temat. Rozmawiamy dzień po tym jak wróciłem z Krakowa, praktycznie całą podróż i wolne chwile typu hostel czy czas przed koncertem spędziłem na czytaniu o historii Genie Wiley, obejrzałem nawet jakieś dokumenty na jutubie na ekranie telefonu w pociągu - gdzieś przypadkiem mi to wpadło w "releated" na Wikipedii i się wciągnąłem. Z takich właśnie sytuacji wynika najwięcej inspiracji, zarówno dla Gazawatu jak i dla Mazutu.
Myślę, że bardzo ważną częścią twojej muzyki są wokalne sample. Skąd je bierzesz? Niektóre z nich są bardzo zaskakujące, jak na przykład ta taśma, którą prezentowałeś na koncercie Mazutu na Wiankach.
Akurat ta taśma którą słyszałeś na Wiankach to fragment prezentu od Przemka Witkowskiego (który zresztą sam się pojawił jako sampel na koncertowym nagraniu z Warszawy) – kilka kaset, które znalazł na śmietniku koło domu, na których zostały nagrane prywatne listy z emigracji. Przesłuchałem całość, kilka godzin tych nagrań i miałem duże opory przed jakimkolwiek wykorzystaniem tego, to w końcu cudza korespondencja, bardzo emocjonalna, bardzo przytłaczająca, ale jest tam między słowami coś czego nie jesteś w stanie nawet opisać. Wiem, że pracowałeś za granicą, z dala od domu, ja swego czasu też, więc pewnie rozumiesz o co chodzi, wiesz co się czuje gdy twoja żona i dzieciaki są ileś tam tysięcy kilometrów od ciebie i nie masz nawet pojęcia co się z nimi dzieje, a ty zapierdalasz przy azbeście albo wycince drzew, żeby zapewnić im lepszy byt. Nie da się tego opisać, ale jak to usłyszysz to jest to jedna z najbardziej przygnębiających rzeczy z jakimi możesz mieć styczność. Z uwagi na ten nieporównywalny do czegokolwiek innego klimat tych nagrań, starannie wybraliśmy krótki, bardzo ogólnikowy fragment jednej z kaset, żeby oddać ten klimat o którym opowiadam, ale żeby nie naruszać jakkolwiek prywatności tych ludzi, mimo że taśmy są datowane na 1993 rok, nie wiadomo co się teraz z nimi dzieje, czy w ogóle żyją, nie chciałem iść za daleko po tym cienkim lodzie. Większość sampli pochodzi z jakichś dokumentów, starych kaset kupionych na bazarach, z różnych źródeł. Na przykład w Gdańsku użyliśmy rewelacyjnej taśmy z dźwiękowym wydaniem magazynu „Strażnica” którą kupiłem tego samego dnia, w oddalonym o kilka ulic sklepie z rupieciami o nazwie Emalia. Czasem są to jakieś przedziwne pętle z reklam (jednym z moich faworytów jest świetne „Jak będziesz mokra gdy poliże cię piesek? Tak bardzo, że lepiej załóż kostium!” z reklamy jakiejś zabawki dla dzieci, przedziwny i przerażający erotyczny podtekst), z jakichś wykładów NLP... Czasem nawet podpierdalamy bezwstydnie cudze nagrania ;-). Któregoś razu w ramach swego rodzaju wewnętrznego żartu użyliśmy na rozbiegówkę mówionego sampla ze Stokely Carmichaela, którym zaczyna się jedna z płyt i wszystkie koncerty Deana Blunta.
A czy dałbyś radę grać swoją muzykę bez użycia tych sugestywnych sampli? Uważasz, że są one nieodzownym elementem twoich nagrań?
Tutaj zacytuję Pawła Starca, chociaż możliwe, że to wcale nie on ukuł takie sformułowanie – Paweł kiedyś opowiadał o „antyseptyczności” muzyki techno czy też w ogóle muzyki elektronicznej w pewnym kontekście. I po pierwsze w pełni się z nim zgadzam, a po drugie sam bym tego nie ujął lepiej. Owszem, jeżeli chcesz oddać jakąś duszną atmosferę, wytworzyć pewnego rodzaju „klaustrofobię” u odbiorcy, jesteś w stanie to zrobić przy pomocy struktur, dźwięków, różnych środków wyrazu, ale równie dobrze jednym z tych środków mogą być sample. Mam wrażenie, że to wzmacnia przekaz, podkreśla to co starasz się uchwycić dźwiękiem. Nie powiedziałbym że jest to nieodzowny czy jakoś cokolwiek definiujący element moich czy naszych nagrań, ale jest to schemat który sobie wypracowaliśmy i z którym dobrze się czujemy.
Z tego co obserwuję nie zawsze jesteś zadowolony ze swoim nagrań, długo zwlekasz z ich publikacją.
I tak i nie. Z jednej strony, nie czuję się muzykiem, często nie czuję się pewnie w tym co robię, nie znam nut, ogólnie chuja się znam na czymkolwiek, więc siedzę na przykład godzinę przy microkorgu i intuicyjnie klepię w klawisze aż dojdę do jakiejś struktury która mi się spodoba, przepuszczam ją potem przez jakieś efekty, przez taśmę, coś tam kombinuję, ale to wszystko jest na czuja. Często już następnego dnia nie jestem w stanie odtworzyć tego co zrobiłem, nie zapamiętuję ustawień, patentów. To wszystko to jest fajna zabawa, ale próżno w tym szukać jakiegokolwiek profesjonalizmu. W związku z tym, często bardzo długo dłubię bo właśnie nie czuję się pewnie. Podsyłam jakąś wersję znajomemu czy dwóm do odsłuchu, wyciągam jakieś wnioski, czasem – jeśli umiem – to staram się coś tam poprawić, a czasem nawet jak się zgadzam z tym co należałoby zdaniem recenzenta zmienić to po prostu nie wiem jak. Albo na przykład przypadkowo zmiksuję ze sobą dwie ścieżki i nie zapiszę ich osobno, chciałbym coś w jednej zmienić, ale już nie mogę, a w tej drugiej jest coś fajnego, czego nie umiem odtworzyć. Ogólnie cała moja praca nad nagraniami to jest silna prowizorka i żenada. Ale jak już coś ukręcę i jestem z tego zadowolony, to bardzo nie lubię tego kisić w szufladzie. Stąd też historie typu 3” EPka z dwoma utworami Gazawatu, które być może się znajdą na następnej płycie, a być może nie, ale podoba mi się to co udało mi się tam osiągnąć i wypaliłem trzynaście CDRów które rozdałem przyjaciołom. Lubię mieć namacalną nagrodę tego typu, chociaż jest to dziecinne i głupie to wolę mieć nawet kasetę w nakładzie trzech sztuk z jakimiś nagraniami na półce i komuś je kopsnąć w prezencie, niż trzymać to w sekretnym folderze na dysku twardym. Pod tym względem moim wielkim idolem jest David Jackman i jego podejście do dyskografii Organum ;-).
Nadal robisz field recordingi?
Nadal. Chociaż w momencie w którym zacząłem coś bardziej dłubać to odszedłem od konceptualnych nagrywek typu Bolesław Wawrzyn czy Bułgarskie Wakacje na rzecz czysto użytkowych nagrań, które wplatam w Gazawat. Praktycznie wszystkie bzyczące muchy, dziwne hałasy, padający deszcz i inne pretensjonalne gówna jakie możesz wyłapać w Gazawacie to są moje nagrania. Czy jeszcze kiedyś wyjdzie płyta z jakimś konceptem jak te dwa wspomniane projekty to nie mam pojęcia, może jak się trafi coś interesującego to kiedyś jeszcze nagram i wydam jakiś taki „sensowny” koncepcyjnie zbiór.
Pytam o fieldy dlatego, że jako twórca nagrań dałeś poznać przez Bolesława Wawrzyna, mam rację? Czy było coś wcześniej o czym nie wiem?
Coś tam było, ale nic po czym zostały ślady i może to i lepiej. Coś kleiłem sobie w domu na pececie, ale poszło się jebać razem z dyskiem swego czasu, mieliśmy wraz z Michałem Kmiecikiem gitarowy projekt o nazwie Nicolas Cage, ale zakończył żywot po pierwszej próbie – ja ukręcałem jakieś monotonne ściany basowych dronów, a Michał bardziej szedł w stronę akordów i melodii i się rozminęliśmy. Być może dlatego, że on umiał grać na gitarze całkiem nieźle, a ja na basie nichuja. Ale Bolesław Wawrzyn to było moje pierwsze wydane „coś” w sensie autorskim.
Być może powinienem o to zapytać także Pawła Starca, ale czy Mazut od początku miał być projektem koncertowym?
Z mojej strony to absolutnie nie miał być projekt koncertowy, w pewnym momencie Paweł zaczął może nie tyle naciskać, co bardzo mocno i często sugerować, żebyśmy coś zagrali, ale ja byłem tą wizją całkowicie przerażony i nie czułem się gotowy. Jakoś mnie w końcu przekonał i zamiast sobie zrobić jeden zamknięty koncert dla znajomych w Eufemii to od razu przyjebaliśmy z grubej rury trasą na cztery koncerty. Ta „gruba rura” przy czterech koncertach pewnie będzie zabawna dla większości, ale z perspektywy kolesia który niechętnie wychodzi z domu, boi się ludzi i nigdy nie występował publicznie, zwłaszcza jako muzyk, to naprawdę była dosyć głęboka woda.
Dlaczego gracie akurat techno?
Na pytanie czemu gramy techno sam chętnie poznałbym odpowiedź. W założeniu miał to być zespół z pogranicza gitar i nojzu, przynajmniej tak męczyliśmy sobie nawzajem bułę przez kilka lat zanim się spotkaliśmy w sali prób. Wiesz, na zasadzie „jak już kiedyś coś zrobimy to właśnie takie to będzie”. Główną inspiracją był Skullflower i takie były założenia. Na pierwszej czy tam dwóch pierwszych próbach był żywy bas, była studnia z perkusji, dużo przesterów i hałasu, a ja w pozycji embrionalnej wydawałem z siebie na obskurwiałej, oblepionej syfem wykładzinie modulowane krzyki i fragmenty wierszy Zbigniewa Sajnóga. Potem stopniowo odchodziliśmy od hałasu na rzecz elektroniki, akurat wtedy powstało #1, na jednej z kilkugodzinnych prób, przy stosunkowo ograniczonym instrumentarium. Ja miałem tylko dwa stare radia, kilka efektów gitarowych i laptopa i chociaż to było dosłownie kilka miesięcy temu to nie mam pojęcia jak to możliwe, że udało nam się to nagrać. Potem stopniowo pojawiało się coraz więcej bitu i skończyliśmy jako projekt z techno. Sam nie wiem czemu. Zwłaszcza, że znasz nasze solowe projekty – żaden z nich nie ma nic wspólnego z techno i nie wiem jak to się dzieje, że gdy razem wchodzimy do sali prób to jakoś z automatu nam wychodzi to co nam wychodzi.
Podoba ci się dawanie publicznych występów? Czy to raczej udręka? Konieczność? Przyjemność? A może chodzi o masy groupies?
Raczej udręka. Może nie konieczność, bo nikt nas do tego nie zmusza przecież siłą, ale mam cały czas mieszane uczucia i pewnie będę je miał dopóki się zespół nie rozpadnie. Bardzo lubię całą otoczkę wokół koncertów, z Pawłem znamy się naprawdę kupę lat i jesteśmy do siebie chyba całkiem podobni, poza tym dla mnie to jedyna osoba, którą mogę nazwać takim prawdziwym przyjacielem niczym z jakiejś siermiężnej licealnej lektury, z którym mogę pogadać na każdy temat i tak dalej. Wspólne podróżowanie, spotykanie znajomych, to wszystko jest bardzo fajne, ale sam moment kiedy wychodzimy na scenę to zawsze wielka niewiadoma i telepka dłoni. Zwłaszcza, że to co się wydarzy zawsze jest zagadką, mamy ustalone dwie rzeczy – sampel którym otwieramy dany koncert, bo zawsze jest jakiś inny i ustalamy w którym mniej więcej momencie zaczynamy napierdalać, oraz ile plus minus będziemy grać. Oczywiście po dziesiątkach czy już nawet setkach godzin wspólnego grania są jakieś patenty które nawzajem znamy, jakieś stałe, ale całość jest improwizacją zależną od aktualnego poziomu wkurwienia, zmęczenia czy zniechęcenia. Niektóre sety wychodzą raczej klasycznie, a czasem energia i wkurw są takie, że odchodzę od stołu ze sprzętem mokry jak świnia i z trudem łapię oddech. I jak odpalam pierwszy sampel na wejście to nigdy nie wiem jak akurat będzie za pięć minut. I zawsze jest to stres. Często sami się nawzajem zaskakujemy podczas grania.
Na co liczyłeś zgłaszając Mazut do Fryderyków? Czy szitstorm, który udało się wywołać przy okazji nominacji do nagrody uważasz za najważniejsze osiągnięcie waszego duetu?
Tak naprawdę to na nic nie liczyłem, a szitstorm nie był ani planowany ani oczekiwany. Nigdy nie interesowałem się Fryderykami i prawdopodobnie osób, które miały na ten temat totalnie wyjebane było więcej, ponieważ ludzie ze ZPAV zaczęli w pewnym momencie masowo spamować małe labele, takie jak nasz i zachęcać do zgłaszania tytułów do konkursu. W jakiejś tam rozmowie w większym gronie ten temat wypłynął i czysto dla tzw. beki zespół Nagrobki chciał się tam zgłosić, a ja doszedłem do wniosku że może nawet i ma to jakiś mikroskopijny sens, bo to chyba najbardziej komercyjna pozycja w katalogu. No i dogadaliśmy się, że jeżeli zostaną nominowani to zabiorą mnie ze sobą na tą super galę wręczenia nagród na darmowe żarcie, a co ważniejsze – jeżeli jakimś cudem wygrają to będę mógł razem z Maćkiem Salamonem wejść na scenę i razem złożymy hołd Agnieszce Chylińskiej mówiąc do kamer „nauczyciele fuck off!”. Tak naprawdę tylko ta wizja stała mi przed oczami w temacie Fryderyków. W międzyczasie jak ktoś się dowiedział, że zgłosiłem Nagrobki to zapytał czy jego płytę też mogę przy okazji zgłosić, kilka sztuk się z tego zrobiło, więc prawem rozpędu zgłosiłem też Mazut, bo czemu nie? Byliśmy ciekawi z Nagrobkami, czy może zostaną jednak nominowani, nominacje były transmitowane tylko za pośrednictwem strony ZPAV, miały być o 12:00, tych jednak nie było, więc napisałem jakiś zupełnie casualowy, ale nie obelżywy komentarz typu „przepraszam, kiedy zostaną ogłoszone nominacje?” i dostałem bana. Więc z uwagi na tą społeczną niesprawiedliwość i nudę w pracy poprosiłem dwóch czy trzech zaprzyjaźnionych trolli żeby wrzucili komentarz o treści „Michał Biedota pyta czemu dostał bana i kiedy będą nominacje”, potem do tej akcji przyłączyło się jeszcze więcej osób, paru całkiem obcych. Potem w sumie nie wiadomo czemu, ale zaczęły się pojawiać komentarze z pytaniami dlaczego Mazut nie dostał nominacji, w pewnym momencie w ogóle więcej obcych osób zaczęło o to pytać niż znajomych i ogólnie mam wrażenie że odjebało się coś typu fenomen Józefa Tkaczuka. W sumie nie wiem co to ten Mazut i o chuj chodzi, ale jest jakaś awantura na fejsbuku to się przyłączę. Przez chwilę to oczywiście było zabawne, zwłaszcza jak zadzwonił do mnie znajomy promotor i organizator, do którego zaczęła pisać jakaś zaprzyjaźniona kapela, która została nominowana i się bali, że ich też zrobią w wała tak samo jak zrobili Mazut i że im odbiorą nominację ;-). Ale jak to zwykle bywa, ubaw szybko minął, sprawa się ciągnęła bardzo długo potem, a my z Pawłem uświadomiliśmy sobie, że po pierwsze cała zasługa spadnie na nas, mimo że w ogóle nie byliśmy prowodyrami, a po drugie i ważniejsze – po tym wydarzeniu, jeszcze przed pierwszymi koncertami, w trakcie nagrywania drugiej płyty – przypięto do nas łatkę śmieszków i byliśmy przez chwilę raczej obsrani. Nie mamy w Mazucie żadnego ciśnienia na nic ani górnolotnych ambicji, ale jednak traktujemy to co robimy poważnie i byłoby miło gdyby ktoś umiał na koncercie spojrzeć na nas poważnie, a nie przez pryzmat „tych ziomków od Fryderyków”. Mimo wszystko do wesela się zagoiło i nie było się czego bać, mam wrażenie, że koncertami i „Eichwaldem” się jakoś wybroniliśmy i sobie tą łatkę odkleiliśmy, chociaż oczywiście zawsze się znajdzie śmieszek albo dwóch. Mój jedyny ból dupy jest związany z tym, że naprawdę nie miałem z tym nic wspólnego i ewolucja nastąpiła jakoś samoistnie, a sam widziałeś że gówno uderzyło w wentylator z taką siłą, że gdybym to sprowokował to mógłbym se to wpisać w CV i zacząć pracować jako naczelny stulejarz jakiegoś profilu social media ;).
W którymś z wywiadów mówiłeś, że jednym z powodów dla których zamknąłeś Oficynę Biedota był zbyt duży rozstrzał gatunkowy wydawanych przez ciebie rzeczy. Mam wrażenie, że coraz luźniej podchodzisz do czystości gatunkowej wydawanej przez ciebie muzyki. Wydałeś pod szyldem BDTA znakomite materiały Norymbergi, Bonito czy Test Prints.
Owszem, zdarzają się „wpadki” o których wspomniałeś, ale mam wrażenie, że cały czas jednak udaje się większość katalogu labelu utrzymać w jakichś tam estetycznych ryzach, zachować pewien rygor na którym mi zależy. Ale pomimo tego rygoru wciąż jestem tym samym zipkiem który założył kiedyś Oficynę Biedota i wydał tam te wszystkie rzeczy. Cały czas prywatnie mam duży rozstrzał w rzeczach których słucham i które mnie interesują, i chociaż zdarza mi się powstrzymywać przed wydaniem czegoś co mi się podoba, ale mocno odstaje od katalogu BDTA to nie zawsze się udaje. Akurat w przypadku TestPrints o którym wspomniałeś udało się to na tyle, że te dwie kasety nie wyszły nakładem BDTA, założyliśmy z tej okazji osobny sublabel o nazwie Soup Bob, tylko i wyłącznie pod kątem wydania tych albumów. Norymberga jest jedną z najlepszych rzeczy jakie słyszałem w ostatnich latach i chociaż zupełnie odstaje od reszty i była chyba takim pierwszym poważnym zwrotem i chwilową ucieczką od tych szeroko pojętych eksperymentów no to wiedziałem że skoro mam okazję to muszę coś z tym zrobić. Zaś temat Bonito mnie dręczył po nocach, tak naprawdę to była trzecia pozycja jaką kiedykolwiek dogadałem wydawniczo. Kiedyś nawet wydrukowaliśmy ulotki z informacjami o premierach Wież Fabryk i 19 Wiosen i zapowiedzią płyty Bonito na październik 2010 W międzyczasie coś się rozeszło po kościach i w sumie żaden z nas nie wie do tej pory, skąd się wzięło tych pięć lat czekania. Paweł Malinowski, wokalista Bonito i Norymbergi, jest moim bliskim przyjacielem i utrzymujemy w miarę regularny kontakt, któregoś dnia przy papierosie jeden zapytał drugiego „ej, czemu ta płyta w sumie nie wyszła?”. Nie znaleźliśmy odpowiedzi, więc ją wypuściliśmy, a ja mam w końcu czyste sumienie.
Ciężkim szokiem było dla mnie ukazanie się kasety Stephena Paula Taylora, któremu nawet zorganizowałeś trasę koncertową. Wytłumacz się, czym sobie SPT u ciebie zasłużył na taką atencję?
Może trudno w to uwierzyć, ale patrzę na to co robi Stephen jako bardziej coś związanego ze sztuką niż z popem. Chociaż osobiście się poznaliśmy pierwszego dnia trasy, jak przyjechał do Warszawy z plecakiem i klawiszami pod pachą, to wcześniej wymieniliśmy masę maili i dużo dyskutowaliśmy o przeróżnych rzeczach. I to co robi SPT to nie jest zwykłe popierdalanie na parapecie, ale bardzo przemyślany koncept, owszem, kampowy i kiczowaty, ale przy tym szczery i wycyzelowany. I moim zdaniem dla takich postaci jak najbardziej jest miejsce w BDTA. Przykładem z tej samej półki, chociaż chyba cieplej przyjętym i przez to mniej kontrowersyjnym są Nagrobki. „Stan Prac” od strony muzycznej absolutnie nie pasuje do tej koncepcji katalogu labelu, ale jeżeli spojrzysz na szerszy kontekst, na wszystkie inne rzeczy którymi Adam i Maciek się zajmują poza graniem w kapeli to zaczynasz zauważać sens ich obecności akurat u nas. Takie mam wrażenie.
Czemu nie wydajesz Gazawatu w BDTA jak Mazutu, a w osobnym labelu?
Tak naprawdę idea osobnego labelu o nazwie Mozdok wykiełkowała stosunkowo niedawno i możliwe, że i Mazut się tam kiedyś pojawi, ale jak puściliśmy do druku „Eichwald” to ten pomysł z Mozdokiem dopiero kiełkował. Tak jak wcześniej pisałem, otworzyłem sobie jakąś szufladkę i zacząłem po pierwsze robić więcej, a po drugie są momenty że siedzenie przy syntezatorze i taśmach sprawia mi znacznie więcej przyjemności niż przegrywanie kaset i CDrów. Mozdok to jest higiena pracy po prostu. Nie chciałbym, żeby te moje hobbystyczne nagrywki zaczęły jakoś dominować nad katalogiem BDTA, dla wspomnianej higieny chciałbym to rozdzielić. Na pewno za jakiś czas ukaże się nowy Gazawat, który jest w jakichś 80% skończony, zacząłem coś tam kleić pod szyldem Jonasz Karpiński z użyciem rozmaitych taśm z pogranicza parapsychologii i szeroko pojętego „new age”, powolutku pracujemy nad wspólnym materiałem z Robertem Skrzyńskim i nie wiadomo co z tego będzie, ale może jednak coś będzie. Więc może być tak, że po wakacjach w jakichś tam odstępach czasu ukażą się moje trzy materiały, nie chcę „zaśmiecać” tym BDTA.
Czerwiec się kończy, a na horyzoncie nadal nie widać materiału Death in June, który miałeś wydać. Jest jeszcze na co czekać?
Tak naprawdę informacja a albumie Death In June w BDTA poszła tylko prywatnymi kanałami do paru znajomych, nigdy nie było żadnej oficjalnej zapowiedzi, więc nie dość że się sprułeś jak piętnastolatek na komendzie to jeszcze w ostatnim pytaniu wychodzi cały ten nepotyzm i prawdopodobnie chciałeś zrobić ten wywiad tylko dlatego, że jesteśmy kolegami! A co do meritum – prace trwają. Dzięki uprzejmości mojego przyjaciela Witka stałem się posiadaczem CDra z materiałem z pierwszego koncertu DI6 w Polsce, w warszawskim CSW. Postanowiłem zagadać do Douglasa w temacie ewentualnego wydania tych nagrań, bo długich negocjacjach w końcu się udało i faktycznie płyta miała ukazać się pierwotnie w czerwcu, ale w międzyczasie zmieniałem pracę (nawet nie tyle „zmieniałem”, co przez blisko trzy miesiące byłem bezrobotny i żyjący z oszczędności), miałem sporo prywatnych zawirowań i koniec końców ani finansowo ani psychicznie nie byłem w stanie tego skończyć przed deadlinem. Od strony ekonomicznej jest to jeden z ujmijmy to największych projektów w historii labelu i na dzień dzisiejszy jeszcze mnie nie stać na ukończenie go, ale mam nadzieję że stanie się to jeszcze w tym roku. Są chęci ze strony zarówno mojej jak i Douglasa, materiał został już profesjonalnie zmasterowany, jest już oprawa graficzna, w sumie jedyne co stoi nam na drodze to pieniądze.
Jakich płyt słuchasz słuchasz ciągle ostatnimi czasy?
Death In Rome – Hitparade
Nic na to nie poradzę, lubię neofolk, siadam czasem w fotelu i wyobrażam sobie czeskie czołgi, które przemierzają granicę i dokonują aneksji i każdy Polak musi przymusowo jeść smazeny syr i brambory. Pewnie za dwa tygodnie mi się ten album znudzi, nie jest to absolutnie nic odkrywczego ani poszerzającego horyzonty, ale na dzień dzisiejszy bardzo niezobowiązująco sprawia mi po prostu przyjemność.
MAAAA - Abhorrence And Dismay
Bo jest to po prostu jedna z najlepszych rzeczy jakie słyszałem od dłuższego czasu. Rewelacyjny, bardzo przemyślany i świetnie skonstruowany album. O ile znałem wcześniej jakieś mniej lub bardziej wyrywkowe fragmenty twórczości Sergeia, to tym albumem mnie po prostu rozłożył na łopatki i zostałem absolutnym fanbojem, mam już nawet dwie koszulki ;-)
German Army – Diego Garcia
Jestem prawie pewien, że Janek jest w stanie odwdzięczyć się tym samym stwierdzeniem a propos BDTA, więc mogę to powiedzieć szczerze, chociaż z ciężkim sercem – nie jestem wielkim fanem Wounded Knife. Uważam, że mają najładniejszą i najbardziej spójną wizualnie linię jeżeli chodzi nie tylko o polskie labele, ale jeżeli o labele w ogóle, często kupuję coś w ciemno tylko po to, żeby to mieć, bo jest po prostu kurwa śliczne, ale duża część ich katalogu jest dla mnie zbyt skomplikowana, jest to ten rodzaj eksperymentu i improwizacji który często po prostu do mnie nie dociera, nie klepie. Ale ta kaseta jest zajebista i tyle w temacie. Bardzo przystępna jak na ten label, piękna jak zawsze i świetnie zagrana. German Army zawsze zajmowali ciepłe miejsce w moim serduszku, ale przez ten album zrobiło mi się nawet cieplej.