czwartek, 20 kwietnia 2017

Dlaczego nie piszę podsumowań rocznych - ZAUMNE, "Przeżycia"


Zaumne, Przeżycia, label Magia, 2016, źródło: własne.

Zarzucano mi lenistwo, gdy po raz wtóry nie opublikowałem rocznego podsumowania wydawnictw muzyczno-dźwiękowych. Nie lenistwo mną powodowało, lecz strach wynikający z pokory wobec ogromu doskonałych niewątpliwie dzieł, w którymi nie miałem szansy się zapoznać. Perspektywa czasu nadaje mojemu nie-robieniu corocznych list nową dynamikę. Nie ukrywam jednak, że kształt dynamiki i jej wektor był zbieżny z symulacjami, które poczyniłem wcześniej. Powodem mojego samozadowolenia jest zawarty w tytule album, który, o ile przygotowałbym podsumowanie 2016 roku mogłyby się w takim podsumowaniu nie pojawić - a niesłusznie.



Nie chodzi nawet o to, że o Zaumnem nie słyszałem wcześniej - ciężko by było, jeśli tak pilnie śledzi się jednego z bardziej quirky, edgy i wyjebanego labela w kraju czyli MAGIĘ, który utrzymanie wysokiego spiętrzenia absurdu postawił sobie za punkt honoru. Futurologia to nauka martwa, a dzisiaj prędzej wypatrujemy lub wręcz jesteśmy pewni apokalipsy czy to świeckiej, czy w postaci paruzji, więc jedynym momentem optymistycznego wytchnienia względem perspektywy postępującego czasu staje się memezowy hedonizm dnia dzisiejszego. Memezowy anturaż kolejnych wytworów Magii dowodzi, że memy mogą być poważnym zajęciem - weźmy choćby przykład Lemisza, z którego 2016[nielegalem] po raz wtóry straciłem dziewictwo, eh hahah to etatowy memiarz, o dadaistycznej estetyce WSZYSTKIEGO nie wspomnę. Gdy post-anarchistyczne wizje nazwane przez Hakima Beya (peja, xd) Tymczasowymi Strefami Autonomicznymi ujrzały światło dzienne, nikt nie spodziewał się zapewne, że taktyka nieustającego ruchu, jakim jest memezowy biznes będzie desygnatem oddolnej organizacji niemożliwej do opanowania przez odgórną i zorganizowaną przemoc.

Pisząc te słowa, próbując uchwycić to, czego naturą jest nieokreśloność, nieustająca gotowość do nomadycznej taktyki hit and run, czuję się, jak powinien czuć się pomysłodawca wydania Demotywatorów w książkowej formie, wydrukowanych na kredowym papierze, które po niedługim czasie zostały wrzucone do koszyka z artykułami przecenionymi w empiku. Symultanicznie odczuwam melancholię, gdy pomyślę, że ktoś zechciał za pomocą crowdfundingu znaleźć środki na filmowy pełen metraż opierający się o pastę mój stary to fanatyk wędkarstwa, której jedną z głównych ról będzie grał zapomniany, choć nadal legendarny, żyjący mem Piotr "Rysiu z Klanu" Cyrwus. Melancholia to także udział Przeżyć Zaumnego, pozornie najbardziej wyrodnego dziecka MAGII, który śmieszkowanie odsuwa gdzieś na dalszy plan, na rzecz eksploracji pornograficznego, ASMR-owego najtisowego ambient techno i estetyki z pogranicza hipnagogicznych empetrójek w jakości 128 kbps, a emowrażliwości ze strony najlepsze-opisy.pl/kategoria/milosne-smutne - wszak kto powiedział, że taka wrażliwość jest gówno warta, a jej epigoni nie czują dogłębnie, mocno i naprawdę? Koniec psot jednak - bo uważam, że z Przeżyciami Zaumne wbiłby się śmiało do czołówki polskich techno-dubowców takich jak Enfant Terrible (inkarnacja Jakuba Pokorskiego) oraz Fischerle. Zresztą co będę gadał - oddajmy głos samemu Zaumnemu, z którym przeprowadziłem krótki wywiad.


KULTURA STAROCI: Kto ukrywa się pod pseudonimem Zaumne? Jak długo tworzy, czy tworzył jakieś projekty muzyczne w przeszłości?


ZAUMNE: Zaumne ma już prawie 3 lata – zrodziło się przy okazji koncertowego zaproszenia za duszno (DJ Morgiana i DJ 2 Lewe Ręce). Od tego czasu ukierunkowałem swoje poszukiwania w stronę uczuciowych interpretacji muzyki tanecznej. Czasem gram też ambientowo-youtubowe dj sety jako DJ Sygnał.


Jak opisałbyś byś swoją muzykę? Dubowe ambient techno to wystarczająca szufladka? Jakie są twoje inspiracje - muzyczne i pozamuzyczne? Czy dobrze słyszę inspirację Opal Tapes


Słuchanie wydawnictw z Opal Tapes z pewnością było ważne dla kształtowania się brzmienia Zaumne, wracam do kilku albumów regularnie (Body Boys!). Ostatnio wymyśliłem termin „emo dub“ do opisania muzyki, którą produkuję.

Trudno mi dokładniej określić inspiracje, jest ich bardzo dużo. Na pewno duży wpływ na moje utwory mają problemy i mój ukochany komputer. Lubię też to jak wracam rano z imprezy i piszczy mi trochę w uszach, czuję jeszcze w brzuchu uderzenia stopy i włączam jakiś piękny ambient, którego odbiór, z uwagi na zmęczenie, spłycam. Sprowadzam wtedy mimowolnie skomplikowane struktury do prostej pętli, która zostaje mi w głowie. Stopa gdzieś sobie jeszcze pulsuje w moim ciele, pętle przebijają się przez zgnębiony słuch i powoli wracają do mnie wrażenia z całego dnia, strzępki rozmów i obrazy – przeżyte i wymyślone. Zwłaszcza na Przeżyciach zależało mi na stworzeniu takiej atmosfery. Bardzo lubię wsłuchiwać się w dźwięki zamknięte w przestrzeniach, dobiegające z oddali.


Jaka jest rola wokalnych sampli w twoich utworach? Mam wrażenie, że dźwięki muzyczne stanowią tło dla senno-smutno-melancholijnych strzępów historii wypowiadanych przez samplowane głosy? Bardzo mi to przypomina Disruptive Muzak Sama Kidela https://www.youtube.com/watch?v=UeNLWF-FIA8  


Używam ich dwojako; zgodnie z ideą języka zaumnego, czasem korzystam ze zniekształconych i powielonych skrawków słów – tak jak potrafię, staram się zedrzeć z nich nadany sens i odkryć pierwotną, pozarozumową tkankę. Na razie stanowi to dopełnienie dla moich utworów, ale marzy mi się stworzenie prawdziwej zaumnej kompozycji.

Używam też tradycyjnych zsamplowanych słów do naprowadzania słuchacza na sensy i atmosferę jakie chciałbym zamknąć w danym utworze. Bardzo lubię grzebać w dość, nazwijmy to, niszowym kontencie internetowym. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli dostatecznie długo poszukasz, to jest duża szansa, że wygrzebiesz coś ciekawego; chodzi o te kilka sekund z czterdziestominutowego nagrania, w którym starsza Pani opowiada o swoim NDE, albo o tupot butów i nerwowy szept w trakcie nocnej eksploracji opuszczonej japońskiej wioski, których przykładowo użyłem w pierwszym utworze z Przeżyć

Cenię sobie Disruptive Muzak, to bardzo dobrze pomyślany projekt. Pewnie podchodzę do sprawy nieco bardziej melancholijnie - chciałem, żeby \(´O`)/ było hymnem ku czci zmęczonych pracowników. Jestem też naprawdę oddany wykorzystywaniu materiałów odnalezionych w sieci, bardzo interesuje mnie używanie ich do tworzenia własnej narracji.


Jak to się stało, że wydałeś Przeżycia w Magii? Nie ukrywam, że twoja twórczość, oprócz wizualnego anturażu, nieco odstaje od mediany labelu Magia


Hm, może moja muzyka dosłownie nie pasuje do reszty katalogu Magii – jest chyba bardziej uczuciowa i zabrudzona, ale czuję się tam dobrze. Gdyby spojrzeć na to z innej strony z pewnością wpisuje się w „post-taneczny“ charakter labelu (cokolwiek to znaczy hehe). Bardzo cenię sobie współpracę z Mikim (Mikołaj Tkacz).


Bardzo ciekawi mnie klip do 2006 - zdradzisz, jakie były kulisy jego powstania? https://www.youtube.com/watch?v=DDKPAjcHzV8


Realizacja tego teledysku to była najpiękniejsza zabawa. Przy okazji filmu zapowiadającego Przeżycia, do utworu 2006 dobrałem krótki fragment materiału z mojego ulubionego militarnego kanału na Youtube. Przedstawiał on ćwiczenia z „podwodnego przekazywania dowództwa“ – zachwycił mnie dysocjacyjną atmosferą, za którą zresztą najbardziej cenię podobne filmy. Sama procedura jest też nieco niepoważna, ale jednocześnie podniosła. Nie chciałem estetyzować wątków militarnych, chodziło raczej o zmianę kontekstu materiału źródłowego, tak jak to się ma czasem z moim samplowaniem wokali. Teledysk wymyśliliśmy i nagraliśmy wspólnie z Mikołajem Tkaczem przy użyciu wanny, wody, soli do kąpieli, projektora, smartfona i owego filmiku właśnie. Było super.




Jakie masz muzyczne plany na nadchodzący rok?


Najbliższy plan to wydanie zmęczonej kasety z remiksami utworu \(´O`)/ w Magii. Ziewali będą super remiksiarze: Eternal Wolf, eh hahah, Micromelancolie oraz Mchy i Porosty. Myślę, że wyjdzie niebawem. W drugiej połowie roku planuję drugi album – mam już większość materiału, ale chciałbym się nad nim bardziej pochylić produkcyjnie, troszeczkę popracować nad sprawami technicznymi, które dotychczas nie były dla mnie priorytetowe. Nie wiem jeszcze jak się nazywa ani gdzie wyjdzie. Super byłoby zagrać też gdzieś poza Poznaniem i Warszawą.




niedziela, 16 kwietnia 2017

SAMOEKSPRESJA PONAD WSZYSTKO - wywiad z Eurydyką

Eurydyka, źródło: Eurydyka

Eurydyka to polska artystka noise specjalizująca się w HNW. W ubiegłym roku wydała w duecie z Eter kasetę Brotherhood dla rosyjskiego labelu Reason Art Records. Materiał ten zebrał bardzo dobre recenzje [W TYM MOJĄ]. Założycielka labelu-efemerydy Post Rave, pod którego szyldem ukazała się zaledwie jedna kaseta. Obecnie współtworzy kolektyw wydawniczy Wungiel Booking. Poniżej znajduje się zapis rozmowy, jaką przeprowadziłem z artystką.

bc Eurydyki

soundcloud Eurydyki


Kultura Staroci: Znajomy wydawca napisał mi ostatnio, że się ciebie boi. Jest się czego bać?

Eurydyka: Z mojego fanpage'a może bić pewna atmosfera, jak to lubię mówić “napinki”, ale słabo to oddaje moją osobowość. Większość osób które mnie poznało osobiście twierdzi, że jestem sympatyczną osobą, choć wulgarną. Ta atmosfera “napinki” bijąca od mojego fp itp. wynika głównie z dwóch rzeczy: tego, że spora część mojej twórczości wynika z spraw dość personalnych i ciężkich dla mnie i z moich bezpośrednich i niebezpośrednich inspiracji. Innymi słowy słuchałam w cholerę grania typu Blasphemy, Black Witchery i tym podobnych kapel gdzie ta atmosfera bycia groźnym jest zdecydowanie widoczna. Cóż, mogłam słuchać więcej ambientów (śmiech).

Wydawanie HNW na cześć Fidela Castro może potęgować mieszane uczucia co do twojej osoby.

Zdaję sobie sprawę, że dla dużej części odbiorców mojej twórczości odwoływanie się do takich postaci jak Fidel Castro jest dość kontrowersyjnym zabiegiem. Jednak projekt Eurydyka wyraża każdą rzecz którą chcę wyrazić, nie ważne jest zdanie innych, zwłaszcza w gatunku tak niszowym jak HNW, gdzie moim zdaniem samoekspresja jest bardzo ważna. Wolę nagrać szczery materiał w hołdzie dla Castro niż być kolejnym projektem chcącym tylko szokować tematyką gore. Zresztą, kto będzie chcieć to i tak znajdzie jakiś powód by się do mnie przypieprzyć, czy to moja transpłciowość, czy to, że tworzę za pomocą komputera. Tak jak mówiłam - samoekspresja ponad wszystko.



Lewicowe sympatie jest u ciebie widoczne z bardzo daleka – twoje nagrania są, a to o rewolucyjnym wodzu, a to o kwestiach gender. Czy za sympatiami idzie także konkretne zaangażowanie w jakieś ruchy społeczne?

Póki co pozostaje to na etapie klarowania się poglądów, pewnych antypatii i sympatii politycznych. Daleko temu do zorganizowanego działania pod sztandarem jakiejś partii czy organizacji. Jednakże polityczność w moim projekcie jest kwestią bardziej estetyki, niż chęci przekonania kogoś do jakichś idei - nie chciałabym, by moje HNW było odbierane jako lewacko-komunistyczna tuba propagandowa i utwory tyczące się tych kwestii są raczej jednorazowymi wybrykami niż jakimś konkretnym kierunkiem dla projektu. Natomiast kwestia płciowości będzie zawsze się przewijała przez projekt, bowiem jest to część mojej samoekspresji nie powiązanej w żaden sposób z kwestiami ideowo-politycznymi. 

Jak to się stało, że wybrałaś akurat taką, a nie inną estetykę dla wyrażenia siebie? 

Duży związek miało samo zainteresowanie muzyką noise. Jak miałam te 13-14 lat to zajebiście jarałam się takimi klasykami jak Throbbing Gristle, Masonną czy The Gerogerigegege albo bardziej dzisiejszymi projektami jak Caucasian Colony (zresztą twórczość Loke Rahbeka ciągnie się ze mną do dzisiaj i miała na mnie duży wpływ) i bardzo szybko korzystając z wolnego czasu i domowego komputera zaczęłam sama eksperymentować z muzyką. Oczywiście noise nie był jedynym gatunkiem, który próbowałam robić. Mocno próbowałam tworzyć także gabber czy speedcore, którego słuchałam wtedy bardzo dużo. I coś sobie tam do szufladki tworzyłam, lecz nie było za tym większej filozofii czy zaangażowania. Wszystko zmieniło się wraz z moim odkrywaniem samej siebie i tym jak odkryłam HNW. Uznałam, że statyka nagrań The Rity czy Vilgoci mocno pasują do pewnych odczuć i sama zaczęłam eksperymentować z statycznym hałasem, czego owocami są pierwsze utwory które wrzucałam na soundclouda. I tak pozostało do dzisiaj i statyczny hałas pozostał mi najbliższą formą ekspresji. Choć mimo wszystko nie jedyną, ale inne pozostają poboczne.

Jednocześnie zaś w jednym z wywiadów, mówiłaś, że obecnie nie słuchasz zbyt wiele HNW. 

Tak, wydaje mi się że kiedyś słuchałam dużo więcej, ale to też nie jest jakoś stałe. Na przykład teraz na powrót słucham więcej HNW, przez na przykład nowe wydawnictwa na The Level of Vulnerability (nowe Shurayuki-hime!). Ogólnie rzecz biorąc to ciężko mi wskazać coś, czego słucham bardzo dużo, słucham dużo muzyki - raz HNW, raz grindu, raz shoegaze i tak dalej. 

Moim zdaniem bardzo ciekawym projektem, łamiącym rygory radykalizmu HNW jest kaseta Brotherhood którą nagrałaś w duecie z Eter. Wydawca opisał nawet, że oto Vomir spotyka się z Bjork. Skąd pomysł na takie niecodzienne, eklektyczne nagranie? Możesz powiedzieć nieco więcej na temat tego albumu?

Pomysł na Brotherhood przyszedł dość spontanicznie i naturalnie. Eter często wysyła mi nagrania swojego głosu, na przykład gdy śpiewa jakiś utwór i pewnego razu odsłuchałam jedno z nich w tym samym momencie jak szukałam odpowiedniej tekstury do nowego utworu. Zabrzmiało to całkiem dobrze i poczułam się bardzo mocno tym zainspirowana. Zaproponowałam mu wspólne nagranie albumu i po tym jak upubliczniłam jeden utwór (który finalnie się nie znalazł na kasecie) to od razu napisał do mnie Siergiej i mieliśmy już wydawcę.
Cały proces powstawania kasety był mocno emocjonalny, Eter jest mi bliskim przyjacielem i dlatego pierwszą tematyką jaka mi przyszła do głowy była przyjaźń. Kompletnie nie przychodziło mi do głowy, że łamię jakieś “rygory” HNW - ja po prostu wyrażałam emocje, ale gdy sobie to uświadomiłam, to byłam z tego cholernie zadowolona. Choć szczerze mówiąc, jak teraz wracam do tego wydawnictwa to kilka rzeczy zrobiłabym inaczej, lecz czuję że na długo pozostanie wyjątkowym.



Ciekawie mnie to o czym napisałaś wcześniej - że muzycznie zajmujesz się nie tylko gatunkiem HNW, ale także innymi rzeczami. Zdradzisz mi, czym są te inne formy ekspresji? Wyobrażasz sobie, żeby przez dłuższy czas wyrażać siebie tylko w tej formie?

Głównie są to rzeczy które nagrywam do szufladki i najczęściej są to niedokończone projekty czy same szkice. Przede wszystkim poza HNW tworzę acid techno i rzeczy mocno zalatujące oldschoolowym house/techno późnych lat '80/wczesnych '90, napisałam też kilka kawałków w klimatach depressive black metalu, ale ciężko mi się zabrać do tego na nowo po tym, jak to wszystko przez przypadek przepadło... Nie wydaje mi się, żeby wyszło to do publiki, poza jednym wyjątkiem. Powoli i w bólach rodzi się projekt mój i kilku osób, w tym przypadku moje HNW będzie tłem, a rzecz (choć nie chcę mówić za wiele) zapowiada się interesująco. Czas pokaże. Na dłuższą metę chciałabym też ogarnąć jakąś ekipę do grania czegoś w klimatach grindcore/powerviolence, takiego mocno queerowo-feministycznego jak Rape Revenge czy G.L.O.S.S. (mimo że to hardcore, ale wiadomo) lecz to bardziej pragnienia, niż jakieś realne plany. Z wielkim trudem przyszłoby mi ograniczenie się do tylko jednego nurtu - czy to jako twórczyni, czy jako słuchaczka.

Oprócz tego, że tworzysz, zajmowałaś się również pracą wydawniczą. Jeden z twoich labeli, Post Rave, wydał zaledwie jedną kasetę Koncert w Chmurach Melisy po czym zakończył działalność [RECENZJA]. Dlaczego tak się stało?

Post Rave był bardzo spontanicznym pomysłem, choć bardzo długo myślałam nad założeniem labelu. W związku z tą spontanicznością zbytnio nie miałam pomysłu jak to wszystko ogarnąć, a po ciepło przyjętej taśmie Melisy każde wydawnictwo, które szykowałam bardzo szybko okazywało się być tylko niewypałem, który nie często nie doczekało się nawet formy taśmy-matki. Szybko się zraziłam i był to też czas gdy się skupiłam bardziej na własnej twórczości. Jednak wróciłam do działalności wydawniczej wraz z powstaniem Wungiel Booking. Ciężko określić, że jest to bardziej profesjonalne, bo to strasznie chujowe słowo jeśli chodzi o działalność DIY a bardziej DIT. Lecz wszystko teraz idzie dużo bardziej prężnie, mamy za sobą już kilka zorganizowanych gigów i jedną wydaną kasetę, a szykuje się dużo więcej. Z mojej strony planuję kilka kaset, między innymi rosyjski HNW - Shishanote i dopiero wschodzący polski projekt - Øø działający na skrzyżowaniu HNW, ANW i drone w bardzo depresyjnej odsłonie a także duże wydawnictwo - składankę HNW będącą benefitem na lokalną organizację LGBT będącą sprzeciwem wobec homofobicznego i transfobicznego spierdolenia na scenie noise. Z czasem przyjdą też wydawnictwa bardziej z klimatów hardcore/punkowych jak i również coraz więcej koncertów. Rozkręcamy się. Momentami myślałam nad wskrzeszeniem Post Rave jako platformy wydawniczej dla koncertówek, ale nie wydaje mi się by rozdrabnianie się na kilka labeli było dobrym pomysłem.

O ile się nie mylę Post Rave było jednoosobową działalnością. Wungiel Booking jest już chyba bardziej kolektywem, czyż nie?

Tak, w Post Rave byłam tylko i wyłącznie ja. Na Wungiel Booking składają się (w tym momencie) trzy osoby, ja, Oskar, znany z hałasowania jako (już martwe) Sun Still Rises i teraz razem z znanym i lubianym Low Standards, a także solowo jako Emptyz i Rysiek, który (póki co!) nie jest znany z żadnego projektu. Jednak Wungiel nie istniałby bez załogi bytomskich Wolnych Torów, gdzie mają miejsce organizowane przez kolektyw koncerty.

Widzę, że u was na Zagłębiu okołonojzowe przedsięwzięcia mogą liczyć na środowiskowe wsparcie, czyż nie?  

Powiedzenie, że Bytom to Zagłębie to dość szybka i skuteczna metoda na utratę zębów gdy w pobliżu są jednostki miłujące sportową odzież i lokalne kluby piłkarskie… Reszta kolektywu Wungla jest ze Śląska, a ja sama uważam, że sytuacja samego Zagłębia jeśli chodzi o sceny muzyczne (nie mówię tylko o noise) jest dość chujowa. Nic tu się praktycznie nie dzieje i ciężko się tu z czymś przebić z tego co widzę. Jeśli już się coś dzieje to jakiś kiepski metalowy koncert z równie kiepskimi kapelami grającymi modny akurat wśród lokalsów podgatunek, czy punkowy gig z tymi samymi zespołami po raz któryś z kolei. Może na Śląsku też nie jest jakoś wybitnie, ale widać trochę większą aktywność, dzieją się różne rzeczy - czy to jeśli chodzi o hardcore punka, czy o dajmy na to techno. Jednak wszystko to mocno toczy się wokół Katowic, a Wolne Tory są naprawdę zajebistym wyjątkiem na mapie tych okolic i nie wiem co by było gdyby nie ta miejscówa. Zawsze byłam pod wrażeniem Warszawy, tamtejszych kapel czy ogólnie tego co się dzieje - czy to Eufemia, czy Przesterowane Szczury (na które z miłą chęcią zapieprzałam specjalnie tam), ale też nie uważam by zapatrzenie w stylu “ooo u nich jest zajebiście a u nas to tylko gówno” było jakieś wspaniałe. Bez pracy się nie zbuduje sceny, takie życie. Dlatego dożywotni props dla wszystkich ekip i ludzi którzy ten Śląsk i okolice trzymają przy życiu. 

Dokonałaś, moim zdaniem, bardzo ciekawego porównania zestawiając w jednej wypowiedzi TSA Wolne Tory, które jakiś sposób chcąc urzeczywistnić idee wyrażone u Hakima Beya dotyczące post-anarchistycznej samoorganizacji oraz Przesterowane Szczury [relacja z P.S. 2017 Kultury Staroci tu], które odbywają się dzięki wsparciu Centrum Sztuki Współczesnej - instytucjonalnego olbrzyma, który nie może istnieć bez publicznego finansowania. Innymi słowy uważasz, że nieważne jest to, kto jest organizatorem wydarzenia, środowiska, przedsięwzięcia etc. jeśli służy to dobrej twórczości?

Wydaje mi się, że alternatywna kultura korzystająca ze wsparcia publicznego (bo myślę że głównie o to tutaj chodziło) nie jest jakimś jednoznacznie negatywnym. Ja to widzę tak: mimo wszystko wszyscy (a przede wszystkim nasze pieniądze) tworzą to państwo i nie ma nic złego w tym, że państwo wesprze jakichś niezależnych artystów czy promotorów. Trochę to działa w mojej głowie na zasadzie “skoro Kościół czy różne tego typu instytucje dostają, to czemu artyści nie mogą?”. Choć dla mnie byłoby dużo lepiej jakby te pieniądze poszły na dużo ważniejsze sprawy - zarówno kasa, która idzie teraz na kościół jak i na sztukę. Alternatywa sobie by poradziła, Kościół zresztą też. Ale skoro sytuacja wygląda jak wygląda... Inną sprawą jest to, jak finansowanie z takiego źródła wpływa na niezależność twórczą. Wydaje mi się, że to już każdy tworzący i biorący pieniądze od instytucji państwowych powinien zastanowić się o tym sam w sobie.

Ostatnie pytanie dotyczy statusu twojej osoby - Eurydyki - na scenie muzycznej. Wśród osób, które pytałem co o tobie myślą, przewijał się jeden wątek - mianowicie moi rozmówcy twierdzili, że dość konsekwentnie budujesz swoją legendę. Jesteś dla publiczności - w tym dla mnie - anonimową osobą, co także jest mocno fetyszyzowane.  Przecież Eurydyka to nie jest imię, którym posługujesz się na co dzień.

Szczerze mówiąc ciężko mi określić własną działalność artystyczną jako “budowanie swojej legendy”, ale jest mi miło, że jest to w taki sposób odbierane. Nie uważam też siebie za jakoś szczególnie anonimowej - chyba, że za anonimowość uznamy to, że nie podpisuje się na ogół urzędowym imieniem i nazwiskiem. To jednak nie ma związku z twórczością, a wynika po prostu że jako osoba transpłciowa kompletnie nie identyfikuje się z danymi, które mam w papierach i używam ich tylko, gdy muszę (lub gdy stosowanie ich pozwala mi uniknąć problemów, które byłyby mocno dotkliwe). Dla zdecydowanej większości moich znajomych czy nowo poznanych osób ze środowiska innego, niż dajmy na to szkoła funkcjonuję jako Eurydyka. I także mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się by to imię było także urzędowym - ale będzie to długi i ciężki proces. Cóż, takie życie.

I jeszcze jedno -  kiedy w końcu dasz się poznać na scenie, na koncercie ( o ile w ogóle)?

Co do koncertów to pomimo że nie uważam HNW za jakoś wyjątkowo “koncertowy” gatunek to zderzenie mojego hałasu z akustyką inną niż ta słuchawek i mojego pokoju byłoby przyjemnym doświadczeniem. Póki co powoli będę zbierała sprzęt, by w tworzeniu oderwać się od ekranu laptopa i myślę, że pod koniec tego roku albo w następnym zaprezentuje swoją twórczość na scenie. Prawdopodobnie będzie to na Wolnych Torach na którymś z koncertów organizowanych przez Wungiel.

Korzystając z okazji pozwolę sobie też dodać małe info na temat moich nadchodzących wydawnictw:
Collab z MWroblewski (którego niektórzy zapewne znają z wydanej na Wungiel Booking kasety 558701) wydany na kasecie na Reason Art Records - HNW wymieszany z drone inspirowany stacjami numerycznymi



A także split z pewnym polskim projektem - klasyczne, brutalne i industrialne HNW. Więcej szczegółów wkrótce na fb.


niedziela, 2 kwietnia 2017

Dyzartria Sochora - "Post​-​functional Dub Objects" - Fischerle

Fischerle, "Post-functional Dub Objects", artwork: Karolina Pietrzyk i Oliver Spieker, źródło: czaszka.bandcamp.com

W poszukiwaniu blurba, który stanowiłby autoteliczną opowieść naznaczoną poetycką oryginalnością znakomicie odnalazłem się w krótkim tekście znajdującym na bandcampie czaszki(rec.) przy płycie Post-functional Dub Object. Mateusz Wysocki, występujący na tym krążku jako Fischerle, a udzielający się w także w projektach Mech, Bouchons d'oreilles, Porcje Rosołowe oraz w duetach z Krojcem i Micromelancolie pisze, że impulsem dla nagrania tego materiału było spotkanie z człowiekiem chorym na dyzartrię w trakcie autostopowej wycieczki. Według opowieści Wysockiego człowiek ten mówił tak wolno, że słowa zostawały w przestrzeni za nimi - opowieść ta brzmi niczym z pogranicza faktu i snu. Od tego doświadczenia Wysocki wychodzi do konceptu całego albumu dedykowanemu rzeczom, które zanim zostaną opisane, umykają lub zostają w swym szczątkowym kształcie. Zresztą opowiadaczem Mateusz Wysocki jest znanym nie od dziś - warto przy tej okazji przypomnieć sobie bajki/słuchowiska Mniej niż 40 opowieści oraz Cudownego Konia Księcia Witolda.

Według jednego z interlokutorów filmu dokumentalnego Dub Echoes tak jak każdy obiekt może rzucać określony rodzaj cienia, tak każdy rodzaj muzyki można poddać dubowej preparacji - czego dowodem jest świetny koncepcyjny album Doubts kuratorowany przez Fischerle i Paidego [RECENZJA]. Obiekty dubowe Fischerle znajdujące się na jego najnowszej kasecie określane są jako post-funkcjonalne. W tym samym filmie rozmówcy starają się odpowiedź na pytanie czemu dub w ogóle służy. Ludyczny charakter tej muzyki, podkreślenie basu i perkusji jako rdzenia kompozycji i przystosowanie jej do grania na sound systemach i dawanie jej możliwości zapętlania to jedno. Drugim, nierozłącznym elementem dubu jest także mistyka pogłosowych mgieł, tlących się na zarówno w tle jak i wybuchających z wielką siła na pierwszym planie. Fischerle za nic ma efekciarstwo, muzyczne transpozycje swoich doświadczeń tworzy w oderwaniu od bezpośredniej mocy dubu, na rzecz jego kontemplacji.

Czytelny układ albumu - dwie, pozbawione wyraźnego beatowego kośćca kompozycje znajdujące się na początku Hapto oraz na końcu Coup de grâce, stanowią otulinę dla efemerycznie i leniwie, choć intensywnie sunącemu rytmowi drugiego i trzeciego z kolei Palto i Oktawona . Pojawia się paleta środków, z których Fischerle jest znany - programowe niedoskonałości i trzaski brzmią tak, jak wtedy, gdy kupiłem kamerę pogłosową Sochora polskiej produkcji, w której taśma dawno już zwietrzała, a styki buczały od rdzy. Największą zaletą produkcji Wysockiego jest wysztukowanie pojawiających się, znikających i przenikających wyziewów ni to elektronicznego, ni to organicznego pochodzenia. Wzruszenie przenikające delikatność tych materii dźwiękowych - czy to jeszcze moja osobista transpozycja, czy intencjonalne działanie muzyka? Tego chyba nie wie nikt.

Nadanie niepamięci twardej struktury zdaje się mieć punkt kulminacyjny w potężnie basowym, choć lirycznie inkrustowanym Oktawonie, lecz całość operacji pozostawia rezygnację w postaci bezkształtu smutnej frazy Coup de grâce splecionego z resztkami field recordingów.  Post-functional Dub Objects to być może najlepsze w dotychczasowej solowej działalności Fischerle nagrania, esencjonalne w długości, bardzo intensywne w przeżywaniu, doskonale dopracowane kompozycyjnie, produkcyjnie i koncepcyjnie, bardzo wyraźne w metodzie i niejednorodne w uczuciu. Rzecz to do ciągłego powracania, przeżywania i wzruszania.

Fischerle 
"Post-functional Dub Objects"
 Czaszka Records
CZSZ012
30 marca 2017 



SPRING PARALYSIS - Pal Communications

Pal Communications, "Spring Paralysis", zdjęcie: Joanna Świderska źródło: outpostzetax.bandcamp.com

Gdzie jest wytwórnia Transatlantyk, gdy potrzebujemy jej najbardziej? Gdzie są jacyś promotorzy i wielka machina creative industries odpowiedzialna za obrót taki rzeczami (a nie sorry, creative industries to kłamstwo)? Gdzie są reklamodawcy i agencje reklamowe (wiemy kurwa - na Youtubie), którzy mogliby zapłacić, aby Emil zrobił muzykę do reklamy lub w swojej muzyce zamieścił jakiś delikatny placement?

Szyk, elegancja, brylantyna, galantyna, mokre i opalone ciała. A po środku pręży się falliczna figura nieznosząca sprzeciwu - tak mówię tu o okładce, gdzie ostra szpica winkla modernistycznego członka wznosi się w niebo - aż dziwi bierze, że to bezapelacyjne piękno spełnia także inne funkcje niż ludyczno-estetyczne. Popatrzcie na symetryczne linie przenikające ten obrazek. Od ostrej krawędzi budynku, ostrej niczym zęby "Organów" Hasiora po linię wyznaczaną przez winietę w prawym górnym rogu, aż po chmury w prawym dolnym - z pewnością zaś na wieżowcu-fallusie, jednocześnie trójkątnym niczym łono ściśnięte udami nieba (bryk wyciągnięty z licealnych erotyków) opala się Maria Probosz w stylu topless.

Jednocześnie zaś ta okładka wraz z muzycznym wkładem stanowi dysonans ludonarracyjny. Pojęcie to zaistniało w odniesieniu do gier wideo, a chodziło o to, że fabuła nie jest koherentna z rozgrywką. Lecz pojęcie to nie jest zarezerwowane li tylko dla gier. Ba! dobre prowadzenie niespójności wynikającej z interdysyplinarnych niespójności jest wielką sztuką. Czasem do tego potrzeba odpowiedniej wrażliwości w kłamstwie - lecz czyż nie najlepiej słucha się tych opowieści, które choć trochę koloryzowane są przez opowiadacza?

Opowieści snute przez Emila Macherzyńskiego wystrzegają się efektu, skupiają się na brzmieniowym afekcie, czego bodaj najpiękniejszym przykładem jest moje ulubione Arecibo - rozlewająca się 20-minutowa kompozycja, nagrana na żywo w 2014 roku w Eufemii, kosmiczny majak o ambiencie wyrywającym się uścisku nudy. Arecibo ukazało się pod szyldem Palcolor - zdaje się, że Emil wykorzystuje nazwę swojego głównego projektu, by tworzyć rzeczy bardziej zrytmizowane, czego dowodem są Brutażowe, technowe nagrywki z Non-Breadboard Reality i retronostalgiczno lo-fi potupaje ze świetnego Muranów Workshop. Popatrzcie zresztą na tę piękną okładkę tego ostatniego - duży fiat ostatnio był tak piękny, gdy stanowił tło dla największego badassa PRL-u jakim był Andrzej Dąbrowski, a Boeing 737 nie był tak nowoczesny, chyba, że na okładce Jumbo jeta studyjnego projektu Arp Life. Pod nazwą Pal Communications Emil wystąpił do tej pory raz - i był to esencjonalny, mikrotonalny mini album Mikroorganizmy, cudownie wydany na szalce Petriego o średni akurat na mini disca z materiałem.



Wspólnym idiomem nagrań Emila jest ich przejrzystość. Każdorazowo słuchając nagrań Palcolora i solowych projektów pokrewnych artysty mam wrażenie, że gdyby złożyć nagranie na pół, wówczas nadal by ono czytelne i klarowne. Gdy złożyć ja cztery części wówczas nadal można by było przez tę tkaninę dostrzec co jest po drugiej stronie. Spring Paralysis mieści się gdzieś pomiędzy najodleglejszymi od siebie nagraniami Macherzyńskiego, nie wypadając z orbity, jak smutna ciało niebieskie z Planet Rouge. Krople mokrych elektronicznych klików przenikają tę tkaninę na wylot, której sploty podobne są jak u tuzów Warp Records takich jak Autechre na Amber. Okazjonalnie zasłyszeć można bardziej rytmiczne formy jak Legoweltowski 03, lecz to nie rytm nie gra tu roli co acidowy nastrój wycofania - pokrewieństwo z otwarcie muzakowym Music for Candy Shops Poly Chain [RECENZJA] zdaje się być zaś dosyć bliskie.

Dysonans ludonarracyjny tkwi właśnie między pyszną okładką, a materiałem dźwiękowym, który mówi opowieść o tym, że wzbijają się ptaki, lekko porusza się piękna dłoń, lśniący nowością samochód przemierza reklamową prerię, lektor wypowiada nazwę marki. Biegacze podnoszą i unoszą swe członki w morderczym wyścigu w zwolniony tempie - po z ciała zostaje za nimi, drobiny magnezji rozbijają się o siebie w powietrzu, gdy siłacz przymierza się do walki z żelazem - lektorka mówi o ribokach, najkach lub coca coli. Czujesz się, gdy w lepszych czasach, w polskiej telewizji puszczano zagraniczne reklamy produktów, na które nie było prawie nikogo stać, w których tle leciały kompozycji Boards of Canada lub Aphex Twina. Rozmawiałem kiedyś z Emilem, który opowiadał jak imponuje mu muzyka bez ego - Spring Paralysis jest ego pozbawiona dokumentnie,  a muzyka ta dałaby się zmonetyzować, boć brzmi jak milion dolarów.

A tak to jesteśmy skazani na rojenia Zamilskiej o graniu do wybiegów Hugo Bossa i  gibiącej przy laptopie za napisami końcowymi transmisji z Opola.

Pal Communications
"Spring Paralysis"
26 marca 2017
wydawnictwo własne 



wtorek, 28 marca 2017

GUIDING LIGHTS - New Ways to Feel Bad


Guiding Lights i Test Prints, źródło: własne.

Od razu poznałem wszystkie cechy charakterystyczne koncertów rockowych: jest za głośno, panuje nieznośny tłok, zespół gra gorzej niż na płycie, wykonuje inne utwory niż byśmy sobie życzyli, jego członkowie wydają się jacyś tacy dziwnie zmęczeni i nieobecni, a wokalista – choćby i dobry – nie radzi sobie z repertuarem. Ale zasadniczo uznałem, że granie na gitarze byłoby czymś fajnym.
To Bartek Chaciński o swoich wrażeniach z występu Lady Punk, której opis znajduje się w recenzji płyty Stanisława Soyki. Cytat ten w trafny sposób odnosi się do New Ways to Feel Bad. Osobiście na koncerty chodzę rzadko, więc wymyślam na rzecz swojej recenzji następującego protagonistę, który żywi kolejne uczucia i znajduje się w takiej oto sytuacji:

Boazeria lepi się od potu i brudu tłumu, podłoga lepi się od piwa i wyślinionych petów. Pod sufitem unosi się siwa stróżka dymu ledwo przenikana przez światła przegrzanego kolorofonu. Migające ogniki pozwalają zauważyć skraplającą się na suficie parę wodną wyrzucaną z każdym oddechem sobotniego tłumu. Krople wody opadają na gorące głowy i z sykiem unosi się do góry z powrotem. Tak samo, jak ci ludzie, musiał czuć się Jonasz w brzuchu ryby. Lokal ten to swego rodzaju zbiorowy, Fremeński filtrfrak - co w przyrodzie to nie zginie. X przyszedł z kolegami, bo nie wypada chodzić samemu, a koledzy zaczęli kolegować się z innymi, co dla X było nie do zniesienia. Stojąc przy barze przepraszająco zaczął przeglądać telefon, udając, że z kimś pisze, udając, że ktoś pisze do niego. Oprócz udawania dławił w gardle wstręt gorzkiego beczkowanego, próbował także, bez powodzenia, znaleźć jakąś treść na wallu. Jedyne co zrobił, to zesłał znajomą szmulę z fejsa do limba stosując dwa triki - wcisnął przyciski "otrzymywanie powiadomień wyłączone" oraz "dalsi znajomi". Zaczął zastanawiać się nad okrucieństwem Toy Story i tragizmem Buzza Astrala. Pomyślałby coś więcej gdyby nie brzęczenie i łomot dobywające się od strony sceny. Bodziec ten okazał się kolejnym sprzyjającym skojarzeniom - przypomniał sobie teledysk do Dirty Boots Sonic Youth - popatrzył w dal, szukając dziewczyny w koszulce Nirvany - jak już zobaczył dziewczynę, to miała ona wymyślny top, jak to się w ogóle składa, jak to można w ogóle prasować? Parę szczegółów by się zgadzało - jęczące wokale i proste gitary to koincydencja, przecież czytał blurba, który mówił, że to granie podobne do Pixies - dzięki Bogu za blurby, które wyzwalają nas z jarzma name checkingu, dzięki Bogu za paralele do zagranicznego zespołu, to konstytuuje bytność lokalnego bandu - to flashbacki lat '90. Tak, X znał ten band, także z poprzedniego wcielenia - poza dwu trzecią składu zmieniło się niewiele, nawet dziewczyna gra na basie i tu i tu. No może piosenki teraz są szybsze, brzmienie bardziej ziemiste, drugi wokal wokalistki bardziej rozchwiany, a perkusista gra trochę szybciej. W ogóle tu jakby była straszna trema zespołu - kiedyś ten sam band, choć jednak z trochę innym składem osobowym grał jakby spokojniej i swobodniej - teraz jakaś spina przeszywa trio, grają jakby szybciej niż zakładali. X przypomniał sobie momentalnie program Sound of the Suburbs, gdzie prezentowane byli artyści z Wysp, a ujęcia bardzo często pokazywały nieobrobione głębiej live'y tychże - nadawało to nawet najbardziej generycznemu brit popowemu popierdywaniu fajnej, punkowej surowizny.

Nie ma dziewczyny w koszulce Nirvany, więc pomyślmy inny teledysk o braniu udziału w tłumie - Communards i i Don't Leave Me This Way. Miłość to miłość - przepił myśl X, zbił niepodziewaną piątkę i przytulił na chwilę w brofiście wesołka znanego od podstawówki. Gdyby choć te piosenki były cokolwiek zaaranżowane jak u Richarda Colesa, gdyby liderowi bandu chciało się choć raz przycisnąć falsetem - może byłoby w tym coś więcej niż knajpiany, koledżowo - garażowy muzak. Pogłos na intensywnej gitarze albo na szeptanym wokalu - zapomnij, tu niemal gołe gitary idą prosto we wzmacniacze, tak prosto mogłaby zagrać nawet małpa albo Jacek Kaczmarski, pomyślał X, a myśl ta nie spodobała mu się, bo głupia i prymitywna. X pomyślał także - nawet ja mógłbym tak zagrać (ale z jakichś powodów tak nie gram - tutaj tak, od pierwszej inkarnacji zespołu, chyba nie grał nikt), ale nie mógłbym tego śpiewać. Już wystarczy, że wszędzie X słyszał refren Zenka (Zeke, skojarzył - fajna grupa, dobrze napierdalają) Martyniuka:
Przez twe oczy, zielone, zielone
OSZALAŁEEEEEM!
X nie lubił estetyzacji smutku, a tym bardziej schorzeń ducha i umysłu, najgorzej zaś gdy jesteś z dupy rozdarty przez pożądanie. Gdy dziewczyna z zespołu nuci chyba najbardziej pamiętliwy z całego seta  Everything goes wrong wstrząsa nim dreszcz - katharsis, przeciąg, czy ki chuj? Zresztą i tak X uważał, że takie mało złożonej muzyce najbardziej sprzyja jakaś singlowa forma. Kiedy skończył się już ten album, to medley złożone z paru akordów (folk to czy, co) na temat tego, że smutek, śmierć, przerażenie, wstyd i wstręt zespół zszedł ze sceny, nie zauważywszy w zasadzie swojego zejścia, wtłoczył się tłum, wypił piwo z karnetu na napoje dla zespołów. Czy sposobem na poczucie się źle, jest zaprezentowanie gorszej wersji siebie?

Guiding Lights 
"New Ways to Feel Bad"
12 marca 2017
 



CZYTAJ TAKŻE RECENZJĘ:
ŁUKASZ CISZAK, "THE LOCKED ROOM"

niedziela, 26 marca 2017

MERRY ME - Maciek Sienkiewicz

Maciek Sienkiewicz, "Merry Me", źródło: bdta.bandcamp.com

Wraz z tą płytą zostało zaburzone continuum czasoprzestrzenne. Bo jak inaczej wytłumaczyć, że jedna z najlepszych dotąd polskich płyt roku 2017 powstała w 2003 roku?

Inwersje takowe i zaprzeczanie normalnemu biegowi rzeczy można wytłumaczyć boską interwencją. W Księdze Mądrości czytamy:
18 Żywioły bowiem, gdy się inaczej ze sobą zestroją,
odmieniają rodzaj rytmu, jakby dźwięk harfy,
zawsze pozostając w tonie.
Łatwo to wykazać, widząc, co się stało:
 
19 ziemne bowiem stworzenia zmieniały się w wodne,
a wodne na ląd wychodziły.
 
20 Ogień w wodzie wzmagał swoją siłę,
a woda zapominała o swej własności gaszenia.
Tam gdzie przeciw biegowi rzeczy nie występuje zaś Bóg, tam występuje grzech. Powroty generycznych nagrań, próżność zapomnianych gwiazd undergroundu i spryt wydawców co rusz osłabiają moje przekonanie o konieczności wydawania rzeczy w swoim czasie niewydanych. Chcielibyśmy być może zatopić w figurze skromnego geniusza, który wydaje na światło dzienne swoją twórczość po latach, bez fajerwerku, prawie bezszelestnie. Szukać schronienia w cieniu autorytetu, w momentach, kiedy strach jest zawierzyć komukolwiek to nie potrzeba bezwolnego dziecięctwa i umysłowej mizeroty. 

Takie totalne schronienie dawało poprzednie wydawnictwo Maćka Sienkiewicza, które można zaliczyć do cyklu wydawanych archiwaliów - F wydane przez Wounded Knife, a nagrane w 2005 roku. Imponujące objętościowo wydawnictwo (dwie kasety, dwie godziny muzyki) to obsesyjne, sterylne pętle, postępujące po płaskiej powierzchni bez życia niczym najwolniejszy walec świata. Gdy w 2015 roku "recenzowałem" F napisałem ledwie jedno zdanie kończące się życzeniem wobec słuchacza - cierpliwości. Mi tej cierpliwości wówczas zabrakło, więc te słowa to wyznanie skruchy wobec moich ówczesnych stanów ducha i umysłu. Wydawnictwo to, to jeden z najbardziej przerażających ambientów jakie miałem okazję spotkać - sterylność, powolność, przewidywalność, brak narracji, brak emocji, brak wartości, pustka w braku zaskoczenia, jeden wektor rozlewający się na nieistniejącą równinę. Wobec tego ogromu, totalitarnego nieistnienia, władzy bez państwa, suwerena ponad prawo, kategorii opisowych powinno się szukać pojęciach pierwotnych. Sprowadzanie nieistniejących przestrzeni abstrakcyjnych modeli na doświadczenie, tworzenie uroczystości ponad codzienną obskurą, pętanie bezpieczeństwem przewidywalności - oto moje całe recenzenckie revisited F.



Poziom wysokoenergetycznej abstrakcji został zachowany także w Merry Me, choć nieprzewidywalność tego materiału, jego agresywna szorstkość są bliżej człowieka od FMerry Me zostało zbudowane wokół estetyki błędu, glitchu i szumu, a gatunkowo niedaleko temu materiałowi do noise'u, nawet w swych najbardziej radykalnych formach, gdy w utworacj Kursk, czy C tłem dramaturgii jest skwierczący boleśnie HNW. Bolesność zdaje się być odpowiednią właściwością całego krążka - szczególnie gdy w świadomie odtwórczym, gitarowo-elektronicznym ambiencie pojawiają się drażniące kliki, jakby techniczne błędy pliku z nagraniem, przez narastanie błędnych komunikatów, po kulminacyjne obnażenie intencji, wywrócenia kota przez gardło na lewą i stronę i powrót do kampowego dziadostwa pozornie ambitnego ambientu. Spektralny lowercase, z imponująco niezmiennym tłem i zlewającymi się z nim cząstkami glitchu jest udziałem utworu F, a R brzmi jak nieustanna beka z loopów Basinskiego - bo choć i tu pętle jęczą względem siebie w kulawym kole są tak niebywale drażniące, że aż chce się słuchać i wydobywać mikroskopijne łamanie kolejnych sekwencji przyzwyczajeń.

Czapkuję nie bez powodu, bo oto nadchodzi jeden z mocniejszym momentów płyty, czyli Kursk, death i power industrial, który zbytnio nie przejmuje się gatunkowym patosem, wręcz samozwalcza się - jest to utwór, który mógłby stanowić ilustrację postępującej choroby autoimmunologicznej. Tytułowy utwór Merry Me nie chce być zaś czym innym tylko nojzem, szumem, który nie obejmuje wszystkich pasm autorytarnie tylko eksploruje je w sposób osobliwie delikatny sposób.

Pętlą zaś, a jakże, zamyka się cały album - będąc programowo brzydkim i śmieciowym przez sporą część trwania Merry Me kończy się zgliczowanym ambientem.

W Księdze Mądrości (rozdział 4) czytamy:
Lepsza bezdzietność [połączona] z cnotą,
nieśmiertelna jest bowiem jej pamięć,
bo ma uznanie u Boga i ludzi:(...)

rozplenione mnóstwo bezbożnych nie odniesie korzyści;
z cudzołożnych odrośli wyrosłe - nie zapuści korzeni głęboko
ani nie założy podwaliny niezawodnej. 
Merry Me - materiał pełen żywotności zawstydzającej współczesne eksperymenty brzmieniowe powinien stanowić lekcję dla wszystkich, którzy na próżno sieją wykopkami swoich nagrań pragnąc chwały wśród słuchaczy. Lepiej by było gdyby zamilkli w niegdysiejszej glorii, niż srali na lewo i prawo mizernościami. A ty, Maćku Sienkiewiczu - siej dalej.

Maciek Sienkiewicz
Merry Me
BDTA 
11 marca 2017
BDTA CXXXVII





środa, 22 marca 2017

TRAKI ROBIONE PO GODZINACH - Harley Cream/Yoonkee Kim

Po lewej Yoonkee Kim, "Lotion Plaza", źródło: crunchyhumanchildren.bandcamp.com,
 Po prawej, Harley Cream, "absentia EP", źródło: harleycream.bandcamp.com



Tak samo, jak nie wierzę w muzykę która samoidentyfikuje się jako libraly music, tak samo z dużym dystansem podchodzę do tego, co tworzone jest z założenia jako outsider music. W obu przypadkach mamy do czynienia z wchodzeniem twórcy w rolę krytyków i publiczności, do których finalnie należy tworzenie pojęć lub przyporządkowanie dzieł kultury do pojęć już istniejących. O ile jednak w przypadku libraly music, możemy mówić po prostu o świadomie tworzonym produkcie, który ma pełnić rolę służebną wobec rynkowych zapotrzebowań i zastosowań, tak historyczna muzyka naiwna nie posiadała świadomości swojego umiejscowienia w topografii muzycznych poszukiwań. The Shaggs tworzyły rzeczy, za którymi stała przepowiednia zmarłem matki i determinacja ojca, który uwierzył, że jego córki staną się gwiazdami. Przepowiednia okazała się samospełniającą, lecz późniejsi epigoni tej estetyki musieli żyć z jarzmem, że są tylko odtwórcami. Jak okazuje się, ironiczny dystans i świadomy cynizm w eksploatowaniu prymitywizmu na rzecz swoich konceptów, choć urodziły arcydzieła, to jednocześnie są zarówno błogosławieństwem, jak i klątwą. Devolucja opisana, jest już trochę gówno warta i z chuja wyssana, choć ciągle estetycznie sympatyczna. 

Mam przed sobą bardzo eklektyczne, wręcz bałaganiarskie albumy. Yonkee Kim, mieszka i pracuje w Seulu i pochodzi naturalnie z Korei Południowej, a w tamtejszym niezalu uchodzi za postać niemal legendarną. Przez ostatnie 17 lat działalności wydał ponad 13 albumów solowych. Album Yoonkee Kim Lotion Plaza wydany nakładem warszawskiego labelu Crunchy Human Children Records mógłby spokojnie istnieć bez większości piosenek na nim zawartych, co upodabnia go trochę do The Smiths, włącznie z prostackimi liniami melodycznymi gitar i wokali. Tam gdzie znajduję w tym piosenkowo-popowo-naiwnym albumie radość to detale jakim jest wykorzystane instrumentarium od banku beatów od Casio, przez mamroczące wokale, nagrane tak genetycznie upośledzenie, aby nie obudzić matki, która śpi w izbie obok - oba ta przymioty upodobniają tę muzykę do twórczości dadaistycznego Trio, które wygrało życie lansując hit, a jakże, "Da Da Da". Pierwsza strona tej kasety wydaje się być bardziej nasycona potencjalnymi singlowymi hitami (śmiechłem to pisząc, serio, sam do siebie, jestem samotny, niech ktoś do mnie w końcu zadzwoni lub napisze plis), a także bardziej wyraźnymi skojarzeniami. Nie wspominając od tego momentu ani razu Jandka (bo niewiele tu przypomina Jandka, oprócz akustycznie brzęczących gitar), jest tu trochę akordów i temp głupkowatego humoru Bloodhound Gang, to wtedy, gdy słyszę Fire, Water Burn w SADNESS, trochę rozproszonego po całym albumie sennego dubu i shoegaze'u (IN A CLOSET) i zaskakująco wielu funkowych/latin jazzowych momentów tak mocno zatopionych w akordach wyciągniętych z oazy młodzieży w twojej parafii. Utwór Books mogłby nagrać któryś z podopiecznych Aphetamine Reptile, gdyby ci zbakani słuchali roots reggae, a  세명의 신발 to hołd oddany anachronicznemu minimal synth wczesnych lat '80. Gdy w numerze HAMMER SMASHED PACE, usunąć wokal mógłby ktoś pomyśleć, że jest to odrzut sesji Check Your Head Beastie Boys, a gdyby z  wywalić kliki uderzeń taniego syntezatora i ująć trochę przesteru z mikrofonu, wówczas wyszedłby Neil Young jak żywy. Tłusty bas w i jęczące wokale przypominają jak żywo pierwsze albumy węgierskiego prog rockowego gitanta Skorpio, a intro i refren to wariacja na temat programowego upośledzenia Devo. to zaś hymn na temat nieudolności karaokowych wykonów, gdzie śmiałkom dodaje się maks na mikrofonie, żeby ukryć ich nawiedzone jęki.

Gdyby tych piosenek na albumie było mniej, wówczas służyłoby mu to dobrze, niemniej i tak te mocne momenty są na tyle mocne, że to bardzo udany, śmieszny, lekki album na temat prymitywizmu w piosence. Warto.

YOONKEE KIM
"Lotion Plaza"
Crunchy Human Children Records
CHC018
15 lutego 2017 




Drugim eklektyczno-naiwnym albumem, a w zasadzie EPką jest wytwór artysty Harleya Cream, który robi witch house WEŹ MI Z TYM KURWA NIE PODCHODŹ, WYPIERDALAJ, BO CIĘ PORŻNĘ PAJACU. Ja już was kurwa znam śmieszki, oznaczacie na fejsie miejsce zamieszkania Twin Peaks albo Burkittsville, malujecie krzyże i trójkąty, tagujecie na bandcampie swoją srakę jako trippy lo-fi, a waszą ulubioną artystką jest Anastacia. Harley Cream przeżył jakoś zagładę gatunku i tłucze dalej swoje, nie zważając na zniewagi, oszczerstwa i powszechną pogardę względem gatunku. I tak nie zważając, robiąc swoje zrobił jedną z najlepszych płyt z power violencem, jaką słyszałem w tym roku. 

A jest to power-violence robiony z autotunem na wokalem, synthami wyciągniętymi z dupy EDM, zbyt dużą ilością gainu i przesteru, zbyt małą ilości limitera i kompresora. Nie wiem, doprawdy nie wiem, czy zupełnie nieczytelna i skandaliczna produkcja albumu jest świadomym zabiegiem, ale doprawdy robi to swoją robotę. Drobne nawiązania do HNW jak w intro do tytułowej absentii, elektroniczny industrial i dark ambient w absurdalnie nieskładnym i nieprzyzwoicie miodnym prelusion  łączy się z zretardyzowanymi rapsami, tak mógłby brzmieć Rzabka, w bardziej mrocznej i wykręconej wersji siebie. Rytmy absentii EP są nieregularne, lecz z pewnością nie progresywne. One zrywają się z najmniej pożądanych momentach, przekształcając się z szumową i szlamową pulpę, pozostawiając absmak, lecz nie dając o sobie zapomnieć, szczególnie gdy jeszcze doprawi się to zabiegami vaporwavyzacji - piję do do ostatniego na płycie . Szkoda, że taka estetyka nie wyjdzie nigdy poza digitalową formę, dobrze byłoby powkurwiać kogoś wydawszy to na bardziej namacalnym nośniku. Perwersja w robieniu rzeczy źle, nie po kolei, nie tak jak Pan Bóg przykazał, to doskonała rekomendacja tego albumu, czasem aż czuję dreszcz reminiscencji niegdysiejszymi zajawkami Meme Grips, a może nawet bardziej Nearly God. Czuję się nawiedzony, lecę cię ciągle na ripicie, dobra robota Harley Creamie.



Harley Cream
"absentia EP"
wydawnictwo własne
19 marca 2017