środa, 25 stycznia 2017

PRZESTEROWANE SZCZURY VI / CYKL "WYDAWCY"

Przesterowane Szczury VI, 21 stycznia 2017, CSW w Warszawie, źródło:www.facebook.com/przesterowaneszczury

 

21 stycznia 2017 roku w budynku Laboratorium Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie miał miejsce pierwszy koncert z cyklu Wydawcy, w ramach którego będą odbywały się showcase'y polskich niezależnych wytwórni muzycznych. Jednocześnie koncert ten był kolejną edycją Przesterowanych Szczurów, które corocznie prezentują artystów z szeroko rozumianych nojzowych estetyk.

Wydarzenie kuratorowane było przez Sergeja Hanolainena, artystę (MAAAA), organizatora koncertów oraz wydawcę (Traingle Records). Hanolainen działa na scenie od 2003 roku, jego wytwórnia Triangle Records powstała zaś w 2005 roku. Jako wydawca może pochwalić się 58 wydanymi nagraniami, jako artysta może poszczycić się wydaną w ubiegłym roku Abhorence and Dismay, która uznawana jest za jedną z najlepszych płyt 2016 roku, nawet spoza kręgów nojzowej ekstremy.

RAZ
Od pociągu Intercity kursującego między Krakowem a Warszawą oczekiwałbym ciekawszych wrażeń dźwiękowych. Rozczarowałem się, bo zupełne zignorowałem postęp technologiczny w trakcie którego stalowe urządzenia jadące po stalowych szynach zastąpione zostały przez smukłe, wysztukowane, a co najistotniejsze - dźwiękoszczelne cacka. Tam gdzie spodziewałbym się zgrzytu trących o siebie się metali słyszałem zaledwie hydrauliczne pomruki. Tam gdzie powinien być stukot nierównych kół po krzywych torach słuchać było jednostajny szum lekko przesuwającego się składu. Nawet zazwyczaj przerażająco głośne drzwi między wagonami tym razem zostały dokumentnie skopiowane z tych znajdujących się na USS Enterprise, ja zaś poczułem się jak Kapitan Jean-Luc Picard z memowego wizerunku - tym bardziej, że zapomniałem zabrać ze sobą odtwarzacza, żeby puścić na słuchawkach coś dobrego. Tak samo czułem się słuchając najsłabszego występu w trakcie całej imprezy - i był to, o dziwo koncert Torby. Torba to po włosku torf, boć i artysta kryjący się pod tym pseudonimem Mauro Diciocio to Włoch, choć obecnie rezydujący w Berlinie. Jego ostatni album, wydany dla Triangle Records Gùrvl jest solidną dawką muzyki opartej na samplach, taśmowych pętlach i przesterach. Koncert Torby pozbawiony był dynamiki, wydawał się być chaotyczny. Zupełnie nie wystarczały zebrane ciekawe materie dźwiękowe, które były lepione w nieumiejętny sposób, narracje, zamiast trzymać w napięciu nużyły, dramatyczne gesty uderzania pięścią w pedał gitarowego przesteru nie przynosiły spodziewanego efektu ataku szorstkiego szumu - ani niczego efektownego.



DWA
Napisawszy to co powyżej trudno jednak nie zauważyć, że chronologicznie występ Torby był drugi, po tym jak zagrał gospodarz wieczoru - Sergei Hanolainen. Nie sposób także w tym miejscu nie wspomnieć, że gospodarz starał się przedstawić jak najbardziej zróżnicowaną ofertę zapraszając takich, a nie innych wykonawców. Nie należy także nie powiedzieć, że Sergei, jak nie przystało na dobrego gospodarza swoim inicjalnym występem wybił się ponad medianę, swoją obecnością przyćmił blask współwystępujących. Jego występ mógł być, w nadinterpretacyjnym szale, uznany za najbardziej powinowaty z Torbą, lecz skala zjawiska jakim był występ MAAAA wypierdalała skalę napierdolu w kosmos. MAAAA zaprezentował utwór Dismay z wspomnianego wcześniej Abhorrence and Dismay, a zrobił to w sposób, który przekonał mnie, dlaczego ta płyta znalazła taki wielki oddźwięk poza fanami nojzu - bo dziwo to wykraczało daleko poza wyobrażenia o nojzie. Pisałem o tym już w recenzji płyty Sergeja, ale wysztukowanie i wysmakowanie kompozycji, która układa się niemal na kształt suity, fenomenalnie współgra z dokładnie przedstawianymi field recordingowymi samplami (w tym dźwięków stareńkich pojazdów szynowych), z dbałością o dobrą jakość dźwiękowego detalu. Jednak MAAAA, chociaż jest już bardziej kompozytorem niż improwizatorem to ciągle ekstrema. Najlepiej bodaj ujął ostatnie dokonania Sergeja Bartosz Nowicki z bloga 1uchem/1okiem tytułując recenzję Abhorrence and Dismay hasłem "Estetyzacja obskury - subtelność hałasów". I jeszcze jedno - dzięki ci także o ludzki rozumie, który wymyślił, że nadużywanie normalizacji poziomów głośności i nadużywanie kompresora nie ubogaca - dzięki temu występ MAAAA był tak doskonale dynamiczny. 



TRZY
Dwa z występów na Przesterowanych Szczurach podejmowałem i odbierałem bardziej przez ich walor performatywny niż muzyczny. Umpio, to nie nazwa projektu muzycznego, lecz nazwa miejsca, w które zabiera nas Fin, Pentti Dassum, który wciela się w autystycznego naukowca/szalone dziecko, które za pomocą mikrofonów kontaktowych, amplifikowanego, jak też nagiego w swych dźwiękowych physis złomu przenosi nas w dziwny świat. Jest on dziwny, bo z jednej strony anturaż wielkiej, białej koszuli z krótkim rękawem zapinanej na guziki, maseczka lekarska i złom przyniesiony w reklamówce, aż proszą się o skojarzenia z cyrkiem, który jednak jako sztuka jest przewidywalny i w gruncie rzeczy bezpieczny. Umpio jako cyrk bezpieczny nie jest, cały występ był groźny, uderzanie perkusyjną pałką o stół było natrętnie niepokojące, frenetyczne, niezrozumiałe, a ruchy, które nie zmieniały dźwiękowej materii zupełnie nieuzasadnione. Cyrk to nieżyczliwy, niewdzięczny, nie posiadający początku i końca. Umpio to jest laboratorium Dextera - jednego i drugiego jednocześnie, to świat, w którym Benny Hill ucieka przed Hannibalem Lecterem.

Zakończenia występu były dwa - jeden to fenomenalne i niespodziewane rzucenie kawałków złomu na ziemię, po którym ustały kanonady przesterów i pokazanie faka w stronę publiczności. Nienawidzę was pajace, a mój występ był wyrazem mojej niechęci do was.

Drugie zakończenie, istniejące poza występem to gesty wdzięczności artysty za miłe przyjęcie ze strony publiczności - Umpio właśnie się skończyło, a ja Dassum, który wam Umpio przedstawiłem nie nienawidzę was już tak bardzo. Kurtyna się zamknęła, dziękujemy bardzo.



CZTERY
O ile Umpio to świat sugestywny, mamiący wielością podskórnych tropów i gatunkowych archetypów widzianych z wyższych warstw atmosfery, tak najdziwniejszym występem był ten prezentowany przez Arv & Miljö. Zabijcie mnie, by dowiedzieć się, co grał występujący pod tym pseudonimem  Matthias Andersson - a nie powiem, bo nie pamiętam. Wejście artysty na scenę nastąpiło w momencie zapowiedzenia go przez konferansjera, jego występ rozpoczął się jeszcze wtedy, gdy publiczność gasła w gorączkowych small talkach rozpoczętych w trakcie przerwy na papierosa. Arv & Miljö posługiwał się najbardziej skromnymi środkami technologicznymi ze wszystkich współwystępujących, a jego muzyka opierała się na pętlach z taśm terenowych, które to splatały to rozplatały się ze sobą i łańcucha pospolitych efektów gitarowych. Lecz chuj z tym, bo co innego przykuwało uwagę. Tak jak Umpio był komiskowy, śmieszno-straszny, ale właściwy dla traszowo-nojzowej konwencji, tak Arv & Miljö to projekt otwarcie abgnegatyczny, mizantropiczny, ale nie w takim sensie, że krzyczy "śmierć ludzkości". Andersson usiadł za stołem obrażony, przez cały występ przeglądał telefon lub sprawdzał, ile jeszcze czasu zostało do końca jego występu, kręcił głową, prychał niezadowolony na efekty swojej pracy, po czym urwał występ w najmniej spodziewanym momencie, tak samo jak go zaczął, po czym uciekł za scenę. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać  Arv & Miljö, ani dopatrywać się jakichś rzeczy, tam gdzie ich nie ma, ale to jest nojz, tu człowiek nie tylko uczy się egzegezy dźwięków, ale tak dokładne wypatrywania gestów i symboli. Za mizantropię i gburowatość (nie ważne czy prawdziwą, czy jako kreację artystyczną) Andersson otrzymuje ode mnie jedną 5 Bossów MD-2 na 5, za kiepską muzykę kopa w dupę.



PIĘĆ
Muzyka występującego na końcu duetu Neutral tylko pozornie różniła się od wcześniejszych propozycji. Gitary obsługiwane przez Dana Johanssona oraz Sofie Herner wykorzystywane były jako shaker boxy i generatory jednostajnej ściany szumu. Neutral tworzy sugestywny świat posiłkując się starymi jak eksperymenty z hałasem środkami - nienawistna ściana dźwięków, nagrania terenowe wyznaczające ni to rytm, ni to puls utworów, smutne i niewyraźne wokale na pogłosie, alikwoty wydobywane z organoleptycznie obsługiwanej trąbki. Występ ten wyznaczał dekompozycję gitarowego nojzu rocka, rozkład idei no wave'u. Duet występował stojąc tyłem do publiczności, skupiał się na swojej robocie, na budowaniu szczątkowych melodii i sekwencji wybuchów wściekłości, atmosfery marazmu, niesamowitej kołysanki dla recepty z antydepresantami. Głośne gitary, przez które nie mogły przebić się rachityczne wokale były figurą beznadziei, próby trwania w nieprzezwyciężalnego i wszechobecnego bólu istnienia. 


 

SZEŚĆ 
Przesterowane Szczury VI były bardzo udane, bawiłem się bardzo dobrze.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

MLUZGANIE - Synthopia "B Tape Preis", Łukasz Orbitowski "Inna dusza"


Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Synthopia B Tape Preis, źródło: Kultura Staroci.

1. Fajwerk zarezerwowany jest głównie dla sztuki, codzienna praktyka życia zaś wygląda co najmniej statycznie. Przekonał się o tym Peter Jackson gdy kręcił Władcę Pierścieni. Jedną z bardziej znanych anegdot z planu zdjęciowego tego filmu dotyczyła sceny śmierci Sarumana, który miał umrzeć raniony nożem przez swojego zdradzonego stronnika. Christopher Lee, aktor grający czarodzieja, miał zestrofować samego Jacksona za jego efekciarskie próby projektowania dźwiękowego człowieka uderzonego nożem. Reżyser zaproponował to, co znane jest z kinematografii - pchnięciu sztyletem powinien towarzyszyć metaliczny pogłos, a następnie krzyk, zwierzęcy skowyt bólu, wypełniający horyzont jak stąd od Barad-dûr. Christopher Lee miał jednak inne zdanie na ten temat - dźwięk pchnięcia nożem w tkanki ma być krótki i miękki, dźwięk zaś wydawany przez ofiarę - przytłumiony, pełen zdziwienia, niemal niewidoczny. Jackson uległ sugestii aktora - po stronie tego ostatniego było doświadczenie, wszak Lee jako doświadczony wojskowy sam przekonał się jak brzmi sztyletowanie. Fajerwerk, choć zarezerwowany był dla sztuki, w której nic nie stoi na przeszkodzie by robić rzeczy jak się tylko to podoba kreatorowi uległ empirycznemu doświadczeniu. W ten sposób świat baśni został w jakimś tam stopniu urealniony.

2. Pierwsze uderzenie nożem jakiego dokonuje Jędrek na Darku jest także bezszelestne. Jedną z niewielu współczesnych książek, które zwracają uwagę na to jak nasz codzienny soundscape został opanowany przez muzyczne wytwory przemysłu rozrywkowego jest Inna dusza Łukasza Orbitowskiego. Wszechobecna muzyka wyznacza czas wydarzeń powieści poprzez tytuły rozdziałów, które jednocześnie są tytułami piosenek. Orbitowski, z delikatnością obserwatora, która idzie łeb w łeb z tym co proponowała Duchologii polskiej Olga Drenda przygląda się temu, czego słucha się na osiedlowych siłowniach (Machine Head), co gra w radio w taksówce (Shakira), a co powinno być słuchane w pieleszach domu, który siłą ojca-głowy rodu ma stanowić przystań zachowań przystojnych i szlachetnych (Mozart). Jeden z ważniejszych momentów, jakim jest absurdalnie niepotrzebna śmierć, wydaje się być przemilczana, niemal niema. Zabójstwo Darka jest mniej dramatyczne niż kolejne alkoholowe ciągi Pana Ryszarda, ojca głównego narratora. Dobijający jest minimalizm tej sceny, tylko jeden okrzyk, szamotanina, dobicie konającego. Więcej uwagi autor poświęca w tym wydarzeniu nie morderstwu, lecz myciu mieszkania ze śladów zbrodni. Brak tu dramatycznych ambientów, tylko dźwięk walczących o życie zwierząt, rytm miliona kropel wody przeradzających się w ledwo wyczuwalny splittercore, życie za oknem, szum krzyków dzieci, wiatrów i ulic. Brak fajerwerku, tylko strzępy archetypów.

3. W czym jeszcze czai się archetyp? Znajduje się on zdawałoby się w muzaku lub innych muzycznych wytworach przemysłu rozrywkowego, który powinien być jak najbardziej podobny do ideału niezaangażowanego występowania ciała wewnątrz sfery dźwiękowej stymulującej do beznamiętnego dryfowania ku Końcu. Muzak, jako dźwięki, które zostały wprost zaprojektowane do tego, aby finalnie angażować konsumpcyjne chuci, nie istnieje już tak, jak to miało miejsce w przeszłości, gdy bezwstydnie przekonywano, że muzyka to sztuka, a muzak to już nauka. Ten bezwstyd, prostoduszna bezpośredniość stała się bardzo łatwym celem ataków - i jak mówi Jerzy Supernat - Jeżeli chodzi o wartości twórcze muzyki marketingowej jako gatunku muzycz­nego, to opinia fachowców jest w tej mierze jednoznacznie negatywna (najśmieszniejsze zaś jest to, że powyższy cytat jest z kolei uzasadniany wypowiedzią Romana Rogowieckiego). Gdy już jednak coś zostało wystarczająco mocno potępione, zbrukane i oddane bez żalu na śmietnik, zawsze znajdzie się ktoś, kto w zwyczajnej, prostackiej frazie dźwięku odnajdzie pole swoich artystycznych poszukiwań. Bardzo ciekawą definicję muzaku przedstawia Radek Włodarski, który jako Synthopia wydał taśmę pt. B Tape Preis, w wywiadzie dla poznańskiej wyborczej.pl. Mówi on, że:
Bardziej interesuje mnie nie tyle muzyka, co muzaki.
Skąd ta słabość do muzaków?
- Są bardziej abstrakcyjne. Muzyka jest skończona. Muzak jest bardziej atonalny, to zapis pewnego uczucia.



Dźwięki zawarte na B Tape Preis są doprawdy bardzo ciekawym uzupełnieniem niemuzycznych części całego nagrania. Począwszy od industrialowo-noisowej estetyki projektu kasety, okładki wyglądającej co najmniej odbitą na ksero, przez same pudełko i kasetę, które są z odzysku - choć nie do końca, bo taśma w kasecie jest już nowa. Samo nagranie i tak jest zaszumione, bo Synthopia nagrywał wszystkie dźwięki na wcześniej już nagrane taśmy, więc mamy dodatkowy atut dla każdego fana wydawniczego samizdatu i dźwiękowej niedoskonałości. Muzyka Synthopii opiera się przede wszystkim na dźwiękach syntezatora przepuszczanych przez zwietrzały nośnik jakim jest taśma magnetyczna. Poszczególne utwory przechodzą jeden w drugi niczym w umiejętnym didżejskim secie, a spoiwem wszystkiego jest nad wyraz wyeksponowany szum przesuwającej się taśmy. Tam gdzie głośniki powinny milczeć cieknie przesadnie amplifikowany szum, podkreślający truskulowość nagrania. Syntezatory najczęściej wygrywają proste melodie, lub repetetywne impresje pełna zdziwienia, celebrujące same siebie, rytm jest mgławico-pulsacyjny, wyznaczany częściej przez powtarzające się sample niż uderzenia bit maszyny. B Tape Preis jest bardzo przekonujący jako całościowy koncept, uroczo generyczny zaś jako zjawisko dźwiękowo-muzyczne. Trochę tak jakby oskórować Vangelisowski elektronicznego elektroniczny easy-listening i zostawić targanego drgawkami bólów.

Muzak wyrażał utopię, wiarę w to, że dźwięk pozwoli w lepszy sposób organizować społeczeństwo. Dźwięki Synthopii - choć do bólu uczciwe w oddawaniu hołdu taśmowym pętlom i wietrzejącym dźwiękom - choć retrospektywne to jednak są mocno współczesne - innymi słowy mocno dysutopijne. W czasach gdy jedyną wiarą jest przekonanie, że żaden dogmat, nawet świecki, nie jest się w stanie obronić, nie ma lepszego sposobu na wypełnianie opadłych w szybach wind i pustych centrów handlowych dźwiękami, niż zapętlona fraza smutnego syntezatora.


4. To muzak zabił Dagmarę. Gdyby nie muzak Dagmara by żyła. Orbitowski pisze:
 Szyję [Dagmary] oplatają słuchawki. Zamyka drzwi na klucz i natychmiast włącza walkmana. Jędrek ostrożnie naciska klamkę i rezygnuje, bo Dagmarze chyba nie podoba się piosenka. Sięga do plecaka po długopis. Nadziewa nań kasetę, kręci, przewija. Taśma ląduje na swoim miejscu. Dagmara zakłada słuchawki, poprawia plecak i naciska <<play>>
Czego słuchała w godzinie swojej śmierci Dagmara? Została zamordowana na wiosnę 1999 roku. Na Trójkowej liście przebojów królowały wówczas Kayah & Goran Bregovic, Kult, Madonna, Metallica, Lenny Kravitz i Anna Maria Jopek. Najlepszą piosenką tego roku, według konkursu ZPAV, jest Długość dźwięku samotności Myslovitz. Golec uOrkiestra będą nominowani do Fryderyków w kategorii muzyka alternatywna - i choć tutaj przegrali z Raz, Dwa, Trzy to udało im się wygrać Fonograficzny Debiut Roku. W tym samym roku ukazuje się także Rock-a-bubu Starych Singers. Na liście Top Billboard na szczycie jest Britney Spears, ze szlagierem ...Baby One More Time. To byłoby zbyt koherentne, jak na życie, by w momencie gdy Jędrek bił na zabój Dagmarę tłuczkiem do mięsa Britney śpiewała refren tej piosenki. Choć, jak pisze autor:
 Trafiona po raz kolejny [podkreślenie własne] pada obok plecaka. Walkman roztrzaskuje się o podłogę
Teatralny gest, walkman roztrzaskujący się o podłogę. Taśma zamarła w pół melodii, w pół słowa. Czy śledczy odtworzyli tę taśmę, czy akta zawierają taki szczegół, jaka muzyka lub jaki muzak wyłączył dziewczynie zmysł dźwiękowego odbioru otoczenie, uniemożliwił dosłyszenie napastnika?

 I dalej:
Kuca nad Dagmarą w rozkroku i wali tłuczkiem w jej głowę raz, pięć, dziesięć razy.
To definitywnie było mluzganie. To określenie mojego ojca, który był świadkiem jak tamci, z tamtej wsi, dopadli naszego, to znaczy z naszej wsi, powalili go na ziemię, po czym jeden z nich zaczął walić tego naszego orczykiem - kawałkiem gumy z metalowym prętem w środku - po głowie. Tak bił, aby zabić. Po paru uderzeniach i suchym dźwięku łamanych kości, słychać było tylko mluzganie - przepływ miękkiej, mielonej tkanki spod narzędzia. Głowa Dagmary także cicho i mokro mluzgała. Trawestacja do muzaku i do prywatnych doświadczeń recenzenta - poziom milion. NMZC.

 5. Oh baby, baby
How was I supposed to know
That something wasn't right here?
Oh baby, baby
I shouldn't have let you go
And now you're outta sight, yeah
Show me how you want it to be
Tell me baby 'cause I need to know now
Oh because

My loneliness is killing me (and I)
I must confess I still believe (still believe)
When I'm not with you I lose my mind
Give me a sign, hit me baby one more time




___

Synthopia
"B Tape Preis"
BDTA
5 marca 2016

Łukasz Orbitowski 
"Inna dusza"
Od deski do deski
maj 2015

wtorek, 10 stycznia 2017

WIĘCEJ ZNACZY LEPIEJ - Faxada, "Cohost"


Faxada, Cohost, źródło: faxada.bandcamp.com
1. Zwrot minimalistyczny w polskiej muzyce istnieje w już tylko w czasie zaprzeszłym, ba!, nawet mimo umiejscowienia idiomu muzycznego odwołującego się do mainstreamowego, amerykańskiego minimalizmu w centrum zainteresowania i ozłocenia w licznych rocznych podsumowaniach, z wyróżnieniem przez wyborcza.pl dla Lotto włącznie, równolegle do niego, istniał też nurt antyminimalistyczny, dworujący sobie z umiaru, cierpliwości w transie, unikający statyki, idący w przekorę, eklektyzm i humor. Jednocześnie była to więcej niż muzyka spełniająca funkcje ludyczne, łącząca swadę z refleksją, intelektualizm i obycie z uwielbieniem dla dekonstruowania niedorzeczności zarówno undergroundu jak i mainstreamu. Absolutnie nie lekceważąc sobie świetnych płyt Wacława Zimpla oraz LAM, dobrej płyty Lotto, znakomitej płyty Huberta Zemlera i wydawnictw Kamila Szuszkiewicza oraz grupy Zebry a Mit (nad nimi wszystkimi zaś unosi się duch Księżyca, którego powrót być może był jednym z decydujących czynników dla niedawnego zainteresowania minimal music), nie mogę nie docenić płyt Wojtka Kucharczyka (BRAK), Bartka Kujawskiego (A kto słaby, niech jada jarzyny, Daily Bread), czy pełnego przepychu słuchowiska Kopyta zła Joanny Szumacher i Pawła Cieślaka. Osobny zjawiskiem zaś są netlabelowe szaleństwa od Rence Andrzeja, Wypas muzyczna grupa i Underpolen, które być może doczekają się osobnego tekstu. Do tego towarzystwa mogę śmiało dołączyć płytę Faxady, Cohost
 
2. Faxada to pseudonim Przemysława Wojtaszka i doprawdy - warto zapamiętać zarówno nazwę, jak i nazwisko. Wojtaszek, zanim zaczął wydawać jako Faxada wydał kilka płyt, które ukazały się tylko internetowe pod nazwą Raspelf. Nie znając dyskografii Wojtaszka jako Raspelfa można śmiało docenić walory Wojtaszka jako Faxady. Jednak znając dyskografię Wojtaszka jako Raspelfa i poznając Cohost Faxady nie sposób nie zwrócić uwagi na rozwój artysty, która doprowadziła do powstania recenzowanej tu płyty. Jego wczesne nagrania były pełne soundtrackowej naiwności, która stawia sztukę dźwięku w roli służebnej wobec obrazu. Jeśli zaś wczesnej soundtracki Raspelfa miały same z siebie wywoływać obrazy, były one smutno-nudne, jednorodne, wręcz landszaftowe - skuteczne być może w metodzie, lecz bez wyrazu. Od pierwszych do ostatnich chwil istnienia projektu Raspelf widoczna jest transformacja poszukiwań, która może uchodzić niemal za rewolucję. Przechodząc od neoklasycznej nudy wkracza on w świat dźwięku zastanego, szaleństw i dziwactw jakie dają plądrofoniczne poszukiwania, próby stworzenia dzieła, które będzie wyprzedzało wyobraźnię i przyzwyczajenia słuchacza. Jeśli mam być zupełnie szczery - nikomu przez długi czas nie uda się mnie zaskoczyć tak mocno, jak Bartkowi Kujawskiemu i Wojtkowi Kucharczykowi z ich tegorocznymi płytami. Udało się to połowicznie Faxadzie. Ale z drugiej strony, mierzył on wysoko - i tamże trafił.



3. Ostatnie zdanie akapitu powyżej mogłoby uchodzić za zgrabne zwieńczenie tekstu, lecz oto chciałem zdradzić mój wielki sekret. Otóż kiedyś pokładałem wielkie nadzieje w wytwórni U Know Me Records. Marzyłem o tym, aby istniała w Polsce wytwórnia na miarę Warp lub Ninja Tune, która oprócz tego, że dobrze funkcjonuje na rynku przemysłu rozrywkowego to pod płaszczykiem rozrywki jest w stanie przemycać bardziej zaawansowane dźwięki i metody twórcze dla szerokiej publiczności. UKM rozczarowuje pod wieloma względami, ostatnia dobra płyta labelu to bodaj Flowers Eat Animals Galusa. Bardzo podobały mi się niektóre momenty płyt Twardowskiego tej wytwórni, jestem także cichym fanem dostojności new-beatu Kixa. Gdyby istniało jednak UKM moich marzeń wydawałoby ono takich szaleńców jak Faxada właśnie. Gdy nie wiadomo, gdzie znajduje sampling, a gdzie plądrofonia, tam powinna nastąpić wzmożona interwencja zainteresowania. Sam, nomen omen, zainteresowany przyznaje się do inspiracji Avalanches, Deanem Bluntem, czy Coin Locker Kidem. Między nieczytelnie nawarstwiającymi się samplami free jazzowych perkusyjnych solówek, a trip hopowym uderzeniem przestrzennego werbla Faxada jest w stanie wygospodarować miejsce zarówno dla neoklasycznych sztanc, które w zestawieniu z szumami, które ocierają się niemal o gatunkowy noise brzmią co najmniej jak pastisz. New-beat łączy się tu z el-music, a el-music z illbientem, illbient z muzyką naiwną. Być może to gatunkowa retromania ciągnie całość w dół, jednak całokształt płyty mierzy w nieznaną, siłą rzeczy, przyszłość.

4. Mógłbym złośliwie powiedzieć, że Cohost to dobra płyta mimo tego, że Faxada łapczywie chce złapać wszystkie sroki za ogon. Powiem jednak coś innego - ta płyta jest dobra, dlatego, że to się nadzwyczaj dobrze udaje. Zresztą myślę, że to co dla jednych może stanowić o wielkiej zalecie tej płyty dla innych będzie jej znaczącą wadą. Brak umiaru i łapczywość mogą być męczące dla każdego kto lubi wsłuchiwać się w każdą ścieżkę. Faxada nie boi się hałasu, zamulenia akustycznej materii w sposób sposób ocierający się o przygodną przypadkowość lubi zestawiać ze są rzeczy niezestawialne, produkcyjną sprawność i brud lo-fi. Jest tu trochę tak jakby Klaus Nomi występował z Hanatarash, albo Mikko Aspa supportował Siksę. Albo tak jakby z Groovekojada pozbyć się kośca z funku i żenady by przedstawić przemielonego blobfisha. Choć wiele rzeczy tu nie przystoi, nie wypada i się nie dodaje jak w nu-metalu, to mimo to istnieje, i co więcej ma się dobrze. Trzymam kciuki za tego młodego artystę (choć nie lubię patrzeć nikomu w metrykę, to warto wspomnieć, że Wojtaszek ma zaledwie 18 lat), nie zapeszając w słowach mam nadzieję, że kolejne nagrania będą lepsze, choć i temu debiutowi naprawdę niewiele brakuje.



Faxada
"Cohost"
Darling Recordings
12 lutego 2017
DAR008

poniedziałek, 2 stycznia 2017

TCHNIENIE W TECHNIE - Jakub Adamec, "Are You Human? Confirmed", Eurydyka i Eter, "Brotherhood".


źródło: materiały promocyjne.
źródło: reasonartrecords.bandcamp.com



















Przywilejem kompozytora jest kradzież - jest to także przywilej recenzenta. Tytuł wpisu zaczerpnąłem z grafiki znajdującej się w najnowszym numerze magazynu apokaliptycznego Czterdzieści i Cztery pt. "Mesjańskie oblicze transhumanizmu". 

1. Co znaczy dźwięk? I nie chodzi tu o wypowiadane, rejestrowane i odtwarzane słowo, lecz o dźwięk, akord, szum, ton. Semiologia muzyki to wielkie wyzwanie i chyba najbardziej odpowiednią strategią wobec pytania, które zadałem na początku jest pokorne stwierdzenie, że dźwięk znaczy to, co znaczy w danym otoczeniu, w danych czasach, w danych okolicznościach, w danej polityce, kulturze, stosunkach społecznych, względem określonych wartości [1]. Znaczenie tego samego dźwięku, które jako fizyczne zjawisko może nie poddawać się pochopnym eksplikacjom, zmienia się w zależności od kulturowego kontekstu. Próba tworzenia uniwersalnej muzyki, rozumianej i odbieranej przez wszystkich w taki sam sposób, jednocząca ludzi wokół określonych wartości częściowo powiodła się w postaci globalnej muzyki popularnej, która i tak zróżnicowała się podług wartości różnych kręgów kulturowych. Próby wyciągnięcia esencji ze sztuki organizacji dźwięków wedle wskazań strukturalizmu Clauda Levi Straussa tak, aby wydobyć znaczeniowe arche muzyki w ramach "gatunku" world music stało się wątpliwe nie tylko teleologiczne, ale także etycznie. Pod maską równościowych powszechników, mitów o sztywności gatunkowej człowieka ujawniała się kolejna próba, tym razem estetyczna, podporządkowania jednych drugim. Płynność między estetyką, etyką, a polityką (przy czym ta ostatnia opiera się najczęściej na teologicznych dogmatach, nawet jeśli polityka jest do kości zeświecczona [2]) onieśmiela, ale i stanowi wyzwanie. 

2. W poszukiwaniu dźwiękowych powszechników, które znaczą to samo dla każdego losowego człowieka na Ziemi wartałoby zwrócić się w miejsca, gdzie człowiek, zachowując swój kształt, jest mniej podobny do samego siebie. Z jednej strony swoje poszukiwania można zacząć w antrozoologii, podobieństw w produkowaniu dźwięków przez ludzi i zwierząt. Krzyk tak ludzki, jak zwierzęcy, pojawia się najczęściej w dramatycznych okolicznościach, w sytuacji zagrożenia, wyraża ból, cierpienie, niebezpieczeństwo. Szyjąco-przeraźliwe krzyki stanowią centrum osi płyty Jakuba Adamca Are You Human? Confirmed, z utworem Take Me To The Light. Dodatkowe estetyczne wymiary potęgowane są także przez pozbawione znaczeń westchnienia i jęki z kasety Eter i Eurydyki pt. Brotherhood. Zwierzęcość tych dźwięków, pierwotność głosu, jako generatora dźwięków potęgowana jest przez dźwięki, które także wykraczają poza wyobrażone człowieczeństwo. Z drugiej strony mamroczące pochody ludzkiego głosu, głosu w których Eugeniusz Rudnik słyszał samego Boga, współistnieją z generowanymi elektrycznie bądź elektronicznie dźwiękami. Adamec, wgłębiając się w estetykę regularnej stopy, wibrujących suchotniczych syntezatorów i melancholijnych basowych teł jest zaskakująco podobny do porywów ściany surowego i szorstkiego przesteru Eter i Eurydyki. Między zwierzęcymi, a nieludzkimi tchnieniami, a muzyką, która przez wiele stopni technicznego zapośredniczenia może zostać uznana także za nieludzką odbywa się na obu płytach cud narodzin napięcia, negacji i potwierdzenia człowieczeństwa jakie znaliśmy do tej pory. Czy jesteś człowiekiem? - pyta Adamec za automatem mającym weryfikować człowieczeństwo. Odpowiedź brzmi - jestem hybrydą wykraczającą poza wyobrażenia, poza technologie, istniejącą w wielości pytań, jestem człowiekiem gdy wykraczam poza człowieczeństwo.

3. Nie chciałbym by epileptyczne paralele przesłoniły korzystające z podobnych środków albumy Adamca, Eter i Eurydyki. Adamec jest bardzo gorzki, choć kto powiedział, że słodycz jest dobra? Kto powiedział, że taniec w korytarzu klubu gdzie w jednej sali trwa frenetyczny Wixapol,  w drugiej czerni się Brutaż, a w trzeciej snują się nisko przy ziemi lołfajowe cierpientnicze bity Slava  jest rzeczą niegodną? Kto powiedział, że jeden człowiek nie może być dokładnie w tych trzech miejcsach na raz, nie kawałkując swojej organicznej istoty, tylko jako cyborg istnieć w każdej z nich? Kto powiedział, że do szybkości bitu Between You And Happines, potrzeba dynamiki hakkena?  Kto powiedział, że w tańcu nie ma refleksji? Kto powiedział, że eklektyzm nie może być subtelny, a rozbijanie przyzwyczajeń przez nagłe zmiany nastrojów są niedopuszczalne? Kto powiedział, że sampler i bit maszyna nie mogą współgrać z syntezatorem, za którym stoi zawodna ludzka maszyna białkowa, która robi co może by nadążyć za zaprogramowanym wcześniej przez siebie dźwiękiem? Pytam - lecz nie czekam na odpowiedź. 

Gdy myślę nojz, wyobrażam sobie wolność myślenia i nadawania dźwiękom takiego znaczenia, jakie tylko sobie wymarzę. Ten sam HNW może być totalitarny, brutalny, pełen próby poniżenia, pognębienia, podporządkowania. Ale może także wyrażać witalność życia, może być doświadczeniem błogiego relaksu, afirmacji radości, medytacyjnego bezruchu. Może także wyrażać cokolwiek sobie zapragniesz - w momencie wyobrażenia nagrania HWN wydanej na nie tak bardzo metaforycznym white labelu. Brotherhood sprowadza masę dysonansów, wybija wózek myślenia z kolein wytyczonych przez gatunkowy mainstream (mówiąc o HNW i mainstreamie śmiechłem w duchu - lecz mocniej uczepiłem się źródłosłowu słowa mainstream, niż jego mainstreamowego znaczenia), robi co chce, dając zarówno wolność wyboru odbioru, ale także werbalne tropy interpretacji. W metodzie Eter i Eurydyka bardzo przypomina zapomnianą przedwcześnie płytę A.N.R.S. (Antonina Nowacka/Robert Skrzyński), gdzie statyczne tła splatały się z nawiedzonymi wokalizami. Eurydyka tworząc swoje ściany szumów, przechodzi od subtelności i ograniczonej palety intensywności po porywiste basowe drony. Wokalizy Eter zachwycają, jak żywo kojarzą się z ekspresją Oli Kozioł z Mutant Goat. Bo kto powiedział, że HNW nie korzystać z czystych wokali i opowiadać o miłości?

Pytam - lecz nie czekam na odpowiedź.

 Eurydyka & Eter
"Brotherhood"
Reason Art Records
20 grudnia 2016


Jakub Adamec
"Are You Human? Confirmed"
Mik Musik/BDTA 
11 listopada 2016



[2]Tokarski Jakub, Święta władza w kałuży krwi, [w:] Kronos, nr 3, 2011, str 150-162.
[1] Sirko Radosław, Jebać system. Trudne zwiazki muzyki i polityki,
https://www.academia.edu/15323894/Jeba%C4%87_system._Trudne_zwi%C4%85zki_muzyki_i_polityki_GLISSANDO_nr_25_2014_

wtorek, 20 grudnia 2016

KTO NIE MOŻE PISAĆ O METALU - O dobrych nie-metalowych nagraniach

Sierść, Guiding Lights, Torpur, Low Standards.


Życie polskiej krytyki muzycznej doprawdy jest miernej jakości. Gdy już opadną kurze po cyklicznych guldoburzach, a każdy rozejdzie się do swoich prywatności utwierdziwszy się zawczasu o swojej nieomylności trudno szukać sporu, który się sięgałby dalej poza niemądry tekst jednego człowieka i poza histeryczną reakcję społeczności zaangażowanej w muzykę, która byłaby czymś innym niż facebookowym wysrywem płonnego zaangażowania niegodnego dalszego wywodu.

Cyprian Łakomy, jest osobą zarówno o muzyce piszącą, jak i muzykę tworzącą. Postanowił on wypowiedzieć się o recenzji Witolda Tyczki zamieszczoną na Porcysie dotyczącą płyty Księżyc milczy luty Furii w następujący sposób:


Z jednej strony beka, bo, hehe, Porcys, z drugiej strony zaś beka, bo, hehe, ktoś ze swoim tekstem wykracza poza Kejosowo-Nojzowy name-checking, beka także, bo, hehe, ktoś pisze jakby więcej czasu spędził nad doktoratem ze studiów kulturoznawczych niż na dobrych gigach, bo, hehe, to pewnie jakaś pizda, która w imię poprawnego pisania powinna zostać reedukowana w instytucji o silnej hierarchii, stosującej przemocowe środki w celu zmiękczania pedalskiego uwielbienia do zdań wielokrotnie złożonych, wyszukanych metafor i słownictwa spoza językowych sztanc. Tak się to się zaczyna i tak kończy, gdy myśli się o pisaniu recenzji nie jako o dziedzinie humanistyki, ale jako o twórczości, która zawsze będzie wsteczna i służebna wobec opisywanej rzeczy, która w żadnym razie nie może stanowić wartości literackiej samej w sobie.

Reakcja Łakomego na, będąc tu zupełnie poważnym, brawurową literacko (przynajmniej na tle wielu innych recenzji), poprawną merytorycznie, metodycznie zaś przekonującą recenzję Tyczki z Porcysa została uznana za godną polecenia przez Piotra Weltrowskiego prowadzącego sławnego peja o sporym followingu. I jak zwykle to bywa nie chodziło tu o, o wybaczcie tę metaforę, spór o inwestyturę w pisaniu o muzyce, ale o zwyczajowe wykpienie, bo, hehe, Porcys, bo beka itd. I po raz kolejny powtórzę - takie są skutki tego, gdy myśli się o tekstach o muzyce jako o tekstach o charakterze użytkowym, a nie o sztuce. A jaka powinna być sztuka? Zacytuję tu Łakomego, który jako muzyk-artysta wydaje się formułować wypowiedzi mądrzejsze od Łakomego jako recenzenta-krytyka muzycznego:
Otóż to.

***

Zatem ja, jako osoba najpewniej nieuprawniona do pisania o metalu, nie napiszę dłużej o tym, co odróżnia mnie zapewne zarówno od Łakomego jak i od Tyczki - a mianowicie od stosunku do nowej płyty Furii, która nie podoba mi się aż tak bardzo - nie napiszę jednak dlaczego, bo jestem miękką pałą obawiającą się wojskowej musztry, jak i obawiającą się intelektualnie przewyższającego mnie o kilka tęgich głów ciała redakcyjnego Porcysa. Wspomnę tylko, że ostatni projekt Nihila, który naprawdę mnie porwał i do którego wracam regularnie, a który pozostaje niesłusznie zapomniany to Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void. Bardzo cenię sobie także pierwszą płytę CSSABY, drugiej zaś słuchem ze zdumieniem, bo jak można na poważnie grać taki archaiczny industrialny metal w tak nowych czasach? Jeśli zaś chodzi o Sarsa, wartałoby posłuchać arcyciekawej płyty pt Świat jest wszystko jedno Wędrowców-Tułaczy-Zbiegów - przynajmniej w przeciwieństwie do Furii kolejne wydawnictwo W-T-Z jest lepsze od poprzedniego (btw, pisałem recenzję tej płyty, za co przepraszam wcale). Artur Rumiński zaś, jako lider drone metalowego ARRM, który intrygował już od momentu ukazania się na splicie ze Starą Rzeką i Innercity Trio (Wounded Knife, 2014) intryguje ciągle na wydanym niedawno albumie wydanym w Instant Classic - nie wspomnieć zaś o solowych nagraniach Rumińskiego i napędzaniu przez niego Thaw byłoby sporą przewiną. Koniec jednak o metalu - jak już powiedziałem powinienem czuć się zupełnie nieuprawnionym do pisania o metalu, więc jako przedstawiciel nauk społeczno-humanistycznych, który za jedyny przykaz bierze sobie utrzymywanie stan normatywnej równowagi i podtrzymywanie stabilności w obrębie społeczności nie chciałbym u nikogo wywoływać anomii i zabierać chleba tym, co się trv, kvlt i krieg mienią, więc już kończę pierdolić o jednym i tym samym, by zacząć prezentować nie-metal. Kolejność rekomendacji przypadkowa.



***
Sierść, it's easy, źródło: siersc.bandcamp.com

I. Sierść jest jednym z projektów, nad którym znęcałem się już dwukrotnie, lecz muszę wyjaśnić jedno, wszak niektórzy nie wiedzieli, o co chodzi mi w recenzjach wydawnictw zespołu - otóż Sierść skrycie wielbię, jest to jeden z moich ulubionych projektów metalowych ostatnich lat. Dokładnie tak - metalowych, przynajmniej dla mnie, prywatnie. Nie wiem, czy członkowie grupy malują twarze, czy krzyżują nagie kobiety na koncertach, czy rzygają na scenie krwią lub czy profanują zwierzęce truchła, a czy po godzinach uprawiają rodzimowierstwo. Bo ja sram, gdzie to leci, ważne kurwa czym jest - cytując za humanistą-prawnikiem Smarki Smarkiem, a zgniłość wypluwana z każdego momentu tego krążka pogrąża słuchacza w czarności myśli, marności żywota. Prymitywna skuteczność szugejzowo-lołfajowej gnojówy, sieka blastów i po wielokroć przesterowanych przesterów, a nade wszystko wyjęte z dna człowieczeństwa wokale pozostawią obojętnych zapewne tych, co są najszczęśliwsi - czyli pewnie tylko martwych.



Sierść
"it's easy"
25 sierpnia
enjoy life 

Recenzje poprzednich wydawnictw Sierści:
"SIERŚĆ, SIERŚĆ, SIERŚĆ"
"Spoko, że wszyscy umrzemy"


Guiding Lights, Cut and Run/Second Hand Shame, źródło: guidinglights.bandcamp.com.

II. Skoro już o sierści mowa - w kategorii bardzo fajne, fancy i funky wydawnictwo kasetowe, które nie dość, że dobrze gra to jeszcze wygląda jak ta lala (podgląd powyżej) wygrywa całkiem fresh grupa Guiding Lights, w których pierwszą i jedyną gitarę dzierży Łukasz Ciszak, sprawca chociażby symfonii sprzężeń umieszczonych na The Locked Room. Ale czy tak całkiem funky i fresh jest sam materiał zawarty na tym ulotnym wydawnictwie będącym zapowiedzią czegoś lepszego, to ja nie wiem, co zdają się sugerować tytuły zaledwie dwóch piosenek. Cut and Run - to od odcięcia kuponów od poprzedniego projektu Ciszaka, Test Prints. Second Hand Shame - być może chodzi o świadomość robienia rzeczy w podobie, choć jednocześnie zahaczając nieco bardziej o piterskiego rocka Sonic Death.



Jakby jednak nie było Guiding Lights, które brzmi jak nieco szybsze, bardziej zgrzytliwe i głośniejsze Test Prints, nie powinno być inne. Świat potrzebuje epigonów TP - aby było do czego pląsać, choć jednocześnie do Ciszakowego wokalu płakać. Ja się przy Cut and Run/Second Hand Shame bawię zaś wybornie.



Guiding Lights
"Cut and Run/Second Hand Shame"
wydawnictwo własne
14 lutego 2016

Recenzja płyty Łukasza Ciszaka:
"Locked Room"

Torpur, dungeon rock demo, źródło: torpur.bandcamp.com

III. Skoro recenzja to forma użytkowa, pisana nie przez pasjonatów-obsesjonatów, lecz przez tłukących gówno za gównem media workerów i copywriterów to może i muzyka może być śmiało formą użytkową. Krakowski zespół Torpur powstał przede wszystkim po to, aby móc do jego surowych dźwięków stojących w szerokim rozkroku między szwedzkim napierdolem, grindem, zretardyzowanym punkiem promowanym przez Jimmiego, a surfem jebać elfy, roznosić zarazę goblińskiej propagandy oraz jeździć na desce, wkurwiać nobliwych obywateli i deprawować młodzież. Furiacka euforia towarzyszy każdemu obcowaniu cielesnemu z tą kasetą - nie ukrywam, że oddaję się światowi wyobrażonemu Torpura, słuchając zaś tego dema przeżywam młodość, której nigdy nie przeżyłem, pełną beztroskiego opierdalania się po miejskich placach, dni wypełnionych po brzegi tanim szampanem i słońcem koloru wczesnej jesieni.

Powinowactwo Torpura z krakowskim Kaseciarzem jest zupełnie nieprzypadkowe - i bardzo, kurwa, dobrze. I choć to zespół lokalny, to brzmi bardzo światowo, amerykańsko wręcz, tym bardziej, gdy weźmiemy poprawkę na to, jaki wstrętny gobliński babol zajął najwyższy państwowy urząd w tym kraju.



Torpur
"dungeon rock demo"
wydawnictwo własne
29 października 2016

Low Standards, Joy of Life, źródło: lwstndrds.bandcamp.com

IV. Podobno zabrzańska grupa pozamiatała na tegorocznym Make Some Noise - co do tego faktu opieram się głównie na relacjach naocznych świadków. Sporym walorem twórczości grupy jest jej wyrozumiałość dla każdego, komu nie chce się rozeznawać jaka jest różnica między grindcorem, powerviolence, a powerelectronics, boć LWSTNDRDS grają dokładnie wszystko naraz. Gargantuicznie chorobliwa hybryda elektronicznych sprzężeń, blastów, power chordów, przedniego darcia mordy na każdym z wydawnictw grupy skondensowana jest do krótkich albumów - w sam raz do posłuchania podczas mszy świętej, gdy ludzie ustawiają się w kolejce do przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Radykalizm krótkości Joy of Life potęgowany jest minimalistycznym i nieśpiesznym brutalizmem przesterowanych dronów w końcówce utworu Seeds, czy w utworze tytułowym obdartego z widzialnego rytmu. Low Standards pokazuje wam, żeby wy macie się pierdolić, a wy drudzy macie chujki tańczyć.



Low Standards
"Joy of Life"
wydawnictwo własne
27 września 2016



poniedziałek, 12 grudnia 2016

BYĆ JAK STARA RZEKA - Vysoké Čelo, Przed Państwem Rara, Odmieniec


Odmieniec, Imago, Vysoké Čelo, Liście na Księżycu, Przed Państwem Rara, W//\TR

Jakub Czyż, nagrywający i grający jako Odmieniec, tytułując swoją najnowszą płytę Imago, zwraca uwagę na to, że osiągnięcie przez owada doskonałości, jaką jest przeobrażenie się w dojrzałą formę zdolną do prokreacji jest naznaczone tragedią, ponieważ dorosły owad wkrótce po osiągnięciu dorosłości umiera. W stosunku do człowieka zaś, jak dowodzi w opisie swojej płyty Odmieniec, doskonała forma imago ma się nijak, ponieważ ludzie doskonaląc się całe życie i tak umierają niedoskonałymi. Zarówno w owadzim, jak i w człowieczym losie widoczny jest wymiar tragiczny, choć, jak pokazuje rzeczywistość, tragizm nie jest rzeczą nieuniknioną. 

Na przykład, Kuba Ziołek definitywnie kończąc z wydawaniem płyt pod szyldem Stara Rzeka postąpił najmądrzej i najlepiej jak tylko mógł (pisałem o tym także w recenzji "Zamknęły się oczy ziemi"). W szczycie popularności swojego najbardziej znanego projektu, który nie wiadomo czy zawdzięczał estymę środowiskowej podniecie, entuzjastycznym recenzjom z całego świata, czy też kreacji unikalnej jakości artystycznej niezależnej od marudzenia malkontentów lub hołdów apologetów postanowił pożegnać się w momencie dojścia do ściany, która wynikała z samej natury Starej Rzeki przeładowanej po swoje brzegi znaczeniami i tropami, które sprawiały, że konstrukcja projektu trzeszczała i mogła zapaść się w każdym, losowym momencie. Sukces Starej Rzeki, który zbiegł się dodatkowo z głośną reaktywacją OBUHowej legendy w postaci Księżyca nie pozostał bez echa wobec tych estetyk. Paru epigonów postanowiło zaprezentować swoje okołostarorzekowe wytwory.  Doprawdy odbyło się to z różnym powodzeniem.


Odmieniec, Imago, źródło: odmieniec.bandcamp.com/album

Odmieniec jeszcze musi przejść kilka linień zanim projekt ten stanie się czymś więcej niż prostym post-rockowym graniem imitującym ambient. Pierwsza płyta Odmieńca pt. Taniec Ducha (BDTA, 2014) była przyjęta przeze mnie bardzo ciepło, a artysta stał się wierzycielem wielkiego kredytu zaufania i przekonania, że następnym razem będzie już tylko lepiej. Chciałbym wierzyć w postęp, lecz  Imago na tle zróżnicowanego i z pewnością mogącego być z powodzeniem porównywanym do pierwszych wydawnictw Starej Rzeki Tańca Ducha wypada co najmniej wstecznie. Poza ciekawymi momentami w agresywnej i rzężącej Czerni i zmysłowym Motylu nie odnajduję w Imagu żadnej zapamiętliwej atrakcyjności, której nie pomaga także lołfajowa produkcja. Imago jest prefabrykatem imitującym pełnoprawną płytę - lecz nawet z tych wymęczonych i męczących półproduktów ciężko byłoby nawet przy większej dbałości o aranżację wydobyć cokolwiek więcej.
 


Odmieniec 
"Imago"
wydawnictwo własne
1 grudnia 2016 


Przed Państwem Rara, W//\TR, źródło: zoharum.bandcamp.com

Przed Państwem Rara to zespół, który jest mocno powinowaty ze Starą Rzeką, także personalnie. Członkami grupy są Mikołaj Zieliński, mający swój niewielki udział w utworze Korona Starej Rzeki, a także grający z Ziołkiem w Alamedzie 3 i 5, Rafał Skonieczny (Hotel Kosmos) oraz Michał Pszczółkowski. Album W//\TR został zaszczycony także drobnym udziałem samego Kuby Ziołka w utworze Szepty w głowie Elly Brandt. Ponadto W//\TR jest dowodem na bardzo wiele rzeczy. Niestety sporo momentów tej płyty to negatywne punkty odniesienia.

Niemożność utrzymania spójnej dramaturgii była już udziałem starorzekowego albumu Zamknęły się oczy ziemi - co jednak równoważone było przez poszczególne utwory, które stanowiły spójne mikromokosmosy. W//\TR podnosi tę niemożność na wyżyny niemożliwości. Opener tego albumu, Echo planety to najprawdopodobniej najlepsze 10 minut całej płyty. Dostojnie sunące pasma bezlitośnie spłaszczających przestrzeń dronów, intensywnie emanujących brutalną audialną przemocą zwiastują jedną z lepszych płyt roku. Rodzący się zachwyt jest jednak szybko rozwiewany, gdy pojawiają się Pasażerowie Wiatru, absurdalna hybryda hard bassu, electro, nieudolnego drive'u Tangerine Dream. To coś na kształt wyniesionego na wyżyny powagi, choć źródłowo prześmiewczego NATO Laibachu, brzmiący niczym wixiarskie minimal music. W tym utworze zawarty jest dowód numer jeden - w eklektyzm trza umić, bo inaczej wychodzą potworki śmieszne jak filmie The Thing. Nie ukrywam, że moment tego zmutowanego i przerażająco niestrawnego grania zaintrygował mnie, wszak lubię i hard bass i electro, lubię także Tangerin Dream i szanuję Laibach, a Wixapol S.A. to moje spirit animal, jednak po tym utworze schodzi pompa, bezszelestnie, bez dropu i pojawia się to, do czego przyzwyczaiła nas Stara Rzeka - mamrotanie przez pogłos, mariaż akustycznych instrumentów z elektroniką, nihil novi i choć to powtórka z miłej rozrywki to siląca się na wydobycie ekstraktu z intensywności. Udaje się to drobinami chwil poprzez basową pracę Zielińskiego, udaje się także w przebłyskach poprawności w Genie Planety, gdzie Ola Bilińska, tak bardzo niepodobna do siebie, a tak bardzo do Patti Smith mamrocze do jedynego piosenkowego motywu na płycie - a na pewno wychodzi jej to lepiej, niż w niezbyt przekonującym reverbie, który skutecznie dusi wokalny impakt Oli na Przynieś to z nocy. Finalnie zaś drugim najlepszym utworem na płycie jest pokornie wypełniony field recordingiem i nagą gitarą oraz głosem Ziołka utwór Szepty w głowie Elly Brandt - jest to dowód numer 2 mówiący, że czasem mniej znaczy więcej.

Przed Państwem Rara z tym krążkiem właśnie stał się mutantem czerpiącym z starorzekowej estetyki, nie mając jednak za nic umiaru, dowodem na to czym Stara Rzeka już na pewno się nigdy nie stanie. W//\TR mógłby być co najmniej dobrą płytą, gdyby nie miała pretensji do bycia płytą nadzwyczajną.




Przed Państwem Rara
W//\TR
Zoharum
ZOHAR 125-2
17 lipca 2016


Vysoké Čelo, Liście na Księżycu

Takich pretensji jak Przed Państwem Rara nie ma projekt Vysoké Čelo. Pierwsze wrażenie z Liści na Księżycu to nienachalna prostota, która  zupełnie nie kłóci się z przekonaniem o kompozytorskim i aranżacyjnym kunszcie, wysmakowaniu, które czerpie z akustycznego transu Popol Vuh, wirtuozerii Klausa Schulze, tęsknoty Za Siódmej Góry, ale także z naśladownictwa soundscape'u dziecięcych sennych marzeń, kołysanek i bajek dla dzieci. Być może słuchając Vysokiego Čela wiem na czym polegał sukces Starej Rzeki - na Ziołkowym zaśpiewie, pięknym męskim wokalu, którego próżno wiele szukać w polskiej muzyce. Tajemniczy duet posługuje się tym najbardziej z pierwotnych instrumentów jakim jest głos, jednak w sposób nieco odmienny. Moje skojarzenia kierują się w stronę voice actingu i parlando Davida Tybeta, ledwo przebijającego się przez mgławicowe ambienty elektroniki unoszącej się nad gęstymi namorzynami, jak w Zniknął cały las. Vysoké Čelo obiecuje atmosferę niesamowitości i tej obietnicy dotrzymuje. Jest to niesamowitość dziecięcego zachwytu, płyta, której z powodzeniem mogę słuchać ze swoją córką, nie usłyszawszy od niej, jak to zwykle bywa, że "to jest brzydka muzyka, taka dla chłopców". Vysoké Čelo to jakby zobaczyć w negatywie gatunek atmospheric black metal - tam gdzie jest u innych jest czerń, tak u VC jest jasność, tam gdzie w black metalu jest melancholia pełna grozy, tak tu jest melancholia pełna nadziei. Zresztą jak już o black metalu mowa - nie mogę się oprzeć wrażeniu jak bardzo do ostatnich dwóch utworów z Filozofem Burzum podobny jest zamykający ten album I chmury odsłoniły księżyc z kostropatym tłem z fieldu burzy i deszczu, płynący niespiesznie w czasie.

Vysoké Čelo
"Liście na Księżycu"
 wydawnictwo własne
17 października 2017






poniedziałek, 28 listopada 2016

"To nie wypada" / Bartek Kujawski - Daily Bread

Bartek Kujawski, Daily Bread, źródło: materiały promocyjne

I. Jeśli układanie katalogu labelu jest pewnego rodzaju sztuką to rok 2016 dla Mik.Musik.!. zamyka się klamrą kompozycyjną którą wyznaczają dwa wydawnictwa Bartka Kujawskiego. A kto jest słaby, niech jada jarzyny z początku roku wedle Bartka Nowickiego z bloga 1uchem/1okiem była murowanym kandydatem na płytę roku. Ta nieco pochopna opinia wydawana na początku roku nie tylko nie przewidziała, że do końca grudnia ukażą się inne płyty, ale przede wszystkim nie wzięła pod uwagę, że Kujawski może zaskoczyć słuchaczy jeszcze raz. Żeby była jasność - jestem wielkim fanem A kto słaby... i wydaje mi się, że zrozumieniu Daily Bread sprzyja poznanie poprzedniego dokonania łodzianina. Zabiegi wywoływania audialnego dyskomfortu i nieustającej konfuzji zostały na Daily Bread względem poprzedniczki znacząco udoskonalone. Kujawski, parafrazując niego samego za metodę obiera aby mieć w dupie wulgarne minimale (choć jednocześnie z lubością eksplorując dronowe konstrukcje) i przystępuje do nie byle jakiej akcji.

II. Duży zakres tolerancji dla kreacji artystycznej zawsze wydawał mi się moim osobistym przymiotem, a rozszerzanie tego zakresu uznawałem za powinność osoby myślącej. Euforycznie niepoprawny Daily Bread przy plądrofoniczno-mikstape'owym zacięciu i kuglarskiej pysze to atencyjny i wymagający zlepek niedorzeczności, patchworkowa fantazja na tematy zarówno wstydliwe, komiczne oraz poważne. Masa tropów na Daily Bread staje się pulpą, która do tej pory mocniej kojarzyła się z autystycznymi kreacjami youtubowych celebrytów i anonów, którzy, jeśli ktoś zauważył, posługują się dźwiękowo-muzyczną paletą nastawioną na nieustanne napierdalanie dynamicznymi zmianami dla samej zmiany - kurwa, współczesny polski rząd jak żywo. Już pomijam typowe dla kompilacji Vine'ów earrape'y, airhorny, wszechobecny efekt distortion, które, jak ktoś zauważył, sprawiają, że nieświadomie nojz staje się częścią internetowej kultury. Daily Bread wydaje się świadomie czerpać z tej przekory i stawania okoniem do oczekiwań nawet wobec fanów Wypas muzyczna Grupa. W postironicznej erze śmieszków wyrażonych prędzej zgrabnym emoji niż skurczem mięśni twarzy Kujawski zestawia ze sobą przeżywające renesans gatunki, które zawsze istniały poza nawiasem dobrego smaku, jak wszystkie odmiany muzyki dance, przez hard bass (hard bass i hard tech w erze memicznej to temat osobny tekst) skończywszy na podniosłych organowo-dzwonowych motywach, field recordingach, melodiach midi i kwaśnych syntezatorach z samego centrum klubowych estetyk lat '90.

III. Obśmiać by tu można wszystko, bo archetypiczna muzyczna powaga, jak w nawiedzonych chórach przesyconych dodatkowo efektem chorus w Perpetual Failure jest podatna na atak, choć z drugiej strony powaga ta jest wyraźnie przerysowana, a strach i trwoga jest porównywalna ze Scoobie Doo. Znane z A kto słaby... dropy zwiastujące nieuchronną wixę wyrwane z tanecznego kontekstu  i wrzucone w progresywne formy po raz kolejny przedstawiają sugestywną siłę wywołującą ciarki i bynajmniej nie chodzi tu o cringe fest. Zresztą nie chcę tu za nikogo wydobywać z tej płyty momentów olśnień i zdziwień. Utwory Kujawskiego są nich pełne, samodzielna eksploracja nieskrępowanej kreatywności sprawia zaś wielką frajdę. Przypomnę tylko o polifonii rozkoszy, którą przenika mnie za każdym razem gdy słyszę przetworzone vocoderem wokale w Losing Confidence. Charakterny, a zabawowy klimat przypomina nieco Disco 3000 Sun Ra albo pastiszowe podejście do popu przez Franka Zappę, niemniej wszelkie podobieństwa do faktycznych zajść są przypadkowe, a wielość skojarzeń będzie uprawniona. Słuchając tej płyty ciągle dawałem się zaskakiwać i choć zabrzmi to jak okoliczność obciążająca mnie jako recenzenta to powiem, że często przyłapywałem się na myśli, że "to nie wypada". Ale przecież Daily Bread jest, istnieje, mleko się rozlało i ja go doświadczam. Rozlewa się zaś pięknie, swoiście, osobno, oryginalnie, genialnie.

Nie wiem, czy płyta ta znajdzie się w zestawieniach rocznych. Wiem natomiast, że jest to płyta na lata. Nieznajomość tej płyty zaś dyskwalifikuje każdego, kto nazywa się fanem polskiej muzyki. A ja idę słuchać dalej, bo to nie koniec tej przygody.

Bartek Kujawski
"Daily Bread"
BDTA/Mik.Musik.!.
28 listopada 2016





CZYTAJ TAKŻE RECENZJE:
Bartek Kujawski, A kto słaby niech jada jarzyny
Wojciech Kucharczyk, BRAK
RSS B0YS, M0NKYY BL00D