Gdy myślę o muzyce zawartej na jakimkolwiek albumie, który oprócz tego, że jest zbiorem utworów to powinien być także spojony jedną wspólną ideą, wówczas nachodzi mnie synestetyczna refleksja. W ramach tej refleksji muzykę zawartą na albumie postrzegam w kontekście topograficznego jej ukształtowania. Wewnętrzna dramaturgia albumu zaś ma w sobie coś z kreacji użytecznego, a zatem zachwycającego estetycznie krajobrazu wyznaczanego przez umiejętne umiejscowienie w nim gór, jezior, wąwozów, pagórków i kotlin. Album w moim postrzeganiu to wyodrębniony z wyobraźni twórcy świat, w którym umieszcza się słuchacza - któremu jednocześnie daje się swobodę eksploracji niczym w przedniej jakości grze z otwartym światem.
Pierwszy solowy, tj. wydany pod własnym nazwiskiem album Maksymiliana Gwincińskiego Oddaleni w nierzeczywistym mieście jest fragmentem płaszczyzny, wyzutej z trójwymiarowości przynależnej górom i wzgórzom. Myliłby się jednak ten, który uważa, że właśnie dokonałem sądu wartościującego. Chcę powiedzieć jedynie, że przy słuchaniu tej płyty doświadczam absurdalnie płaskiego terenu - tak jak płaska jest w większości Polska - obrośnięta jednorodnością rzepaku. Teren ten nie ma naturalnych granic, a granice albumu zostały przycięte nożycami do wielkości arkusza albumu wypełnionego muzyką Gwincińskiego. Konsekwencja instrumentalna bydgoskiego artysty w wykorzystaniu klarnetu, gitary, pianina i bodaj fletu od początku do końca wskazuje na potrzebę stworzenia płyty wewnętrznie spójnej. Największa zagwozdka jaką mam słuchając tej płyty, dotyczy tego, że tak jak w tradycyjnej przestrzeni albumu można odnaleźć punkt odniesienia w postaci tradycyjnych punktów orientacyjnych, tak w potencjalnie niekończącej się płaszczyźnie świadomej jednorodności jakikolwiek ruch zupełnie się nie sprawia, że horyzont nie przesunie się choćby o kilka wytchnień, mimo prób ruchu ze strony słuchacza, który szuka wielości perspektyw. Niemniej bezcelowe błądzenie w dusznym od słońca rzepaku także może być przyjemne - to chyba wtedy mówi o przyjemności czerpanej w zachwyceniu równemu zapomnieniu, zapomnieniu równemu naiwnemu i dziewiczemu zagubieniu.
Trudno jest nawet wskazać gdzie na mapie umieścić Oddaleni w nierzeczywistym mieście. Płyta daje wytchnienie w easy listeningowej metodzie poprawnego wykorzystania muzycznego języka i poprawnego wykorzystania standardowych instrumentów, jednocześnie będąc równie frapująca co ponoć "łatwe" i "przyjemne" Easy Wojciecha Karolaka. Płyta ta jest soundtrackowa, ludyczna, wiejsko-małomiasteczkowa, klezmersko-bluesowa, odwołująca do melodii, która jest główną sprawczynią wszystkich moich uniesień. Jednak soundtrack ten jest tak samo soundtrackiem miasteczka z filmów szczytowego Jana Jakuba Kolskiego, a może nawet serialu "Ranczo". Co do J. J. Kolskiego i muzyki - jest rzecz, która zdaje się nie jest zupełnie przypadkowa. Otóż producentem muzyki do filmu "Jańcio Wodnik" jest Wydawnictwo Muzyczne Woycek, a od Woyceka niedaleka droga do Wojceka, a od Wojceka blisko zaś do OBUHa - Oddaleni... zaś mogliby kiedyś ukazać się w tym legendarnym labelu
Oddaleni w nierzeczywistym świecie o ile jest płytą z kręgów awangardy, to jest to najtisowa awangarda powinowata z westchnieniami Księżyca ("Walc cis-moll"), a także z repetytywnym minimalizmem znanym z formacji Miasto nie spało. Samo brzmienie płyty jest sterylne, dźwięki instrumentów czyste i prostoduszne - i w tym Gwinciński zdaje się czerpać metod prezentowanych przez Osjana - z drugiej zaś strony ma za druha nowoczesnego choć i zwiewnego Pathmana.
Ta płyta nie płynie, lecz bezbłędnie trwa, każdy z utworów jest podobny do poprzedniego, prawie każdy to jeden utwór wyznaczany jest przez instrument grający akompaniament i drugi wygrywający melodię. Samoograniczenia poddawane materii muzycznej są tu niemal tak radykalne jak solówka w "Smells Like Teen Spirit" Nirvany, która punkt w punkt powtarza linię melodyczną wokalu. Gwinciński obsługujący wszystkie instrumenty na płycie ostentacyjnie odrzuca wirtuozerskie popisy na rzecz odgrywania swojej sztuki, rozszerzania świata w dziecięcym zdziwieniu, że jest on taki wielki. Płyta ta to popis wrażliwości niepopisujący się niczym, awangarda, której bez żenady mogą słuchać zarówno twoje dzieci jak i twoja matka, easy listening, który bez żenady może być wrzucany raz za razem przez fana eksperymentu, rzecz ponadrzeczowa, umykająca kategoryzacjom, nie tworząca jednocześnie niczego dotąd nieznanego, klarnetowy minimalizm tak różny od solowych popisów Pawła Szamburskiego i tak nieprzystający do przetwarzania klasyków minimalizmu przez Wacława Zimpla.
Zakończyłbym wywód zgrabnym zakończeniem, lecz krajobraz ten nie ma początku ani końca. Szkoda byłoby, abym kończył to zdziwienie w momencie publikacji tego tekstu, czego sobie życzę, a wam poddaję pod rozwagę.
Maksymilian Gwinciński "Oddaleni w Nierzeczywistym Mieście" Plexus of Infinity 23 kwietnia 2016
Purytańska bezwzględność Loading only skracająca wielkiego łby wrażych niedowiarków niczym XVII-wieczni diggerzy jest jednym ze słodszych momentów tego albumu. Jestem pełen entuzjazmu dla E230, choćby w związku z rekomendacją 10 fucking stars, który napisał, że "za każdym razem słucha się Warten jakby na nowo". Ciężko się z tym stwierdzeniem nie zgodzić, choć Kultura Staroci pozwoli sobie trochę pomarudzić.
Otwierający płytę Loading only przypomina zarówno eksperymenty Maćka Sienkiewicza znane z F, a także nerwowe monofoniczne pasma 0404. WARTEN, czyli Wojtek Kurek, prowadzi swoją narrację podobnież jak wiele rozmów improwizowanych wychodząc od szczegółu przechodząc do kumulacji, zaczynając w lekkim wietrze dodając po drodze masę przesteru (ob ambientu po harsh noise) ubarwiając wszystko urywanymi seriami czegoś w rodzaju klarnetu basowego. Kumulacja ta jednak trwa w czasie i nie odpuszcza, chełpi się swoją intensywnością i nie myśli ustawać. W nawale bawi się detalingiem, przez co przypomina nieco Locked Room Łukasza Ciszaka.
Jeśli zaś szukałeś wyobrażenie tego co było gdyby kolorowe szkiełka kalejdoskopu nagle spadły w twoją zdziwioną źrenicę to spojrzyj uchem na kolejny Regaining balance. First trip. Choć kompozycja jest podobna do tej pierwszej to jednak wydaje się być bardziej statyczna. Ale też wskazuje na to czym E230 jest - spustem różnokolorowej surówki.
Pompa z bardzo intensywnej kasety schodzi jednak gdy posłuchamy strony B, która bardziej opiera się na zabawie rytmem niż fakturą. W Grove drop nie nadchodzi - on się w bólu wyradza z pojedynczych, bardzo dobrze wyodrębnionych, niemal organicznych uderzeń aż do quasi-ethno post-New Age'owe nawały, która jednak traci na mocy w porównaniu z tym co znajduje się na pierwszej stronie E230. Zamykający płytę Transposition zamula przypadkowo generowaną melodią typowych syntezatorowych stylów, naiwnością repetycji - całości utworu nie pomaga z pewnością nojzowy finisz, więcej radości miałbym w wysłuchiwaniu się w monotonny temat.
WARTEN warto znać, jest to jeden z jaśniejszych momentów tego roku na krajowym rynku wydawniczym, niemniej kaseta E230 momentami brzmi jak split. W sumie moje marudzenie polega na tym, że wlazłem do eleganckiej restauracji, dostałem wykwintne potrawy i narzekam, bo ziemniaki nie są z tego szczepu co zawsze, zamiast cieszyć się, że jest po prostu smacznie i pożywnie. Moje czepialstwo może być przez was tym bardziej zrozumiałe, że gdyby nie parę rzeczy, które sprawiały, że wynurzałem się z głębin czarów, podwodnego miasta cudów stworzonych przez Kurka to zostałbym już w tej głębi na zawsze, a chciałbym zostać, naprawdę.
WARTEN "E230" Pointless Geometry/POINT#08 25 kwietnia 2016
Adam Witkowski, Berlin 2015, foto: Ania Witkowska.
Adam Witkowski to między innymi War Zone, Radio Simulator, 0404, Samorządowcy, Tatrzańska 88, Nagrobki, Gówno, Langfurtka, Wolność, Adam Witkowski&Michał Miegoń, Radio Kailash, Andrzej Baphomet. W tym roku wydał solowy materiał pod swoim własnym nazwiskiem pt. Ra Ba Ba Ba.
KULTURA STAROCI: Wiele dzieciaków zafascynowanych muzyką nagrywało swoje próby i wydawały totalnie DIY kasety, jednak niewiele z tych dzieciaków chwali się później tymi próbami jako część swojej oficjalnej dyskografii. Mam tu na myśli rzecz War Zone, Terror inspirowane Scum Napalm Death. Na stronie piszesz, że w momencie nagrywania średnia wieku w grupie nie przekraczała 8 lat. Przecież w tym wieku mali ludzie przygotowują się na przyjęcie Pana Jezusa do serca, a nie słuchają takich okropnych rzeczy. Skąd miałeś samo Scum? Przypuszczam, że to nie było jedyne nagranie z tak brutalną muzyką z jakim miałeś wówczas styczność? Pamiętasz nagranie tego materiału?
ADAM WITKOWSKI: Oczywiście, że pamiętam. To był długi proces. Kasetę zagrywaliśmy wielokrotnie, bo była tylko jedna. To, co teraz na niej znalazłem, to pozostałość po przerwanym procesie twórczym z końca lat 80-tych. To wszystko mogło trwać rok, albo dłużej. Nie umiem tego oszacować.
Co do inspiracji, to myślę, że Scum nie było jakoś najistotniejsze. To, co my zrobiliśmy, nie ma kompletnie odniesienia formalnego do Napalm Death. Może momentami jest to jakaś karykatura metalu, zagrana na tapczanie i keyboardzie, ale podobieństwa jest niewiele. Wydaje mi się, że ten keyboard był resztą najważniejszą inspiracją. Pamiętam, że pojechałem z mamą na moją pierwszą, zachodnią wycieczkę zagraniczną do Wiednia i tam, na słynnym MexikoPlatz została mi ta zabawka kupiona. To była po prostu zabawka, nie żaden poważny instrument. Musiał to być rok 1987, było szaro i jakoś niewyraźnie, a taki kawałek plastikowego szajsu na baterie był na tyle atrakcyjny, że schodzili się do mnie koledzy z bloku. W ten sposób zaczęła się zabawa w War Zone. Ja akurat byłem najstarszy i komunia była już za mną. Za “kasę z komunii” kupiłem magnetofon. Był więc magnetofon, była czysta kaseta i był keyboard. Gitary zrobiliśmy z listewek, z podłogowych płytek PCV, etc. Mogliśmy więc nagrywać!
Nie pamiętam skąd się wziął ten Napalm Death? Leżał na półce razem z Jean Michael Jarrem. Miałem też kilka innych metalowych kaset, ale na początku nie było w tym jakiegoś świadomego wyboru tego gatunku. Chodziło głównie o to, że metal wydawał się jakoś tam ekstremalny. Przyznam jednak, że wówczas równie ekstremalny był dla mnie Helloween albo Manowar, co Napalm Death właśnie. Dopiero kilka lat później okazało się, że najfajniejsze rzeczy to Bathory, Celtic Frost, Hellhammer, Samael, cała grecka scena black na czele z Necromatią.
Nie zgodzę się jednak, że dzieci w tym wieku wyłącznie przygotowują się do sakramentów świętych. My na przykład w podobnym składzie, w którym nagrywaliśmy War Zone oddawaliśmy się jakimś bluźnierczym praktykom czczenia boga Hipcia w piwnicy. Kompletny odpał, jak teraz o tym pomyślę. Robiliśmy straszną transgresję w wieku 6, 7, 8, 9 lat. To w sumie bardzo ciekawe. Może będę musiał się w to kiedyś zagłębić. Zrobiłem niedawno reportaż foto z piwnicy, naszej “świątyni”.
Ściana w piwnicy - świątyni Hipcia, miejsca spotkań zespołu War Zone. Bydgoszcz 2014; foto: Adam Witkowski.
Zatem faktycznie ważne inicjacje muzyczne przeszedłeś w bardzo wczesnym wieku. Jednak twoja ostatnia płyta - a przy okazji pierwsza solowa wydana pod własnym nazwiskiem - dotyczy doświadczeń jeszcze wcześniejszych, niemal niemowlęcych. Jednocześnie z opisu płyty wynika, że jest to materiał bardzo osobisty, związany z odnalezieniem twojego ojca.
Tak, ten materiał ma bardzo wiele wątków osobistych. Dwa lata temu zmarła moja mama. Przy porządkowaniu rzeczy w jej mieszkaniu, znalazłem zdjęcie, na którym widać mnie w wieku około dwóch lat. Siedzę na nim i krzyczę zrozpaczony. Przede mną leży rababa (arabski instrument strunowy), która była pamiątką po moim ojcu. Uwielbiałem się nią bawić i bardzo dobrze te zabawy pamiętam. Pamiętam też dokładnie moment, w którym zrobiono to zdjęcie. Było to kilka chwil po tym jak z kolegą rozwaliliśmy coś w tej rababie. Wydaje mi się, że przedziurawiliśmy skórę, która tworzyła pudło rezonansowe instrumentu. Mostek wleciał do środka i rababa zamilkła. To była dla mnie prawdziwa tragedia. Ale najistotniejsze w tej historii jest odkrycie, że bez jakiś ćwiczeń i starań pamiętam obrazy i dźwięki z czasu, kiedy jeszcze nie potrafiłem chodzić. Gdyby nie to zdjęcie, to byłbym pewien, że zdarzenie to miało miejsce w podstawówce, bo wspomnienia są tak żywe.
Od kilku lat zaobserwowałem u siebie w graniu na gitarze, że czerpię z jakiegoś źródła, którego nie potrafiłem dokładnie zlokalizować. Ta fotografia pomogła mi je odnaleźć.
Krótko po śmierci mojej mamy odnalazł się mój ojciec, o którym przez całe dotychczasowe życie myślałem, że nie żyje. Postanowiłem więc go zaprosić do tej płyty o podświadomości i zakamarkach pamięci.
Fotografia z okładki płyty płyty Ra Ba Ba Ba; foto: Halina Witkowska.
Rozumiem, że są to rzeczy zbyt osobiste i zbyt poważne, aby dalej cię o nie wypytywać. Jednak jedna rzecz mnie nurtuje - czy zdania, które w niektórych utworach wypowiada Twój ojciec stanowią jakiś ukryty przekaz, który będzie poznany dla tych, którzy wydobędą spoza lołfajowej mgły słowa wypowiadane w obcym języku? I jeszcze - jak się twojemu ojcu spodobała Ra Ba Ba Ba?
Nie, to nie jest przekaz ukryty. To jest wiersz, który napisał mój tata. Poprosiłem, żeby nagrał swój głos do muzyki, którą mu wysłałem. Dałem mu kompletną dowolność i nie prosiłem nawet o to żeby mi to tłumaczył (chyba warto w tym miejscu wspomnieć, że on jest Kurdem mieszkającym w Iraku i porozumiewamy się przy pomocy języka angielskiego). Opowiedziałem mu jednak historię o rababie i on to jakoś zawarł w tym wierszu. Po kilku dniach odesłał mi pliki nagrane na telefon i przygotował dość nieprecyzyjną translację. Nie zamieściłem jednak tłumaczenia. Kiedy pierwszy raz słyszałem to nagranie, nie wiedziałem o czym jest. Myślę, że to ciekawa perspektywa. Ja jeszcze się z nim nigdy nie spotkałem, ani nawet nie rozmawiałem na żywo. Celowo nie chcę zaczynać naszej znajomości od Skype’a. Komunikujemy się ze sobą przy pomocy facebooka, ale używamy tylko tekstu. Kiedy więc pierwszy raz słuchałem nagrania jego głosu, które teraz znajduje się na płycie, to w ogóle po raz pierwszy słyszałem głos swego ojca.
Dzięki facebookowi widzę reakcję na te nagrania wśród jego znajomych. Raczej zachwyt tam panuje, ale oni ogólnie posługują się bardzo kwiecistym językiem i nie wiem jak ich reakcję oceniać. Myślę, że na pewno jest to dla nich też ciekawe towarzysko. Sześćdziesięcioletni pan nagrał płytę z synem, którego nigdy jeszcze nie widział.
Rozumiem zatem, że twoja pierwsza solowa płyta wydana pod własnym nazwiskiem nie byłaby taka sama gdyby nie ta cała historia? Albo też inaczej - czy gdyby nie ta historia czy płyta ta w ogóle by powstała?
Chciałem nagrać materiał na gitarze już od dawna. Zbierałem pliki, a kilka z nich znalazło się na tej płycie. Nagrania gromadziłem od paru lat, ale nie umiałem tego złożyć w spójną całość i szczęśliwe brakowało mi śmiałości by to wcześniej wydać. Wiesz, solo na gitarze, to dość specyficzna sprawa. U mnie budzi to skrajne skojarzenia - z jednej strony mamy Grzegorza Skawińskiego i jemu podobnych wymiataczy, a z drugiej wybitne rzeczy robione przez Rafaela Rogińskiego. Trudno jest wykroić jakąś przestrzeń dla siebie. Trzeba pewność, żeby się na to odważyć.
W zeszłym roku robiliśmy z Nagrobkami muzykę do spektaklu INTRO Teatru Dada von Bzdülöw. Tam, poza naszymi regularnymi piosenkami, potrzebne było trochę ambientowych klimatów. Wówczas pierwszy raz użyłem tych swoich solowych nagrań. W przedstawieniu sprawdziły się dobrze, ale wyjęte ze spektaklu nie robiły już takiego wrażenia. Czegoś brakowało i wówczas pomyślałem o głosie ojca, który by mógł to zlepić w spójną całość.
Chyba nie lubisz jak się twoją twórczość szufladkuje poza twoimi plecami. Na Gówno wszyscy wołali punk, a wyście mówili, że to rodeo punk - zresztą zauważyłem, że samego określenia punk w stosunku do własnej twórczości nie lubisz za bardzo. Nagrobki to nekropolo, a "Ra Ba Ba Ba" określiłeś mianem fake folku - a moje pierwsze skojarzenia związane z twoją ostatnią płytą to dronowe bluesy w stylu Earth. Jak rozumiesz szufladkę fake folk?
W przypadku fake folku, to byłem przekonany, że to ja wpisuję się w jakiś istniejący gatunek muzyczny, który imituje nieokreśloną muzykę etniczną. Podobno jednak to termin wymyślony przez mnie, choć nie chce mi się to wierzyć. Fake folk wziął się z tego, że w nagraniach, które robiłem sobie na iPhonie, albo w graniu, które pojawiało się na koncertach Langfurtki i Wolności, zacząłem znajdować jakąś etniczną nutę, której nie umiałem inaczej nazwać niż folk. Tak jak mówiłem wcześniej - zacząłem też podejrzewać, że te dźwięki są pochodną mojego niemowlęcego rzępolenia na rababie. Skojarzenia z bluesem i folklorem wynikają również z tego, że używam otwartego stroju (najczęściej nawet “rozstroju”), a to zawsze daje lekko etniczny sznyt. Blues z delty, też używał strojów bardzo odmiennych od powszechnie uznawanego za normę EADGHE. Przecież jak sobie siadał taki facet na ganku z jakąś rozklekotaną gitarą, to się nie zastanawiał czy to jest E czy F. Stroił tak jak mu pasowało do głosu, albo tak jak mu na to instrument pozwalał.
Co do punka to nie lubię tego określenia, bo ja pamiętam jak wyglądał punk w latach osiemdziesiątych. Chodzi mi o takiego jabol punka, z którym czuję zerowe konotacje. To kwestia skojarzeń… komuś może punk kojarzyć się z The Ex i wówczas dla mnie jest to ok. Ale cały etos Jarocina i obszczanych glanów nie interesuje mnie ani tyci tyci. Podobnie nazwy gatunków - one są fajne tylko jako potencjalne źródło zabawy, przy ich wymyślaniu.
No właśnie słuchając Ra Ba Ba By mam wrażenie, że o ile “folk” odnosi się do jakiejś muzyki tworzonej blisko pierwotności, natury, to o tyle twój “fake folk” odnosi się do poszukiwań pierwocin twojej własnej świadomości muzycznej, poszukiwań pierwotności w sobie.
Przyczepię się jeszcze do szufladki “fake folk” - mianowicie przypomniała mi się pewna niepochlebna opinia dotycząca Gówna, które współtworzyłeś. Otóż oprócz wielu ciepłych słów pojawiło się parę głosów, które bynajmniej nie pochodziły z rdzenia jabol-punkowo-hardcorowej ortodoksji, że Gówno jest fejkowe, nieudolnie artystowskie, za mało tkwiące w klasie robotniczej, a bardziej w akademii, że cały ten brud jest wystudiowany, a przez to nieszczery. Jednocześnie Ra Ba Ba Ba wydaje mi się być pozbawiona tej ironicznej swady, którą zdają się być naznaczone niektóre z twoich grup/projektów. Innymi słowy zdaje mi się, że muzyczna twórczość Adama Witkowskiego ma przyprawioną gębę twórczości, którą należy przyjmować z przymrużeniem oka.
Z jednej strony w ogóle się tym nie przejmuję, z drugiej byłbym nieszczerym artystą gdybym odmawiał sobie realizacji pomysłów, które przychodzą mi do głowy.Czyli z wszystkich stronmam to w nosie, co tam sobie ludzie myślą. Mam tyle różnych projektów, że nie mam czasu ich lustrować i sprawdzać czy to jest takie, czy siakie… Nie wierzę też w podziały na muzykę poważną i niepoważną. Nie stosuje więc takiego podziału we własnych pracach.
Gówna natomiast nie ma sensu analizować w kategoriach “muzyka”. Robiliśmy trochę co innego, a przy okazji powstała muzyka. Oczywiście były koncerty, które staraliśmy się grać najlepiej jak to było możliwe. Były płyty, ale równie ważne, a może nawet ważniejsze, było pisanie postów na facebooku, robienie filmów, klipów i koszulek. Brudnego brzmienia nie musieliśmy udawać. Po prostu mieliśmy wówczas zerową wiedzę o realizacji dźwięku i to samo tak wyszło. Pomiędzy nagrywaniem elektroniki, czym niektórzy z nas się wcześniej zajmowali, a nagrywaniem zespołu z perkusją i gitarami - jest kolosalna różnica technologiczna. Nagle okazało się, że to jest trudna sztuka i trzeba się tego jakoś nauczyć. Nie dopuszczaliśmy takiej opcji, że ktoś inny nas nagrywa, albo że najpierw się nauczymy, a potem nagramy. Chcieliśmy wszystko robić sami. To bardzo autentyczne i proste.
Jak najbardziej jestem w stanie uwierzyć, że robisz rzeczy, które nie są wyrachowane i wywodzą się z chęci działania, ale z drugiej ciężko jest mi Ciebie posądzać o brak refleksji i autorefleksji, nie mówiąc już o ironii i autoironii. Przykłady? Wolność opisywałeś jakoś grupę otwarcie pastiszową, duet z Michałem Miegoniem to rzecz także niezwykle świadoma. Nie sposób nie wspomnieć o moim ulubionym twoim projekcie jakim jest Andrzej Baphomet, który mam nadzieję nie jest jednorazowym projektem.
Wydaje mi się, że zarówno mój osobisty rozwój jak i wszelkie działania artystyczne polegają na kwestionowaniu. Przyjmując taką strategią łatwo wpaść dekadenckie przygnębienie. Ja natomiast wolę to załatwiać w pogodny sposób, który na zewnątrz może wyglądać jak kpienie z tej umownej i płynnej rzeczywistości. Czasami powstają z tego rzeczy, które innym wydają się dowcipem, choć z mojej perspektywy nim nie są, a czasami takie, w których ta autoironia nie jest czytelna dla wszystkich. Ta druga sytuacja ma chyba miejsce w przypadku Wolności, która może się wydawać takim poważnym zespołem z poważną nazwą. Ale my na początku potrzebowaliśmy impulsu autoironicznego, żeby się odważyć grać 40-minutowe solo. Teraz już jednak to nie jest nam potrzebne - po prostu gramy swoje. Odwrotnie rzecz ma się z Nagrobkami, które niektórzy uznają za zespół punkowo-kabaretowy. Cóż, jeśli ktoś myśli, że vanitas musi być zawsze czarno-brązowym obrazem z czaszką, to się moim zdaniem myli. Andrzeja Baphometa natomiast nie traktuję jako kawału, to są moje wyprawy w odmęty mojego ja i na pewno jeszcze coś wydam pod tym szyldem. Moim zdaniem to dość depresyjny materiał, a nie dowcipny. Mam sporo rzeczy nagranych na nową płytę Baphometa. One się mi jakoś same robią, ale miksowanie tego jest dla mnie męczące i stąd jeszcze się wstrzymuję z kolejną publikacją Andrzeja. Za to prace nad nową płytą Miegoń & Witkowski są już mocno zaawansowane. Michał siedzi nad miksami i wiemy, że płyta będzie się nazywała DWUJA.
Nagrobki na Open'er Festival, Gdynia 2016; foto: Herman.
Nawet nie miałem na myśli, że twoja postawa twórcza, przeze mnie znana przede wszystkim z działalności muzyczno-dźwiękowej jest równoznaczna ze śmieszkowaniem. Raczej wydaje mi się, że jeśli już to podejmujesz strategię Stańczyka - przez ironię w samo sedno jakiegoś problemu. Poza tym Stańczyk wydaje mi się figurą będącą w ścisłym związku z figurą romantyczną - jest niejednoznaczny, świadomy siebie i otoczenia, przez swoistą dwubiegunowość jest także w jakiś sposób bohaterem tragicznym.
I podobnie dwubiegunowe są Nagrobki, które oprócz otwarcie zabawowych numerów nosi ze sobą ładunek refleksji. Myślisz, że dokonuję w ten sposób jakiejś nadinterpretacji?
Myślę, że tak właśnie jest, ale na prawdę tego typu refleksja nie jest mi do niczego potrzebna w procesie twórczym. Raczej wydobywam rzeczy z podświadomości albo jakiegoś innego niebytu, dopiero potem dokonuję ich selekcji. Nie chcę projektować komunikatów i kodować ich w formę sztuki. Wolę przyglądać się rzeczom jakie wychodzą mi z trzewi i potem świadomie łączyć je z innymi, podobnie powstałymi fragmentami. W tym montażu używam już wiedzy, doświadczenia oraz świadomości właśnie.
Jest jeszcze jedna rzecz, która mnie bardzo ciekawi - stosunki między tobą a twoim wydawcą. Z tego co policzyłem Michał Turowski [WYWIAD Z MICHAŁEM BIEDOTĄ - O TU] wydał tuzin albo i więcej nagrań z twoim udziałem. Wychodzi na to, że bardzo ceni sobie wszystkie rzeczy, które wydajesz. Chyba nawet mieliście ostatnio okazję razem zagrać na jednej scenie.
Faktycznie jest spora reprezentacja moich nagrań w katalogu wytwórni Michała. On mi po prostu nie odmawia, więc współpracujemy dalej. Co kieruje Michałem, tego nie jestem w stanie powiedzieć. Mi na pewno jest dobrze w tej wytwórni, chyba się nieźle rozumiemy. Mam wrażenie, że mieszczę się z tymi wszystkim różnorakimi projektami w tym różnorakim katalogu.
Graliśmy wspólnie dosłownie wczoraj. Właśnie słucham sobie nagrań z tego koncertu i próbuje je zmiksować. Graliśmy w ramach cyklu To Nie Ta Melodia, w kwartecie łączącym dwóch muzyków z Gdańska i dwóch z Wrocławia. Oprócz Michał i mnie wystąpił również Maciej Bączyk i Marcin Dymiter.
Ok, ostatnia rzecz o jaką cię poproszę to jakbyś wymienił parę nagrań/albumów/wykonawców/piosenek które lubisz/szanujesz/miały na ciebie wpływ
Trudna decyzja. Wybiorę tą trzecią opcję odpowiedzi. Skoro już tyle osobistych rzeczy było, to po prostu spróbuję wybrać trzy rzeczy, które miały na mnie wpływ.
THE CURE - Just like Heaven
Gdyby nie ten kawałek, zagrany mi przez mojego kolegę na obozie wędrownym w 1991, to nie grałbym pewnie na gitarze. Wcześniej jedynym moim skojarzeniem z amatorskim graniem na tym instrumencie były piosenki Starego Dobrego Małżeństwa wykonywane przez dziewczyny w warkoczach i golfach. Okazało się, że można grać też inne rzeczy i po powrocie do domu zacząłem odkładać kasę na gitarę.
COIL - Musick to Play in Dark vol. 1, vol. 2
Od tych płyt zaczęła się moja przygoda z tym zespołem. Poza tym, że te nagrania bardzo mi się podobają, to Coil w ogóle jest dowodem na to, że można działać bardzo różnorodnie, nie powtarzać się i rozwijać się nieustannie. A do tego jeszcze można to wszystko zawrzeć w formie ładnej piosenki.
THE DOORS - L. A. Woman
Do Doorsów wracam co jakiś czas. Historia w sumie podobna jak z Coilem, Neilem Youngiem i innym wielkim artystami – ich płyty są coraz lepsze. Co do L.A. Woman to jest to płyta, której brzmienie uwielbiam. Mam wrażenie, że przez te niemal pięćdziesiąt lat nie zestarzało się ono ani trochę. Na wyobraźnię też zawsze działało mi, że oni to nagrali na salce prób.
"Dzisiaj trzeba się bardzo starać, żeby ktokolwiek przesłuchał to, co wydajesz. Prowadzisz label i stajesz się natrętem; wrzucasz linki na fejsa i nagabujesz do klikania. Ej, posłuchaj, nawet nie musisz za to płacić..."
"Pewnego razu mój tata wrócił z poczty i mówi: <<Kupiłem ci płytę Metallici>>",
Nie powinna być to recenzja o szczególnym modelu dystrybucji wydanego 24 lipca albumu "labirynthe hydrops" od duya geborda, ale ciężko o nim nie wspomnieć, skoro model ten może stanowić zarówno łącznik jak i afront wobec osób skupionych wokół konkurencyjnych sposobów posiadania i używania sztuki, a muzyki w szczególności. Bo z jednej strony mamy typ czysty przekonań zasadzonych w przestarzałych przepisach prawa, w których każde wykorzystanie utworu powinno wiązać się z gratyfikacją finansową dla artysty, wykonawcy, producenta, dystrybutora whatever. Jest to model co do zasady ekskluzywny, bo pozycja odbiorcy uwarunkowana jest zasobnością jego portfela, a pozycja kultury zależy od tego jak biznesowo skuteczna jest. Z drugiej zaś strony mamy model swobodnego dostępu do dóbr kultury, w którym abonament za neostradę jest jednoznaczny z całodobowym i nieodpłatnym dostępem do wielkich zasobów. Te czyste typy zostały w znakomity sposób przetworzone przez Radka Sirkę, który swój najnowszy album udostępnił za darmo w sieci, ale zrobił to tylko przez godzinę, ogłosiwszy jednakże wcześniej, że taka akcja będzie miała miejsce. Po północy z 24/25 lipca płyta nie była już dostępna do pobrania.
Performens ten miał wiele zalet. Z jednej strony każdy kto chciał, mógł o danej godzinie pobrać album za darmo. Po drugie ograniczony czas udostępnienia "labirynthe hydrops" przeczył przekonaniu, że większość zasobów będących w sieci jest czasowo nielimitowany. Przez to pobranie albumu musiało wiązać się ze strony odbiorcy z zaangażowaniem, jakim było wystawanie o określonej godzinie na wydarzeniu na facebooku - co przeczy zaś brakowi zaangażowania w sytuacji dostępu do leaków, streamów i torrentów zawsze i wszędzie. Ostentacyjne odrzucenie próby monetyzacji pracy twórczej również znalazło w premierze tego albumu swój szczególny wyraz - wydaje się być, że jedynym stratnym finansowo w tej sytuacji jest sam artysta - lecz czy nie byłby stratny gdyby wydał ten album w swojej mikrowytwórni albo jakimś cudem udało mu się podpisać kontrakt z mejdżorsem? Śmiem wątpić w możliwość twierdzącej odpowiedzi na ostatnie pytania, choć jednocześnie nie bez powodu wspomniałem o kontrakcie z mejdżorsem. Być może dlatego, że "labirythe hydrops" jest bodaj najbardziej przystępnym albumem duya. Album transponuje eksperymentalne ekspresje znane z poprzednich albumów, bliskie Wilhelmowi Brasowi, Rez Epo, Ryoji Ikeda w utwory zadowalająco przyjemne. Swoboda i swada w łączeniu nojzowego gliczu, przekształceń wokali, które fantazją, choć nie metodą, dorównują temu co robił z wokalami Micromelancolie na "Contour Lines" to żadna próba kompromisu, nawet tu nie chodzi o producenckie popisy. Chodzi raczej o zabawę wielości form, także tych rytmicznych. Co ciekawe duy gebord raczej dystansuje się od popularnej w undegroundzie metody technoidalnego prezentowania hałasu, piorąc pod warsztat downtempo ("it's getting late"), coś w rodzaju chopped & skrewed ("expired drugs"), micro chip tunowy drill 'n bass jak w rewelacyjnym "seabed" (to jak "Drukqs" na crocodilu), vaporwave'owy hip hop ("silverfish"). Regularna stopa jeśli się pojawia jest faktycznie spoiwem pomysłów, a nie ich uzasadnieniem ("brazen head on bathroom wall"), a rockowo-metalowe beaty z elektronicznymi blastami elektronicznej stopy są tłem dla przerażająco nawiedzonych, zblednowanych chórów ("cloud chamber"). Nie dajcie się jednak zwieźć wtórnemu name checkingowi, gdyż "labirynthe hydrops" to płyta nawiedzona wieloma strachami, choć nie nachalnie transgresywna, za nic mająca nędzne jumpscare'y, a budująca spójny klimat. Czerpiąca z historycznych metod twórczych i tropów gatunkowych, ale nie epatująca duchologiczno-wintydżowym puszczaniem oczka. Między mocnymi bitami, a wypełnionymi echem wokalami znajduje się przestrzeń po której hula kreatywność. Między New Age'owym pogłosem, a nerwowym klikiem circuit bendingu znajdują się niebywałe ilości twórczej energii, tak samo powściąganej, co jednak trudnej do powściągnięcia, narwanej w próbie rozwijania pomysłów do gargantuicznych rozmiarów, lecz skupionej, w krótkich czasowo formach. Czy to o czym piszę, a o czym nie wie wielu z was, bo dostęp do płyty jest ograniczony, nie jest przepisem na znakomitą płytę, za którą wartałoby zapłacić, a jej twórcę ozłocić?
duy gebord "labirynthe hydrops" wydawnictwo własne 23:00, 24 lipca 2016
Moim pierwszym i nieodmiennie pozostającym w aktualności skojarzeniem związanym z jedynym długograjem Odrazy jest debiut Inkwizycji. "Na własne podobieństwo" oprócz liryk, które z jednej strony piętnowały zorganizowaną religię i ich wyznawców oraz była jedną z pierwszych straight-edgowych polskich płyt w ogóle (przypomnijmy, że poprzednie wcielenie Inkwizycji - Ustawa o Młodzieży była przypuszczalnie pierwszą polską kapelą sxe) z drugiej zaś ukazywały podwórkowe patologie w bardzo dosłowny sposób . Ex Pert jako tekściarz wychodzi poza prostackie "fuck the system" na rzecz naturalistycznego komentarza. A jak wiadomo nie ma większego zaangażowania, nawet bezstronnego obserwatora i badacza, niż wybranie sobie tematu rozważań. Być może nieco inaczej jest na "Esperalem tkane", która to płyta jest próbą stworzenia blackmetalowego musicalu gdzie dramaturgii liryków podporządkowana jest warstwa muzyczna. I jestem tu absolutnie, kurwa, poważny.
Nie twierdzę, że Odraza jest najlepszą płytą jaką słyszałem w 2014 roku. Ba, wiele momentów "Esperalem tkane" przede wszystkim nieszczególnie ciekawych zapożyczeń (swing w "Goryczy" czy blues w "Progu" - czyżby tytuł wzięty od Tadeusza Nalepy?) cały czas powoduje we mnie ciągle nieoswajalny cringe. Daleki jednak jestem od ortodoksji, bo cieszę się, że są jeszcze hordy poszukujące gdzieś w okolicach Ved Buens Ende. Przede wszystkim zaś jest to metal skrojony na naprzemienne smaganie melancholią i grozą, przy czym jedno zmiękcza umysły, a drugie umiejętnie je kruszy. Niewiele tu doświadczymy darcia ryja o Lucyperze albo przedchrześcijańskich wojach, a groza dotyczy patologii, która nawet nie tyle zdaje się być faktem społecznym, co wręcz spersonifikowanym żywiołem immanentnie zrośniętym z tkanką życia i to życie żrącym. Metal o Szatanie był już śmieszny w czasach gdy Master's Hammer wydawał "Ritual", a absurdalność archetypicznego black metalowego anturażu czescy klasycy zdają się potwierdzać przy okazji promocji tegorocznej płyty "Formulae".
Odraza z "Esperalem tkane" wpisuje się w znane popkulturze przekonanie eksploatowane do porzygu w bajkach o Scooby Doo i dojrzałym Stephenie Kingu, czy w rozważaniach o banalności zła Hanny Arendt albo nagradzanej "Innej duszy" Orbitowskiego, że największa złowieszczość kryje się nie w tam gdzie "piekło, labirynty, diabły", ale jest dostępne w zasięgu ręki, tuż obok w melinie na Starym Podgórzu, gdzie sprzedaje się wódkę pod figurką matki boskiej, gdzie chłopcy zostają złodziejami, a dziewczynki kurwami. Nie chciałbym wychodzić z afrontem wobec recenzentów, którzy do tej pory zmagali się z Odrazą, ale większość tekstów, które do tej pory powstały o "Esperalem tkane" starało się konstytuować ten projekt jako trzymający się blisko metalowej ortodoksji, jakby w przestrachu, że Odraza może okazać się być tylko sezonowym, hipsterskim gównem. W recenzjach tych usprawiedliwiano rzekomą progresywizm kompozycji, czego ja nie odczułem jakoś szczególnie, tym bardziej, że te długie kompozycje mają w miarę przejrzysty charakter ronda lub suity. Nie sposób nie wspomnieć z jaką plastyczną swobodą, przy jednoczesnym dokurwie potraktowano riff w "Tam, gdzie nas nie spotkamy". Główny temat, w iście eksperymentalnym stylu przetwarzany jest przez duet Stawrogin-Priest, którzy próbują wydobyć jak najwięcej afektów z dosyć ograniczonej melodii. Mówiąc we wstępie o musicalowym zacięciu "Esperalem tkane" miałem na myśli tytułowy utwór, w którym słowa koherentne są z muzyką, tworząc parasłuchowiskową formę. Jednocześnie nie jest to płyta mająca usprawiedliwiać swoją black metalową proweniencję i mam wrażenie, że swoboda twórcza, choć momentami męcząca (pompa z całej płyty schodzi mniej więcej po "Cichej 8") jest najważniejszą rzeczą, której się tu można wysłuchać.
Przy całym ciężarze skojarzeń, wpływów, za których ambicje bycia naprawdę dobrymi i plugawymi należy się nagroda w osobnej kategorii "teksty" - "Wielki Mizogin" to wkurw dorównujący swobodzie w bluzgach sławetnym wersom Smarki Smarkiego o "pieroleniu gówna z chuja, kurwa". I choć na samym początku wyraziłem przekonanie, że debiut Odrazy przypomina debiut Inkwizycji, to jednak Odraza nie posiada w sobie ni krzty dydaktyzmu klasyka polskiego hardcore'u, lecz topi się w dekadentyzmie i upadku, traktując brutalną i bezwzględną muzykę, gdzie zmiany tempa i melodii odbywają się w sposób prymitywny, pozbawiony zgrabnych mostków, jako rzecz pogłębiającą gorycz istnienia. Dla takich płyt warto przedłużać sobie dalej ziemskie katusze ciągłego życia, mimo paru wpadek i aranżacyjnych niedorzeczności.
Odraza "Esperalem tkane" Arachnophobia Records ARA004 9 listopada 2014
Współprowadzona przez Joannę Szumacher wytwórnia -Super- jest jednym z najciekawszych polskich microlabeli. Być może dlatego, że dotychczasowe wydawnictwa muzyczne -Super- dotyczą dźwiękowej materii bardzo delikatnej i efemerycznej - nagrania snów, domowych improwizacji przetykanych kuchennymi field recordingami to jedno. Inną twarzą -Super- jest nieodłączny konceptualizm nagrań - to wtedy, gdy słucha się materiału, którego partyturą są plany architektoniczne lub fragmenty dźwiękowo-ruchowych performensów. -Super- wydaje swoje nagrania w niskich kasetowych nakładach, a ich oprawa graficzna - monochromatyczna, naiwna, zatopiona częściej w bieli, niż w czerni sprawia, że nagrania te, nawet na fizycznym nośniku, zdają się być ulotne. Joanna poza prowadzeniem arcyciekawego wydawnictwa zajmuje się również organizacją koncertów (cykl "Byle do wiosny"), a także sama tworzy muzykę (BETON, Smutne Kobiety). W roku Joanna Szumacher wraz z Pawłem Cieślakiem (19 wiosen, 11) zadebiutowała albumem-słuchowiskiem "Kopyta zła".
KULTURA STAROCI: Według mnie -Super- jest wytwórnią, która za swoją domenę bierze obrzeża muzycznych rubieży, nisze, które do tej pory nie znajdywały niszy. Mogłabyś napisać jaka myśl, stoi za -Super-?
JOANNA SZUMACHER: Myślą przewodnią było to, że chcieliśmy razem z Mikołajem Tkaczem wydawać muzykę, której nikt nie chce i nie chciał wydawać. Siłą rzeczy na początku zaczęliśmy wydawać muzykę artystów sztuk wizualnych i ich eksperymenty dźwiękowe, bo jesteśmy związani z tym środowiskiem. Oczywiście wydawanie tylko artystów, czy też zawężanie labelu tylko do tej grupy nas nie interesuje, bo zamykanie się na jakąkolwiek muzykę, czy działania jest bez sensu. Ale masz rację, interesuje nas nisza nad nisze. Mamy wielu znajomych, którzy tworzą różne dźwięki, bardziej lub mniej skomplikowane lub tworzą jakieś sytuacje dźwiękowe, które w moim mniemaniu warto zatrzymać. Niekoniecznie jest to muzyka, ale jak np. w przypadku Gosi Goliszewskiej słowa, które wypowiadała przez sen. Jesteśmy bardzo zadowoleni z tej kasety. Jeśli chodzi o genezę powstania -Super-, to było mniej więcej tak, że szliśmy z Mikołajem Piotrkowską w Łodzi i zastanawialiśmy się, czemu wydaje się tak mało takiej muzyki. Stwierdziliśmy, że skoro nikt nie chce jej wydawać, to my będziemy to robić. I jak powiedzieliśmy, tak zrobiliśmy. Oczywiście trochę to trwało, zanim wydaliśmy pierwszą kasetę, bo na przykład musieliśmy znaleźć miejsce, skąd je kupimy,zastanowić się nad kosztami, wydrukować okładki i tak dalej. Bardzo fajne było to, że mieliśmy wspólny cel, i że nasze pomysły się pokrywały.
Większość nagrań wydawanych przez Super to sztuka mocno osadzona w jakimś koncepcie, mam tu na myśli fragmenty performensów Anny Szwajgier i Zorki Wollny czy Ansicht von Osten. Dlaczego i czy uważasz za sensowne wydawanie nagrań, które stanowią w istocie część całego aktu twórczego, a ich dźwiękowa reprezentacja pomija niedźwiękową i niemuzyczną resztę?
Jeśli chodzi o Ansicht von Osten, to Piotr Tkacz i Hubert Wińczyk grają do planów architektonicznych. My te plany dołączamy do kasety, więc wydaje mi się, że w tym przypadku można powiedzieć , że odbiorcom dostarczamy całość, czyli ich dźwięki i to, co jest inspiracją dla tych dźwięków, czyli plany architektoniczne. Rzeczywiście, jeśli chodzi o Zorkę i Annę, to ich muzyka zazębia się z ruchem. Co do "The Greatest Hits"my z Mikołajem i zresztą same Zorka i Anna zdecydowaliśmy się na wydanie kasety audio, a nie kasety VHS - uważamy, że ta muzyka sama się broni. Oczywiście w tym przypadku działania performatywne są kluczowe i bardzo istotne, ale przecież połową tych performance stanowią dźwięki. To są też kompozycje muzyczne, które są rozpisane, mające partytury, a w tym przypadku partytury graficzne. Moim zdaniem tutaj mogą swobodnie funkcjonować bez obrazu, zresztą istnieją teraz na kasecie. Można tego słuchać bez oglądania strony wizualnej performansu i można sobie wyobrazić, słuchając tych kompozycji, czy wywnioskować na podstawie pojawiających się różnych przypisanych konkretnym działaniom dźwiękom, jak taki performance wygląda. To też ciekawa sytuacja dla odbiorcy, że może popracować ze swoją wyobraźnią.
Z jednej strony wydajecie materiały świadomych kompozytorów/kompozytorek, z drugiej zaś muzycznych/dźwiękowych intuicjonistów. Jest jakaś różnica między współpracą z jednymi lub drugimi? Czy w ogóle uznajesz takie podziały?
Różnic nie ma, wszyscy są bardzo mili. Ja nie uznaję podziałów, chociaż wiem, że są, ale zapewne dość naiwnie chciałabym, żeby ich nie było. Bo ludzie zamykają się wtedy na siebie i muzykę. Naprawdę nie jest racjonalne ograbiać się z części rzeczywistości. Czy ktoś gra na syntezatorze, laptopie czy trąbce - jest mi to obojętne. Grasz tylko na abletonie? Dla mnie super. Tylko na klarnecie? Super. Czy naprawę po Cage'u jest warto się nad tym zastanawiać i tworzyć podziały? Mnie interesuje jedynie wynikowość działań. To, co ktoś jest w stanie zrobić z urządzeniem czy instrumentem, które ma dostępne.
W odniesieniu do Super intryguje mnie jeszcze jedna rzecz, o której jako tako podczas słuchania staram zbytnio nie rozmyślać. Myślę tu o oprawie graficznej waszych kaset. Czy waszym założeniem (tj. twoim i Mikołaja), jako osób wywodzących się z ASP było stworzenie wytwórni, która wydaje kasety spójne pod względem estetyki graficznej/projektowej?
Od początku powstania -Super- zakładaliśmy spójną estetykę naszych kaset. Umówiliśmy się z Mikołajem, że wszystko będzie w skali szarości. Plusem tego rozwiązania są czasami tańsze druki, ale nie to było decydujące. Chcieliśmy, żeby -Super- się wyróżniało i żeby każdy wiedział, że to są właśnie nasze kasety.
Od powstania Super, aż do dzisiaj wydaliście 5 wydawnictw. Czy to przypadek, że parytet płci w katalogu -Super- jest zachowany na bardzo przyzwoitym poziomie?
Z jednej strony to przypadek, a z drugiej bardzo mi na tym zależy, tym bardziej, że jest przecież wiele artystek, które tworzą muzykę - Kasia Justka, Olga Szymula, Martyna Poznańska, Aleksandra Grünholz. Muzykę zaczęła też robić Iza Smelczyńska z Glissando. Fanstastyczną DJ jest DJ Morgiana i na ostatnim Przeglądzie Sztuki SURVIVAL zaprezentowała się super. Jest wiele innych kobiet i dziewcząt. Ponadto muzyka elektroniczna ma przecież silną kobiecą tradycję: Delia Derbyshire, Daphne Oram, Suzanne Ciani, Bebe Barron. Tak uważam, że to ważne żeby wydawać kobiety. Jestem feministką.
Może przejdźmy teraz do twojej twórczości muzycznej. Przyznam, że znając twoje wcześniejsze nagrania (czy to jako w duecie Beton, Smutne Kobiety czy też z różnych nagrań rozproszonych na soundcloudzie) zdziwiłem się, gdy usłyszałem twój albumowy debiut jakim są "Kopyta zła". Innymi słowy wychodzisz z nojzowego eksperymentu na rzecz cokolwiek eksperymentalnego, ale jednak pełnego przepychu wodewilu. Ba! utwory promujące "Kopyta..." to konkretne sztosy na wiksę. Byłbym wdzięczny gdybyś opowiedziała nieco o genezie powstania tej płyty i odniosła się do moich spostrzeżeń.
Chodzi o to, że ja te wszystkie rzeczy traktuję jak projekty. W takim sensie, że wychodzę od pewnego założenia i potem to realizuję sama albo z innymi. Ale najpierw zazwyczaj jest koncept - nie zawsze oczywiście mój, bo są wspólne projekty, w których uczestniczę. W jakimś pomyśle sama lub z innymi określam założenia i ramy tego, co ma być. Jaki ma być rodzaj muzyki, jak to wszystko ma wyglądać. Jaki ma mieć kolor. Dla mnie to zabawa, pewna konwencja, żonglerka formą. Z "Kopytami zła" też tak było. Na początku miałam gotowy plan i projekt. Oczywiście, w toku pracy, jak już się coś robi, plany ulegają przekształceniu, dochodzą nowe elementy, coś się zmienia, ale zawsze na początku jest pewien plan. Przyglądam różnym zjawiskom, biorę je i przekształcam. Można powiedzieć też, że pasuje mi być poza stylem. To też jest jakaś nisza.
Trudno było znaleźć wydawcę tak osobliwego materiału, opartego na dosyć patetycznej historii, która choć w waszej interpretacji jest pełna energii i sił witalnych to bynajmniej nie kończy się happy endem?
Pierwszy label, do którego się zgłosiliśmy, nie chciał wydać "Kopyt". Pewnie ze względu na tę skomplikowaną i dość niejednoznaczną formę, ale przy drugim, czyli Requiem skończyło się, jak wszystkim wiadomo, bardzo dobrze. W creditsach “Kopyt…”widnieje, że ty odpowiadasz za libretto oraz muzykę, a Paweł za samą muzykę. Czy prezentując Pawłowi pomysł na "Kopyta zła" miałaś także pomysły w jakiej muzycznej/dźwiękowej formie zawrzeć tę bajkę?
Przede wszystkim nie chciałam, żeby to było smutne, bo ja mam jakąś naturalną skłonność do robienia ze wszystkiego takiego ciężaru, że samą mnie potem to aż zawstydza. Wszystko robi się szare i czarne, jak tylko tego dotykam. Więc chciałam uciec od tego. Przyniosłam Pawłowi parę kawałków, które mi się podobały, ale koniec końców to, co zrobił Paweł, na pewno nie było tym, co mu przyniosłam na początku. W moim wyobrażeniu miało być więcej szumu i nojzu. Przyniosłam swoje syntezatory i coś tam pograłam nawet i ślady tego minimalne można znaleźć na Kopytach, ale Paweł chciał coś bardziej barwnego i miał rację. Tekst na płycie przecież nie jest jakiś strasznie poważny. No i po prostu ja Pawłowi zaufałam, a on zaufał mi.
To, że pojawiły się piosenki, to był przypadek. Nie było ich w pierwotnej wersji tekstu. Nawet już sama nie pamiętam, jak to się stało, że się pojawiła ta pierwsza. Na pewno jednak miała być czymś w rodzaju przełamania w tekście. "Pierwsza pieśń konia" ma też dość zabawną formę i lekki tekst. Jest tu duet. Pan robi rapsy, a Pani śpiewa. To standard. To rozwiązanie pojawiło się również ot tak, no... może troszkę wynika z tekstu i z mojego i Pawła poczucia humoru. Tę piosenkę trzasnęliśmy w godzinę. Następne pojawiły się w konsekwencji tego, że powstała pierwsza. Ta druga musiała być już oczywiście bardzo smutna. Jest moją ulubioną na tej płycie ze względu na tekst. W założeniu każda piosenka miała być zupełnie inna. W każdym razie czerpaliśmy z popkultury garściami przy robieniu tego słuchowiska. Paweł zrobił świetną robotę dźwiękową. Jest niesamowicie zdolny i elastyczny. Kluczem w naszej współpracy było też to, że nam podoba się wszystko. Zresztą współpraca z nim otworzyła mi też oczy na to, czym tak naprawdę jest eksperyment muzyczny. To było bardzo cenne spotkanie. Można powiedzieć, że wyluzowałam względem tego, co sama jestem w stanie zrobić, jeśli chodzi o muzykę.
Słuchając tej płyty mam wrażenie, że oprócz słyszalnego ogromu pracy i zawarcia tylu muzycznych i dźwiękowych tropów w tej płycie, to całość procesu twórczego polegała na prześciganiu się w urzeczywistnianiu ogromu pomysłów naraz. Wydaje mi się też, że powstał w ten sposób materiał na tyle osobliwy, że więcej jest tu zgody i synergii niż kompromisów wynikających z rozbieżności wizji Twojej i Pawła.
To zasługa Pawła, że "Kopyta zła" są takie, a nie inne. Nie było między nami konfliktów. Każdy wykonywał swoją pracę jak najlepiej. Przychodziłam do jego studia, nagrywaliśmy, potem omawialiśmy krótko i tak tydzień po tygodniu. Pracowało nam się lekko, gładko i przyjemnie. Obydwoje jesteśmy małomówni, więc dużo też ze sobą nie rozmawialiśmy. Naprawdę, każdy mniej więcej wiedział, co ma robić. To chyba naprawdę kwestia zaufania.
Mogłabyś mi zdradzić jakie są twoje kolejne plany jako wydawczyni/artystki dźwiękowej? Czy w ogóle w tym zakresie stawiasz sobie długofalowe cele? Kiedy i czy doczekamy się nagraniowych debiutów Smutnych Kobiet i Betonu?
Jeśli chodzi o mnie samą, to mam kilka planów. Muszę pokończyć rozgrzebane sprawy, nagrać moją własną kasetę. Można powiedzieć żartobliwie, że szukam swojego miejsca dosłownie i w przenośni. Jeśli chodzi o -Super-, to będą dwa nowe wydawnictwa. Mam nadzieję, że już całkiem niedługo. Jeśli chodzi o Beton, to ja i Mikołaj mamy teraz Korgi Monotriby, więc zespół będzie nieco weselszy. No i ustaliliśmy, że na jesieni postaramy się coś wydać. A ze Smutnymi Kobietami to sprawa bardziej skomplikowana. Działamy od przypadku do przypadku, więc chociaż bardzo chcemy wydać płytę, to może być tak, że nigdy się to nie uda. Już nawet miałyśmy to zrobić, ale zawsze coś nas powstrzymuje. To zresztą taki zespół dość efemeryczny i skomplikowany w wyrazie, bliski idei kobiecego zespołu The Shaggs. Czasami w takich przypadkach może nie warto nawet nagrywać dźwięków, bo nie tylko one się liczą. Smutne Kobiety robią różne rzeczy, nawet ostatnio zrobiłyśmy film. I to nie dźwiękowy.
Na zakończenie mam do ciebie prośbę o zaprezentowanie trzech albumów/utworów/piosenek, których chętnie słuchasz/które na ciebie mocno wpłynęły/którymi chciałabyś się podzielić.
Chyba nie ma takiej płyty, która jakoś szczególnie na mnie wpłynęła. Ogólnie podobają mi się różne estetyki. Stąd też się tak ślizgam po wszystkim. Nie stawiam sobie granic muzycznych. Lubię bardzo dużo i ciekawi mnie, w którą stronę to wszystko pójdzie. Czekam zawsze na to, co się zdarzy. Cieszy mnie gdy pojawia się coś nowego.
Ostatnia piosenka, która mi sie bardzo podobała, to piosenka PRAYERS, "From Dog To God". Ma trzy lata, ale dopiero niedawno ją odkryłam.
BONES -"Heartagram adios" z tekstem "Bitch, you can neva make noise". Zabawne.
EASTER - "Rabbit" to też jest bardzo fajne. Podoba mi się wschodni akcent w jego angielskim.
Za każdym razem wracam też do smutnego chłopca z pięknym głosem SPOOKY'IEGO BLACKA i jego płyty "Black Silk",
A no i jakiś czas temu byłam na koncercie THE KURWS. Podobała mi się bardzo perkusja w tym zespole. Wyszło trochę więcej niż trzy albumy/utwory/piosenki, ale to chyba ok?
Być może jest to tekst kompensacyjny, bo podjąłem wiele wysiłków słuchając tej płyty. Być może jest to próba zmierzenia się ze słabością płyty, choć w tym przypadku każde kolejne słowo będzie podkreślało także i moją słabość jako recenzenta. I w końcu być może każde kolejne zdanie powinienem rozpoczynać od zwrotu "być może". Lecz oto koniec mazgajenia się, bo skoro napisałem aż tyle co powyżej, oznacza, że stanąłem przed nie lada problemem - a to być może oznacza, że warto się spuszczać dalej.
Gravitsapa to pochodzący z Lwowa ukraiński zespół grający przede wszystkim z przyzwyczajeniami. Gdy usłyszałem pierwsze sekundy otwierającego "DEMO-2" Tonika pomyślałem jakobym słyszał jedną z przesławnych solówek Cliffa Burtona, by następnie otrzymać jedną z najbardziej irytujących płyt jakie mi przyszło wysłuchiwać tego roku. Irytujących rzekłem? Nie, przesłyszeliście się - miało być intrygujących.
Jeśli mamy tu do czynienia z cudem narodzin, to są to narodziny pierdolonego ksenomorfa. Zespół, który sam się określa jako zespół math rockowy jest w istocie matematyczny, o ile przypomnimy sobie, że aleatoryzm także czerpie z metod matematycznych. Choć słychać tu momentami Slint, to "DEMO-2" brzmi jakby zespół z Louisville kolaborował z Jandkiem, toną azbestu i dadaizmem . Ale nie farbowanym dadaizmem, ale tym branym na serio, kurwa tak serio, że między kolejnymi uderzeniami w bęben nie słyszy się czasem nic, a między zmiażdżonym przesterem sygnałem nie ma dodatkowych sprzężeń. Niektóre z kłujących partii gitary mają w sobie coś z sesji dźwiękowego ASMR, są napastliwe i pojedyncze - przy tym Nac Hurt Report czy Shellac brzmią jak mistrzowie aranżacyjnego przepychu i, aby było przewrotnie, w eksploatowaniu przestrzeni ciszy niemal dorównują "Freedom" Neila Younga.
Napisałbym coś o dekonstrukcji muzycznych przyzwyczajeń, ale wystarczy posłuchać partii instrumentalnych puszczonych od tyłu - jak perkusji na reversie w "Millipedes Reservation" do której partie gitar dograne zostały już normalnie - mimo, że "DEMO-2" to caveman rock pełną gębą momentami brzmi bardziej syntetycznie niż "Electric Cafe" Kraftwerku. Choć większość płyty Ukraińców brzmi jak mamrotanie w delirze, to potrafią też w stylu Ministry industrialnie dogęścić atmosferę, choćby za pomocą "Laughter As Defence Reaction". Po apatyczno-naiwnym wydobywaniu z gitar rzęchów zaskakuje konkretnie "10div3=8", który przynajmniej trochę przypomina coś z przedrostkiem "math", idąc stronę udżezowionego 30 kilo słońca.
Nazywając tę płytę "DEMO-2" Gravitsapa chciała podkreślić intencjonalne wybrakowanie muzycznego materiału - bijącego w twarz ostentacyjnym przedstawieniem dźwiękowej surowizny. Część tych dźwięków to nawet nie prefabrykaty, nie zaczyn i nie zacier, to jakby cząstki elementarne, rozrzucone w twórczym bałaganie po pokoju różnokolorowe klocki, a każdy z tych klocków pochodzi z innego zestawu, więc se chuja ułożysz, pójdziesz spać, będziesz myślał o "DEMO-2", będziesz jadł będziesz się zastanawiał czym "DEMO-2" jest. Bo nie jest żartem, to nie są Stańczykowskie podrygi, ani też patetyczne nawoływanie kapłana, to rozpierdol rozpierdolu, wydelikacone brudy, postawione na podstawce w galerii sztuk wszelakich, niezwyczajność i cudaczność, irytacja (czyżbym znowu powiedział coś i irytacji?), sztuczne oddychanie, serce zaraz stanie.