środa, 10 maja 2017

TO NIE JEST YASS, Nagrobki, "Granit"


Nagrobki, "Granit", źródło: własne.


CZYTAJ TAKŻE NA KULTURZE STAROCI:
Wywiad z Adamem Witkowskim  
Recenzję płyty Nagrobków "Stan Prac"
Recenzję płyty Wolności 
Recenzję płyty Adam Witkowski + Michał Miegoń, How not to play guitars and other instruments"
Big bit nie jest taki zły - wybór piosenek

Bo jak muzyka 
To dżez
Dżez 
W dobrym tonie jest
Ale smooth 
Nie tam jakaś awangarda
Marek Niedźwiecki
W sobotę przed południem
Lionel Ritchie 
Basia Trzetrzelewska
Ambitny pop
Ni w pizdę ni w oko
Ambitny pop i dżez, wiesz.
Marszałek Pizdudski One Man Band, Łonna Bi, 2015

Gdy jazz stał się symbolem stabilizacji i bezruchu intelektualnego klasy średniej, przyszedł podobno yass, który wyjebał drzwi, wkurwił paru frajerów, a z czasem nagrał kilka zupełnie grzecznych jazzowych płyt, po czym zniknął, by następnie dać się ozłocić, zbrązowieć, opisać, opracować, a nawet i zmonetyzować. Gdy z paru źródeł dowiedziałem się, że Nagrobki restytuują yass w Polsce, podniosłem wysoko brwi, bo na szyderstwo nie miałem w tamtym momencie żadnych możliwości. Okazało się, że szydzić nie ma z czego, bo mówienie o duecie Witkowski-Salamon jako o yassowcach to przestrzelenie z zachwytami i koleżeńska nadinterpretacja. Bo Nagrobkom jak już coś bliżej do schyłkowego, krajowego big-bitu i jego ech i antyech wybrzmiewających w muzyce młodzieżowej aż do lat '90 - choć jednocześnie uspokajam, że podobieństw z retromanicznymi popierdywaniami Ani Rusowicz na "Granicie" nie znajdę.

Udział w sesji nagraniowej Mikołaja Trzaski i Ola Walickiego, muzyków zasłużonych dla yassu, nie należy uznawać za okoliczność łagodzącą w pleceniu andronów o Nagrobkowej yassowości. Ten kto tak twierdzi, nie uznaje jednak, że "Granit" podążając drogą postępu wyznaczoną przez poprzedni "Stan Prac" to album producencki, jak na polską muzykę niezależną bardzo imponujący pod względem featuringów. Paralela z późnym big bitem, który często zatrudniał znakomitych jazzmanów do wykonania aranży, skomponowania piosenek, poprowadzenia orkiestry albo po prostu do dogrania solówki jest aż nazbyt widoczna. Czesław Bartkowski, czy Zbigniew Namysłowski wspierali Czesława Niemena. Tak jak Olo Walicki jest "honorowym" członkiem Nagrobków, tak Włodzimierz Nahorny był członkiem "honorowym" członkiem Breakoutu. Przykładów by można było mnożyć, nie zapominajmy jednak, że Nagrobki to przede wszystkim duet, który bez Trzaski, bunia, Ziętka, Walickiego, Pawlaka zostawia nagich Salamona i Witkowskiego. Gitarę, perksuję i śpiew. I syntezatory, dobre jak chleb.

Otwierający album "Co z nami będzie" zaczyna się od "rycerskich" chórów Trubadurów i Skaldów, by przejść do wyjebanego jak sto dwa, kulawego big bit funku w stylu EPki Maciej Kossowskiego "Z Cyganami w świat" albo "Malowanego dymu" Skaldów po raz drugi, czy absurdalnego ciężaru Niebiesko-Czarnych z EPki "Here We Go Again" Reminiscencje synth big bit punka w wykonaniu 19 wiosen wyłażą z z dziur "To był tylko cień" (chyba moja ulubiona piosenka z płyty), który zaczyna się jakby zaraz miało zaraz zagrać Ride, leci dalej, jakby wstali z grobu Pudelsi z "Psychopopem" - choć do łódzkiej formacji wspomnianej na początku zdania Nagrobkom daleko lirycznie, o czym będę szkalował poniżej. Zaskakująco jest mało na tej płycie szlagierowych evergreenów, którymi szczelnie wypełniony był "Stan Prac" - przebojowość, poza "Nie chcę myśleć o śmierci" i "Co z nami będzie" została amputowana na rzecz patosu w kolorze dark. W "Matce jedynej" ambientowo zorientowane zewy ech i dileyów są w istocie tłem dla klarnetowych popisów (tu Adam udowadnia, że w końcu nauczył się grać na swojej perkusji, podbierając maniery perkusyjne od Krzysztofa Topolskiego, z którym gra w Wolności). Nie sposób nie wspomnieć o eksperymentalnych momentach płyty, jak o niemal w całości improwizowanym "Testamencie moim", swingu, który towarzyszy quasi-free jazzowemu interludium w "Co z nami będzie". Osobliwością jest "Nekropolo (2017)" z uderzeniami elektronicznego metronomu. Gdy filolog E.A. Sonnenschein odpowiadał na pytanie czym jest rytm następującymi słowy:
Rytm jest tą właściwością ciągu zdarzeń zachodzących w czasie, która w umyśle obserwatora wywołuje wrażenie proporcji między czasami trwania różnych zdarzeń bądź grup zdarzeń, z jakich ciąg się składa
nie przewidział zapewne jak brutalnie rozprawią się z jego słowy Nagrobki stawiając ponad wyobraźnię rytmu elektronicznego mordercę, Metronom, który wymierza sprawiedliwość wcześniej pobudzonej wyobraźni niczym Sędzia Dread. Gdyby ten metronom milczał, być może początek byłby bardziej ludowy, poddany rytmowi wspierających się nawzajem muzyków, podporządkowany właściwościom słowa. Co by jednak nie gadać, to fajny numer, czarny panie daj mi siłę, żeby zdzierżyć to słodkie perkusyjne przejście, te tomy pod lekką ręką Adama nie bębnią, one śpiewają.

Co do śpiewu - bardzo doceniam to, że Nagrobki zdzierają sobie gardła w refrenach, że brawurowo aranżują wokale i wokalizy, że wykorzystują techniki od darcia mordy do ględzenia pod nosem. To będzie brzmiało jak szkalunek (on będzie za chwilę, cierpliwości), ale jak ja uwielbiam manierę wokalną Maćka Salamona, to ja nawet nie. Gdy Maciek zapytuje w "Testamencie moim" Adama, Po-wiedz A-dam, gdzie by-łeś wczo-raj oczami wyobraźni widzę jak przy każdej dukanej sylabie porusza rytmicznie głową tak, jak gibają się dzieci w podstawówce wykrzykując na widok wchodzącej do klasy Pani, DZIEŃ-DO-BRY-PRO-SZĘ-PA-NI. No nie wytrzymie. Z drugiej strony za skomplikowaniem warstwy dźwiękowej brak rozwoju lirycznego jawi się jako wstecznictwo. Gdy usłyszałem, że komuś się zaloopowała jakaś myśl, to moja na moją twarz wstąpił gorzki heavy distortion. Naturszczykostwo tekstów piosenek, ich naiwność prostych rytmów i rymów - w tym nie widzę ujmy, wszak "Stan Prac" lirycznie prosty, zachwycał (Nie mam ci dzisiaj nic do powiedzenia, ani dzień dobry ani do widzenia - mistrzostwo, czyż nie?). Mimo oczywistego wykurwu refrenu "Testament mój" (toż to cysty big bit:  sylaba, werbel, akord, hi hat - wszystko na raz) krzywię się słysząc o tym, że chcę-być-skre-mo-wa-ny-a-nie-po-ch-wa-ny - zupełnie tak jakbym słyszał chło-pak-dziew-czy-na-nor-ma-lna-ro-dzina, choć już nie Antifa - łowcy hifa - to ostatnie hasło zaskakuje niespodziewaną synkopowaną frazą, której Nagrobkom brakuje. A o czym Nagrobki śpiewają? Chciałbym znaleźć na to odpowiedź, dużo jednak jest tu wątków autotematycznych, bądź okrągłych eufemizmów. Znalazł się nawet autocytat z piosenki "Chujowa piosenka" Pustostanów (efemeryda Kurws + Maciek Salamon), za który bardzo dziękuję. I w tym także wyraża sie bigbitowość Nagrobków - kanciasta fraza Franciszka Walickiego, piszącego teksty jako Jacek Grań jest nierozłącznym elementem dojrzałej fazy tego gatunku.

Nie zrozumcie, że Nagrobki przyjmuję gorzko, a cierpko - to ciągle znakomita płyta, więc zakończę ją jeszcze jednym spostrzeżeniem. Ostatni utwór na "Stanie Prac" był monumentalny "Dla Grzesia", ze znakomitą liryczną trawestacją? subwersją? utworu Marka Grechuty "Będziesz moją panią", okazał się być także bardziej powinowaty z następną płytą duetu, niż z płytą swego pochodzenia. Chcąc zachować logiczny ciąg rozważań i zdobywając się brawurową predykcję spoglądam na ostatni utwór na "Granicie", jakim jest "Nie będzie już nic". Jezusie Nazareński - te syntezatory brzmią tak, jakby to sam Romuald Lipka zostawił najlepsze fragmenty odrzutów z sesji nagraniowych Urszuli Kasprzak, czy Izabeli Trojanowskiej, po czym oddał je Cool Kids of Death - coś czuję, że parę osób redakcji czy to Porcysa, czy to Screenagers na samą myśl takiego crossa bezwiednie by ejakulowało. I ja ejakulowałem, choć nastąpiło to wcześniej, najpóźniej zaś na syntezatorach w piosence "To był tylko cień" - minorowa melodia naciera tam na nerwowe tremola - ni to italo disco, ni to wczesne Pere Ubu. Widać padło Nagrobkom na podświadomość, gdy grali w Zakopanem w klubie Granit (sic!), na tle ścianki ledowej, gdzie mogli poczuć się Ewa Kuklińska na okładce "Boutique Disco". Powróciwszy jednak do ostatniego kawałka na ostatniej płycie [wytłuszczenie K.S.] chciałbym wierzyć, że syntezatory będą miały swój większy udział w kolejnym longu Nagrobków - o ile ten nastąpi. Powróciwszy zaś to początku recenzji - może dokona się w przypadku Nagrobków taka transformacja, jaką przeszedł cytowany Marszałek Pizduski (btw, Marszałek grał big bit w retromanicznych Pomorzanach) od surowego bluesa na rzecz syntezatorowego post-punka.

A zresztą i tak chuj - bo co z nimi będzie, pokaże czas.  Elo.

Cytaty i parafrazy, o ile nie wskazano inaczej, pochodzą z tekstów z albumu "Granit"

Nagrobki
"Granit"
BDTA CXL
22 kwietnia 2017





czwartek, 4 maja 2017

Dlaczego nie piszę podsumowań rocznych cz. II- NEFBLAM, "tangle an den tagen"

Nefblam, "tangle and den tagen", źródło: własne.

Odpowiedzi na pytanie zawarte w tytule udzieliłem w niniejszym poście, perorował więc na ten sam temat nie będę już więcej. Powiem tylko, że projekt Nefblam poznałem dzięki blogowi CLIP, który choć ma wielkie ambicje i dużo fajnej treści, to jednak niezasłużenie niewielkie zasięgi. "Tangle an den tagen" artystki kryjącej się pod pseudonimem Nefblam ukazała się w 2016 roku i ma duże szanse na to, że nie tylko nie będzie się o niej pamiętać, jako o kasecie legendzie, ale że nie będzie się o niej pamiętać w ogóle.

Profil twórczy Nefblam kręci się wokół estetyk hauntologicznego lo-fi, nawiedzonego dziecięctwa, które powraca wraz z kolejnymi reedycjami soundtracków, choćby jednej z najlepszych płyt Finders Keepers Records jakimi są "The Moomins". Nefblam wpisuje się także w idiom Krainy Grzybów, która zważywszy na popularne medium jakim jest kanał na YouTubie z powodzeniem reaktywuje rzecz zaprzeszłą, istniejącą poza internetowym mainstreamem, jaką jest net-art.

Artystka i omawiana tu płyta w swojej estetyzacji technologicznej obskury stoi okoniem wobec zbyt wielu, czerpiąc z nich jednocześnie bardzo wiele składowych. Posunięty do granic technicznych możliwości lo-fi, przynajmniej na piśmie, mógłby zostać przyjęty z otwartymi ramionami przez muzyczną ekstremę - lecz nie jest gdyż, "tangle and den tagen", jako niewielki wycinek z imponującej i ciągle rosnącej dyskografii projektu, jest prawie niewidoczny, topiący się w fonosferze dnia codziennego. Choć album "tangle and den tagen" prezentuje formy piosenkowe (w purpurowym tulipanie malusieńkie mam mieszkanie), jest ciągle zbyt mało przystępny dla niedzielnego słuchacza. Może zatem die-hard ambientowcy powiedzą, "o to-to fajny ambient"? Otóż nie, przestery wkradają się w smutne pasma melodii zbyt często, by mówić w ogóle o tej muzyce jako o ambiencie.

Ilość dźwięków niemuzycznych na tej płycie - duchologicznej, przypominającej zvapowaryzowany soundtrack "Krecika", pracę szkolą wyklejoną lepką bibułą i klejem, koniecznie w tubce, nie w sztyfcie, nagrania, brzmiące niczym wynik terapii dla osób z niepełnosprawnościami umysłowymi, kołysanek zbyt upiornych, by dały zasnąć i zbyt miękkich, by dały dobrą jawę - jest porównywalna do doświadczenia, jakie zapewniała mi bez wątpienia jedna z lepszych płyt 2016 roku jaką była "♫" Sebastian Buczka i Tomasza Kowalskiego, intymny zapis improwizacji, domowego field recordingu, a finalnie - zachęta do wsłuchania się do szumu niezapisanej taśmy lub jej zapełnienia, wedle własnego uznania. Nefblam jest mniej demokratyczna w swym radykalizmie, być może jest jej bliżej do innego nagrania Buczka jakim było "Wabienie dziewic". Szum przesuwającej się po brudnych głowicach zwietrzałej taśmy, zerdzewiałe styki urządzeń wzmacniających, nagrywających, odtwarzających, przygłosy zerodowanych lutów są nie mniej ważne niż wszystko inne. 


"Tangle an den tagen" rozpływa się w powietrzu i zdaje się rozpadać zanim dotrze do ucha. Więc nasłuchujcie dzielnie, może znajdziecie swego mężnego, dziecięcego ducha, tak odważnego w wyrażaniu zachwytów.

Nefblam
"tangle an den tagen"
29 maja 2016
wydawnictwo własne


wtorek, 2 maja 2017

CYKL WYDAWCY - B.D.T.A

Cykl muzyczny "Wydawcy",  źródło: materiały prasowe

Obrazy pożerające dźwięki, przerażająca cielesność doświadczenia koncertowego, intensywność wymuszająca naturalne reakcje obronne przeczące pojawiającej się równolegle ponadcielesnej rozkoszy - oto awers showcase'u BDTA. Rewersem jest poczucie niedostatków wieczora. I wcale nie mam tu na myśli poziomu poszczególnych występów, ani nawet niemiłej niespodzianki jaką była awaria sprzętowa Roberta Skrzyńskiego (Micromelancolie), która uniemożliwiła zaprezentowaniu się na scenie duetu Urok.


Jest tak, bo ciągle wspominam festiwal Biedopad [tu link do relacji z wydarzenia] z 2015 roku, który był kuratorowany przez Michała Turowskiego, szefa BDTA. Ambitny program festiwalu onieśmielał - na jednej scenie prezentowały się najciekawsze zjawiska muzyczne tamtego roku - a trzydniowy festiwal i tak nie był w stanie zaprezentować najlepszych artystów związanych z Biedotą i krajowym niezalem. Przedłużeniem festiwalu był krótkotrwały cykl Biedopad Prezentuje, który prezentował zarówno wyjadaczy (Bartek Kujawski, Wacław Zimpel, Stephen Paul Taylor), jak i debiutantów (Mazut, Emma Zunz). Jednodniowa impreza, w ramach Cyklu "Wydawcy" nie był w stanie nawet częściowo pozyskać esencji tego, jaka wytwórnia BDTA jest i jak się przeobrażała w czasie. Takich ambicji zdaje się nie mieć sam Turowski - niezal-gra to żaden kawałek chleba, a od napinki, parafrazując Rzabkę, można nabawić się tu tylko odcisków. Zresztą Michał, jak zwykle, redukuje wagę swego dzieła do hobby, które robi się z kolegami i dla kolegów.

Zamiast Uroku zaprezentował się Gazawat, czyli główny projekt Turowskiego, który oprócz hiperaktywności ujawniającej się w obszernej jak na tak młody projekt dyskografii jest doceniany także poza niezalem, czego dowodem jest znakomita adaptacja płyty "Wampir" w ramach słuchowiska "Marchwicki" wyemitowanej swego czasu w radiowej Trójce. Szkoda, że Urok nie wystąpił - subtelna kampowość tego projektu była jedną z przyczyn, dla której postanowiłem pojawić się na tym cyklu. Gazawat jest zgoła inny - jest poważny, a przede wszystkim bardzo pokorny. Skupia uwagę przede wszystkim na historii, której towarzyszy. Gazawat to projekt-sposób opowiadania historii, audiobookowy, wycofany, nienarzucający ego artysty, wydobywający prawdziwe historie i tragiczne losy, konfrontujący "nagie życie", którego zapis dostępny jest bliżej niż w dark webie. Projekt ten jest demokratyczny - przez repetycje szorstkich dronów wypełniających nie tylko ten konkretny występ, ale przenikający każdy z albumów artysty, korzystający ze środków, które może podjąć każdy, ze źródeł, które są powszechnie dostępne. Jest demokratyczny w bardziej przewrotny sposób - zachęca do wejścia w świat zwichrowany, dzieci żołnierzy, pokurczonych trupich figur, spadłych na ulice, polityki tłumaczonej karabinowymi kulami - świat to taki, który odbywa się równolegle obok nas albo który może nas bezpośrednio dotyczyć. Występ Michała Turowskiego był najmniej nachalny pod względem dynamiki dźwięków i bardzo cichy na tle innych artystów, a prezentowany materiał pochodził ze wczesnych nagrań projektu i dotyczył wojen w Czeczeni. Całościowo projekt jest przy tym bardzo uczciwy - Michał nigdy nie krył, że semantyka (znalezionych/ukradzionych) obrazów, słów, gestów jest kluczowa dla rozumienia, odczuwania i przeżywania jego muzyki. Miałem przyjemność rozmawiać z nim o tym, w jednym z pierwszych wywiadów, których szef BDTA udzielił mi po wzroście popularności jego działalności jako artysty-muzyka [link do wywiadu].



Nie zapominajmy jednak, kto w BDTA był pierwszy w wykorzystywaniu znalezionych sampli do tworzenia swoistego storytellingu. Projekt Centralia Pawła Starca, który z kolei wystąpił na początku wydarzenia zadebiutował u Biedoty epką Discipline [moja recenzja]. Poza tym Paweł Starzec występuje z Michałem Turowskim w Mazucie (rytmiczny power violence). Starzec opowiadał z kolei o wojnie w Jugosławii - setup oparty o kostki Behringera, tanie syntezatory promieniował punkowo zorientowanym lo-fi, ścianą zaszumionych warstw przeciągłych dronów wyrwanych ze squatowych soundsystemów, aż do karabinowych uderzeń elektronicznych werbli, co budzi zarówno skojarzenia z DJ Loserem, Souvenir de Tangerem oraz pierwocinami elektronicznego industrialu i EBM-u. Jednak to, co przykuwało uwagę najmocniej to wizuale, które również opierały się na materiałach znalezionych w archiwach serwerów niewiadomego właściciela i umiejscowienia. Pomieszanie obrazów okropności czystek etnicznych oraz materiałów promocyjnych przemysłu turystycznego byłej Jugosławii, jakkolwiek zawarte w słowie brzmią banalnie, na żywo raziły kontrastami, a wyczucie miksowania zastanego obrazu będącego komplementarnym wobec muzycznej narracji, muzykę po prostu pożarła.



Bez wizuali obył się za to Daniel Brożek, występujący jako Czarny Latawiec. Jego występ był niezwykle zróżnicowany pod względem wykorzystanych materii, więc wybaczcie, że dokonam tutaj selekcji tych momentów seta, na których samo wspomnienie rozświetla się neon wygięty w napis WOW. Zwyczajowa dla artysty ściana nienawistnego dźwięku, ferment zderzających się ze sobą sampli to główny idiom tego występu, który rad wykorzystywał field recording oraz przesterowane szumy mające udział w finale, gdzie subbasowa stopa skutecznie wyczerpała możliwości sprzętowe Laboratorium CSW, przekształcając ichniejszy soundsystem w LRAD, który z kolei  przekształcał w ucho ciała członków audytorium. Transmutacja ta dokonała się zapewne wcześniej, zanim nieregularności perkusyjnych kawalkad poddały się totalitarnej sile regularnej, antytechnoidalnej stopy - w moim przypadku gdy Czarny Latawiec zaskakiwał perkusyjnymi właściwościami drobno ciętych spółgłosek - ni to pochodzących od syntezatora mowy, ni to wyrwanych od białkowej słabości ludzkich gardeł. Żonglerka pierwotnością muzycznej kreacji spotęgowana była przez kontrasty długich, znowuż trudnych do określenia, czy to synteza, czy to rozkład dźwięków podobnych do ludzkiego zawodzenia - ni to lamenty pogrzebowe, jak wyjęte z archiwów Canary Records, ni to (emulowane) alikwoty tuwińskich mistrzów, ni to, bez grama szydery, Deep Forest, ni to dziedzictwo natchnionego goa trance i ambient techno ze środka kolejnych części serii "Ambient Soundscapes". Ni to, lecz nic to, bo jedną z konstatacji występu Czarnego Latawca jest to, że artysta przez zapewnianie doświadczenia koncertowego wykracza nim poza "zwykłe" doświadczanie muzyki. Choć sam jestem domatorem i świat poznają słuchając rzeczy na słuchawkach, w samochodzie i siedząc w fotelu to takie występy jak ten przekonują mnie, że zdecydowanie warto wychodzić z domu.



Wilhelm Bras, ty chory pojebie! Rozwinę jednak tę myśl posługując się paralelą z tegorocznymi Przesterowanymi Szczurami, które odbyły się w tm samym miejscu w ramach tego samego cyklu. Choć większość występów z PS [moja relacja] bardzo mi przypadła do gustu, to jednak żaden z nich, może oprócz MAAAA nie posiadał właściwości balistycznych jakie zaprezentował na scenie Paweł Kulczyński, który podobnie jak wspomniany wcześniej Daniel Brożek oprócz tego, że związany jest z BDTA jest częścią stajni Mik Musik. Paweł Kulczyński znany jest z wykorzystania na nagraniach i na scenie własnoręcznie przygotowanych syntezatorów oraz niebezpiecznej oprawy swoich występów. Nie inaczej było i w trakcie tego występu, który zaczął się niespodziewanie, bez zapowiedzi od zgaszenia świateł, puszczenia w ruch wytwornicy dymu oraz włączeniu białego stroboskopu, który uruchamiał się w momentach szczytowych ataków występu - epilepsja czy odklejenie siatkówki oka gwarantowane. Nie bez powodu wspomniałem nojzowy fest parę słów wcześniej, a to dlatego że Wilhelm Bras, przynajmniej w wymiarze koncertowym, bardzo przypomina mi cut-up harsh noise'owy geniusz Facialmessa z jego wybuchami wściekłości, zagęszczaniem nierepetywnych sekwencji i szokiem wywoływanym zmianami akcji, zupełnym pominięciem takich szczegółów jak (nad)używanie kompresora, czy limitera. Zasadniczo jednak Wilhelm Bras nojzowy nie jest - estetyka błędu może być mu wmawiana, o ile radykalizm kształtowanych przez niego materii dźwiękowych wyprzedza wyobrażenia i zdolności odczuwania. Jego syntezatory żyją życiem brzęczących owadów o pijanej trajektorii lotu, rozrastają się w przestrzeni jak pleśń po powierzchni zapomnianej zupy, jednak bez niepotrzebnej, a nawet programowej obskury. Przyrodnicze porównania się tu nie kończą, bo Kulczyński to sceniczne zwierzę, wykorzystujący w swym frenetycznym tańcu maksymalnie ograniczoną przestrzeń wyznaczoną przez rozstaw syntezatorów. I wstyd, wielki wstyd, że nikomu nie chciało się poderwać dupy do totalnego występu Wilhelma Bras - bo choć jest to chory pojeb, to jednocześnie wielkie dobro narodowe - niemniej o jakości światowej. 





czwartek, 20 kwietnia 2017

Dlaczego nie piszę podsumowań rocznych - ZAUMNE, "Przeżycia"


Zaumne, Przeżycia, label Magia, 2016, źródło: własne.

Zarzucano mi lenistwo, gdy po raz wtóry nie opublikowałem rocznego podsumowania wydawnictw muzyczno-dźwiękowych. Nie lenistwo mną powodowało, lecz strach wynikający z pokory wobec ogromu doskonałych niewątpliwie dzieł, w którymi nie miałem szansy się zapoznać. Perspektywa czasu nadaje mojemu nie-robieniu corocznych list nową dynamikę. Nie ukrywam jednak, że kształt dynamiki i jej wektor był zbieżny z symulacjami, które poczyniłem wcześniej. Powodem mojego samozadowolenia jest zawarty w tytule album, który, o ile przygotowałbym podsumowanie 2016 roku mogłyby się w takim podsumowaniu nie pojawić - a niesłusznie.



Nie chodzi nawet o to, że o Zaumnem nie słyszałem wcześniej - ciężko by było, jeśli tak pilnie śledzi się jednego z bardziej quirky, edgy i wyjebanego labela w kraju czyli MAGIĘ, który utrzymanie wysokiego spiętrzenia absurdu postawił sobie za punkt honoru. Futurologia to nauka martwa, a dzisiaj prędzej wypatrujemy lub wręcz jesteśmy pewni apokalipsy czy to świeckiej, czy w postaci paruzji, więc jedynym momentem optymistycznego wytchnienia względem perspektywy postępującego czasu staje się memezowy hedonizm dnia dzisiejszego. Memezowy anturaż kolejnych wytworów Magii dowodzi, że memy mogą być poważnym zajęciem - weźmy choćby przykład Lemisza, z którego 2016[nielegalem] po raz wtóry straciłem dziewictwo, eh hahah to etatowy memiarz, o dadaistycznej estetyce WSZYSTKIEGO nie wspomnę. Gdy post-anarchistyczne wizje nazwane przez Hakima Beya (peja, xd) Tymczasowymi Strefami Autonomicznymi ujrzały światło dzienne, nikt nie spodziewał się zapewne, że taktyka nieustającego ruchu, jakim jest memezowy biznes będzie desygnatem oddolnej organizacji niemożliwej do opanowania przez odgórną i zorganizowaną przemoc.

Pisząc te słowa, próbując uchwycić to, czego naturą jest nieokreśloność, nieustająca gotowość do nomadycznej taktyki hit and run, czuję się, jak powinien czuć się pomysłodawca wydania Demotywatorów w książkowej formie, wydrukowanych na kredowym papierze, które po niedługim czasie zostały wrzucone do koszyka z artykułami przecenionymi w empiku. Symultanicznie odczuwam melancholię, gdy pomyślę, że ktoś zechciał za pomocą crowdfundingu znaleźć środki na filmowy pełen metraż opierający się o pastę mój stary to fanatyk wędkarstwa, której jedną z głównych ról będzie grał zapomniany, choć nadal legendarny, żyjący mem Piotr "Rysiu z Klanu" Cyrwus. Melancholia to także udział Przeżyć Zaumnego, pozornie najbardziej wyrodnego dziecka MAGII, który śmieszkowanie odsuwa gdzieś na dalszy plan, na rzecz eksploracji pornograficznego, ASMR-owego najtisowego ambient techno i estetyki z pogranicza hipnagogicznych empetrójek w jakości 128 kbps, a emowrażliwości ze strony najlepsze-opisy.pl/kategoria/milosne-smutne - wszak kto powiedział, że taka wrażliwość jest gówno warta, a jej epigoni nie czują dogłębnie, mocno i naprawdę? Koniec psot jednak - bo uważam, że z Przeżyciami Zaumne wbiłby się śmiało do czołówki polskich techno-dubowców takich jak Enfant Terrible (inkarnacja Jakuba Pokorskiego) oraz Fischerle. Zresztą co będę gadał - oddajmy głos samemu Zaumnemu, z którym przeprowadziłem krótki wywiad.


KULTURA STAROCI: Kto ukrywa się pod pseudonimem Zaumne? Jak długo tworzy, czy tworzył jakieś projekty muzyczne w przeszłości?


ZAUMNE: Zaumne ma już prawie 3 lata – zrodziło się przy okazji koncertowego zaproszenia za duszno (DJ Morgiana i DJ 2 Lewe Ręce). Od tego czasu ukierunkowałem swoje poszukiwania w stronę uczuciowych interpretacji muzyki tanecznej. Czasem gram też ambientowo-youtubowe dj sety jako DJ Sygnał.


Jak opisałbyś byś swoją muzykę? Dubowe ambient techno to wystarczająca szufladka? Jakie są twoje inspiracje - muzyczne i pozamuzyczne? Czy dobrze słyszę inspirację Opal Tapes


Słuchanie wydawnictw z Opal Tapes z pewnością było ważne dla kształtowania się brzmienia Zaumne, wracam do kilku albumów regularnie (Body Boys!). Ostatnio wymyśliłem termin „emo dub“ do opisania muzyki, którą produkuję.

Trudno mi dokładniej określić inspiracje, jest ich bardzo dużo. Na pewno duży wpływ na moje utwory mają problemy i mój ukochany komputer. Lubię też to jak wracam rano z imprezy i piszczy mi trochę w uszach, czuję jeszcze w brzuchu uderzenia stopy i włączam jakiś piękny ambient, którego odbiór, z uwagi na zmęczenie, spłycam. Sprowadzam wtedy mimowolnie skomplikowane struktury do prostej pętli, która zostaje mi w głowie. Stopa gdzieś sobie jeszcze pulsuje w moim ciele, pętle przebijają się przez zgnębiony słuch i powoli wracają do mnie wrażenia z całego dnia, strzępki rozmów i obrazy – przeżyte i wymyślone. Zwłaszcza na Przeżyciach zależało mi na stworzeniu takiej atmosfery. Bardzo lubię wsłuchiwać się w dźwięki zamknięte w przestrzeniach, dobiegające z oddali.


Jaka jest rola wokalnych sampli w twoich utworach? Mam wrażenie, że dźwięki muzyczne stanowią tło dla senno-smutno-melancholijnych strzępów historii wypowiadanych przez samplowane głosy? Bardzo mi to przypomina Disruptive Muzak Sama Kidela https://www.youtube.com/watch?v=UeNLWF-FIA8  


Używam ich dwojako; zgodnie z ideą języka zaumnego, czasem korzystam ze zniekształconych i powielonych skrawków słów – tak jak potrafię, staram się zedrzeć z nich nadany sens i odkryć pierwotną, pozarozumową tkankę. Na razie stanowi to dopełnienie dla moich utworów, ale marzy mi się stworzenie prawdziwej zaumnej kompozycji.

Używam też tradycyjnych zsamplowanych słów do naprowadzania słuchacza na sensy i atmosferę jakie chciałbym zamknąć w danym utworze. Bardzo lubię grzebać w dość, nazwijmy to, niszowym kontencie internetowym. Z doświadczenia mogę powiedzieć, że jeśli dostatecznie długo poszukasz, to jest duża szansa, że wygrzebiesz coś ciekawego; chodzi o te kilka sekund z czterdziestominutowego nagrania, w którym starsza Pani opowiada o swoim NDE, albo o tupot butów i nerwowy szept w trakcie nocnej eksploracji opuszczonej japońskiej wioski, których przykładowo użyłem w pierwszym utworze z Przeżyć

Cenię sobie Disruptive Muzak, to bardzo dobrze pomyślany projekt. Pewnie podchodzę do sprawy nieco bardziej melancholijnie - chciałem, żeby \(´O`)/ było hymnem ku czci zmęczonych pracowników. Jestem też naprawdę oddany wykorzystywaniu materiałów odnalezionych w sieci, bardzo interesuje mnie używanie ich do tworzenia własnej narracji.


Jak to się stało, że wydałeś Przeżycia w Magii? Nie ukrywam, że twoja twórczość, oprócz wizualnego anturażu, nieco odstaje od mediany labelu Magia


Hm, może moja muzyka dosłownie nie pasuje do reszty katalogu Magii – jest chyba bardziej uczuciowa i zabrudzona, ale czuję się tam dobrze. Gdyby spojrzeć na to z innej strony z pewnością wpisuje się w „post-taneczny“ charakter labelu (cokolwiek to znaczy hehe). Bardzo cenię sobie współpracę z Mikim (Mikołaj Tkacz).


Bardzo ciekawi mnie klip do 2006 - zdradzisz, jakie były kulisy jego powstania? https://www.youtube.com/watch?v=DDKPAjcHzV8


Realizacja tego teledysku to była najpiękniejsza zabawa. Przy okazji filmu zapowiadającego Przeżycia, do utworu 2006 dobrałem krótki fragment materiału z mojego ulubionego militarnego kanału na Youtube. Przedstawiał on ćwiczenia z „podwodnego przekazywania dowództwa“ – zachwycił mnie dysocjacyjną atmosferą, za którą zresztą najbardziej cenię podobne filmy. Sama procedura jest też nieco niepoważna, ale jednocześnie podniosła. Nie chciałem estetyzować wątków militarnych, chodziło raczej o zmianę kontekstu materiału źródłowego, tak jak to się ma czasem z moim samplowaniem wokali. Teledysk wymyśliliśmy i nagraliśmy wspólnie z Mikołajem Tkaczem przy użyciu wanny, wody, soli do kąpieli, projektora, smartfona i owego filmiku właśnie. Było super.




Jakie masz muzyczne plany na nadchodzący rok?


Najbliższy plan to wydanie zmęczonej kasety z remiksami utworu \(´O`)/ w Magii. Ziewali będą super remiksiarze: Eternal Wolf, eh hahah, Micromelancolie oraz Mchy i Porosty. Myślę, że wyjdzie niebawem. W drugiej połowie roku planuję drugi album – mam już większość materiału, ale chciałbym się nad nim bardziej pochylić produkcyjnie, troszeczkę popracować nad sprawami technicznymi, które dotychczas nie były dla mnie priorytetowe. Nie wiem jeszcze jak się nazywa ani gdzie wyjdzie. Super byłoby zagrać też gdzieś poza Poznaniem i Warszawą.




niedziela, 16 kwietnia 2017

SAMOEKSPRESJA PONAD WSZYSTKO - wywiad z Eurydyką

Eurydyka, źródło: Eurydyka

Eurydyka to polska artystka noise specjalizująca się w HNW. W ubiegłym roku wydała w duecie z Eter kasetę Brotherhood dla rosyjskiego labelu Reason Art Records. Materiał ten zebrał bardzo dobre recenzje [W TYM MOJĄ]. Założycielka labelu-efemerydy Post Rave, pod którego szyldem ukazała się zaledwie jedna kaseta. Obecnie współtworzy kolektyw wydawniczy Wungiel Booking. Poniżej znajduje się zapis rozmowy, jaką przeprowadziłem z artystką.

bc Eurydyki

soundcloud Eurydyki


Kultura Staroci: Znajomy wydawca napisał mi ostatnio, że się ciebie boi. Jest się czego bać?

Eurydyka: Z mojego fanpage'a może bić pewna atmosfera, jak to lubię mówić “napinki”, ale słabo to oddaje moją osobowość. Większość osób które mnie poznało osobiście twierdzi, że jestem sympatyczną osobą, choć wulgarną. Ta atmosfera “napinki” bijąca od mojego fp itp. wynika głównie z dwóch rzeczy: tego, że spora część mojej twórczości wynika z spraw dość personalnych i ciężkich dla mnie i z moich bezpośrednich i niebezpośrednich inspiracji. Innymi słowy słuchałam w cholerę grania typu Blasphemy, Black Witchery i tym podobnych kapel gdzie ta atmosfera bycia groźnym jest zdecydowanie widoczna. Cóż, mogłam słuchać więcej ambientów (śmiech).

Wydawanie HNW na cześć Fidela Castro może potęgować mieszane uczucia co do twojej osoby.

Zdaję sobie sprawę, że dla dużej części odbiorców mojej twórczości odwoływanie się do takich postaci jak Fidel Castro jest dość kontrowersyjnym zabiegiem. Jednak projekt Eurydyka wyraża każdą rzecz którą chcę wyrazić, nie ważne jest zdanie innych, zwłaszcza w gatunku tak niszowym jak HNW, gdzie moim zdaniem samoekspresja jest bardzo ważna. Wolę nagrać szczery materiał w hołdzie dla Castro niż być kolejnym projektem chcącym tylko szokować tematyką gore. Zresztą, kto będzie chcieć to i tak znajdzie jakiś powód by się do mnie przypieprzyć, czy to moja transpłciowość, czy to, że tworzę za pomocą komputera. Tak jak mówiłam - samoekspresja ponad wszystko.



Lewicowe sympatie jest u ciebie widoczne z bardzo daleka – twoje nagrania są, a to o rewolucyjnym wodzu, a to o kwestiach gender. Czy za sympatiami idzie także konkretne zaangażowanie w jakieś ruchy społeczne?

Póki co pozostaje to na etapie klarowania się poglądów, pewnych antypatii i sympatii politycznych. Daleko temu do zorganizowanego działania pod sztandarem jakiejś partii czy organizacji. Jednakże polityczność w moim projekcie jest kwestią bardziej estetyki, niż chęci przekonania kogoś do jakichś idei - nie chciałabym, by moje HNW było odbierane jako lewacko-komunistyczna tuba propagandowa i utwory tyczące się tych kwestii są raczej jednorazowymi wybrykami niż jakimś konkretnym kierunkiem dla projektu. Natomiast kwestia płciowości będzie zawsze się przewijała przez projekt, bowiem jest to część mojej samoekspresji nie powiązanej w żaden sposób z kwestiami ideowo-politycznymi. 

Jak to się stało, że wybrałaś akurat taką, a nie inną estetykę dla wyrażenia siebie? 

Duży związek miało samo zainteresowanie muzyką noise. Jak miałam te 13-14 lat to zajebiście jarałam się takimi klasykami jak Throbbing Gristle, Masonną czy The Gerogerigegege albo bardziej dzisiejszymi projektami jak Caucasian Colony (zresztą twórczość Loke Rahbeka ciągnie się ze mną do dzisiaj i miała na mnie duży wpływ) i bardzo szybko korzystając z wolnego czasu i domowego komputera zaczęłam sama eksperymentować z muzyką. Oczywiście noise nie był jedynym gatunkiem, który próbowałam robić. Mocno próbowałam tworzyć także gabber czy speedcore, którego słuchałam wtedy bardzo dużo. I coś sobie tam do szufladki tworzyłam, lecz nie było za tym większej filozofii czy zaangażowania. Wszystko zmieniło się wraz z moim odkrywaniem samej siebie i tym jak odkryłam HNW. Uznałam, że statyka nagrań The Rity czy Vilgoci mocno pasują do pewnych odczuć i sama zaczęłam eksperymentować z statycznym hałasem, czego owocami są pierwsze utwory które wrzucałam na soundclouda. I tak pozostało do dzisiaj i statyczny hałas pozostał mi najbliższą formą ekspresji. Choć mimo wszystko nie jedyną, ale inne pozostają poboczne.

Jednocześnie zaś w jednym z wywiadów, mówiłaś, że obecnie nie słuchasz zbyt wiele HNW. 

Tak, wydaje mi się że kiedyś słuchałam dużo więcej, ale to też nie jest jakoś stałe. Na przykład teraz na powrót słucham więcej HNW, przez na przykład nowe wydawnictwa na The Level of Vulnerability (nowe Shurayuki-hime!). Ogólnie rzecz biorąc to ciężko mi wskazać coś, czego słucham bardzo dużo, słucham dużo muzyki - raz HNW, raz grindu, raz shoegaze i tak dalej. 

Moim zdaniem bardzo ciekawym projektem, łamiącym rygory radykalizmu HNW jest kaseta Brotherhood którą nagrałaś w duecie z Eter. Wydawca opisał nawet, że oto Vomir spotyka się z Bjork. Skąd pomysł na takie niecodzienne, eklektyczne nagranie? Możesz powiedzieć nieco więcej na temat tego albumu?

Pomysł na Brotherhood przyszedł dość spontanicznie i naturalnie. Eter często wysyła mi nagrania swojego głosu, na przykład gdy śpiewa jakiś utwór i pewnego razu odsłuchałam jedno z nich w tym samym momencie jak szukałam odpowiedniej tekstury do nowego utworu. Zabrzmiało to całkiem dobrze i poczułam się bardzo mocno tym zainspirowana. Zaproponowałam mu wspólne nagranie albumu i po tym jak upubliczniłam jeden utwór (który finalnie się nie znalazł na kasecie) to od razu napisał do mnie Siergiej i mieliśmy już wydawcę.
Cały proces powstawania kasety był mocno emocjonalny, Eter jest mi bliskim przyjacielem i dlatego pierwszą tematyką jaka mi przyszła do głowy była przyjaźń. Kompletnie nie przychodziło mi do głowy, że łamię jakieś “rygory” HNW - ja po prostu wyrażałam emocje, ale gdy sobie to uświadomiłam, to byłam z tego cholernie zadowolona. Choć szczerze mówiąc, jak teraz wracam do tego wydawnictwa to kilka rzeczy zrobiłabym inaczej, lecz czuję że na długo pozostanie wyjątkowym.



Ciekawie mnie to o czym napisałaś wcześniej - że muzycznie zajmujesz się nie tylko gatunkiem HNW, ale także innymi rzeczami. Zdradzisz mi, czym są te inne formy ekspresji? Wyobrażasz sobie, żeby przez dłuższy czas wyrażać siebie tylko w tej formie?

Głównie są to rzeczy które nagrywam do szufladki i najczęściej są to niedokończone projekty czy same szkice. Przede wszystkim poza HNW tworzę acid techno i rzeczy mocno zalatujące oldschoolowym house/techno późnych lat '80/wczesnych '90, napisałam też kilka kawałków w klimatach depressive black metalu, ale ciężko mi się zabrać do tego na nowo po tym, jak to wszystko przez przypadek przepadło... Nie wydaje mi się, żeby wyszło to do publiki, poza jednym wyjątkiem. Powoli i w bólach rodzi się projekt mój i kilku osób, w tym przypadku moje HNW będzie tłem, a rzecz (choć nie chcę mówić za wiele) zapowiada się interesująco. Czas pokaże. Na dłuższą metę chciałabym też ogarnąć jakąś ekipę do grania czegoś w klimatach grindcore/powerviolence, takiego mocno queerowo-feministycznego jak Rape Revenge czy G.L.O.S.S. (mimo że to hardcore, ale wiadomo) lecz to bardziej pragnienia, niż jakieś realne plany. Z wielkim trudem przyszłoby mi ograniczenie się do tylko jednego nurtu - czy to jako twórczyni, czy jako słuchaczka.

Oprócz tego, że tworzysz, zajmowałaś się również pracą wydawniczą. Jeden z twoich labeli, Post Rave, wydał zaledwie jedną kasetę Koncert w Chmurach Melisy po czym zakończył działalność [RECENZJA]. Dlaczego tak się stało?

Post Rave był bardzo spontanicznym pomysłem, choć bardzo długo myślałam nad założeniem labelu. W związku z tą spontanicznością zbytnio nie miałam pomysłu jak to wszystko ogarnąć, a po ciepło przyjętej taśmie Melisy każde wydawnictwo, które szykowałam bardzo szybko okazywało się być tylko niewypałem, który nie często nie doczekało się nawet formy taśmy-matki. Szybko się zraziłam i był to też czas gdy się skupiłam bardziej na własnej twórczości. Jednak wróciłam do działalności wydawniczej wraz z powstaniem Wungiel Booking. Ciężko określić, że jest to bardziej profesjonalne, bo to strasznie chujowe słowo jeśli chodzi o działalność DIY a bardziej DIT. Lecz wszystko teraz idzie dużo bardziej prężnie, mamy za sobą już kilka zorganizowanych gigów i jedną wydaną kasetę, a szykuje się dużo więcej. Z mojej strony planuję kilka kaset, między innymi rosyjski HNW - Shishanote i dopiero wschodzący polski projekt - Øø działający na skrzyżowaniu HNW, ANW i drone w bardzo depresyjnej odsłonie a także duże wydawnictwo - składankę HNW będącą benefitem na lokalną organizację LGBT będącą sprzeciwem wobec homofobicznego i transfobicznego spierdolenia na scenie noise. Z czasem przyjdą też wydawnictwa bardziej z klimatów hardcore/punkowych jak i również coraz więcej koncertów. Rozkręcamy się. Momentami myślałam nad wskrzeszeniem Post Rave jako platformy wydawniczej dla koncertówek, ale nie wydaje mi się by rozdrabnianie się na kilka labeli było dobrym pomysłem.

O ile się nie mylę Post Rave było jednoosobową działalnością. Wungiel Booking jest już chyba bardziej kolektywem, czyż nie?

Tak, w Post Rave byłam tylko i wyłącznie ja. Na Wungiel Booking składają się (w tym momencie) trzy osoby, ja, Oskar, znany z hałasowania jako (już martwe) Sun Still Rises i teraz razem z znanym i lubianym Low Standards, a także solowo jako Emptyz i Rysiek, który (póki co!) nie jest znany z żadnego projektu. Jednak Wungiel nie istniałby bez załogi bytomskich Wolnych Torów, gdzie mają miejsce organizowane przez kolektyw koncerty.

Widzę, że u was na Zagłębiu okołonojzowe przedsięwzięcia mogą liczyć na środowiskowe wsparcie, czyż nie?  

Powiedzenie, że Bytom to Zagłębie to dość szybka i skuteczna metoda na utratę zębów gdy w pobliżu są jednostki miłujące sportową odzież i lokalne kluby piłkarskie… Reszta kolektywu Wungla jest ze Śląska, a ja sama uważam, że sytuacja samego Zagłębia jeśli chodzi o sceny muzyczne (nie mówię tylko o noise) jest dość chujowa. Nic tu się praktycznie nie dzieje i ciężko się tu z czymś przebić z tego co widzę. Jeśli już się coś dzieje to jakiś kiepski metalowy koncert z równie kiepskimi kapelami grającymi modny akurat wśród lokalsów podgatunek, czy punkowy gig z tymi samymi zespołami po raz któryś z kolei. Może na Śląsku też nie jest jakoś wybitnie, ale widać trochę większą aktywność, dzieją się różne rzeczy - czy to jeśli chodzi o hardcore punka, czy o dajmy na to techno. Jednak wszystko to mocno toczy się wokół Katowic, a Wolne Tory są naprawdę zajebistym wyjątkiem na mapie tych okolic i nie wiem co by było gdyby nie ta miejscówa. Zawsze byłam pod wrażeniem Warszawy, tamtejszych kapel czy ogólnie tego co się dzieje - czy to Eufemia, czy Przesterowane Szczury (na które z miłą chęcią zapieprzałam specjalnie tam), ale też nie uważam by zapatrzenie w stylu “ooo u nich jest zajebiście a u nas to tylko gówno” było jakieś wspaniałe. Bez pracy się nie zbuduje sceny, takie życie. Dlatego dożywotni props dla wszystkich ekip i ludzi którzy ten Śląsk i okolice trzymają przy życiu. 

Dokonałaś, moim zdaniem, bardzo ciekawego porównania zestawiając w jednej wypowiedzi TSA Wolne Tory, które jakiś sposób chcąc urzeczywistnić idee wyrażone u Hakima Beya dotyczące post-anarchistycznej samoorganizacji oraz Przesterowane Szczury [relacja z P.S. 2017 Kultury Staroci tu], które odbywają się dzięki wsparciu Centrum Sztuki Współczesnej - instytucjonalnego olbrzyma, który nie może istnieć bez publicznego finansowania. Innymi słowy uważasz, że nieważne jest to, kto jest organizatorem wydarzenia, środowiska, przedsięwzięcia etc. jeśli służy to dobrej twórczości?

Wydaje mi się, że alternatywna kultura korzystająca ze wsparcia publicznego (bo myślę że głównie o to tutaj chodziło) nie jest jakimś jednoznacznie negatywnym. Ja to widzę tak: mimo wszystko wszyscy (a przede wszystkim nasze pieniądze) tworzą to państwo i nie ma nic złego w tym, że państwo wesprze jakichś niezależnych artystów czy promotorów. Trochę to działa w mojej głowie na zasadzie “skoro Kościół czy różne tego typu instytucje dostają, to czemu artyści nie mogą?”. Choć dla mnie byłoby dużo lepiej jakby te pieniądze poszły na dużo ważniejsze sprawy - zarówno kasa, która idzie teraz na kościół jak i na sztukę. Alternatywa sobie by poradziła, Kościół zresztą też. Ale skoro sytuacja wygląda jak wygląda... Inną sprawą jest to, jak finansowanie z takiego źródła wpływa na niezależność twórczą. Wydaje mi się, że to już każdy tworzący i biorący pieniądze od instytucji państwowych powinien zastanowić się o tym sam w sobie.

Ostatnie pytanie dotyczy statusu twojej osoby - Eurydyki - na scenie muzycznej. Wśród osób, które pytałem co o tobie myślą, przewijał się jeden wątek - mianowicie moi rozmówcy twierdzili, że dość konsekwentnie budujesz swoją legendę. Jesteś dla publiczności - w tym dla mnie - anonimową osobą, co także jest mocno fetyszyzowane.  Przecież Eurydyka to nie jest imię, którym posługujesz się na co dzień.

Szczerze mówiąc ciężko mi określić własną działalność artystyczną jako “budowanie swojej legendy”, ale jest mi miło, że jest to w taki sposób odbierane. Nie uważam też siebie za jakoś szczególnie anonimowej - chyba, że za anonimowość uznamy to, że nie podpisuje się na ogół urzędowym imieniem i nazwiskiem. To jednak nie ma związku z twórczością, a wynika po prostu że jako osoba transpłciowa kompletnie nie identyfikuje się z danymi, które mam w papierach i używam ich tylko, gdy muszę (lub gdy stosowanie ich pozwala mi uniknąć problemów, które byłyby mocno dotkliwe). Dla zdecydowanej większości moich znajomych czy nowo poznanych osób ze środowiska innego, niż dajmy na to szkoła funkcjonuję jako Eurydyka. I także mam nadzieję, że w przyszłości uda mi się by to imię było także urzędowym - ale będzie to długi i ciężki proces. Cóż, takie życie.

I jeszcze jedno -  kiedy w końcu dasz się poznać na scenie, na koncercie ( o ile w ogóle)?

Co do koncertów to pomimo że nie uważam HNW za jakoś wyjątkowo “koncertowy” gatunek to zderzenie mojego hałasu z akustyką inną niż ta słuchawek i mojego pokoju byłoby przyjemnym doświadczeniem. Póki co powoli będę zbierała sprzęt, by w tworzeniu oderwać się od ekranu laptopa i myślę, że pod koniec tego roku albo w następnym zaprezentuje swoją twórczość na scenie. Prawdopodobnie będzie to na Wolnych Torach na którymś z koncertów organizowanych przez Wungiel.

Korzystając z okazji pozwolę sobie też dodać małe info na temat moich nadchodzących wydawnictw:
Collab z MWroblewski (którego niektórzy zapewne znają z wydanej na Wungiel Booking kasety 558701) wydany na kasecie na Reason Art Records - HNW wymieszany z drone inspirowany stacjami numerycznymi



A także split z pewnym polskim projektem - klasyczne, brutalne i industrialne HNW. Więcej szczegółów wkrótce na fb.


niedziela, 2 kwietnia 2017

Dyzartria Sochora - "Post​-​functional Dub Objects" - Fischerle

Fischerle, "Post-functional Dub Objects", artwork: Karolina Pietrzyk i Oliver Spieker, źródło: czaszka.bandcamp.com

W poszukiwaniu blurba, który stanowiłby autoteliczną opowieść naznaczoną poetycką oryginalnością znakomicie odnalazłem się w krótkim tekście znajdującym na bandcampie czaszki(rec.) przy płycie Post-functional Dub Object. Mateusz Wysocki, występujący na tym krążku jako Fischerle, a udzielający się w także w projektach Mech, Bouchons d'oreilles, Porcje Rosołowe oraz w duetach z Krojcem i Micromelancolie pisze, że impulsem dla nagrania tego materiału było spotkanie z człowiekiem chorym na dyzartrię w trakcie autostopowej wycieczki. Według opowieści Wysockiego człowiek ten mówił tak wolno, że słowa zostawały w przestrzeni za nimi - opowieść ta brzmi niczym z pogranicza faktu i snu. Od tego doświadczenia Wysocki wychodzi do konceptu całego albumu dedykowanemu rzeczom, które zanim zostaną opisane, umykają lub zostają w swym szczątkowym kształcie. Zresztą opowiadaczem Mateusz Wysocki jest znanym nie od dziś - warto przy tej okazji przypomnieć sobie bajki/słuchowiska Mniej niż 40 opowieści oraz Cudownego Konia Księcia Witolda.

Według jednego z interlokutorów filmu dokumentalnego Dub Echoes tak jak każdy obiekt może rzucać określony rodzaj cienia, tak każdy rodzaj muzyki można poddać dubowej preparacji - czego dowodem jest świetny koncepcyjny album Doubts kuratorowany przez Fischerle i Paidego [RECENZJA]. Obiekty dubowe Fischerle znajdujące się na jego najnowszej kasecie określane są jako post-funkcjonalne. W tym samym filmie rozmówcy starają się odpowiedź na pytanie czemu dub w ogóle służy. Ludyczny charakter tej muzyki, podkreślenie basu i perkusji jako rdzenia kompozycji i przystosowanie jej do grania na sound systemach i dawanie jej możliwości zapętlania to jedno. Drugim, nierozłącznym elementem dubu jest także mistyka pogłosowych mgieł, tlących się na zarówno w tle jak i wybuchających z wielką siła na pierwszym planie. Fischerle za nic ma efekciarstwo, muzyczne transpozycje swoich doświadczeń tworzy w oderwaniu od bezpośredniej mocy dubu, na rzecz jego kontemplacji.

Czytelny układ albumu - dwie, pozbawione wyraźnego beatowego kośćca kompozycje znajdujące się na początku Hapto oraz na końcu Coup de grâce, stanowią otulinę dla efemerycznie i leniwie, choć intensywnie sunącemu rytmowi drugiego i trzeciego z kolei Palto i Oktawona . Pojawia się paleta środków, z których Fischerle jest znany - programowe niedoskonałości i trzaski brzmią tak, jak wtedy, gdy kupiłem kamerę pogłosową Sochora polskiej produkcji, w której taśma dawno już zwietrzała, a styki buczały od rdzy. Największą zaletą produkcji Wysockiego jest wysztukowanie pojawiających się, znikających i przenikających wyziewów ni to elektronicznego, ni to organicznego pochodzenia. Wzruszenie przenikające delikatność tych materii dźwiękowych - czy to jeszcze moja osobista transpozycja, czy intencjonalne działanie muzyka? Tego chyba nie wie nikt.

Nadanie niepamięci twardej struktury zdaje się mieć punkt kulminacyjny w potężnie basowym, choć lirycznie inkrustowanym Oktawonie, lecz całość operacji pozostawia rezygnację w postaci bezkształtu smutnej frazy Coup de grâce splecionego z resztkami field recordingów.  Post-functional Dub Objects to być może najlepsze w dotychczasowej solowej działalności Fischerle nagrania, esencjonalne w długości, bardzo intensywne w przeżywaniu, doskonale dopracowane kompozycyjnie, produkcyjnie i koncepcyjnie, bardzo wyraźne w metodzie i niejednorodne w uczuciu. Rzecz to do ciągłego powracania, przeżywania i wzruszania.

Fischerle 
"Post-functional Dub Objects"
 Czaszka Records
CZSZ012
30 marca 2017 



SPRING PARALYSIS - Pal Communications

Pal Communications, "Spring Paralysis", zdjęcie: Joanna Świderska źródło: outpostzetax.bandcamp.com

Gdzie jest wytwórnia Transatlantyk, gdy potrzebujemy jej najbardziej? Gdzie są jacyś promotorzy i wielka machina creative industries odpowiedzialna za obrót taki rzeczami (a nie sorry, creative industries to kłamstwo)? Gdzie są reklamodawcy i agencje reklamowe (wiemy kurwa - na Youtubie), którzy mogliby zapłacić, aby Emil zrobił muzykę do reklamy lub w swojej muzyce zamieścił jakiś delikatny placement?

Szyk, elegancja, brylantyna, galantyna, mokre i opalone ciała. A po środku pręży się falliczna figura nieznosząca sprzeciwu - tak mówię tu o okładce, gdzie ostra szpica winkla modernistycznego członka wznosi się w niebo - aż dziwi bierze, że to bezapelacyjne piękno spełnia także inne funkcje niż ludyczno-estetyczne. Popatrzcie na symetryczne linie przenikające ten obrazek. Od ostrej krawędzi budynku, ostrej niczym zęby "Organów" Hasiora po linię wyznaczaną przez winietę w prawym górnym rogu, aż po chmury w prawym dolnym - z pewnością zaś na wieżowcu-fallusie, jednocześnie trójkątnym niczym łono ściśnięte udami nieba (bryk wyciągnięty z licealnych erotyków) opala się Maria Probosz w stylu topless.

Jednocześnie zaś ta okładka wraz z muzycznym wkładem stanowi dysonans ludonarracyjny. Pojęcie to zaistniało w odniesieniu do gier wideo, a chodziło o to, że fabuła nie jest koherentna z rozgrywką. Lecz pojęcie to nie jest zarezerwowane li tylko dla gier. Ba! dobre prowadzenie niespójności wynikającej z interdysyplinarnych niespójności jest wielką sztuką. Czasem do tego potrzeba odpowiedniej wrażliwości w kłamstwie - lecz czyż nie najlepiej słucha się tych opowieści, które choć trochę koloryzowane są przez opowiadacza?

Opowieści snute przez Emila Macherzyńskiego wystrzegają się efektu, skupiają się na brzmieniowym afekcie, czego bodaj najpiękniejszym przykładem jest moje ulubione Arecibo - rozlewająca się 20-minutowa kompozycja, nagrana na żywo w 2014 roku w Eufemii, kosmiczny majak o ambiencie wyrywającym się uścisku nudy. Arecibo ukazało się pod szyldem Palcolor - zdaje się, że Emil wykorzystuje nazwę swojego głównego projektu, by tworzyć rzeczy bardziej zrytmizowane, czego dowodem są Brutażowe, technowe nagrywki z Non-Breadboard Reality i retronostalgiczno lo-fi potupaje ze świetnego Muranów Workshop. Popatrzcie zresztą na tę piękną okładkę tego ostatniego - duży fiat ostatnio był tak piękny, gdy stanowił tło dla największego badassa PRL-u jakim był Andrzej Dąbrowski, a Boeing 737 nie był tak nowoczesny, chyba, że na okładce Jumbo jeta studyjnego projektu Arp Life. Pod nazwą Pal Communications Emil wystąpił do tej pory raz - i był to esencjonalny, mikrotonalny mini album Mikroorganizmy, cudownie wydany na szalce Petriego o średni akurat na mini disca z materiałem.



Wspólnym idiomem nagrań Emila jest ich przejrzystość. Każdorazowo słuchając nagrań Palcolora i solowych projektów pokrewnych artysty mam wrażenie, że gdyby złożyć nagranie na pół, wówczas nadal by ono czytelne i klarowne. Gdy złożyć ja cztery części wówczas nadal można by było przez tę tkaninę dostrzec co jest po drugiej stronie. Spring Paralysis mieści się gdzieś pomiędzy najodleglejszymi od siebie nagraniami Macherzyńskiego, nie wypadając z orbity, jak smutna ciało niebieskie z Planet Rouge. Krople mokrych elektronicznych klików przenikają tę tkaninę na wylot, której sploty podobne są jak u tuzów Warp Records takich jak Autechre na Amber. Okazjonalnie zasłyszeć można bardziej rytmiczne formy jak Legoweltowski 03, lecz to nie rytm nie gra tu roli co acidowy nastrój wycofania - pokrewieństwo z otwarcie muzakowym Music for Candy Shops Poly Chain [RECENZJA] zdaje się być zaś dosyć bliskie.

Dysonans ludonarracyjny tkwi właśnie między pyszną okładką, a materiałem dźwiękowym, który mówi opowieść o tym, że wzbijają się ptaki, lekko porusza się piękna dłoń, lśniący nowością samochód przemierza reklamową prerię, lektor wypowiada nazwę marki. Biegacze podnoszą i unoszą swe członki w morderczym wyścigu w zwolniony tempie - po z ciała zostaje za nimi, drobiny magnezji rozbijają się o siebie w powietrzu, gdy siłacz przymierza się do walki z żelazem - lektorka mówi o ribokach, najkach lub coca coli. Czujesz się, gdy w lepszych czasach, w polskiej telewizji puszczano zagraniczne reklamy produktów, na które nie było prawie nikogo stać, w których tle leciały kompozycji Boards of Canada lub Aphex Twina. Rozmawiałem kiedyś z Emilem, który opowiadał jak imponuje mu muzyka bez ego - Spring Paralysis jest ego pozbawiona dokumentnie,  a muzyka ta dałaby się zmonetyzować, boć brzmi jak milion dolarów.

A tak to jesteśmy skazani na rojenia Zamilskiej o graniu do wybiegów Hugo Bossa i  gibiącej przy laptopie za napisami końcowymi transmisji z Opola.

Pal Communications
"Spring Paralysis"
26 marca 2017
wydawnictwo własne