piątek, 24 lutego 2017

Sanatorium Melancholia

Joanna Rzepka-Dziedzic, Łukasz Dziedzic (John Lake), Daniel Brożek (Czarny Latawiec), "Sanatorium Melancholia", Galeria Szara Records, 2017

Wiatry fenowe na południu Małopolski sprzyjają pogorszeniu stanu zdrowia chorych na choroby układu krążenia, nie sprzyjają także zdrowiu psychicznego. Gdy wieje halny, któremu towarzyszą gwałtowne zmiany ciśnienia, ludzie są bardziej nerwowi i agresywni, chorzy na depresję chorują jeszcze bardziej, obserwuje się także związek między próbami samobójczym, a gwałtownym halnym. Do niedawna powiaty tatrzański i nowotarski prowadziły w niechlubnym rankingu miejsc najbardziej przyjaznych samobójstwom. Dziś ludzie targają się na własne życie podobnie i ciągle wyjątkowo często, niezależnie od miejsca zamieszkania, w całym kraju.


Plusem halnego jest za to, że wywiewa on śmiercionośny smog. To także na południu kraju jest najwięcej uzdrowisk i sanatoriów.


1.Pani Profesor Krauz-Mozer powtarzała wielokrotnie, że w jej przekonaniu wykład nigdy nie powinien służyć temu, aby wyczerpująco przedstawić temat, lecz aby wobec ogromu świata i literatury jemu poświęconego, zmotywować studentów do samodzielnych poszukiwań. Uprzednio wyraziwszy przekonanie, ze większość studentów to jednak warchoły i gamonie, pozbawione poczucia humoru debile, nie znająca etykiety hołota, śliska w swych przekonaniach tłuszcza bliska trzody, ćwierćinteligenci nie mający za ćwierć grosza pomyślunku wyraziła jednak nadzieję, że wśród tych wszystkich powyżej wymienionych znajdzie się choć jeden myślący człowiek. 

Pierwsza z zasad z powyżej została wdrożona do "Sanatorium Melancholia" nader skwapliwie. Druga - w której wyraża się zdanie, że należy wymagać od słuchacza więcej niż wiele została w gargantuiczny sposób zmultiplikowana, aż do momentu wykrzywienia tej idei.

2. Bardziej niż recenzentem słuchowiska zdaję się stawać przed wami jako jego obrońca. Nagranie to składa się z dwóch części - słuchowiskowej oraz muzycznej. Pozwólcie zatem, że pominę w swojej recenzji tę drugą część, która stanowi kolaż dwóch koncertów Czarnego Latawca oraz Johna Lake. Wcale nie z uwagi na powtarzający się z przerażającą częstotliwością autocytat ze znakomitej płyty Strange Gods drugiego z wymienionych artystów. Celowo użyłem tu liczby pojedynczej, bo jest to jeden i ten sam cytat z utworu Vitun Voimalla - Power of Cunt. U mnie moment tego autozapożyczenia drażnił za każdym razem, nie dlatego, że jest on przykry uchu, lecz z uwagi na moje bardzo osobiste doświadczenie - wszak spędziłem, ze Strange Gods masę czasu, próbując zdobyć wiedzę na temat tajemnic tego krążka i nie był to czas próżno przehulany, btw. Nie dlatego też nie poświęcę dłuższemu namysłowi tej części Sanatorium Melancholia, b0 nuży czasem - a czasem nuży, choć staram się być wyrozumiały dla koncertowej logiki seta, a w zasadzie dwóch setów zespolonych w jedno, nie wybaczam jednak, bo wybaczać nie mam czego, gdy pomyślę sobie o Czarnolatawcowym wkładzie do nagrań, które od długich dźwięków, od rwanych, mikroskopijnych field recordingów o industrialowej prowieniencji, aż po kulminacyjną scenę organiczno-technoidalnego piekła i wyciszenie w poza-bitowej pustce. A jak już wspominam, to powiem, że dramaturgia ta sprzyja porównaniom do Zulu Cy'a Enfielda, gdzie choć cywilizacje ścierają się w okrutnym boju, to jednocześnie wyrażają wobec siebie wzajemny szacunek.



3. Nomen omen odbębniwszy to, czego odbębnić nawet nie śmiałem robić chciałbym przejść, z całą estymą jaką darzę zarówno Johna Lake'a jak i Czarnego Latawca, do słuchowiska. Powiedziałem, że będę go bronił, choć tak naprawdę po trosze występuję tu także w roli oskarżyciela. Słuchowisko-audycja-reportaż Sanatorium Melancholia traktuje o sanatorium dla chorych dla nerwice i melancholie właśnie, które przed wojną istniało w Obernigku, przemianowanym na Oborniki Śląskie, odkąd miasteczko znalazło się w granicach Polski. Do dzisiaj Oborniki, z uwagi na okoliczne lasy, nazywane są zielonymi płucami Wrocławia. W przeszłości oprócz czystego powietrza ludzi o zmęczonej psychice leczono mlekiem oraz spacerami. Kuracjuszami tego miejsca byli często artyści - dlatego intencją Joanny Rzepki-Dziedzic oraz Łukasza Dziedzica było nie tylko przywrócenie świadomości o istnieniu takiego miejsca, ale także ożywienia idei przestrzeni, gdzie artyści, którzy coraz częściej funkcjonują ze swoją pracą na granicy społecznej pamięci/niepamięci mogli zregenerować swoje witalne siły, by dalej robić rzeczy, które niestety obchodzą najczęściej tylko ich samych.

4. Ilość skojarzeń i tropów (jak na wykładzie u Krauz-Mozer), które narzuca ze sobą Sanatorium Melancholia nie onieśmiela, lecz rozbestwia mnie w niczym niepohamowanym piśmienniczym szale. Wielka ilość zostawionych otwartych wątków, wątków niczym ran, które do szybkiego gojenia wymagają zarówno dobrego opatrunku, jak i dostępu do powietrza, w ogóle nie stawia mnie w sytuacji pokornego biorcy słuchowiska, lecz wyrywa z otuliny pokorności skrzętnie do tej pory ukrywanego kontestatora. Mając przed sobą dzieło o tak wielkiej ambicji, jaką jest przywrócenie pamięci o miejscu, o którym nikt z żyjących nie pamięta nosi znamiona czynu tyle zuchwałego, co nierozważnego - potęgowane jest to jeszcze informacją, że Sanatorium... przez przywrócenie pamięci ma w jakiś sposób pomóc w od-tworzeniu tego miejsca. Ilość rozmówców, którzy w większości mają do powiedzenia tylko tyle, że nie mają zbyt wiele do powiedzenia powoduje we mnie rozpacz, ale i chęć jakiegoś litościwego obchodzenia się z utworem. Pozwólcie, że rozbestwię się zatem nad tym dziełem, nie szczędząc wam przy tym autobiograficznych wątków.

5.Na co kieruje mnie Sanatorium Melancholia? Wspomniałem już o nie-byciu i nie-pamięci, bo to ostatnio gorący towar w popularnej humanistyce od Duchologii polskiej Drendy po Prześnioną rewolucję Ledera. Wątek ten został pięknie uestetyzowany w Życiu i śmierci Janiny Węgrzynowskiej według Dymitera, które recenzowałem jakiś czas temu. Poza tym Sanatorium Melancholia jest o: chorobach psychicznych, statusie artysty, poszukiwaniu tożsamości, konstytuowaniu swojego zawodu w nieprzyjaznym otoczeniu, o ekologii, o biznesie turystycznym, lecznictwie, homeopatii, o kiepskim stanie służby zdrowia, o chorobach cywilizacyjnych, o poglądach, przekonaniach, opiniach, naturze field-recordingu, a nawet o Szyszce wycinającym okoliczne lasy (to nie Szyszko wycina, tylko naród, te skurwysyny, btw). Szeroko, tak, że aż przezroczyście prawda?

Nie sposób nie spoglądać na słuchowisko to z uwagi na metodologię działań (Pani Profesor Krauz-Mozer uczyła o metodologii nauk społecznych jak mało kto). Z jednej strony audycja-słuchowisko bierze na tapetę metody jakościowe poprzez celowy i nielosowy dobór respondentów, z drugiej zaś anonimizuje ich w taki sposób, że w przypadku niektórych trudno jest stwierdzić, kto zacz. Są tam artyści, lekarze, mieszkańcy, artyści i randomy. Podejmuje się w tym dziele rozumowanie indukcyjne, jednakże ilość prawd wydobytych od prostego przekonania, że artystom należy się ich sanatorium, nie prowadzi do żadnych prawd, a nawet wniosków tylko urywa się dosyć prędko, przechodząc do konstatacji, że zmęczenie nieustającymi projektoriatowymi ciągami jest udziałem szerszych populacji niż tylko pracujących w przemysłach kreatywnych. Bodaj największą wadą tej audycji-reportażu jest jego długość - zbyt krótka by wyczerpać temat, choć z drugiej jakby długo nie opowiadać i nie pytać nie opowie się o wszystkim, co zostało wywołane ze mnie w powyższym ustępie.

Porowatość utworu, w pory którego można dopasować swoje doświadczenia, wiedzę, skojarzenia, emocje i inne jest słuszną właściwością, której poszukuję, ale porowatość Sanatorium... wydobywa jego pustaci, scenariuszowe braki oraz tezę, której wyjaśnienie zostawia się szeroko poza samym utworem. Nie miałbym z tym większego problemu z tym reportażem, gdyby nie jego potencjały i ambicje. Nie miałbym również problemu, gdyby nie doświadczenia miejsca, w którym żyję i z którego pochodzę. Wszak było to niegdyś również sanatorium, w którym wypoczywali artyści, czyli Zakopane.

5. Rozmówcy autorów reportażu odwołują się do wielu tropów, które jednocześnie stanowią silne punkty styczne z mitologią, która stanowi tożsamość Zakopanego, które powstało także jako uzdrowisko. Uzdrowiska u swego zarania skierowane były przede wszystkim do zamożnych klas, z których rekrutowali się na przełomie XIX i XX wieku artyści. Zatem były to projekty biznesowe, o czym także wspomina jeden z rozmówców, mające na celu tyle samo leczenie, co wyciąganie pieniędzy przez aplikowanie kuracjuszom placebopodobnych bredni. Inna rozmówczyni mówi o tym, że leczenie w Obornikach, szczególnie schorzeń ducha i umysłu, częściej leczono za pomocą powszechnych przekonań niż klinicznego doświadczenia, które się wówczas dopiero się rodziło. Paralele w leczeniu mlekiem między Zakopanem i Obornikami odnajduję, aż nader wyraźne - dr Chałubiński, założyciel stacji klimatycznej, który sławę tego miejsca rozniósł wśród elit, także wśród krajowej, zamożnej artystycznej bohemy (sic!), leczył kuracjuszy żętycą, która jest produktem ubocznym produkcji serów podpuszczkowych. Jej wartość spożywczą górale najczęściej kwitują żartobliwym stwierdzeniem, że żętyca nadaje się do picia jedynie dla świń i juhasów (pasterzy). Do tego zacnego grona dołączyli także letnicy. Co do tych ostatnich - to, że zakopiańska ulica nosi imię Żeromskiego, Sienkiewicza, Szymanowskiego, Karłowicza, Struga, Kasprowicza, Witkiewicza, Broniewskiego, Modrzejewskiej, Przerwy-Tetmajera nie oznacza, że włodarze miasta wylosowali sobie te nazwiska z koszyka najbardziej popularnych nazw ulic w Polsce, lecz dlatego, że ci ludzie tu przebywali, mieszkali, tworzyli, wiązali z tym miejscem swoje życia, a czasem tylko odpoczywali, korzystając z uroków przyrody. Wspaniałe czasy, złoty wiek, nieprawdaż?

6. W Sanatorium Melancholia wybrzmiewa ta sama melancholia i ta sama tęsknota co wśród wszystkich, którzy chcieliby ponownie znać Zakopane jako modne miejsce spotkań względnie zamożnych, utalentowanych i uznanych, w przeciwieństwie do współczesnego, całorocznego cringe-festu tandety nastawionej na masową kulturę, która tożsama jest z rozrywką i która najczęściej służy celom marketingowym. Próba restauracji sanatorium - miejsca wypoczynku dla osób zarobkujących przez sztukę to także także tęsknota za względną prostotą czasów minionych, kiedy klasy społeczne były od siebie względnie odseparowane, kiedy reguły codziennych gier wydawały się być prostsze, a problemy ducha i ciała rozwiązywano szklanką ciepłego mleka, spacerem w lesie, leżakowaniem w słońcu. Sanatorium to także miejsce organizacji czasu, miejsce utopia, tak jak utopią są wczasy w ogóle - z rozkładem dnia, który podporządkowany jest regeneracji zdrowia, z zabawami i animacjami które mają odciągać kuracjuszy od szaro-burych trosk. To utopia, w której nie trzeba ani sprzątać, ani zmieniać pościeli, robić zakupów, gotować, odwozić dzieci do szkoły. Złośliwcy mogliby rzec, że to przede wszystkim anty-utopia - wypoczynek nie służy wypoczywającemu, tylko temu, aby po powrocie do codzienności był bardziej wydajny w codziennych rutynach, żeby etat szedł do przodu, żeby grant pozyskiwał się szybciej. Straszne, prawda?

Największą tragedią Sanatorium Melancholia jest to, że nikt z rozmówców nie wyraża wiary w to, że przywrócenie sanatorium dedykowanego tylko artystom ma jakikolwiek sens. Jedna z rozmówczyń trzeźwo przypomina, że nie tylko artyści pracują ciężko, dużo, a wyniki ich pracy są marne. -Ogólnie chce mi się płakać - parafrazuję ostatnią z rozmówczyń, artystkę zapewne, która rozczarowana jest swoją terapią, nie lekceważąc sobie jednocześnie jej indywidualnego doświadczenia cierpienia. Źle mają wszyscy, świat to spektakl, w którym grają przemęczeni aktorzy i każdemu należy się odpoczynek, melancholie i nerwice to choroby naszych czasów. Szerokie spostrzeżenie, prawda? Przejebane, czyż nie?




środa, 8 lutego 2017

LAMENTACJE - Micromelancolié, "External Sources"

Micromelancolié, "External Sources", źródło: woundedknife.bandcamp.com

1.
 Od powietrza, głodu, ognia i wojny
Wybaw nas Panie!
Od nagłej i niespodziewanej śmierci
Zachowaj nas Panie!
My grzeszni Ciebie Boga prosimy
Wysłuchaj nas Panie!
Gdyby Triduum Paschalne odbywało się w roku liturgicznych częściej wówczas przypuszczam, że więcej ludzi zechciałoby się chodzić do kościoła. Teatralizacja obrzędów wielkiego tygodnia i ogólna artystyczny eklektyzm rytu zachwyciłaby każdego żądnego interdyscyplinarności fanatyka sztuk. Przełamywanie czwartej ściany w tym okresie przybiera fenomenalne formy, a ogólny przepych i dramaturgia wydarzeń, które może być dowolnie moderowana podług potrzeb wiernych zbliża wydarzenia do współczesnych widowisk, które ideologicznie i aksjologicznie tak mocno prą w stronę imersji, partycypacji i emancypacji.  

W Wielki Czwartek, przed wtrąceniem Chrystusa do ciemnicy biją dzwony, dzwonki, gongi, sygnaturki, organista rozlewa się wszystkimi swoimi talentami po instrumencie, ksiądz wytęża poliki w podniosłym śpiewie, ministranci jak oszalali walą we wszystkie drobne instrumenty, a wszyscy huczą, niczym ogień czyśćcowy, Gloria in excelsis Deo! Bohaterem jest tu podobno Chrystus, święto swoje obchodzą także kapłani, lecz być może główna rola przypada chłopcu, który w wykrochmalonej komży dumnie pręży się na środku kościoła ciągnąc za sznur sygnaturki. Sam w sobie wie on, że może stawiać się jako najważniejszy w tej chwili, sam w sobie może czuć się dumny, że został wyznaczony do zajmowania centralnej pozycji na scenie. Myśli te, choć grzeszne jak nic innego, pyszne, jak żadna pycha, której świat nie widział, lecz oto takie myśli nasuwają się same. Czyż Bóg koniecznie musi być zazdrosny, by ta wielka Gloria była tylko jego udziałem? Może także ktoś inny zechciałby w tej Glorii znaleźć swoją wielkość?

2.

Miałem przyjemność znać to nagranie w wersji premiksowanej, a było to w sierpniu 2016 roku. Nie piszę o tym dlatego, aby podkreślić moją pozycję osoby piszącej o muzyce i cieszącą się niewątpliwym przywilejem, gdy niektóre płyty dane mi jest przesłuchać przed ich oficjalną premierą. Piszę o tym dlatego, bo przypomniałem sobie, że moje pierwsze obcowanie z External Sources miało miejsce w dosyć nie-fortunnych okolicznościach. Gdy Robert Skrzyński przesłał mi nagrania chciałem zapoznać się z nimi jak najszybciej, a jako że miałem przy obejściu swojego domu pracę polegającą na sprzątnięciu węgla do komórki postanowiłem, że wystawię przez okno kolumny głośnikowe i zapodam sobie muzykę do niewątpliwie przykrego obowiązku. Był sierpień, na polu ostatkami sił szalały ptaszęta, gałęzie okalających dom klonów i jesionów poszumiwały na znak nadchodzących listo-padów. Na dole przy ziemi wrzucałem do blaszanych taczek węgiel, który następnie musiałem wwieźć do sutereny. Towarzyszył temu nieustający, dronowo-nojzowy zgrzyt zmęczonych łożysk - jeden z piękniejszych dźwięków towarzyszących temu domu odkąd pamiętam.

Nie pamiętałem jednak, do niedawna, samych External Sources. Nie dlatego, że wersja premiksowana była biedna (choć nie ukrywam - finalny miks wydobył bardzo wiele dobrego z utworów), nie dlatego także, że słuchałem cicho (mieszkam pośrodku niczego, nikomu nie miałem prawa przeszkadzać ze swoim rozkręconym na full wzmacniaczem), nie dlatego, że jest to kolejne niezapamiętywalne wydawnictwo przepływające przez głowę bez refleksji. External Sources doskonale zespoliło się z moim otoczeniem dźwiękowym, bo z podobnie brzmiących źródeł korzystał Skrzyński układając swoje kompozycje. Między ciszą, a ciszą chwile się kołyszą - śpiewał poeta, a Skrzyński między ciszą, a ciszą kontempluje swoje nerwowe tiki, stuki oraz rzęchy, oswabadza się opieszale z dosyć przekornych estetyk trylogicznie brzmiących Low Cakes, Contour Lines oraz Isolines, w stronę muzaku w stylu Steve'a Rodena, dźwięków ciszy, kontemplacji, nieśpieszności. 

3. 

Emil Macherzyński (Palcolor, NOL, Jasień, ex-Złota Jesień) w nieopublikowanym i nieautoryzowanym jeszcze wywiadzie (wybacz Emil) powiedział mi następującą rzecz:
Muzyka użytkowa, jak ją zwykłem nazywać, to chyba moja ulubiona muzyka w ogóle. Jest pozbawiona jakiegokolwiek ego, bo nie miała nawet trafiać do ogólnej konsumpcji, a jednocześnie dawała wspaniałą wolność, którą co zwinniejsi kompozytorzy potrafili genialnie wykorzystać.
Micromelancolié ze swoim External Sources idealnie komponującym się ze światem, który  przeszedł zagładę ludzkości, lecz który na powrót zarasta kwiatami i lasem, wykracza poza porzucenie ego tworząc jego mutację, gargantuiczne zmultiplikowanie pychy w pozornym poniżeniu, pokory w przesadnym ukrywaniem się za dźwiękiem znalezionym. Niczym biczownik idący przez miasto zwraca na siebie uwagę gawiedzi, niczym polski papież przeżywający swoje cierpienie i śmierć pokornego sługi bożego transmitowaną na żywo do odbiorników milionów, niczym sam Chrystus poniżający się i  dający zabić w spektakularny sposób, który będzie treścią żyć miliardów przez milenia. Micromelancolié z External Sources jest dokładnie taki sam - jak w wielości jest jedność, jak w pokorze jest chwała, tak znoszone są granice między świętością, a świętokradztwem. Treścią External Sources jest eklektyzm od rwanych szorstkich struktur, perkusyjnych trzasków przypominających Wielkopiątkowe kołatki, ambientalnych pętli jak u Basinskiego, wokalnych sampli jak modlitw, szeptanych modlitw jak bluźnierstw, rwanych sylab przeradzających się w ostatnie przedzimowe tchnienia ptaszków.

4.
Spojrzyjcie na ptaki niebieskie, iż nie sieją ani żną, ani zbierają do gumien, a wżdy Ojciec wasz niebieski żywi je; izali wy nie jesteście daleko zacniejsi nad nie?

Micromelancolié, 
"External Sources"
Wounded Knife
CUT#41
31 grudnia 2016

Kaseta ta jest ostatnią w katalogu wytwórni Wounded Knife




środa, 25 stycznia 2017

PRZESTEROWANE SZCZURY VI / CYKL "WYDAWCY"

Przesterowane Szczury VI, 21 stycznia 2017, CSW w Warszawie, źródło:www.facebook.com/przesterowaneszczury

 

21 stycznia 2017 roku w budynku Laboratorium Centrum Sztuki Współczesnej w Warszawie miał miejsce pierwszy koncert z cyklu Wydawcy, w ramach którego będą odbywały się showcase'y polskich niezależnych wytwórni muzycznych. Jednocześnie koncert ten był kolejną edycją Przesterowanych Szczurów, które corocznie prezentują artystów z szeroko rozumianych nojzowych estetyk.

Wydarzenie kuratorowane było przez Sergeja Hanolainena, artystę (MAAAA), organizatora koncertów oraz wydawcę (Traingle Records). Hanolainen działa na scenie od 2003 roku, jego wytwórnia Triangle Records powstała zaś w 2005 roku. Jako wydawca może pochwalić się 58 wydanymi nagraniami, jako artysta może poszczycić się wydaną w ubiegłym roku Abhorence and Dismay, która uznawana jest za jedną z najlepszych płyt 2016 roku, nawet spoza kręgów nojzowej ekstremy.

RAZ
Od pociągu Intercity kursującego między Krakowem a Warszawą oczekiwałbym ciekawszych wrażeń dźwiękowych. Rozczarowałem się, bo zupełne zignorowałem postęp technologiczny w trakcie którego stalowe urządzenia jadące po stalowych szynach zastąpione zostały przez smukłe, wysztukowane, a co najistotniejsze - dźwiękoszczelne cacka. Tam gdzie spodziewałbym się zgrzytu trących o siebie się metali słyszałem zaledwie hydrauliczne pomruki. Tam gdzie powinien być stukot nierównych kół po krzywych torach słuchać było jednostajny szum lekko przesuwającego się składu. Nawet zazwyczaj przerażająco głośne drzwi między wagonami tym razem zostały dokumentnie skopiowane z tych znajdujących się na USS Enterprise, ja zaś poczułem się jak Kapitan Jean-Luc Picard z memowego wizerunku - tym bardziej, że zapomniałem zabrać ze sobą odtwarzacza, żeby puścić na słuchawkach coś dobrego. Tak samo czułem się słuchając najsłabszego występu w trakcie całej imprezy - i był to, o dziwo koncert Torby. Torba to po włosku torf, boć i artysta kryjący się pod tym pseudonimem Mauro Diciocio to Włoch, choć obecnie rezydujący w Berlinie. Jego ostatni album, wydany dla Triangle Records Gùrvl jest solidną dawką muzyki opartej na samplach, taśmowych pętlach i przesterach. Koncert Torby pozbawiony był dynamiki, wydawał się być chaotyczny. Zupełnie nie wystarczały zebrane ciekawe materie dźwiękowe, które były lepione w nieumiejętny sposób, narracje, zamiast trzymać w napięciu nużyły, dramatyczne gesty uderzania pięścią w pedał gitarowego przesteru nie przynosiły spodziewanego efektu ataku szorstkiego szumu - ani niczego efektownego.



DWA
Napisawszy to co powyżej trudno jednak nie zauważyć, że chronologicznie występ Torby był drugi, po tym jak zagrał gospodarz wieczoru - Sergei Hanolainen. Nie sposób także w tym miejscu nie wspomnieć, że gospodarz starał się przedstawić jak najbardziej zróżnicowaną ofertę zapraszając takich, a nie innych wykonawców. Nie należy także nie powiedzieć, że Sergei, jak nie przystało na dobrego gospodarza swoim inicjalnym występem wybił się ponad medianę, swoją obecnością przyćmił blask współwystępujących. Jego występ mógł być, w nadinterpretacyjnym szale, uznany za najbardziej powinowaty z Torbą, lecz skala zjawiska jakim był występ MAAAA wypierdalała skalę napierdolu w kosmos. MAAAA zaprezentował utwór Dismay z wspomnianego wcześniej Abhorrence and Dismay, a zrobił to w sposób, który przekonał mnie, dlaczego ta płyta znalazła taki wielki oddźwięk poza fanami nojzu - bo dziwo to wykraczało daleko poza wyobrażenia o nojzie. Pisałem o tym już w recenzji płyty Sergeja, ale wysztukowanie i wysmakowanie kompozycji, która układa się niemal na kształt suity, fenomenalnie współgra z dokładnie przedstawianymi field recordingowymi samplami (w tym dźwięków stareńkich pojazdów szynowych), z dbałością o dobrą jakość dźwiękowego detalu. Jednak MAAAA, chociaż jest już bardziej kompozytorem niż improwizatorem to ciągle ekstrema. Najlepiej bodaj ujął ostatnie dokonania Sergeja Bartosz Nowicki z bloga 1uchem/1okiem tytułując recenzję Abhorrence and Dismay hasłem "Estetyzacja obskury - subtelność hałasów". I jeszcze jedno - dzięki ci także o ludzki rozumie, który wymyślił, że nadużywanie normalizacji poziomów głośności i nadużywanie kompresora nie ubogaca - dzięki temu występ MAAAA był tak doskonale dynamiczny. 



TRZY
Dwa z występów na Przesterowanych Szczurach podejmowałem i odbierałem bardziej przez ich walor performatywny niż muzyczny. Umpio, to nie nazwa projektu muzycznego, lecz nazwa miejsca, w które zabiera nas Fin, Pentti Dassum, który wciela się w autystycznego naukowca/szalone dziecko, które za pomocą mikrofonów kontaktowych, amplifikowanego, jak też nagiego w swych dźwiękowych physis złomu przenosi nas w dziwny świat. Jest on dziwny, bo z jednej strony anturaż wielkiej, białej koszuli z krótkim rękawem zapinanej na guziki, maseczka lekarska i złom przyniesiony w reklamówce, aż proszą się o skojarzenia z cyrkiem, który jednak jako sztuka jest przewidywalny i w gruncie rzeczy bezpieczny. Umpio jako cyrk bezpieczny nie jest, cały występ był groźny, uderzanie perkusyjną pałką o stół było natrętnie niepokojące, frenetyczne, niezrozumiałe, a ruchy, które nie zmieniały dźwiękowej materii zupełnie nieuzasadnione. Cyrk to nieżyczliwy, niewdzięczny, nie posiadający początku i końca. Umpio to jest laboratorium Dextera - jednego i drugiego jednocześnie, to świat, w którym Benny Hill ucieka przed Hannibalem Lecterem.

Zakończenia występu były dwa - jeden to fenomenalne i niespodziewane rzucenie kawałków złomu na ziemię, po którym ustały kanonady przesterów i pokazanie faka w stronę publiczności. Nienawidzę was pajace, a mój występ był wyrazem mojej niechęci do was.

Drugie zakończenie, istniejące poza występem to gesty wdzięczności artysty za miłe przyjęcie ze strony publiczności - Umpio właśnie się skończyło, a ja Dassum, który wam Umpio przedstawiłem nie nienawidzę was już tak bardzo. Kurtyna się zamknęła, dziękujemy bardzo.



CZTERY
O ile Umpio to świat sugestywny, mamiący wielością podskórnych tropów i gatunkowych archetypów widzianych z wyższych warstw atmosfery, tak najdziwniejszym występem był ten prezentowany przez Arv & Miljö. Zabijcie mnie, by dowiedzieć się, co grał występujący pod tym pseudonimem  Matthias Andersson - a nie powiem, bo nie pamiętam. Wejście artysty na scenę nastąpiło w momencie zapowiedzenia go przez konferansjera, jego występ rozpoczął się jeszcze wtedy, gdy publiczność gasła w gorączkowych small talkach rozpoczętych w trakcie przerwy na papierosa. Arv & Miljö posługiwał się najbardziej skromnymi środkami technologicznymi ze wszystkich współwystępujących, a jego muzyka opierała się na pętlach z taśm terenowych, które to splatały to rozplatały się ze sobą i łańcucha pospolitych efektów gitarowych. Lecz chuj z tym, bo co innego przykuwało uwagę. Tak jak Umpio był komiskowy, śmieszno-straszny, ale właściwy dla traszowo-nojzowej konwencji, tak Arv & Miljö to projekt otwarcie abgnegatyczny, mizantropiczny, ale nie w takim sensie, że krzyczy "śmierć ludzkości". Andersson usiadł za stołem obrażony, przez cały występ przeglądał telefon lub sprawdzał, ile jeszcze czasu zostało do końca jego występu, kręcił głową, prychał niezadowolony na efekty swojej pracy, po czym urwał występ w najmniej spodziewanym momencie, tak samo jak go zaczął, po czym uciekł za scenę. Nie mam zamiaru usprawiedliwiać  Arv & Miljö, ani dopatrywać się jakichś rzeczy, tam gdzie ich nie ma, ale to jest nojz, tu człowiek nie tylko uczy się egzegezy dźwięków, ale tak dokładne wypatrywania gestów i symboli. Za mizantropię i gburowatość (nie ważne czy prawdziwą, czy jako kreację artystyczną) Andersson otrzymuje ode mnie jedną 5 Bossów MD-2 na 5, za kiepską muzykę kopa w dupę.



PIĘĆ
Muzyka występującego na końcu duetu Neutral tylko pozornie różniła się od wcześniejszych propozycji. Gitary obsługiwane przez Dana Johanssona oraz Sofie Herner wykorzystywane były jako shaker boxy i generatory jednostajnej ściany szumu. Neutral tworzy sugestywny świat posiłkując się starymi jak eksperymenty z hałasem środkami - nienawistna ściana dźwięków, nagrania terenowe wyznaczające ni to rytm, ni to puls utworów, smutne i niewyraźne wokale na pogłosie, alikwoty wydobywane z organoleptycznie obsługiwanej trąbki. Występ ten wyznaczał dekompozycję gitarowego nojzu rocka, rozkład idei no wave'u. Duet występował stojąc tyłem do publiczności, skupiał się na swojej robocie, na budowaniu szczątkowych melodii i sekwencji wybuchów wściekłości, atmosfery marazmu, niesamowitej kołysanki dla recepty z antydepresantami. Głośne gitary, przez które nie mogły przebić się rachityczne wokale były figurą beznadziei, próby trwania w nieprzezwyciężalnego i wszechobecnego bólu istnienia. 


 

SZEŚĆ 
Przesterowane Szczury VI były bardzo udane, bawiłem się bardzo dobrze.

poniedziałek, 16 stycznia 2017

MLUZGANIE - Synthopia "B Tape Preis", Łukasz Orbitowski "Inna dusza"


Łukasz Orbitowski, Inna dusza, Synthopia B Tape Preis, źródło: Kultura Staroci.

1. Fajwerk zarezerwowany jest głównie dla sztuki, codzienna praktyka życia zaś wygląda co najmniej statycznie. Przekonał się o tym Peter Jackson gdy kręcił Władcę Pierścieni. Jedną z bardziej znanych anegdot z planu zdjęciowego tego filmu dotyczyła sceny śmierci Sarumana, który miał umrzeć raniony nożem przez swojego zdradzonego stronnika. Christopher Lee, aktor grający czarodzieja, miał zestrofować samego Jacksona za jego efekciarskie próby projektowania dźwiękowego człowieka uderzonego nożem. Reżyser zaproponował to, co znane jest z kinematografii - pchnięciu sztyletem powinien towarzyszyć metaliczny pogłos, a następnie krzyk, zwierzęcy skowyt bólu, wypełniający horyzont jak stąd od Barad-dûr. Christopher Lee miał jednak inne zdanie na ten temat - dźwięk pchnięcia nożem w tkanki ma być krótki i miękki, dźwięk zaś wydawany przez ofiarę - przytłumiony, pełen zdziwienia, niemal niewidoczny. Jackson uległ sugestii aktora - po stronie tego ostatniego było doświadczenie, wszak Lee jako doświadczony wojskowy sam przekonał się jak brzmi sztyletowanie. Fajerwerk, choć zarezerwowany był dla sztuki, w której nic nie stoi na przeszkodzie by robić rzeczy jak się tylko to podoba kreatorowi uległ empirycznemu doświadczeniu. W ten sposób świat baśni został w jakimś tam stopniu urealniony.

2. Pierwsze uderzenie nożem jakiego dokonuje Jędrek na Darku jest także bezszelestne. Jedną z niewielu współczesnych książek, które zwracają uwagę na to jak nasz codzienny soundscape został opanowany przez muzyczne wytwory przemysłu rozrywkowego jest Inna dusza Łukasza Orbitowskiego. Wszechobecna muzyka wyznacza czas wydarzeń powieści poprzez tytuły rozdziałów, które jednocześnie są tytułami piosenek. Orbitowski, z delikatnością obserwatora, która idzie łeb w łeb z tym co proponowała Duchologii polskiej Olga Drenda przygląda się temu, czego słucha się na osiedlowych siłowniach (Machine Head), co gra w radio w taksówce (Shakira), a co powinno być słuchane w pieleszach domu, który siłą ojca-głowy rodu ma stanowić przystań zachowań przystojnych i szlachetnych (Mozart). Jeden z ważniejszych momentów, jakim jest absurdalnie niepotrzebna śmierć, wydaje się być przemilczana, niemal niema. Zabójstwo Darka jest mniej dramatyczne niż kolejne alkoholowe ciągi Pana Ryszarda, ojca głównego narratora. Dobijający jest minimalizm tej sceny, tylko jeden okrzyk, szamotanina, dobicie konającego. Więcej uwagi autor poświęca w tym wydarzeniu nie morderstwu, lecz myciu mieszkania ze śladów zbrodni. Brak tu dramatycznych ambientów, tylko dźwięk walczących o życie zwierząt, rytm miliona kropel wody przeradzających się w ledwo wyczuwalny splittercore, życie za oknem, szum krzyków dzieci, wiatrów i ulic. Brak fajerwerku, tylko strzępy archetypów.

3. W czym jeszcze czai się archetyp? Znajduje się on zdawałoby się w muzaku lub innych muzycznych wytworach przemysłu rozrywkowego, który powinien być jak najbardziej podobny do ideału niezaangażowanego występowania ciała wewnątrz sfery dźwiękowej stymulującej do beznamiętnego dryfowania ku Końcu. Muzak, jako dźwięki, które zostały wprost zaprojektowane do tego, aby finalnie angażować konsumpcyjne chuci, nie istnieje już tak, jak to miało miejsce w przeszłości, gdy bezwstydnie przekonywano, że muzyka to sztuka, a muzak to już nauka. Ten bezwstyd, prostoduszna bezpośredniość stała się bardzo łatwym celem ataków - i jak mówi Jerzy Supernat - Jeżeli chodzi o wartości twórcze muzyki marketingowej jako gatunku muzycz­nego, to opinia fachowców jest w tej mierze jednoznacznie negatywna (najśmieszniejsze zaś jest to, że powyższy cytat jest z kolei uzasadniany wypowiedzią Romana Rogowieckiego). Gdy już jednak coś zostało wystarczająco mocno potępione, zbrukane i oddane bez żalu na śmietnik, zawsze znajdzie się ktoś, kto w zwyczajnej, prostackiej frazie dźwięku odnajdzie pole swoich artystycznych poszukiwań. Bardzo ciekawą definicję muzaku przedstawia Radek Włodarski, który jako Synthopia wydał taśmę pt. B Tape Preis, w wywiadzie dla poznańskiej wyborczej.pl. Mówi on, że:
Bardziej interesuje mnie nie tyle muzyka, co muzaki.
Skąd ta słabość do muzaków?
- Są bardziej abstrakcyjne. Muzyka jest skończona. Muzak jest bardziej atonalny, to zapis pewnego uczucia.



Dźwięki zawarte na B Tape Preis są doprawdy bardzo ciekawym uzupełnieniem niemuzycznych części całego nagrania. Począwszy od industrialowo-noisowej estetyki projektu kasety, okładki wyglądającej co najmniej odbitą na ksero, przez same pudełko i kasetę, które są z odzysku - choć nie do końca, bo taśma w kasecie jest już nowa. Samo nagranie i tak jest zaszumione, bo Synthopia nagrywał wszystkie dźwięki na wcześniej już nagrane taśmy, więc mamy dodatkowy atut dla każdego fana wydawniczego samizdatu i dźwiękowej niedoskonałości. Muzyka Synthopii opiera się przede wszystkim na dźwiękach syntezatora przepuszczanych przez zwietrzały nośnik jakim jest taśma magnetyczna. Poszczególne utwory przechodzą jeden w drugi niczym w umiejętnym didżejskim secie, a spoiwem wszystkiego jest nad wyraz wyeksponowany szum przesuwającej się taśmy. Tam gdzie głośniki powinny milczeć cieknie przesadnie amplifikowany szum, podkreślający truskulowość nagrania. Syntezatory najczęściej wygrywają proste melodie, lub repetetywne impresje pełna zdziwienia, celebrujące same siebie, rytm jest mgławico-pulsacyjny, wyznaczany częściej przez powtarzające się sample niż uderzenia bit maszyny. B Tape Preis jest bardzo przekonujący jako całościowy koncept, uroczo generyczny zaś jako zjawisko dźwiękowo-muzyczne. Trochę tak jakby oskórować Vangelisowski elektronicznego elektroniczny easy-listening i zostawić targanego drgawkami bólów.

Muzak wyrażał utopię, wiarę w to, że dźwięk pozwoli w lepszy sposób organizować społeczeństwo. Dźwięki Synthopii - choć do bólu uczciwe w oddawaniu hołdu taśmowym pętlom i wietrzejącym dźwiękom - choć retrospektywne to jednak są mocno współczesne - innymi słowy mocno dysutopijne. W czasach gdy jedyną wiarą jest przekonanie, że żaden dogmat, nawet świecki, nie jest się w stanie obronić, nie ma lepszego sposobu na wypełnianie opadłych w szybach wind i pustych centrów handlowych dźwiękami, niż zapętlona fraza smutnego syntezatora.


4. To muzak zabił Dagmarę. Gdyby nie muzak Dagmara by żyła. Orbitowski pisze:
 Szyję [Dagmary] oplatają słuchawki. Zamyka drzwi na klucz i natychmiast włącza walkmana. Jędrek ostrożnie naciska klamkę i rezygnuje, bo Dagmarze chyba nie podoba się piosenka. Sięga do plecaka po długopis. Nadziewa nań kasetę, kręci, przewija. Taśma ląduje na swoim miejscu. Dagmara zakłada słuchawki, poprawia plecak i naciska <<play>>
Czego słuchała w godzinie swojej śmierci Dagmara? Została zamordowana na wiosnę 1999 roku. Na Trójkowej liście przebojów królowały wówczas Kayah & Goran Bregovic, Kult, Madonna, Metallica, Lenny Kravitz i Anna Maria Jopek. Najlepszą piosenką tego roku, według konkursu ZPAV, jest Długość dźwięku samotności Myslovitz. Golec uOrkiestra będą nominowani do Fryderyków w kategorii muzyka alternatywna - i choć tutaj przegrali z Raz, Dwa, Trzy to udało im się wygrać Fonograficzny Debiut Roku. W tym samym roku ukazuje się także Rock-a-bubu Starych Singers. Na liście Top Billboard na szczycie jest Britney Spears, ze szlagierem ...Baby One More Time. To byłoby zbyt koherentne, jak na życie, by w momencie gdy Jędrek bił na zabój Dagmarę tłuczkiem do mięsa Britney śpiewała refren tej piosenki. Choć, jak pisze autor:
 Trafiona po raz kolejny [podkreślenie własne] pada obok plecaka. Walkman roztrzaskuje się o podłogę
Teatralny gest, walkman roztrzaskujący się o podłogę. Taśma zamarła w pół melodii, w pół słowa. Czy śledczy odtworzyli tę taśmę, czy akta zawierają taki szczegół, jaka muzyka lub jaki muzak wyłączył dziewczynie zmysł dźwiękowego odbioru otoczenie, uniemożliwił dosłyszenie napastnika?

 I dalej:
Kuca nad Dagmarą w rozkroku i wali tłuczkiem w jej głowę raz, pięć, dziesięć razy.
To definitywnie było mluzganie. To określenie mojego ojca, który był świadkiem jak tamci, z tamtej wsi, dopadli naszego, to znaczy z naszej wsi, powalili go na ziemię, po czym jeden z nich zaczął walić tego naszego orczykiem - kawałkiem gumy z metalowym prętem w środku - po głowie. Tak bił, aby zabić. Po paru uderzeniach i suchym dźwięku łamanych kości, słychać było tylko mluzganie - przepływ miękkiej, mielonej tkanki spod narzędzia. Głowa Dagmary także cicho i mokro mluzgała. Trawestacja do muzaku i do prywatnych doświadczeń recenzenta - poziom milion. NMZC.

 5. Oh baby, baby
How was I supposed to know
That something wasn't right here?
Oh baby, baby
I shouldn't have let you go
And now you're outta sight, yeah
Show me how you want it to be
Tell me baby 'cause I need to know now
Oh because

My loneliness is killing me (and I)
I must confess I still believe (still believe)
When I'm not with you I lose my mind
Give me a sign, hit me baby one more time




___

Synthopia
"B Tape Preis"
BDTA
5 marca 2016

Łukasz Orbitowski 
"Inna dusza"
Od deski do deski
maj 2015

wtorek, 10 stycznia 2017

WIĘCEJ ZNACZY LEPIEJ - Faxada, "Cohost"


Faxada, Cohost, źródło: faxada.bandcamp.com
1. Zwrot minimalistyczny w polskiej muzyce istnieje w już tylko w czasie zaprzeszłym, ba!, nawet mimo umiejscowienia idiomu muzycznego odwołującego się do mainstreamowego, amerykańskiego minimalizmu w centrum zainteresowania i ozłocenia w licznych rocznych podsumowaniach, z wyróżnieniem przez wyborcza.pl dla Lotto włącznie, równolegle do niego, istniał też nurt antyminimalistyczny, dworujący sobie z umiaru, cierpliwości w transie, unikający statyki, idący w przekorę, eklektyzm i humor. Jednocześnie była to więcej niż muzyka spełniająca funkcje ludyczne, łącząca swadę z refleksją, intelektualizm i obycie z uwielbieniem dla dekonstruowania niedorzeczności zarówno undergroundu jak i mainstreamu. Absolutnie nie lekceważąc sobie świetnych płyt Wacława Zimpla oraz LAM, dobrej płyty Lotto, znakomitej płyty Huberta Zemlera i wydawnictw Kamila Szuszkiewicza oraz grupy Zebry a Mit (nad nimi wszystkimi zaś unosi się duch Księżyca, którego powrót być może był jednym z decydujących czynników dla niedawnego zainteresowania minimal music), nie mogę nie docenić płyt Wojtka Kucharczyka (BRAK), Bartka Kujawskiego (A kto słaby, niech jada jarzyny, Daily Bread), czy pełnego przepychu słuchowiska Kopyta zła Joanny Szumacher i Pawła Cieślaka. Osobny zjawiskiem zaś są netlabelowe szaleństwa od Rence Andrzeja, Wypas muzyczna grupa i Underpolen, które być może doczekają się osobnego tekstu. Do tego towarzystwa mogę śmiało dołączyć płytę Faxady, Cohost
 
2. Faxada to pseudonim Przemysława Wojtaszka i doprawdy - warto zapamiętać zarówno nazwę, jak i nazwisko. Wojtaszek, zanim zaczął wydawać jako Faxada wydał kilka płyt, które ukazały się tylko internetowe pod nazwą Raspelf. Nie znając dyskografii Wojtaszka jako Raspelfa można śmiało docenić walory Wojtaszka jako Faxady. Jednak znając dyskografię Wojtaszka jako Raspelfa i poznając Cohost Faxady nie sposób nie zwrócić uwagi na rozwój artysty, która doprowadziła do powstania recenzowanej tu płyty. Jego wczesne nagrania były pełne soundtrackowej naiwności, która stawia sztukę dźwięku w roli służebnej wobec obrazu. Jeśli zaś wczesnej soundtracki Raspelfa miały same z siebie wywoływać obrazy, były one smutno-nudne, jednorodne, wręcz landszaftowe - skuteczne być może w metodzie, lecz bez wyrazu. Od pierwszych do ostatnich chwil istnienia projektu Raspelf widoczna jest transformacja poszukiwań, która może uchodzić niemal za rewolucję. Przechodząc od neoklasycznej nudy wkracza on w świat dźwięku zastanego, szaleństw i dziwactw jakie dają plądrofoniczne poszukiwania, próby stworzenia dzieła, które będzie wyprzedzało wyobraźnię i przyzwyczajenia słuchacza. Jeśli mam być zupełnie szczery - nikomu przez długi czas nie uda się mnie zaskoczyć tak mocno, jak Bartkowi Kujawskiemu i Wojtkowi Kucharczykowi z ich tegorocznymi płytami. Udało się to połowicznie Faxadzie. Ale z drugiej strony, mierzył on wysoko - i tamże trafił.



3. Ostatnie zdanie akapitu powyżej mogłoby uchodzić za zgrabne zwieńczenie tekstu, lecz oto chciałem zdradzić mój wielki sekret. Otóż kiedyś pokładałem wielkie nadzieje w wytwórni U Know Me Records. Marzyłem o tym, aby istniała w Polsce wytwórnia na miarę Warp lub Ninja Tune, która oprócz tego, że dobrze funkcjonuje na rynku przemysłu rozrywkowego to pod płaszczykiem rozrywki jest w stanie przemycać bardziej zaawansowane dźwięki i metody twórcze dla szerokiej publiczności. UKM rozczarowuje pod wieloma względami, ostatnia dobra płyta labelu to bodaj Flowers Eat Animals Galusa. Bardzo podobały mi się niektóre momenty płyt Twardowskiego tej wytwórni, jestem także cichym fanem dostojności new-beatu Kixa. Gdyby istniało jednak UKM moich marzeń wydawałoby ono takich szaleńców jak Faxada właśnie. Gdy nie wiadomo, gdzie znajduje sampling, a gdzie plądrofonia, tam powinna nastąpić wzmożona interwencja zainteresowania. Sam, nomen omen, zainteresowany przyznaje się do inspiracji Avalanches, Deanem Bluntem, czy Coin Locker Kidem. Między nieczytelnie nawarstwiającymi się samplami free jazzowych perkusyjnych solówek, a trip hopowym uderzeniem przestrzennego werbla Faxada jest w stanie wygospodarować miejsce zarówno dla neoklasycznych sztanc, które w zestawieniu z szumami, które ocierają się niemal o gatunkowy noise brzmią co najmniej jak pastisz. New-beat łączy się tu z el-music, a el-music z illbientem, illbient z muzyką naiwną. Być może to gatunkowa retromania ciągnie całość w dół, jednak całokształt płyty mierzy w nieznaną, siłą rzeczy, przyszłość.

4. Mógłbym złośliwie powiedzieć, że Cohost to dobra płyta mimo tego, że Faxada łapczywie chce złapać wszystkie sroki za ogon. Powiem jednak coś innego - ta płyta jest dobra, dlatego, że to się nadzwyczaj dobrze udaje. Zresztą myślę, że to co dla jednych może stanowić o wielkiej zalecie tej płyty dla innych będzie jej znaczącą wadą. Brak umiaru i łapczywość mogą być męczące dla każdego kto lubi wsłuchiwać się w każdą ścieżkę. Faxada nie boi się hałasu, zamulenia akustycznej materii w sposób sposób ocierający się o przygodną przypadkowość lubi zestawiać ze są rzeczy niezestawialne, produkcyjną sprawność i brud lo-fi. Jest tu trochę tak jakby Klaus Nomi występował z Hanatarash, albo Mikko Aspa supportował Siksę. Albo tak jakby z Groovekojada pozbyć się kośca z funku i żenady by przedstawić przemielonego blobfisha. Choć wiele rzeczy tu nie przystoi, nie wypada i się nie dodaje jak w nu-metalu, to mimo to istnieje, i co więcej ma się dobrze. Trzymam kciuki za tego młodego artystę (choć nie lubię patrzeć nikomu w metrykę, to warto wspomnieć, że Wojtaszek ma zaledwie 18 lat), nie zapeszając w słowach mam nadzieję, że kolejne nagrania będą lepsze, choć i temu debiutowi naprawdę niewiele brakuje.



Faxada
"Cohost"
Darling Recordings
12 lutego 2017
DAR008

poniedziałek, 2 stycznia 2017

TCHNIENIE W TECHNIE - Jakub Adamec, "Are You Human? Confirmed", Eurydyka i Eter, "Brotherhood".


źródło: materiały promocyjne.
źródło: reasonartrecords.bandcamp.com



















Przywilejem kompozytora jest kradzież - jest to także przywilej recenzenta. Tytuł wpisu zaczerpnąłem z grafiki znajdującej się w najnowszym numerze magazynu apokaliptycznego Czterdzieści i Cztery pt. "Mesjańskie oblicze transhumanizmu". 

1. Co znaczy dźwięk? I nie chodzi tu o wypowiadane, rejestrowane i odtwarzane słowo, lecz o dźwięk, akord, szum, ton. Semiologia muzyki to wielkie wyzwanie i chyba najbardziej odpowiednią strategią wobec pytania, które zadałem na początku jest pokorne stwierdzenie, że dźwięk znaczy to, co znaczy w danym otoczeniu, w danych czasach, w danych okolicznościach, w danej polityce, kulturze, stosunkach społecznych, względem określonych wartości [1]. Znaczenie tego samego dźwięku, które jako fizyczne zjawisko może nie poddawać się pochopnym eksplikacjom, zmienia się w zależności od kulturowego kontekstu. Próba tworzenia uniwersalnej muzyki, rozumianej i odbieranej przez wszystkich w taki sam sposób, jednocząca ludzi wokół określonych wartości częściowo powiodła się w postaci globalnej muzyki popularnej, która i tak zróżnicowała się podług wartości różnych kręgów kulturowych. Próby wyciągnięcia esencji ze sztuki organizacji dźwięków wedle wskazań strukturalizmu Clauda Levi Straussa tak, aby wydobyć znaczeniowe arche muzyki w ramach "gatunku" world music stało się wątpliwe nie tylko teleologiczne, ale także etycznie. Pod maską równościowych powszechników, mitów o sztywności gatunkowej człowieka ujawniała się kolejna próba, tym razem estetyczna, podporządkowania jednych drugim. Płynność między estetyką, etyką, a polityką (przy czym ta ostatnia opiera się najczęściej na teologicznych dogmatach, nawet jeśli polityka jest do kości zeświecczona [2]) onieśmiela, ale i stanowi wyzwanie. 

2. W poszukiwaniu dźwiękowych powszechników, które znaczą to samo dla każdego losowego człowieka na Ziemi wartałoby zwrócić się w miejsca, gdzie człowiek, zachowując swój kształt, jest mniej podobny do samego siebie. Z jednej strony swoje poszukiwania można zacząć w antrozoologii, podobieństw w produkowaniu dźwięków przez ludzi i zwierząt. Krzyk tak ludzki, jak zwierzęcy, pojawia się najczęściej w dramatycznych okolicznościach, w sytuacji zagrożenia, wyraża ból, cierpienie, niebezpieczeństwo. Szyjąco-przeraźliwe krzyki stanowią centrum osi płyty Jakuba Adamca Are You Human? Confirmed, z utworem Take Me To The Light. Dodatkowe estetyczne wymiary potęgowane są także przez pozbawione znaczeń westchnienia i jęki z kasety Eter i Eurydyki pt. Brotherhood. Zwierzęcość tych dźwięków, pierwotność głosu, jako generatora dźwięków potęgowana jest przez dźwięki, które także wykraczają poza wyobrażone człowieczeństwo. Z drugiej strony mamroczące pochody ludzkiego głosu, głosu w których Eugeniusz Rudnik słyszał samego Boga, współistnieją z generowanymi elektrycznie bądź elektronicznie dźwiękami. Adamec, wgłębiając się w estetykę regularnej stopy, wibrujących suchotniczych syntezatorów i melancholijnych basowych teł jest zaskakująco podobny do porywów ściany surowego i szorstkiego przesteru Eter i Eurydyki. Między zwierzęcymi, a nieludzkimi tchnieniami, a muzyką, która przez wiele stopni technicznego zapośredniczenia może zostać uznana także za nieludzką odbywa się na obu płytach cud narodzin napięcia, negacji i potwierdzenia człowieczeństwa jakie znaliśmy do tej pory. Czy jesteś człowiekiem? - pyta Adamec za automatem mającym weryfikować człowieczeństwo. Odpowiedź brzmi - jestem hybrydą wykraczającą poza wyobrażenia, poza technologie, istniejącą w wielości pytań, jestem człowiekiem gdy wykraczam poza człowieczeństwo.

3. Nie chciałbym by epileptyczne paralele przesłoniły korzystające z podobnych środków albumy Adamca, Eter i Eurydyki. Adamec jest bardzo gorzki, choć kto powiedział, że słodycz jest dobra? Kto powiedział, że taniec w korytarzu klubu gdzie w jednej sali trwa frenetyczny Wixapol,  w drugiej czerni się Brutaż, a w trzeciej snują się nisko przy ziemi lołfajowe cierpientnicze bity Slava  jest rzeczą niegodną? Kto powiedział, że jeden człowiek nie może być dokładnie w tych trzech miejcsach na raz, nie kawałkując swojej organicznej istoty, tylko jako cyborg istnieć w każdej z nich? Kto powiedział, że do szybkości bitu Between You And Happines, potrzeba dynamiki hakkena?  Kto powiedział, że w tańcu nie ma refleksji? Kto powiedział, że eklektyzm nie może być subtelny, a rozbijanie przyzwyczajeń przez nagłe zmiany nastrojów są niedopuszczalne? Kto powiedział, że sampler i bit maszyna nie mogą współgrać z syntezatorem, za którym stoi zawodna ludzka maszyna białkowa, która robi co może by nadążyć za zaprogramowanym wcześniej przez siebie dźwiękiem? Pytam - lecz nie czekam na odpowiedź. 

Gdy myślę nojz, wyobrażam sobie wolność myślenia i nadawania dźwiękom takiego znaczenia, jakie tylko sobie wymarzę. Ten sam HNW może być totalitarny, brutalny, pełen próby poniżenia, pognębienia, podporządkowania. Ale może także wyrażać witalność życia, może być doświadczeniem błogiego relaksu, afirmacji radości, medytacyjnego bezruchu. Może także wyrażać cokolwiek sobie zapragniesz - w momencie wyobrażenia nagrania HWN wydanej na nie tak bardzo metaforycznym white labelu. Brotherhood sprowadza masę dysonansów, wybija wózek myślenia z kolein wytyczonych przez gatunkowy mainstream (mówiąc o HNW i mainstreamie śmiechłem w duchu - lecz mocniej uczepiłem się źródłosłowu słowa mainstream, niż jego mainstreamowego znaczenia), robi co chce, dając zarówno wolność wyboru odbioru, ale także werbalne tropy interpretacji. W metodzie Eter i Eurydyka bardzo przypomina zapomnianą przedwcześnie płytę A.N.R.S. (Antonina Nowacka/Robert Skrzyński), gdzie statyczne tła splatały się z nawiedzonymi wokalizami. Eurydyka tworząc swoje ściany szumów, przechodzi od subtelności i ograniczonej palety intensywności po porywiste basowe drony. Wokalizy Eter zachwycają, jak żywo kojarzą się z ekspresją Oli Kozioł z Mutant Goat. Bo kto powiedział, że HNW nie korzystać z czystych wokali i opowiadać o miłości?

Pytam - lecz nie czekam na odpowiedź.

 Eurydyka & Eter
"Brotherhood"
Reason Art Records
20 grudnia 2016


Jakub Adamec
"Are You Human? Confirmed"
Mik Musik/BDTA 
11 listopada 2016



[2]Tokarski Jakub, Święta władza w kałuży krwi, [w:] Kronos, nr 3, 2011, str 150-162.
[1] Sirko Radosław, Jebać system. Trudne zwiazki muzyki i polityki,
https://www.academia.edu/15323894/Jeba%C4%87_system._Trudne_zwi%C4%85zki_muzyki_i_polityki_GLISSANDO_nr_25_2014_

wtorek, 20 grudnia 2016

KTO NIE MOŻE PISAĆ O METALU - O dobrych nie-metalowych nagraniach

Sierść, Guiding Lights, Torpur, Low Standards.


Życie polskiej krytyki muzycznej doprawdy jest miernej jakości. Gdy już opadną kurze po cyklicznych guldoburzach, a każdy rozejdzie się do swoich prywatności utwierdziwszy się zawczasu o swojej nieomylności trudno szukać sporu, który się sięgałby dalej poza niemądry tekst jednego człowieka i poza histeryczną reakcję społeczności zaangażowanej w muzykę, która byłaby czymś innym niż facebookowym wysrywem płonnego zaangażowania niegodnego dalszego wywodu.

Cyprian Łakomy, jest osobą zarówno o muzyce piszącą, jak i muzykę tworzącą. Postanowił on wypowiedzieć się o recenzji Witolda Tyczki zamieszczoną na Porcysie dotyczącą płyty Księżyc milczy luty Furii w następujący sposób:


Z jednej strony beka, bo, hehe, Porcys, z drugiej strony zaś beka, bo, hehe, ktoś ze swoim tekstem wykracza poza Kejosowo-Nojzowy name-checking, beka także, bo, hehe, ktoś pisze jakby więcej czasu spędził nad doktoratem ze studiów kulturoznawczych niż na dobrych gigach, bo, hehe, to pewnie jakaś pizda, która w imię poprawnego pisania powinna zostać reedukowana w instytucji o silnej hierarchii, stosującej przemocowe środki w celu zmiękczania pedalskiego uwielbienia do zdań wielokrotnie złożonych, wyszukanych metafor i słownictwa spoza językowych sztanc. Tak się to się zaczyna i tak kończy, gdy myśli się o pisaniu recenzji nie jako o dziedzinie humanistyki, ale jako o twórczości, która zawsze będzie wsteczna i służebna wobec opisywanej rzeczy, która w żadnym razie nie może stanowić wartości literackiej samej w sobie.

Reakcja Łakomego na, będąc tu zupełnie poważnym, brawurową literacko (przynajmniej na tle wielu innych recenzji), poprawną merytorycznie, metodycznie zaś przekonującą recenzję Tyczki z Porcysa została uznana za godną polecenia przez Piotra Weltrowskiego prowadzącego sławnego peja o sporym followingu. I jak zwykle to bywa nie chodziło tu o, o wybaczcie tę metaforę, spór o inwestyturę w pisaniu o muzyce, ale o zwyczajowe wykpienie, bo, hehe, Porcys, bo beka itd. I po raz kolejny powtórzę - takie są skutki tego, gdy myśli się o tekstach o muzyce jako o tekstach o charakterze użytkowym, a nie o sztuce. A jaka powinna być sztuka? Zacytuję tu Łakomego, który jako muzyk-artysta wydaje się formułować wypowiedzi mądrzejsze od Łakomego jako recenzenta-krytyka muzycznego:
Otóż to.

***

Zatem ja, jako osoba najpewniej nieuprawniona do pisania o metalu, nie napiszę dłużej o tym, co odróżnia mnie zapewne zarówno od Łakomego jak i od Tyczki - a mianowicie od stosunku do nowej płyty Furii, która nie podoba mi się aż tak bardzo - nie napiszę jednak dlaczego, bo jestem miękką pałą obawiającą się wojskowej musztry, jak i obawiającą się intelektualnie przewyższającego mnie o kilka tęgich głów ciała redakcyjnego Porcysa. Wspomnę tylko, że ostatni projekt Nihila, który naprawdę mnie porwał i do którego wracam regularnie, a który pozostaje niesłusznie zapomniany to Seagulls Insane And Swans Deceased Mining Out The Void. Bardzo cenię sobie także pierwszą płytę CSSABY, drugiej zaś słuchem ze zdumieniem, bo jak można na poważnie grać taki archaiczny industrialny metal w tak nowych czasach? Jeśli zaś chodzi o Sarsa, wartałoby posłuchać arcyciekawej płyty pt Świat jest wszystko jedno Wędrowców-Tułaczy-Zbiegów - przynajmniej w przeciwieństwie do Furii kolejne wydawnictwo W-T-Z jest lepsze od poprzedniego (btw, pisałem recenzję tej płyty, za co przepraszam wcale). Artur Rumiński zaś, jako lider drone metalowego ARRM, który intrygował już od momentu ukazania się na splicie ze Starą Rzeką i Innercity Trio (Wounded Knife, 2014) intryguje ciągle na wydanym niedawno albumie wydanym w Instant Classic - nie wspomnieć zaś o solowych nagraniach Rumińskiego i napędzaniu przez niego Thaw byłoby sporą przewiną. Koniec jednak o metalu - jak już powiedziałem powinienem czuć się zupełnie nieuprawnionym do pisania o metalu, więc jako przedstawiciel nauk społeczno-humanistycznych, który za jedyny przykaz bierze sobie utrzymywanie stan normatywnej równowagi i podtrzymywanie stabilności w obrębie społeczności nie chciałbym u nikogo wywoływać anomii i zabierać chleba tym, co się trv, kvlt i krieg mienią, więc już kończę pierdolić o jednym i tym samym, by zacząć prezentować nie-metal. Kolejność rekomendacji przypadkowa.



***
Sierść, it's easy, źródło: siersc.bandcamp.com

I. Sierść jest jednym z projektów, nad którym znęcałem się już dwukrotnie, lecz muszę wyjaśnić jedno, wszak niektórzy nie wiedzieli, o co chodzi mi w recenzjach wydawnictw zespołu - otóż Sierść skrycie wielbię, jest to jeden z moich ulubionych projektów metalowych ostatnich lat. Dokładnie tak - metalowych, przynajmniej dla mnie, prywatnie. Nie wiem, czy członkowie grupy malują twarze, czy krzyżują nagie kobiety na koncertach, czy rzygają na scenie krwią lub czy profanują zwierzęce truchła, a czy po godzinach uprawiają rodzimowierstwo. Bo ja sram, gdzie to leci, ważne kurwa czym jest - cytując za humanistą-prawnikiem Smarki Smarkiem, a zgniłość wypluwana z każdego momentu tego krążka pogrąża słuchacza w czarności myśli, marności żywota. Prymitywna skuteczność szugejzowo-lołfajowej gnojówy, sieka blastów i po wielokroć przesterowanych przesterów, a nade wszystko wyjęte z dna człowieczeństwa wokale pozostawią obojętnych zapewne tych, co są najszczęśliwsi - czyli pewnie tylko martwych.



Sierść
"it's easy"
25 sierpnia
enjoy life 

Recenzje poprzednich wydawnictw Sierści:
"SIERŚĆ, SIERŚĆ, SIERŚĆ"
"Spoko, że wszyscy umrzemy"


Guiding Lights, Cut and Run/Second Hand Shame, źródło: guidinglights.bandcamp.com.

II. Skoro już o sierści mowa - w kategorii bardzo fajne, fancy i funky wydawnictwo kasetowe, które nie dość, że dobrze gra to jeszcze wygląda jak ta lala (podgląd powyżej) wygrywa całkiem fresh grupa Guiding Lights, w których pierwszą i jedyną gitarę dzierży Łukasz Ciszak, sprawca chociażby symfonii sprzężeń umieszczonych na The Locked Room. Ale czy tak całkiem funky i fresh jest sam materiał zawarty na tym ulotnym wydawnictwie będącym zapowiedzią czegoś lepszego, to ja nie wiem, co zdają się sugerować tytuły zaledwie dwóch piosenek. Cut and Run - to od odcięcia kuponów od poprzedniego projektu Ciszaka, Test Prints. Second Hand Shame - być może chodzi o świadomość robienia rzeczy w podobie, choć jednocześnie zahaczając nieco bardziej o piterskiego rocka Sonic Death.



Jakby jednak nie było Guiding Lights, które brzmi jak nieco szybsze, bardziej zgrzytliwe i głośniejsze Test Prints, nie powinno być inne. Świat potrzebuje epigonów TP - aby było do czego pląsać, choć jednocześnie do Ciszakowego wokalu płakać. Ja się przy Cut and Run/Second Hand Shame bawię zaś wybornie.



Guiding Lights
"Cut and Run/Second Hand Shame"
wydawnictwo własne
14 lutego 2016

Recenzja płyty Łukasza Ciszaka:
"Locked Room"

Torpur, dungeon rock demo, źródło: torpur.bandcamp.com

III. Skoro recenzja to forma użytkowa, pisana nie przez pasjonatów-obsesjonatów, lecz przez tłukących gówno za gównem media workerów i copywriterów to może i muzyka może być śmiało formą użytkową. Krakowski zespół Torpur powstał przede wszystkim po to, aby móc do jego surowych dźwięków stojących w szerokim rozkroku między szwedzkim napierdolem, grindem, zretardyzowanym punkiem promowanym przez Jimmiego, a surfem jebać elfy, roznosić zarazę goblińskiej propagandy oraz jeździć na desce, wkurwiać nobliwych obywateli i deprawować młodzież. Furiacka euforia towarzyszy każdemu obcowaniu cielesnemu z tą kasetą - nie ukrywam, że oddaję się światowi wyobrażonemu Torpura, słuchając zaś tego dema przeżywam młodość, której nigdy nie przeżyłem, pełną beztroskiego opierdalania się po miejskich placach, dni wypełnionych po brzegi tanim szampanem i słońcem koloru wczesnej jesieni.

Powinowactwo Torpura z krakowskim Kaseciarzem jest zupełnie nieprzypadkowe - i bardzo, kurwa, dobrze. I choć to zespół lokalny, to brzmi bardzo światowo, amerykańsko wręcz, tym bardziej, gdy weźmiemy poprawkę na to, jaki wstrętny gobliński babol zajął najwyższy państwowy urząd w tym kraju.



Torpur
"dungeon rock demo"
wydawnictwo własne
29 października 2016

Low Standards, Joy of Life, źródło: lwstndrds.bandcamp.com

IV. Podobno zabrzańska grupa pozamiatała na tegorocznym Make Some Noise - co do tego faktu opieram się głównie na relacjach naocznych świadków. Sporym walorem twórczości grupy jest jej wyrozumiałość dla każdego, komu nie chce się rozeznawać jaka jest różnica między grindcorem, powerviolence, a powerelectronics, boć LWSTNDRDS grają dokładnie wszystko naraz. Gargantuicznie chorobliwa hybryda elektronicznych sprzężeń, blastów, power chordów, przedniego darcia mordy na każdym z wydawnictw grupy skondensowana jest do krótkich albumów - w sam raz do posłuchania podczas mszy świętej, gdy ludzie ustawiają się w kolejce do przyjęcia Najświętszego Sakramentu. Radykalizm krótkości Joy of Life potęgowany jest minimalistycznym i nieśpiesznym brutalizmem przesterowanych dronów w końcówce utworu Seeds, czy w utworze tytułowym obdartego z widzialnego rytmu. Low Standards pokazuje wam, żeby wy macie się pierdolić, a wy drudzy macie chujki tańczyć.



Low Standards
"Joy of Life"
wydawnictwo własne
27 września 2016